_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Urlop i Zmiana kierunku... 2013-07-29

Już prawie byłem w Rydze. Propozycja sprzed tygodnia zabrania się za darmo z jedną z parafii na dwudniowy wypad wydawała się naprawdę kusząca.  Aż tu w sobotę w nocy pojawia się inna propozycja: Może chciałbyś z nami pojechać w góry... Jutro... Rano rozmowa tel. z ks. Krzyśkiem z Wiżajn i decyduję się odpuścić sobie tę Rygę. W południe, po  Mszach na dwóch naszych wiejskich parafiach szybkie i wielce chaotyczne pakowanie i wyjazd w trasę: Bisztynek-Olsztyn-Warszawa-Zakopane. Po drodze zbieranie się, zakupy, bo tak naprawdę nie mam ani jaskrawej kurtki, ani butów do wspinaczki, ani latarki-czołówki, rzeczy w góry potrzebnych...


W poniedziałek ok 7:00 jesteśmy w Zakopanem. Troszkę wcześnie na szukanie noclegu, ale nie mamy jakiś większych oczekiwań. Przy dworcu znajdujemy p. Marka który zabiera nas do siebie. Dom ma przy wyjściu w dolinę Małej Łąki, blisko Kościeliskiej. Dobra lokalizacja, cena. Warunki dość proste, ale wystarczające. Przynajmniej dla nas.


Chwila snu, ogarnięcie się i pierwsza wyprawa. Na początek 8 km trasa z Gronika na Sarnią Skałę (1377m) i dalej do Doliny Białego. Potem Msza u Albertynek, kolacja na mieście i przeciągające szukanie naszej ulicy... Kolejne kilometry wychodzimy w mieście...



Drugi dzień to wyprawa na Stawy Gąsienicowe. Szukając parkingu koło Kuźnic trafiam na Ośrodek Rekolekcyjny- Księżówkę. Zostawiamy tam auto i przy okazji umawiamy się na Mszę w kaplicy po naszym powrocie. W drodze na szlak spotykamy znajomych z Bisztynka wracających z Kasprowego. Zaskoczenie. Jaki świat mały. Miło :) Trasa nasza wiedzie najpierw niebieskim szlakiem na Halę Gąsienicową. Potem bardzo ostre podejście przez Karb (1853m) pod Kościelec. Wejście na Kościelec kusi, ale na ma dziś czasu... głos racjonalny wygrywa. Schodzimy na Zielony Staw Gąsienicowy, a potem przez Dwoiśniak na Kuźnice. I tak tego dnia robimy ok 20 km.



Trzeci dzień to plan ruszenia na Czerwone Wierchy. Spod domu żółtym szlakiem idziemy na Przełęcz Kondracką (1723m). Wejście dość ostre, ale widoki rekompensują trud. Z przełęczy już blisko na Giewont (1987). Tłumy tam oczekują na wejście po łańcuchach do góry. My ruszamy w drugą stronę. Na Kopę Kondracką (2005m), a potem na Czerwone Wierchy. Krzesanica (2122m) to najwyższy zdobyty przez nas punkt. Pionowa ściana widziana już od rana, tyle że tym razem z góry i droga przy krawędzi robi wrażenie. W drodze na Czerwone Wierchy troszkę zwalniam i robię częstsze postoje by uspokoić tętno i oddech. Czuję ten wysiłek. Poznajemy tu też Wojtka, który sam wybrał się dziś w Góry. Dołącza do naszej wesołej kompanii. Schodząc z Ciemniaka (2096m) spotykamy też siostrę Bernardettę. Robi się późno a ona trasę na Wierchy ma dopiero przed sobą. Nie wyrobi się za dnia. Chwila rozmowy, ale siostra uparta. Wcześniej wyjść nie mogła, a wstyd zawrócić. Oddaję jej latarkę i błogosławię. Jedno i drugie się jej dziś przyda... Umawiamy się, że latarkę odbiorę w zakrystii na Krzeptówkach. Ze szlaku schodzimy w Kirach. I tu miła niespodzianka. Okazuje się, że Wojtek ma tu auto i podwozi nas do domku. I tak 16,5 km mamy w nogach.



