_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
KDM w Szumsku 2013 - cz. III - Kazanie 2013-08-29

Sobota, święto św. Bartłomieja Apostoła. W kościele w Szumsku w czasie Katolickich Dni Młodzieży miałem okazję wygłosić na Mszy św. kazanie. Jeśli pamiętacie, Ewangelia w tym dniu wspomina o tym, jak św. Filip przyprowadza do Jezusa Natanaela (Bartłomieja). Bartłomiej jest dość sceptyczny (Czy z Nazaretu może pochodzić Zbawiciel?, czy może w ogóle coś dobrego stamtąd pochodzić? ). Jednak po spotkaniu z samym Jezusem Chrystusem staje jednym z pierwszych Apostołów.


W ogóle pierwszy Kościół, to grupa znajomych, krewnych. Jan Chrzciciel, kuzyn Jezusa, Szymon Piotr i Andrzej - bracia i wspólnicy Jana i Jakuba. Drugi Jakub i drugi Szymon – dalsi krewni Jezusa, Filip, Bartłomiej – znajomi… i można by tak dalej… Dobra Nowina rozprzestrzenia się najpierw wśród bliskich – to jak najbardziej normalne. Bo przecież  jeśli ja odnajduję wiarę, odnajduję swoje szczęście, to chcę się tym jak najszybciej podzielić z tymi, którzy są mi bliscy. Chcę aby i oni mogli być szczęśliwi tak jak ja, aby i oni mogli uwierzyć. I tak trwa to już przez dwa tysiące lat. Wiarę przekazują apostołowie, biskupi, księża – owszem… ale przede wszystkim najbliżsi…  oni są dla nas przykładem, a my możemy być przykładem dla nich. Potrzebujemy się.


Kiedy byłem w seminarium, my - klerycy co roku na wigilię składaliśmy sobie życzenia. Często wśród nich pojawiały się jedne, szczególne – Abyś był świętym księdzem, bo byle jakich nam nie potrzeba.


Kiedyś jeden z moich uczniów, na wszystkie uwagi miał jedną odpowiedź: jakoś tam będzie. Po co się uczyć, jakoś sobie poradzę, jakąś szkołę skończę,  jakoś się gdzieś załapie, jakąś dziewczynę znajdę i jakoś rodzinę założę i jakoś sobie będę żyć… Oczywiście… Ale czy to nam wystarczy, czy możemy zgadzać się na byle co? Jeśli grać, to o najwyższe stawki. Bóg chce dać nam pełnię szczęścia, a nie resztki, ochłapy. Byle jakość to żadna jakość. Życie mamy jedne i szkoda go na byle co.


Apostołowie,  żyli wiarą. Szli z nią do wszystkich. Nie bali się przelać krew, oddać za nią życie. Św. Paweł, gdy ktoś podziwiał go i jego zapał misyjny, jednoznacznie mówił, że to żadna jego zasługa, wręcz że to jest jego obowiązek: „biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”. Miłość Boża przynagla nas by dzielić się nią, by wychodzić z nią do wszystkich, zwłaszcza do najbliższych. Oni Potrzebują cię.Nie tylko jako brata, siostrę, dziecko, kumpla. Potrzebują jako przykład żywej wiary.


Jeszcze raz to powiem: dziś Kościół, dziś Bóg potrzebuje cię, potrzebuje twojego entuzjazmu, twojej radości, twojej młodości byś niósł wiarę dalej. Do swoich bliskich, do swoich przyjaciół, byś nie wstydził się jej. Byś jak Filip potrafił kolejnych Bartłomiejów przyprowadzać do Chrystusa.


Jesteśmy wśród Polaków z Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy, Polski. Dziś chcę powiedzieć jeszcze więcej. Potrzebuje was Litwa, potrzebują was wasze kraje, was i waszej polskości, waszej miłości do Ojczyzny tej tu i do Polski. Potrzebują was, porządnych, odważnych, a nie bojących się, wystraszonych, wstydzących się siebie. Potrzebują was, kochających swój kraj, budujących zgodę i przyjaźń z innymi, ale nie odcinających się od swoich korzeni. Nie słuchaj głupich, słuchaj serca. Mądrzy ludzie cenią sobie, tych co mają coś do powiedzenia, co mają swoje wartości, co mają swoje zasady. czasem jest trudno, wiem, rozumiem... ale warto. Droga na skróty, droga to droga do nikąd.


Wielu wśród was to harcerze. Cieszę się z tego. I was harcerstwu potrzeba. I was waszym krajom potrzeba. Ale prawdziwych harcerzy, wiernych przysiędze harcerskiej i prawu harcerskiemu. Możecie być pomocą i wzorem dla innych, i znakiem, że ideały harcerstwa dalej są żywe i aktualne.


Wiara, polskość, radość, młodość to wszystko są skarby, to wasze bogactwo i szczęście. Dziś wasz czas, wasza kolej. Żyjecie tym naprawdę by przekazać to także tym, co przyjdą po nas.


KDM w Szumsku 2013 - cz. II - Konferencja 2013-08-28

Jak już wspomniałem wcześniej, chcę wrócić do treści nauk przygotowanych przez ze mnie na Katolickie Dni Młodzieży w Szumsku. Obie nauki: konferencja i kazanie na Mszy miały miejsce w sobotnie popołudnie. Na początek więc może Konferencja. To co poniżej nie będzie to jej zapis dosłowny, raczej pewien powrót do głównych myśli, zanim w natłoku innych rzeczy uleci to w niepamięć.


