_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Antoni, co z oazą? 2013-06-22

Do planowanego początku oazy po litewsku i angielsku zostały 4 tygodnie. Dziś upływa ogłaszany termin zgłoszeń. Wczoraj byłem w Centrum Młodzieżowym naszej diecezji. Pytam ile osób się zapisało... Na razie nikt... Miejsc nie dużo, tylko 30. Mówiłem, że jak będzie dziesięć osób, to i tak pojedziemy. Niestety - na razie cisza. Sam zapraszałem kilka osób - niestety zero odzewu. Lepiej w Alytusie, wiem że kilka osób ze szkoły od ks. Mirka myślało by jechać... ale nikt też nie zgłosił się... Jest trójka kadry (z Polski zgłoszona), jestem ja i mój urlop, jest zamówiony dom. A reszta jest oczekiwaniem... Chciałem wczoraj powiedzieć Arunasowi (z Centrum Młodzieżowego), że odpuszczam. Nie proszę księdza. Nie możemy. Walczymy. Jeszcze cztery tygodnie. Trzeba indywidualnie zapraszać, ale jeszcze mamy czas. Jak będzie tydzień i nic, to wtedy... Teraz jeszcze jest czas... Czy wierzę w to, że się uda? A może trzeba odpuścić? By nie blokować ludziom domu. By nie wystawić ich do wiatru? Może o czym innym trzeba pomyśleć? Dużo takich myśli przez głowę przechodzi... Co jest dobre? Co robić. Poszły ogłoszenia do wszystkich księży i parafii, w sieci też wisi ogłoszenie, jutro w kościele z ambony będziemy mówić. Za kilka dni możemy rozdać też na dniach młodzieży troszkę ulotek... ale czy to wystarczy?


Modlić się. Ja muszę, ale was też oto proszę. Kto może. Z wiarą. "Niech Zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, także tej ziemi, litewskiej ziemi". Wiecie pewnie że wśród świętych najbliższy mi św. Antoni... Decyduję się dziś rozpocząć nowennę do św. Antoniego... Dziewięć dni... Oto by się znaleźli uczestnicy. W końcu szukanie i znajdowanie to jego branża. Pomożecie?


Ale jazda... po harcersku 2013-06-18

Nie jestem harcerzem. Ale moi rodzice są, bo choć młode lata za nimi, i po lasach w krótkich spodenkach nie biegają to jednak harcerzem jest się przez całe życie. Ja wybrałem pielgrzymki, oazę (założoną przez wychowanego w harcerstwie ks. Franciszka Blachnickiego), ale na harcerstwo jakoś nie miałem czasu. Lecz w tych dniach chciałoby się powiedzieć "wszyscy byliśmy harcerzami". A to za sprawą konkursu firmy Dulux - na remont wybranej lokalizacji. To już kolejny konkurs - w poprzednim na prośbę mojego oazowicza z zeszłego roku - Krystiana też pomagaliśmy. Nawet przez chwilę prowadziliśmy, lecz zmobilizowało to tylko Toruń i Opole - miasta uniwersyteckie i szybko przegonili nas i zostawili daleko w lesie. - Takie leśne życie harcerzy :)


Zaskoczeniem dla mnie było, że tak szybko ogłoszono kolejną edycję konkursu. To chyba zasługa głosów - reklama firmy poszła niezła - na Opolę i Toruń oddano po 90 tyś. głosów, na Augustów też chyba 30 tyś. Mili w tym czasie darmową reklamę w prasie i radiach, ale przede wszystkim na fanpagach i profilach fb które wspierały swoich kandydatów. Nie trzeba się dziwić więc, że chcieli ponowić ten sukces.


Tym razem zmieniono jednak zasady. Zresztą pod dużym wpływem Augustowa, który zgłaszał swoje uwagi. Najważniejsze zmiany to podział na kategorie: duże (od 200 tyś.). średnie (50-200 tyś) i małe (do 50 tyś.). Związano też głosowanie z kontami fb, co mocno ograniczyło głosowanie kilka, kilkadziesiąt razy dziennie dzięki różnym ip.


Pierwsza faza była spokojna. Pokazała dość szybko kto się będzie liczył. Toruń i Wałbrzych w swoich kategoriach nie mieli przeciwników... W najniższej kategorii - do 50 tyś. o walkę pokusiły się drużyny harcerskie z Augustowa i uczniowie szkoły średniej z Brzegu. Taka walka z dwóch krańców Polski... Po przekątnej :)


Z dnia na dzień konkurs nabierał rozpędu. Kilka dni przed końcem Brzeg przeskoczył nas i utrzymywał od 140 do 350 głosów przewagi... Goniliśmy ich aby nie uciekli, ale co popołudniu i w nocy podgoniliśmy, to oni w dzień na lekcjach nadrabiali... Trzymaliśmy się więc w dość bezpiecznej odległości, dodając do grona głosujących coraz więcej ludzi i angażując kolejnych znajomych. Cały tydzień spamowałem znajomych, rodzinę, byłych uczniów. Konkurs kończył się w poniedziałek.