Czwarty dzień to trudna decyzja... Czy atakujemy Rysy czy nie... Jeśli tak, to można by zrobić jakąś trasę tak by skończyć w schronisku i tam przenocować. Zawsze to rano łatwiej. Pomysł z Rysami odkładamy jednak na bok. Zamiast tego więc postanawiamy iść nad Morskie Oko. Samochód zostawiamy na Łysej Polanie, tyle że po stronie słowackiej. Można płacić z złotówkach i jest taniej. Parkingowy daje jakiś niezrozumiały paragon wydrukowany kilka godzin wcześniej. Nie wiele się tam zgadza, ale wkładam go za szybę. Potem dopiero się zastanawiam, czy to nie jakiś naciągacz co się nakręcił przy cudzym parkingu... Ale byłby numer... Morskie Oko tonie w turystach. Byłem już u kilka razy przed laty. Oglądanie jednak Morskiego Oka od dołu to już dla nas wątpliwa atrakcja. Ciągnie nas w górę. Myśleliśmy o Szpiglasowej Przełęczy, ale jednak wybieramy krótszy czas - szlak niebieski, przez Świstową Czubę (1763m). Po drodze dodatkowe "atrakcje"... m.in zawalony chodnik. Trzeba jakieś 3-4 metry trasy pokonywać "po ścianie"... A potem, na górze, odprawiamy Mszę św. Znaleźliśmy dobre miejsce z widokiem na Stawy Polskie. Mam ze sobą albę, stułę i zestaw "mały ksiądz". I Oremusa pożyczonego od księży z Krzeptówek. Msza staje się także "atrakcją" dla przechodzących pobliskim szlakiem turystów. Ktoś potem pyta nas co to było: Czy może ślub? My też tak byśmy chcieli... ;) Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich robi na mnie chyba najlepsze wrażenie. Zupełnie inne niż Morskie Oko... Zderzenie dwóch światów: Taternicy, a turyści ze wczasów w Zakopane. Cóż... Nie zostajemy na noc... Rysy poczekają na inną okazję... Wracamy czarnym szlakiem w dół, a potem doliną Roztoki do Wodogrzmotów Mickiewicza i dalej do samochodu... Trasa tego dnia najdłuższa, choć nie najtrudniejsza. Ok. 24 km.



Ostatni dzień wstajemy wcześniej. Trzeba zdać pokój przed wyjściem w góry. Dobrze się mieszkało u p. Marka. Troszkę jeszcze spuszcza z ceny, no i oczywiście pozwala nam zostawić u niego jeszcze auto. Pożycza też latarkę i podpowiada gdzie najlepiej iść, bo dziś planujemy jaskinie. Padają trzy propozycje... Mroźna, Mylna i Smocza Jama. Wszystkie w pobliskiej dolinie Kościeliskiej. Najpierw jednak jedziemy na Mszę i odebrać moją latarkę pożyczoną siostrze Bernardecie. Wróciła cała i zdrowa, choć półtora godziny po zmroku. Zostawiła nam sympatyczną kartkę i namiary na siebie. Mszę odprawiam w Kaplicy, przed figurą Matki Bożej Fatimskiej podarowaną góralom przez Jana Pawła po zamachu w podziękowaniu za ich modlitwy. Na szlak ruszamy przez Przysłop Miętusi (1189m). Ostania mini górka do wdrapania się... Ale dziś nie szczyty, lecz wnętrza gór są w naszym zainteresowaniu. Dolina Koscieliska jak Morskie Oko. Pełna turystów. Jaskinie Mroźną, jedną z atrakcji dla nich (łatwa i oświetlona) zostawiamy. Idziemy najpierw do Mylnej, słuchając kolejnej wersji opowieści o księdzu, który w niej zgubił się i zmarł... Wdrapywanie się na skałki i jest jaskinia. Tyle że po jakiś 300 m. okazuje się że to jeszcze nie ta... Jest ciasno i mokro... Ale o to chodzi. Cofamy się i kilka merów dalej jest już nasza. Przed jaskinią spotykamy turystę, który bez sprzętu tak sobie przyszedł poparzyć. W środku parę, która była już kawałek, ale się wycofała... Za dużo wody stoi w korytarzach... My, początkujące grotołazy nie odpuszczamy... Troszkę na czworaka, trochę czołgając się, ale przechodzimy na drugą stronę góry. Jest to nasz pierwszy sukces. Ja i mój plecak cały w błocie. Ale warto było. Poznajemy też tam Dominika z Ostródy. Dalej idziemy razem. Na Smoczą Jamę. Ta choć z łańcuchami i drabinką, jednak jest dużo prostsza i krótsza. Za o ciekawe do niej jest dojście przez malownicze wąwozy. Schodzimy nad potok ogarnąć się, umyć a potem po samochód. Tam jeszcze możliwość wykąpania się, przebrania i powrót do Warszawy. O 2 w nocy jesteśmy na miejscu.