Tematy konferencji dostałem jakieś dwa tygodnie wcześniej od Augustyna. Pierwszy: Szybki kurs żeglowania był dla o. Marka, nam do wyboru zostały dwa: Wyznanie wiary i Nie możecie przegrać miłości. Karol zapytany przeze mnie zdecydował się na „wyznanie wiary”,  dla mnie więc pozostał ten o miłości…co mnie nawet ucieszyło :)


Zacząłem go jednak nie od strony miłości, lecz od strony grania i przegrywania.  Bo z życiem jest troszkę jak z grami, zabawami. Ważny jest cel, ważna jest wygrana, ale samo granie też może być już przyjemnością. Z chrześcijaństwem nie jest tak, jak nam niektórzy próbują wmówić, że musimy wszystkiego się wyrzec, cierpieć, męczyć się, a nasza nagroda będzie w niebie. Że chrześcijaństwo to same zakazy i ograniczenia, które nas tłamszą, ograniczają, zabijają radość życia. Nie prawda. Życie chrześcijańskie może być niesamowitą przygodą, do jakiej powołał nas Bóg. Codziennie chce nas zaskakiwać, tym co dla nas przygotował, On, który przecież napisał dla każdego z nas jedyny i niepowtarzalny scenariusz. Problem tylko w tym, że życie to „gra interaktywna” – to ja wybieram jej warianty, to ja nieraz wybieram źle, to ja próbuję chodzić na skróty. Cytując ks. Pawlukiewicza „Bóg dał nam wolną wolę, bo tylko wolny człowiek potrafi kochać”. A miłość to nie emocje, lecz wybór i to, co konsekwentnie za wyborem idzie – bycie dla kogoś, dawanie siebie,  pragnienie dobra.


Niby wszyscy chcemy dobrze. Tylko co jest dla nas dobre? Jak to rozpoznać, jak wybierać? Problem jest w tym, że w naszej „życiowej grze” nie jesteśmy sami. Włączył się w nią także szatan, ten który zbuntował się przeciwko Bogu. Szatan nie jest przeciwieństwem Boga. On był jednym z aniołów, szczególnym, wyjątkowym, ale tylko stworzeniem, które obdarzone podobnie jak ludzie wolną wolą, wybrało źle. Zbuntował się dlatego, jak pisali ojcowie Kościoła, że nie mógł pogodzić się z Miłością Boga do człowieka. Zbuntował się z zazdrości o człowieka, o to, że Bóg tak ludzi umiłuje, że dla nich sam przyjmie ludzkie ciało i wreszcie, że za nich umrze na krzyżu. Szatan miał w swojej wizji ujrzeć Chrystusa na krzyżu i właśnie wtedy miał wyrzec owe „Non serviam” nie będę służył… Takiemu Bogu nie chcę służyć….  Biblia nazywa szatana Przeciwnikiem, Nieprzyjacielem, - ale to nie tyle przeciwnik Boga, ale właśnie człowieka. To kusiciel, Ojciec Kłamstwa, bo robi co może, by nam utrudnić wybieranie dobra, by nam zamieszać w głowach, by zło pokazać jak prawdziwe dobro…  A potem robi wszystko, by te zło wyszło na jaw, by jeszcze raz nam dowalić i nas pogrążać… W innym miejscu mówi się, że Szatan to „oskarżyciel Braci naszych”, bo każdy nasz grzech wypomina nam przed Bogiem, pokazując na nas mówi Bogu, „zobacz, Boże, a n nie mówiłem? Pomyliłeś się, nie warto było tak kochać ludzi. Twoja miłość do nich jest ślepa. Oni nie są tego warci… Oni nigdy tego nie docenią…”


Nie możemy przegrać życia, nie możemy przegrać miłości, bo jedno jest nasze życie. W przeciwieństwie do gry komputerowej, gdy już pojawi się „Game Over” nie da się zacząć jeszcze raz… Ale jak już wspominałem, to Bóg jest autorem scenariusza naszej gry – i dopóki ona trwa, nie ma takiej sytuacji, z której nie da się wyjść. Wspominałem, jak kiedyś przyszła do mnie załamana dziewczyna, mówiąc że jej życie jest bez sensu, że wszystko jest beznadziejne i że chciała by skończyć te życie i zacząć wszystko jeszcze raz.  Odpowiedziałem jej: „Dziewczyno, ty masz dopiero 16 lat, całe życie dopiero przed tobą, w każdej chwili możesz zacząć od nowa”.


Tym co nadaje naszemu życiu sens, tym co daje szczęście – jest miłość. Każdy z nas chce kochać i być kochanym. Chce być dla kogoś ważnym, wyjątkowym, bliskim.  Miłość to nie emocje, zachwyt, ale jak już wspominałem – relacja, bycie dla kogoś.


Dziś słowo miłość to często – słowo „śmietnik”, tak często używane w różnych kontekstach, że zatraca swój charakter. Mówi się: kocham jeść, kocham spać, kocham sport, kocham rodziców, ojczyznę, zwierzęta. Kocham kogoś i kocham się z kimś. Ile jednak w tym jest prawdziwej miłości, a ile egoizmu, mojego chcę, kłamstwa?  Miłość to odpowiedzialność, to szczęście. Ale te szczęście może być tylko wtedy, gdy jest prawdziwa. Życie jest walką o tę prawdziwą miłość, to wybory i wierność wyborom. To budowanie własnego szczęścia. Musimy być w tym mądrzy, bo szatan, nasz przeciwnik, robi wszystko, by nam zakłamać rzeczywistość. Zwłaszcza by cielesność ukazywać jako prawdziwą miłość, Niedawno wyczytałem ciekawe stwierdzenie. Gdyby tak było, to prostytutki powinny być najszczęśliwszymi kobietami n świecie, a księża i inni żyjący w czystości najbardziej nieszczęśliwymi… Jak jest, sami widzimy. Dziewczyny z ulicy kończą najczęściej jak duchowe i fizyczne wraki.


Młodość, narzeczeństwo, chodzenie ze sobą to czas uczenia się miłości. To czas dojrzewania do miłości. To czas, który trzeba dobrze wykorzystać. Na uczenie się siebie, na uczenie się swojej przeszłości i swojej przyszłości, swoich marzeń i leków, na rozmowy o tym co było trudne i to co mnie budowało, umacniało. Jeśli chłopak z dziewczyną zamiast tego idą w cielesność, na którą przyjdzie czas później, to sami siebie okradają z tego co najpiękniejsze, z relacji jakie się miedzy nimi budują, z relacji, które właśnie tworzą miłość. Oczywiście to jest dużo trudniejsze, często trzeba się dużo natrudzić, walczyć o siebie, przechytrzyć samego siebie, jak młodzi jadący na wczasy pod namiot zabierający przy okazji młodsze rodzeństwo, jak narzeczeni idący na spacer się przewietrzyć, gdy atmosfera w domu, pod nieobecność rodziców robi się zbyt gorąca, ale warto o to walczyć, bo walka o czystość przedmałżeńską, to także szkoła wierności w małżeństwie.


Każdy z nas chce być szczęśliwy, walczy o swoje szczęście. Nie tylko te w niebie, ale już tu i teraz. Nie możemy tego przegrać, nie możemy przegrać życia, nie możemy przegrać miłości.



KDM w Szumsku 2013 - cz. I. 2013-08-27

Szumsk – niewielkie miasteczko 30 km za Wilnem. Nad samą białoruską granicą. Większość mieszkańców to Polacy. Jak i w całym regionie. Nad miasteczkiem góruje barokowy, podominikański kościół z jednej strony i góra Trzech Krzyży z drugiej. Polskość i chrześcijaństwo mocno wpisały się w tutejsze serca i tutejszy krajobraz.  Szumsk wita nas polskim transparentem rozwieszonym nad drogą – „Witamy w Szumsku”.




Przyjechałem tu przed 16:00 w piątek wraz z Ludmiłą i Swietłaną, dwiema wolontariuszkami porwanymi z wileńskiego hospicjum (od moich sióstr). Dziewczyny pawie całe wakacje pomagają tam bezinteresownie chorym i siostrom. Tak jak potrafią.  Gdy z kolegami księżmi byliśmy w hospicjum w środę, rzuciłem temat, że jadę na weekend na Katolickie Dni Młodzieży (KDM) i że mogę je zabrać. Siostrom (Ludmile i Swiecie) ale i siostrom zakonnym pomysł się spodobał i nie trzeba było dwa razy zapraszać. Nie tak jak mnie :)


Mnie na KDM zapraszano już rok temu. Nie pojechałem wtedy. Jedno że daleko, drugie – że w weekendy mamy naprawdę dużo pracy w parafii, po trzecie – mój cel bycia na Litwie, to praca wśród Litwinów. Tu na wileńszczyźnie mają swoich księży Polaków aż nad to. Gdy jednak w tym roku po raz kolejny pojawiło się kilkakrotnie zaproszenie, zgodziłem się być, nawet wygłosić konferencję.  Po Litewskich Dniach Młodzieży w Kownie, po tamtych doświadczeniach wiary i chrześcijańskiej zabawy młodych Litwinów była we mnie chęć bycia także tam, w Szumsku wśród młodych Polaków. Nie było nawet problemu z urlopem – przeliczyłem wraz z proboszczem jeszcze raz wykorzystane już dni i wyszło że bez problemu na zjazd i Szumsk mogę jeszcze coś nieco wykroić. O ile na niedzielę uda mi się wrócić.




To już VII Katolickie Dni Młodzieży w wymiarze międzynarodowym. Zjechali się na nie Polacy z Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy i Polski. Razem z prawie 70 wolontariuszami i organizatorami było nas 300 osób. Co ciekawe choć „impreza” odbywała się w kościele i przy kościele (noclegi zaś w szkołach w leżących 4 km wcześniej Kowalczukach) to jednak udział i rola księży w organizacji była niewielka i tylko duchowa. Nad całością czuwała sama młodzież, głownie związana z polskim harcerstwem na Litwie. To oni powołali Stowarzyszenie, to oni piszą projekty, to oni układają program, zapraszają gości, nawet wyznaczają tematy konferencji.  Nad całością czuwają Antoni, Włodek, Mirek, Erika i Ewelina, Asia i Alina, Wiktoria, Augustyn, druga Wiktoria, może jeszcze ktoś… Za spawy duchowe odpowiada ks. Marek Barczewski, pijar z Krakowa, który przyjechał z grupą ewangelizatorów. Jestem też ja i ks. Karol Gresik, mój kursowy kolega, któremu zaproponowałem współudział w tym „przedsięwzięciu”.



Czym jest KDM? Czy to rekolekcje? Obóz? Pożegnanie wakacji? Czy to spotkanie i integracja Polaków ze Wschodu?  Wszystko po trochu… To ich czas, jaki chcą nawzajem spędzić, by wspólnie bawić się i modlić, by cieszyć się tym co łączy – wiarą i polskością.