Pamiętam jak w 2005 roku powiedziałem sobie że już chyba jestem za stary na łażenie po górach. Pamiętam jak w 2009 byłem w Pieninach i mówiłem sobie że na Tatry to już nie ma formy... Pamiętam jak w 2011 roku w Alpach w Austrii na pierwszej małej górce dosałem zadyszki i palpitacji serca... Pamiętam, ale cieszę się, że nie odmówiłem tej niespodziewanej propozycji - czy chciałbyś z nami pojechać w Tatry... jutro... I gdyby dziś zadzwoniono do mnie z tą samą propozycją, pewnie i dziś bym nie odmówił. Zwłaszcza w takim towarzystwie. Na jednym ze zdjęć napisano... More than friends. Prawda. Agata i Milena są dla mnie jak siostry, a Helenka trzecia nasza grotołazko-taterniczka też jest niezwykle bliska, a do tego, to jedna z tych osób, których nie da się nie lubić. Dziękuję im za miłe i niezwykłe pięć dni wspólnego urlopu. Na koniec cisną mi się na usta słowa ks. Danielskiego: "Z gór wraca się lepszym". Coś w tym jest...



Dwie pielgrzymki 2013-07-18

Warmińska Piesza Pielgrzymka do Ostrej Bremy minęła.
Podobnie jak rok temu: 180-200 osób,
podobnie jak rok temu - 20 km z Kalvarii do Mariampola szedłem z nimi,
podobnie jak rok temu miałem kazanie i mszę dla pielgrzymów w Bazylice,
podobnie jak rok temu - przez dwa dni gościłem u siebie w domu pielgrzymów


Z nowości to chyba trzeba wspomnieć latanie Ani w piżamie po Maximie (duża galeria), obecność Tadzia z Inowrocławia i ks. Stefana u mnie, czy drugą Mszę z pielgrzymami - tę w Iglauce oraz wszystkie rozmowy około pielgrzymkowe, zwłaszcza z ludźmi którzy od lat na pielgrzymkę czekają.


Dziś miałem też okazję spędzić chwilę z drugą Ostrobramską Pielgrzymką. Tą Salezjańską z Suwałk. A to za sprawą ks. Biskupa, który pojechał do Rio na Światowe Dni Młodzieży. Zanim wyjechał prosił by go zastąpić, by podjechać do nich do Lieplingas, odprawić dla nich Mszę i wygłosić kazanie, by odczytać przygotowany wcześniej jego list oraz zaznaczyć, że są dla nas ważni i mile wyczekiwani.