Tegoroczny temat spotkania – „Potrzebuję Cię”. Krótko i wieloznacznie. Nikt z nas nie jest samowystarczalny. Wielu niezależność traktuje jako cel i środek do osiągnięcia szczęścia.  A często jest wręcz odwrotnie. Niezależność może wieść do pychy, zamknięcia się, samotności. Potrzebuję innych, ich radości, pomocy,  relacji, wzajemności. Inni potrzebują mnie. Nie żyję tylko dla siebie. Różne są ludzkie potrzeby, ale ta – przyjaźni, bliskości, wspólnoty jest chyba jedną z najważniejszych…



Dużo by można jeszcze napisać… Nie żałuję, że znalazłem dla nich czas. Mogłem być, patrzyć, towarzyszyć. Mogłem do nich mówić i ich słuchać. Mogłem z nimi skakać, tańczyć, strzelać się farbą (paintball), puszczać bańki i modlić się… Mogłem ich poznawać, uczyć się ich, a oni uczyć się mnie… Po troszkę więcej niż dobie, w sobotę wieczorem dziwnie mi było żegnać się i wracać do siebie na niedzielę na parafię…  Do tego stopnia dziwnie, że w niedzielę wieczorem, po ostatniej Mszy wsiadłem jeszcze raz w auto i podjechałem te 160 km przez całą Litwę na ostatni punkt programu  - na kończący KDM koncert. By znów być wśród nich. A teraz zastanawiam się, kto kogo bardziej potrzebuje: Ja ich? Czy oni mnie?



zdjęcia w większości pochodzą od Edvina Samela
https://www.facebook.com/EdvinSamelPhoto


i ze strony facebookowej KDM


Zjazd księży - siedem lat 2013-08-27

Siedem lat kapłaństwa minęło w maju. Co roku wraz z kolegami z seminarium świętujemy tę naszą rocznicę. Troszkę problemów było ze zgraniem terminów. Pierwszy – majowy nie wyszedł, potem przymiarki na początek lipca, wreszcie trzeci -  realny dla wszystkich od 19. do 21 sierpnia. Miejsce naszego spotkania: Litwa.  


Zjazd tak jak zawsze rozpoczęliśmy od Mszy św. (poniedziałek 18:00). Msza dodatkowa (poza grafikiem) zebrała całkiem ładną grupę wiernych. Zresztą przez całą niedzielę księża na Mszach ogłaszali, że będzie jubileusz ks. Sławka i jego kolegów i zapraszali wiernych, byśmy widzieli, że Litwini „kochają kapłanów”. Nie ogłaszano tylko tego, że Msza będzie po polsku. Gdy więc rozpoczęliśmy Eucharystię widziałem uśmiechy i zdziwienie… Tu w naszej parafii Msze polskie są bardzo rzadko, tylko dla gości, bo miejscowych Polaków nie ma. Poprzednia była chyba z półtora roku temu, gdy w ferie, w niedzielę wieczorem przyjechała do mnie młodzież i ktoś się pochwalił, że pół dnia w podróży i nie miał okazji być na Mszy.


Ale wracamy do naszego zjazdu. Msza polska, choć też troszkę litewska i łacińska. Po łacinie śpiewane części stałe (Święty, Baranku Boży), po litewsku czytanie, psalm i Ewangelia (potem Ewangelia też po polsku) oraz pieśni. Kazanie zgodnie z utartą już tradycją zjazdów mojego kursu wygłosił ksiądz proboszcz. Troszkę się bronił, wymawiał, że nie chce, bo polskiego nie uczył się w szkole, lecz tak, ze słyszenia i może kaleczyć, ale jednak dzień wcześniej się zgodził. Mówił bez kartki, w dwóch językach: najpierw po litewsku,, potem to samo dla nas po polsku. Najwięcej  uśmiechu wywołał jego apel o współpracę polsko-litewską i wzajemny szacunek. „Bo czy chcemy, czy nie chcemy ale przecież Polska jest matką chrzestną Litwy, niestety…” Ot tak niechcący i jakoś nieopacznie się te „niestety” wymknęło :).


Na koniec Mszy były jeszcze dwie niespodzianki: jedna od Karolinki, naszej organistki – pieśń „Barka” po litewsku, druga od p. Žukauskienė - mamy dwóch litewskich kapłanów i kierowniczki naszej parafialnej Caritas – białe róże dla wszystkich księży.


A potem jeszcze prawdziwa litewska kolacja przygotowana przez Astę, gospodyni, cepeliny, czarny chleb, nawet świńskie wędzone uszy a po kolacji jeszcze bania i siedzenie do późna.


Następnego dnia rano druga wspólna Msza po polsku w naszej świątyni. Tym razem sami, tylko z Antanasem - ministrantem zastępującym kościelnego. Antanas po polsku nie mówi, za to nieźle po angielsku, co skwitował ks. Grzesiek stwierdzeniem „Your English is very good, wiesz…”. Tekst ten stał się motywem przewodnim zjazdu :). Po Mszy chwila na ogarnięcie się, śniadanie, odwiedzenie bazyliki i wyjazd do Trok. Tam obiad  u karaimów i atrakcja wieczoru – żeglowanie wokół zamku zakupione za śmieszne pieniądze na litewskim odpowiedniku „grouponu”. A potem nocleg na kampingu nad brzegiem j. Galvė.


Ostatni, trzeci dzień zjazdu to dalsze zwiedzanie Trok, a potem wyjazd do Wilna, do Sióstr Jezusa Miłosiernego. Zwiedzanie miasta,  nawiedzenie kaplicy Ostrobramskiej i Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, Msza o 15:00 w kaplicy u sióstr, gdzie powstawał pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego i obiad, jakim nas siostry poczęstowały. A potem powrót do Marijampolė.


Zjazd zakończony. Pierwszy raz zagranicą. Pierwszy raz trzydniowy. Pierwszy w niepełnym składzie. Niestety nie dotarł ks. Michał, który jest na „misjach” w Irlandii.  Szkoda. Poza tym wszystko inne super. Potrzeba nam było tego wspólnie spędzonego czasu.