Biskupowi się nie odmawia. To nic że mam troszkę innych planów. Jak dobrze rozciągniemy czas to uda nam się wszystko upchać.


O 6:00 rano, godzinę przed Mszą dojechałem do Liepalingas, gdzie pielgrzymi nocowali. Szybka kawa na plebanii musi zastąpić sen. I spokojnie wystarcza, na razie. Pielgrzymi schodzą się. Jest ich prawie tysiąc. około 30 księży. Kilku znajomych, m.in dziekan z Suwałk. Zaskakuje mnie troszkę organizacja. Oczywiście pozytywnie. Na początku Mszy przedstawiam się i czytam list biskupa. Biskup dostaje oklaski. Kazanie mówię do 4 pierwszych słów Ewangelii z tego dnia. "Przyjdźcie do mnie wszyscy" - tyle wystarczy aż nadto do rozważania na jakieś 7-8 min. Poruszam temat powszechności zbawienia i życia Ewangelią. Takiego na serio. Po Mszy niewiele czasu - 12 min do wyjścia. Księża lecą na śniadanie. Śniadanie dosłownie "w locie". Bo już zaczynają wychodzić grupy. Po wyjściu ich, ja także żegnam się i zbieram. Nie ma co siedzieć. Jadę jeszcze na chwilę na trasę, wyprzedzam te 6 czy 7 grup w kolumnie marszowej i staję na poboczu. Poczekam aż przejdą, pomacham. Przecież to nic nie kosztuje. Widzę że ten drobiazg daje dużo radości. Przy okazji z różnych grup podbiegają ludzie. Okazuje się że jest troszkę znajomych - m.in. znajomi z Suwałk, wierni z Brzozy Bydgoskiej, Julka, córka znajomych z Rutki, Braniewiaki, Kętrzyniaki. Podchodzi też ks. hm. Stańczyk. Nie widziałem go na Mszy. teraz poznaję. Mówi, " może się jeszcze zobaczymy w Wilnie". Zastanawiam się jak to rozumieć, wiedząc kim on jest i ile zamętu z jego powodu wśród Polaków na Litwie.... Długo analizuję te słowa i nie wiem... zwłaszcza że przy śniadaniu z jednym księdzem wspominaliśmy Stańczyka....


 


LJD 2013 cd 2013-07-09

Nie zostawałem w Kownie na noc. Do domu, do Mariampola zaledwie 50 min. Zawsze to lepiej wyspać się we własnym łóżku, zwłaszcza że poprzedniej nocy nie było okazji w ogóle spać... W sobotę muszę o 12:00 być na wiosce - pogrzeb. Potem mogę jechać znów do Kowna.





O 17:00 w Żalgirio Arenie zaczyna się nabożeństwo żałobne. Na zapleczu Areny zebrało się nas 120 księży. Co siódmy pracujący na Litwie. Na hali trwa balet ewangelizacyjny... czeka tam na nas 8 tysięcy młodzieży. Zastanawiam się czy iść spowiadać. Po spowiedziach z Lednicy, czy z czuwań w Pieniężnie domyślam się, że i tu nie będzie łatwych spowiedzi... Nie wystarczy powiedzieć: "Bóg zna nasze grzechy, żałuj za nie, a za pokutę odmów trzy Zdrowaśki...." Może zostać wśród wiernych? Może poradzą sobie lepiej beze mnie? Procesja rusza... Podchodzimy do biskupów. Nakładają nam stuły. Ja - z rąk bp. Aurimasa z Wilna. To znak posłania "tu i teraz". I powierzenia władzy. A jak biskupi dają władzę, to Bóg też da łaskę. I wiem, Jest Duch. Jest moc. Schodzę ze sceny, rozglądam się  czy nie ma gdzieś polskiego sektora, ale już bierze mnie i jeszcze jednego księdza pod skrzydła jedna z wolontariuszek i prowadzi do ustawionych na widowni krzyży-konfesjonałów. Zanim zajmę miejsce sam jeszcze klękam do spowiedzi. A potem siadam i zaczyna się. To Bóg mówi. To Bóg działa. Po litewsku, polsku, angielsku. Atmosfera niezwykła... Bóg mówi rzeczy których nie planowałem, nie przewidziałem.  O niesieniu Chrystusa, o wierności Bogu, o odpowiedzialności. Następnego dnia jakie zdziwienie, gdy nuncjusz na Mszy czyta list od Ojca Świętego dla młodzieży. Już o słyszałem - wczoraj... To samo, z Bożych ust.