Być - trwać - służyć 2013-08-13

Czasami spotykam się ze stwierdzeniem, że ksiądz to częściej w Polsce niż na Litwie. Prawdą jest, że moje "misje" na Litwie dają możliwość być co i raz w kraju. Granica leży zaledwie 30 km od mojego Mariampola. Wyjazd do Kętrzyna (180 km), Bisztynka (230), Olsztyna (250), Fromborka (320) czy nawet Warszawy (350) – to nie jakaś nierealna wyprawa… więc kiedy jest potrzeba lub możliwość…


Ale "moje misje" to przede wszystkim praca tu w parafii. Albo lepiej powiedzieć w parafiach... bo posługujemy wiernym z czterech parafii: dwóch w Mariampolu i dwóch na wioskach: Daukšiai i Pailčiai. To bycie z tymi ludźmi, bycie dla nich.


Zwłaszcza moje Daukšiai, gdzie w soboty i niedziele „proboszczuję” daje mi dużo radości. Przede mną parafię tę obsługiwał ks. Vitalius. Ludzie bardzo go polubili, pamiętam pożegnanie i bal jaki mu wyprawili, gdy rok temu odchodził z parafii. Zastanawiałem się jak po nim mnie ludzie przyjmą. Czy nie będzie ciężko?


Po roku widzę ich otwartość i wielką życzliwość. Zwłaszcza kościelny- Gražvydas, jego żona- Vida, Antoni – jeden z gospodarzy, czy Justas- inny oddany parafianin. Wszyscy tworzą szczególną atmosferę, taką, że choć nasz kościół prosty i ubogi,  to jednak jest wyjątkowy, jest wspólnotą. Dzięki ks. Prałatowi Juozasowi w kwietniu przybył nam w kościele piękny obraz patrona świątyni – św. Jerzego, a w lipcu nowe główne i boczne drzwi. wspólnie ze znajomymi w Polsce w ciągu ostatnich miesięcy zakupiliśmy także komplet normalnych ornatów w miejsce zniszczonych przedsoborowych, pachnących stęchlizną. Kościół się zmienia, pięknieje. W środku czysto, na zewnątrz przycięte drzewa i równo wykoszona trawa. Ale  to co mnie osobiście najbardziej cieszy to dzieci komunijne, to to, że po I komunii św. grupka ich nadal jest, przychodzi, spowiada się,  przyprowadza młodsze rodzeństwo. Cieszę się mocno.



***


Powrót z urlopu przywiał mnie dość dużą ilością obowiązków. Już w sobotę, w pierwszym dniu przyszło mi najpierw do południa spowiadać, potem szybko jechać do Daukšiai na Mszę z kazaniem żałobnym,  wracać, dyżurować, a jeszcze wieczorem ochrzcić pięcioro mocno rozkrzyczanych dzieci. Potem zaś druga Msza i nowe kazanie, które trzeba napisać. Podobnie niedziela – dwie Msze na dwóch parafiach. A od poniedziałku do środy oprócz Mszy i kazania o 12:00 dochodzą jeszcze dyżury kancelaryjne od 9:00 do 18:00. Czas wrócić do swoich codziennych obowiązków, spotkania przed chrztem, ślubem, przyjmowanie intencji Mszy i zapisywanie pogrzebów. A tych ostatnich, aż za dużo. W trzy dni przyszło mi  prowadzić cztery pogrzeby…


Jeden (drugi poniedziałkowy) dość niespodziewanie wyszedł. Rano koło 10:00 przyszła pani do kancelarii i pyta czy byśmy nie pochowali jej cioci – prawosławnej. Bo na dziś jest umówiony pogrzeb, ale batiuszka z Kowna nie da rady przyjechać, a nie chcą tak sami, bez księdza… Dobrze, choć pochowam ją po katolicku, inaczej nie mogę, a nawet nie  umiem.


Znów jak refren wracają słowa z obrazka prymicyjnego: „Stałem się wszystkim dla wszystkich, aby pozyskać przynajmniej niektórych. Wszystko czynię dla Ewangelii, aby mieć w niej swój udział” – [św. Paweł]


Ale o to chodzi... w tym jest moja radość. Po to przecież tu jestem.



 


ostatnie urlopowe spokania... 2013-08-05

Ostatnie dwa dni wolnego - czwartek i piątek spędziłem w Polsce. Cel w sumie jeden główny - oddać buty górskie do reklamacji. Załamała się podeszwa w obu, zerwał się jeden z "traktorów". odkleiły czuby. Jak na użytkowanie butów przez pięć dni to troszkę za szybko. Cena jak na takie buty była naprawdę dobra... z jakością jak widać gorzej :) Do sklepu w Olsztynie jednak w czwartek nie udało się już dojechać. W Suwałkach zeszło się troszkę ze zmianą oleju, odkładaną i tak zbyt długo, wcześniej u Jana i Marysi w Jelonkowie mieliśmy obiad, potem jeszcze wizyta na poczcie i odbieranie kolejnej paczki z darami od Tadzia z Inowrocławia dla mojej parafii w Dauksziai... z Suwałk ruszam po 16:00 więc dopiero ok 18:30 docieram do Bisztynka. Rano nie odprawiałem Mszy. Wiem, że tu, na byłej parafii będzie możliwość nawet poza godzinami. Najpierw udałem się do Kościoła, gdzie właśnie skończyła się Msza i zaczęła się adoracja I-czwartkowa. Chwila modlitwy i rozmowy z proboszczem, wikarym i organistą. A potem jadę do klasztoru sióstr - tam najłatwiej będzie dziś odprawić. Msza sam na sam z Panem Bogiem. Troszkę dziwnie. Już bardzo dawno tak nie odprawiałem. W ogóle chyba tylko 3 czy 4 razy na te siedem lat kapłaństwa. Zazwyczaj dołączałem się do jakiejś wspólnoty, parafii lub znajdywał się ktoś.


Po Mszy chcę jechać na dwie kawy... Pierwsza ma być o 20:00. Sprawdzam godzinę na komórce, a tu sms: "Nie ma mnie w domu, ale zapraszamy księdza na grilla". Zamiast kawy karkówka i oscypki z żurawiną... dobra zamiana. Milena, jedna z moich bisztyneckich "córć" już dorosła... Niedawno miała 18 urodziny. Aż ciężko w to uwierzyć. Towarzystwo grillowe poza nią znane raczej z widzenia. Ostatnio spotkaliśmy się przypadkiem w Zakopanem. Sympatyczny czas, choć czuję z ich strony mały stres... dziwnie im tak grillować z księdzem ;)


Koło 21:00 jadę na drugą "kawę". Dziękuję Bogu, że my Polacy mamy dość szerokie rozumienie tego słowa - kawa zamienia się więc w  herbatkę, ciasta, kolację, żarty, oglądanie zdjęć i wieczorno-nocne rozmowy. Pada także pytanie czy mam w ogóle gdzie przenocować ;) W sumie nie... świetne są takie dodatki do "kawy".


Następnego dnia jadę do Olsztyna. Odwiedzam najpierw ks. Adama, neoprezbitera z NSPJ. Do seminarium szedł po pierwszym moim roku w Kętrzynie. Przypomina mi różne mądrości, które gdzieś mu w tej drodze do kapłaństwa przekazywałem. Wśród nich jedna perełka. "Seminarium to zło konieczne". Że ja coś takiego mówiłem? Oczywiście w odpowiednim kontekście... Chodzi bardziej o to, że bycie w seminarium nie jest celem samym w sobie. To tylko droga, którą trzeba przejść. Zwłaszcza, gdy stężenie testosteronu czasem daje młodym ostro w kość warto sobie przypominać po co się jest w seminarium... Wspominam też słowa rektora: Aż ukształtuje się w nas Chrystus...


Wizyta w Alfie trwa jakieś 15 min. Tylko schodami do sklepu ze sprzętem górskim. Reklamacja przyjęta. Tu nie ma co naprawiać. Będą albo nowe buty, albo zwrot mówi sprzedawca. Nowe buty wyślą mi nawet na Suwałki. Pieniądze? Jeśli pieniądze, to może uda się na konto przelać. Bo jechać do Olsztyna specjalnie to słaby biznes.


W Olszynie też jeszcze jedna kawa i powrót do Bisztynka. Najpierw lecę na chwilę do Ani i Zbyszka. Zapraszali już wczoraj proponując nawet nocleg, jakby nie było gdzie. Nie chciałem im przeszkadzać bo wiem że mocno teraz zabiegani. Tak jak wcześniej całym sercem angażowali w zbieraniu darów dla naszej bisztyneckiej misjonarki w Afryce, tak teraz szykują na sobotę wielką akcję dobroczynną dla Kacpra chorego na białaczkę. Gdy podjeżdżam pod ich dom i wchodzę do środka Ani i Zbyszka nie ma. Gości mnie ich córcia Kasia i ich dalsza rodzina, która też w goście przyszła. Z czasem reszta dojeżdża. Zapraszają mnie też na koncert i całą akcję na sobotę. Niestety nie mogę. Od rana muszę być już na swoich parafiach na Litwie.  Wychodząc od Ani i Zbyszka, w sumie po sąsiedzku odwiedzam Martę, inną z "córć". Akurat czyta Pana Tadeusza. Jest okazja dołączyć się i wychodzi własna wersja poczytaj mi tato. Proponuje też zupę i naleśniki. Nie odmawiam i nie żałuję :) Tam zostaję w sumie do Mszy, bo dziś planuję dołączyć się do wieczornej - parafialnej. Razem jedziemy do Kościoła. Marta nie wie jeszcze o niespodziance. Podobnie Ania i p. Ania. Wszystkie kilka dni temu miały imieniny. Życzenia im składałem, ale chcę także dziś za nie odprawić tę Mszę św. Przez te trzy lata w Bisztynku, ale także i teraz są to dla mnie naprawdę ważne osoby. Więc chcę im dać to co jako ksiądz mam najcenniejsze "Dar Eucharystii". Błogosławieństwo. Bożą Łaskę i moją modlitwę.


Po wspólnej Mszy (odprawialiśmy razem z ks. proboszczem i wikariuszem) jak niegdyś czekamy na siebie i spotykamy się pod kościołem. A potem udajemy się do P. Ani. Wcześniej wypytałem ją czy nie będę przeszkadzać. Ale nie spodziewała się, że wpadniemy w szerszym, oazowym gronie. Trzeba nam wszystkim takich spotkań. "Nauczycielu, gdzie mieszkasz? Chodźcie, a zobaczycie :)"


Wychodząc od p. Ani myślę jeszcze o jednym spotkaniu... By odwiedzić ks. Adriana w Bartoszycach. Już w sumie późno... Ale nie dla księży. Nie wiem co prawda, gdzie jest ten jego kościół, ale może trafię. Adriana poznałem jakieś 3 lata temu na rekolekcjach oazowych. Pozytywny człowiek. Miłe spotkanie. Dużo ciekawych i może też trudniejszych rozmów. Dominują dwa tematy: Księża i Zdrowie...