 


Po jakiejś godzinie kończy się nabożeństwo. Teraz tańce i radość. Kto jeszcze chce skorzystać, może iść do sali naprzeciw, gdzie trwa adoracja - am będzie jeszcze 30 księży nadal spowiadać... My śpiewamy jeszcze kilka pieśni i mamy przerwę na kolację.A tę przygotowali wojskowi. Kuchnie polowe postawione jak po linijkę. Kolejki po makaron z gulaszem obowiązują wszystkich, także biskupów :) Właśnie trafiam na swojego Ordynariusza. Jest okazja podzielić się kilkoma słowami zachwytu, chwilę porozmawiać. Mocno mu zależało, by zebrać grupy młodzieży. Ciężko to u nas szło. Prosiliśmy, zapraszaliśmy... Proboszcz chciał dać za darmo autobus, ja byłem gotów zapłacić wpisowe... Ale pojedyncze osoby się tylko zgłosiły. Szkoda. Wielu nawet się nie dowie, co straci...





Po kolacji znów idziemy na Arenę. Tam ma zacząć się wieczorny koncert - Dziś gra grupa Trinity z Holandii. Witają nas litewskim dzień dobry i niesamowitą, stylizowaną na hiszpańsko-latynoską muzyką. Jest energia i co szczególnie ważne - wiara. Bo koncert ma także mocny wydźwięk ewangelizacyjny. Obok mnie znajduję się kilka osób z naszej parafii - Evaldas z żoną, potem Linas, Onute, Antanas... Jest Kalvarija z ks. Vitalijem i wiele obcych, którzy przestają być obcy... Jest wspólna radość i szał. Już przy pierwszej piosence wolontariusze z piskiem biegną pod scenę a za nimi pewnie koło tysiąca gimnazjalistów i licealistów zbiega z trybun by być w samym centrum tego "Jesus Party". Dawno nie byłem na koncercie... Już zapomniałem, że mogą być takie klimaty...




Po godzinie jeszcze jeden koncert - tym razem Chór LJD a potem Adoracja. Biskup Rimantas wnosi na środek Najświętszy Sakrament. Sala gorąca, jeszcze żyje w niej energia i "zapach" koncertu. A tu sam Jezus. I nagle cisza... wszystko zamiera i cała sala klęka - i modli się. Do biskupa podchodzą chłopaki z Chebry - tych trzech "dresów" klękają i modlą się... Niechaj Będzie Pochwalony Przenajświętszy Sakrament...




na koniec dla chętnych filmik z koncertu :)







LJD 2013 2013-07-08

Litewskie Dni Młodzieży w Kownie w 2013 roku zaskoczyły mnie rozmachem organizacji. Nie tylko mnie. Gdy szliśmy w piątek wieczorem procesją ze Starego Miasta pod halę Żalgirisu setki mieszkańców i turystów siedzących przy piwku przecierało oczy ze zdumienia. Księża, Biskup, olbrzymia Monstrancja a potem rzesza ludzi... Młodzież niczym rwąca rzeka wylewała się na całą szerokość deptaka i z pieśnią i modlitwą wzbudzała zachwyt, zdziwienie, niedowierzanie... Ile ich jest? Kiedy będzie koniec? Kiedy wreszcie przejdą? Przejście 10 tysięcy młodych ludzi trwało pewnie godzinę...