Powrót do domu na Litwie tym razem szybki i spokojny. Trzy godziny i 15 minut i jestem u siebie... Szybki sen, bo jest jeszcze trochę czasu... Cztery godziny i kończy się urlop, a zaczynają nasze normalne, cosobotnie obowiązki...


Urlop - kolejna odsłona... 2013-08-04

Niedziela, 28 lipca. Dwie godziny snu, dwie parafie, dwie Msze. A potem wznawiam urlop. Tyle że teraz na Litwie. Czekam na pierwszych gości. Kilka się osób zapowiadało w wakacje. Jako pierwsi mają zjechać do mnie już dziś kuzyn Michał z żoną i córką. Jesteśmy w kontakcie telefonicznym. Już będąc w górach prosiłem ich tylko by się nie śpieszyli. Cobym zdążył do domu w niedzielę wrócić i troszkę posprzątać, po szybkim i niespodziewanym pakowaniu się w góry. Pranie, ogarnianie, odkurzanie, znów pranie... potem nawet chwila snu... koło 18:00 wysyłam sms: Jak tam droga? Odpowiedź - "Zaraz ruszamy" :) Aha. To chwilę się kładę. Obudzą. Są po północy...
Ola i Michał byli już na Litwie. Córka Dorotka nie. Po małej weryfikacji planów (ustaleniu że ode mnie d Palangi, czyli nad morze jest prawie 300 km) decydujemy się na wycieczki jednodniowe. Najpierw Kowno - poniedziałek. Byliśmy na Hydroelektrowni, u Kamedułów i na dachu kościoła Zmartwychwstania, byliśmy pod Soborem i przy Zalgirio Arenie, ale chyba wrażenie największe wywołała wizyta w Centrum Handlowym - na Akropolisie :) dobre wrażenie potęgują jeszcze ulotki promocyjne, które pozwoliły na smaczną i tanią kolację :)


Wtorek - Kiejdany.  Groby Radziwiłów, wspaniała ul. Wielka (Didzoji g.), cerkiew, drewniany kościół, synagogi. W sumie już drugi raz jestem w Kiejdanach, ale tym razem zrobiły na mnie dużo lepsze wrażenie. Miasto multi-kulti, ale jakże "miejskie". Zwłaszcza w porównaniu do niedawnych wizyt w Ejszyszkach i Solecznikach. W Kiejdanach wpadam na pomysł by odwiedzić Muzeum Miłosza. To niedaleko - 15 km stąd. Dzwonię na numer, jaki kiedyś przypadkiem wpisałem do telefonu. Jest już po 17:00 czy mają czynne? "Przyjedźcie, będę czekać" mówi po litewsku pani z drugiej strony. Szetejnie. Dworu, gdzie się urodził noblista nie ma... tylko na fotografiach. Zachował się park sadzony przez Miłoszowego dziadka położony nad brzegiem Niewiaży (dla poety - Issy) oraz odbudowany biały spichlerz, gdzie teraz mieści się sala wystawowa. W parku rozstawione książki - tablice, którymi sam Noblista przemawia i oprowadza po swojej ojczyźnie... Ojczyźnie którą stracił i do której wciąż wracał, pytając wciąż jednak kim jest? Polakiem, Litwinem? Serbołużyczaninem? (Ród wywodził od Serbów Łużyckich)  Świata Obywatelem? Jakże aktualne pytania dla wielu na Litwie...


Środa - wyjazd do Trok. Tam zwiedzanie Zamku na półwyspie i spacer do zamku na wyspie. Wystawa sztuki sakralnej - wstęp 4 lt. Warto. Dorotka co prawda się wystraszyła, gdy Mnich z wystawy odwrócił się w jej stronę i spiskiem przybiegła do taty policjanta, ale to chyba tylko na plus. Podobnie jak piękne monstrancje, kielichy i inne sprzęty, obrazy, eksponaty. Po zamkach jest jeszcze czas na obiad i plażing. Choć z szukaniem plaży nie tak prosto. Rozkładamy się więc na pomostach za szkołą policyjną, gdzie już korzystało z uroków jezior kilka osób.


W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze Józefa i Reginę z Lendwarowa. Wspominałem już o nich na pewno. Zaprzyjaźniona rodzinka, są dla mnie jak wuj i ciocia. W domu u nich czuć moją Litwę, tę którą pokochałem - polsko-litewską, mickiewiczowską... Zresztą Regina jest z Mickiewiczów. Do siebie wracamy przed północą.


W czwartek Michał, Ola i Dorotka wracają do siebie. Ja mam dalej urlop... jeszcze dwa dni. Razem z nimi jadę i po obiedzie się rozdzielamy. Zostaję w Suwałkach skoczyć na pocztę, ale przede wszystkim troszkę zająć się moim ostatnio zaniedbanym z powodów finansowych autem. Po dwóch godzinach w zaprzyjaźnionym warsztacie mogę spokojnie ruszać dalej. Trasa - Olsztyn i Bisztynek.