Wcześniej u zbiegu rzek: Niemna i Wilii, na łączce za Starym Miastem, gdzie przed 20 laty Jan Paweł II odprawiał Mszę miało miejsce rozpoczęcie spotkania. Ciekawe jest rozwiązanie z prowadzącymi. Nie ma tu kogoś takiego jak O. Góra, charyzmatycznego frontmana w habicie, który by wszystko ogarniał i organizował. Są za to prowadzący Dalia MACEVIČIŪTĖ z Wileńskiego Centrum Młodzieży i Dziekan wydziału teologii z Kowna, lider grupy rockowej - Benas ULEVIČIUS. Jest też trzech chłopaków z zespołu Chebra ubranych w "oryginalne" bluzy z trzema paskami, w trzech kolorach (nawiązanie do ikony Rublowa) i wykonującymi jedną ze swoich piosenek o Trójcy Św. Wpadli tu tuningowanym Golfem w barwach LJD, który już prawie rok brał udział w rożnych akcjach poprzedzających Dni Młodzieży. trzeba też wspomnieć ponad 100 "czerwonych" organizatorów i "zielonych" wolontariuszy, których zaangażowanie sprawiło, że to naprawdę wyjątkowe Spotkania :)



[Benas - Dziekan Teologii i Dalia - współprowadząca]



[Chebra i nawiązanie do Rublowa]



[Golf LJD 2013]



[Biskup Sigitas także dostał czerwoną koszulkę organizatora]



[Wśród 500 wolontariuszy także nasi parafianie - m.in. Ania czyli po lt. Ona z koleżanką]


Otwarcie spotkania miało ciekawą niespodziankę. Oto pojawili się muzyczni goście - Grupa "Thundertale" mocną rockową muzyką porwała tłumy. Chcemy tu być z wami, bo to święto młodzieży, a my też jesteśmy jeszcze młodzi i też wierzymy, i też lubimy się bawić... Wpadli na chwilę - trzy, może cztery piosenki... Młodzież piszcząc żegna ich, a u na scenę wpada kolejny gość - Linas Adomaitis. To także niezwykle popularny wykonawca. I znów piski i wielka radość. Po nim zaś kolejna niespodzianka... jeszcze jedna grupa...Sacerdotes [Kapłani]. Zdziwienie... Wychodzi pięciu księży, w tym kowieński Biskup Kęstutis wychodzi z akordeonem wzbudzając także niezwykły aplauz.



[rock na katolickim spotkaniu]



[Linas Adomaitis i prowadzący]



[Biskup i harmoszka :) oraz strugi deszczu]


Mówi się, że młodzież na Litwie mało religijna. To prawda. Ale nie cała. Zwłaszcza na takim spotkaniu jak w Kownie można na nowo uwierzyć w młodzież. Nie tylko nam, księżom, którzy tęsknimy za nimi w kościołach... Oni sami mogą też w siebie uwierzyć. Gdy siebie zobaczą, policzą, posłuchają. Gdy ze swoją wiarą wychodzą na ulicę i widzą że nie są sami. Radość jak wśród pierwszych chrześcijan, bo oto wielu może pierwszy raz doświadcza, jak Duch Święty gromadzi nas i tworzy z nas Kościół...



c.d.n


To BE or not To BE 2013-07-01

ON JEST
Bo przecież JEST, KTÓRY JEST
I nawet gdy ja jestem
tam gdzie nie powinienem być
ON JEST
Gdy ja nie wiem co robić
i gdzie być
i jakim być
ON JEST, BYŁ i ON BĘDZIE
cokolwiek by się działo
Gdy moje plany i pomysły nie wychodzą
ON JEST

Świat pełen dróg,
a każda dwie strony ma
grunt by  do przodu iść
A gdy nie wiesz gdzie przód,
szukaj jego znaków.
Nawet gdy idziesz w złą stronę,
ON JEST
i w znakach daje ci ZNAK.