Zdjęcie zrobione w Trokach na podwórku jednej z Kibiniarni :) Polecam skrzydełka :)


Powrót z przeszkodami 2013-08-04

Droga z Tatr na Litwę jak zwykle nie biegła najprościej. W sobotę o 2:00 w nocy dotarliśmy do Warszawy. Po 80 km górskich szlaków zmęczenie swoje robiło. Zostałem więc do rana korzystając z dobrze już mi znajomej półtorametrowej kanapy w kuchnio-jadalnio-salonie. Rano śniadanie i dalsza droga. Z Warszawy do siebie (Marijampole) mam już zaledwie 350 km, ale mam jeszcze prawie dobę. Postanowiłem więc wracać przez Bydgoszcz (350+500km), by odwiedzić rodziców. Okazji kilka: mamy urodziny, 5 urodziny chrześniaczki, imieniny mojej chrzestnej, jubileusz proboszcza,jest też u mamy moja siostra z Niemiec. Aby było szybciej postanawiam jechać autostradą. Może nie tak prosto, najpierw na A2 pod Łódź potem A1 aż pod Włocławek. Polskie Autostrady okazują się jednak wyrobem atostradopodobnym. Na odcinku 190 km "autostrady" nie ma ani jednej stacji benzynowej. Ze stolicy nie wyjechałem co prawda "suchym" samochodem, ale ostatnie kilometry już na rezerwie i poważnie już się martwię, czy samochód dojedzie do pierwszej napotkanej stacji... Ostatnie kilometry i zjazd na Kowal zapchane. Korek. Wszyscy w sobotę jadą nad morze? Stanie i podjeżdżanie po kilka metrów wzmaga niepewność czy dojadę do stacji... Po drodze widać już "porzucone" auta. Jednego z kierowców zabieram nawet ze sobą. Miałby pieszo jeszcze jakieś 3-4 km. Dojechaliśmy... Ponieważ widzę, że większość aut z podróbki autostrady dalej jedzie w tym samym kierunku - czyli na Toruń, postanawiam dojechać tam nieco inaczej - bardziej lokalnymi drogami. I co prawda troszkę na przełaj, troszkę na czuja, ale to mi się udaje. W Toruniu jeszcze małe zakupy (prezenty) i ruszam dalej. Do domu rodziców przyjechałem ok. 15:00. To trochę późno... Obiad, chwile rozmów i czas lecieć na Mszę. Oczywiście do Brzozy, choć u rodziców już od 3 lat jest inna, nowa parafia. Ale tam znamy się z księdzem dużo lepiej, no i ma w tym roku ten piękny, jubileusz - pół wieku kapłaństwa. Po Mszy święci mi jeszcze samochód. Bo przecież było św. Krzysztofa. A potem lecę dalej. Do mojej chrzestnej i jej wnuczki - mojej chrześniaczki. Ciocia Ania jest, ale małej Julki nie ma. Kuzyn z żoną i dziećmi pojechał nad morze. Szkoda. Ksiądz-wujek znów zostawi tylko prezenty. Branie księdza na chrzestnego to nie jest najlepszy pomysł. Ale cóż. Za to z ciocią i wujkiem jest okazja troszkę posiedzieć i pogadać. Koło 20:30 lecę jeszcze do rodziców. Tam już grillują. Jest okazja na wspólne "posiedzenie". A ok. 22:00 ruszam do siebie. Na Litwę.


Droga ciężka. Chyba jeszcze nigdy tak trudno mi się nie wracało. Zapasu czasu prawie nie ma. O 9:00 mam pierwszą mszę na wiosce. Zatrzymuję się pierwszy raz kawałek z Toruniem... trzeba Energaizerów... Przed Ostróda pod koła wpada lis... jeszcze się zatrzymał, jakby chciał by go rozjechać. Łamie mi plastiki w zderzaku. Ot czort... W Ostródzie zajeżdżam na półgodziny na kawę. Kolega, ks. Paweł jeszcze na kartonach w gościnnym pokoju. Dopiero przeniósł się z Lidzbarka tu na parafię. Siedzimy jak w wielkim magazynie. Kawa i Cola, i jadę dalej... Już 1 w nocy... Kolejny postój Olsztyn... Chcę się zdrzemnąć, ale liczę jeszcze raz czas... na sen, choć 45 min nie starczy nie wiem ile jeszcze będzie postojów, ale muszę trzymać jakiś zapas czasu, potem może być przecież jeszcze gorzej... Zamiast snu wietrzę się więc oglądając pruskie szachy pod ratuszem... Kolejne wietrzenie się pod Mrągowem... spacer dookoła samochodu na stacji benzynowej... Za wolno tych kilometrów ubywa. A za chwilę będzie robić się jasno... Jadę dalej... Radio nie działa... Zostaje więc otwarte okno i śpiewanie na głos. A od jakiejś 4 rano podziwianie jutrzenki. Kilometry pod Bakałarzewem strasznie trudne. Ruch niewielki, zamarł prawie. Do tego remont drogi i czerwone światło. wyciągam komputer i włączam. Niech gra jakiś film. Zamiast radia. Tak jakoś dojeżdżam do Suwałk... Chwila wietrzenia, postój na placu z darmowym WiFi, sprawdzanie fb, kto jeszcze nie śpi, czytanie zaległości. Jeszcze ostanie 45 min do siebie... Na pewno?  W dzień może tak... Teraz może być dłużej... Ale odpoczynek potrzebny by nie zrobić sobie i komuś krzywdy. Z samochodem i zmęczeniem nie ma żartów. Sił po przerwie starcza prawie pod granicę. Znów postój tym razem w szczerym polu. Kilka wdechów, obchodzenie auta i dalej... Już jest dzień... Słońce pięknie świeci... tylko tych sił tak mało... Ale dojadę...


W domu jestem o litewskiej 7:00... Ustawiam budzik na 9:00 i idę spać... A potem kolejne 20 km na moją wioskę, 17 km na drugą wioskę i powrót na obiad a po nim jestem już wolny. Mogę wracać na urlop. Mamy cztery parafie i muszę być. Rozumiem i nie żałuję. Ani tego, że na niedzielę trza wrócić, ani tego, że nadłożyłem kilometrów i choć na 8 godzin odwiedziłem rodziców. Zmęczenie jeszcze kiedyś odeśpię.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]