[Dzięki za czwartek - za wszystko, dobro i zło, radość i rozczarowanie, wiarę i niewiarę, pomoc i jej brak]


urodzinowo 2013-07-01

Dzień do urodzin. Sobota, 22.06.2013. Tydzień wcześniej znajomi z Domowego Kościoła miło mnie zaskoczyli telefonem i zaproszeniem do wspólnego pogrillowania. Chcieli "porwać mnie" do siebie na działkę, ale że to niedziela i do tego moje urodziny zaprosiłem ich na Litwę. Jeszcze trzeba tylko wszystko przygotować. Korzystając z dobrego kursu euro, a przez to także lita, jak większość mieszkańców Litwy na zakupy jadę do Suwałk. Ceny w ulubionym sklepie Litwinów - Kauflandzie -  zaskakują. Grill - 40 zł, węgiel 5,50 zł, mięsa, napoje, wędliny, na wszystkim duże oszczędności... Korzystając z okazji postanawiam zajechać też do ks. Szymona. Przed plebanią spotykam naszych oazowiczów grających w kosza. A no tak. Mają dziś i jutro Diecezjalną Oazę Matkę. Nie dużo ich, ale praktycznie wszystkich już miałem okazję poznać. Zostaję na kawie i pogaduchach, potem na wspólnie z ks. Tomaszem głoszonej konferencji, potem dalsze pogaduchy i wspólna kompleta. Wracam do siebie koło 2:00 w nocy... Dzień wcześniej narzekałem, że brakuje mi wspólnej modlitwy. Dziś jest okazja... Proście, a będzie wam dane...


Niedziela, 23.06. Obchody urodzin zaczęły się na mojej wioseczce. Kościelny i p. Antoni (z rady parafialnej) składają życzenia, wierni śpiewają Sto lat. Znajdują się nawet dwie róże na tę okazję. Największą zaś radością dla mnie jest to, że dzieciaczki komunijne kolejną niedzielę po komunii są w kościele. Nie wszystkie, wiadomo - 6 z 13. Ale radość jest wielka: i moja i ich... Zwłaszcza, że z okazji urodzin przygotowałem dla nich coś słodkiego.


Po Mszy o 12:00 w Mariampolu i po obiedzie czekam gości i szykuję wszystko do wspólnego grillowania. Dziś będzie w polskim gronie, bo w tym samym czasie są święcenia kapłańskie i diakońskie w Vilkaviszkis. Chwile po 15:00 przyjechali znajomi z Domowego Kościoła wraz ze swoim opiekunem, o. Łukaszem.  A chwilę po nich - niespodzianka. Wracając ze święceń zajechał do nas także ks. Biskup. Wie od księdza proboszcza o moich urodzinach, pozdrawia nas. Miło nam bardzo. Ta jego serdeczność i taka normalność już kiedyś mnie zachwyciła. Dziś gdy ludzie często próbują przeciwstawiać księży i biskupów - papieżowi Franciszkowi, ja z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że Nasz Biskup jest z tej samej "gliny" co papież.


Grillujemy do 18:00 do Mszy wieczornej. Ja idę odprawiać, a oni ogarniają wszystko pomalutku, choć co chwilę ktoś z nich się pojawia w kościele posłuchać, jak to po litewsku wychodzi ks. Sławkowi. Troszkę pada deszcz, ale chwilę po Mszy przestaje i spokojnie możemy pójść jeszcze na spacer po mieście i naszych odnowionych parkach, a na koniec wpaść na lody do Kety.



Dziękuję też wszystkim za życzenia, za pamięć. W dobie fb wiele życzeń takich jakiś dziwnych, zdawkowych. Ale wierzę, że nawet za tymi najprostszymi słowami: "stówka", "najlepszego" kryje się przecież pragnienie dobra, pomyślności, może nawet jakaś modlitwa ;)


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]