W niedzielę więc popołudniu po Mszach poszedł pierwszy poważny atak, dzięki któremu rano brakło tylko 120 głosów do szkoły z Brzegu. Ale z nastaniem nowego dnia szkoła odjechała z powrotem na 350. Zaczęliśmy odliczać czas, pisać do wszystkich, już nie tylko o zagłosowanie, lecz by i oni prosili po 3, 5, 10 swoich znajomych. Każdy kto był on-line, każdy, kto przyszedł nam na myśl, za chwilę otrzymywał prośbę o głos. Około 14:00, gdy Brzeg kończył już lekcje nareszcie się ruszyło. Oni troszkę zwolnili, a nam tempo przybywania głosów wyraźnie wzrasta. Godzinę przed końcem głosowania brakuje ich tylko 70... Ktoś na tablicy wydarzenia daje cynk, że i Brzeg zauważył co się święci, że też rozpaczliwie szuka głosów... Po linku wchodzimy w ich tablicę - widać u nich zdziwienie i niedowierzanie. Ktoś alarmuje, Augustów co minutę ma po 25 głosów!!! Co sekundę dochodzą nowe głosy!!! A my mamy wiatr w żaglach. Pomagają wszyscy. W ostatniej godzinie nawet kuzynka z Norwegii, choć sama na mieście, bez komputera, tylko na telefonie, zmobilizowała swoich przyjaciół i dorzucili kilkanaście głosów - "Pisz do Łukasza, on już wszystko wie, już działa!!!" 10 ludzi o tym nazwisku - który to... u mnie w znajomych tylko jeden!!!  Kolejne pakiety głosów od znajomych Mariusza z Kętrzyna, od znajomych Jacka i Darwiny. Dzieciaki z Kętrzyna i Bisztynka też przechodzą samych siebie - internet to ich żywioł. Pomóc księdzu - żaden problem.


To tylko to, co ja wiem. A przecież w tym samym czasie kilkunastu harcerzy też dwoi się i troi. Ktoś wrzuca link - Młodzi Pro-life są z nami, fanpege liczący 15 tyś. like'ów zamieścił apel o głosy, ktoś inny zgłasza kolejne drużyny harcerskie głosujące: Białystok, Ełk, Gołdap: ZHP i ZHR, każdy kto może i ma internet w zasięgu ręki. Głosowałeś już? Najczęstsza odpowiedź - oczywiście. To proś kogoś, by jeszcze zagłosował. Ale głosów mocno zaczyna przybywać także szkole z Brzegu. My jednak wiemy - objęcie prowadzenia to kwestia minut... Tego wszyscy są pewni. 30, może 28 minut przed końcem udaje się - przejmujemy prowadzenie... Jest już sukces, ale walka trwa dalej... Do końca może się wszystko zdarzyć... Nie ma już kogo prosić... większość już pytałem - w tym dniu już ponad 310 osób męczyłem prośbą o głosy... W niedzielę podobnie... Virginius woła na kolację, chcą zrobić chwilę wcześniej... Będę normalnie, jestem zajęty... Ale pani mogla by już wcześniej pójść... Sorry, ale jeszcze 15 min... Głosowanie kończy się. Wygraliśmy. 75 głosów ponad... Radość - A jednak dało radę.Warto było.



Warto bo remont potrzebny. Warto bo spamowanie nie okazało się daremne. Warto także z innego powodu. Oto była okazja porozmawiać, napisać do wielu osób, do których pewnie bym nie napisał... Może już nigdy nie napisał... Może spotkali byśmy się kiedyś, kto wie... Ale wraz z końcem szkoły, oazy, pielgrzymek z wieloma coś się w relacjach skończyło. Pozostały miłe wspomnienia i cisza. Życie wypełniają inni ludzie i inne obowiązki. Stąd cieszę się, że dzięki harcerzom, była okazja tę ciszę przerwać, znów zamienić kilka słów. Oczywiście nie w każdym przypadku, ale w tym tygodniu było już kilkadziesiąt takich niezwykłych rozmów ze znajomymi z dawnych lat, z rodziną, z byłymi uczniami. Od drobiazgów - od prośby o trzy kliknięcia, poświęcenie pół minuty - zaczynały się rozmowy, w których wracaliśmy do tego co za nami, do wspomnień, ale i do dziś, do życia na obczyźnie, wiary, zmagań z chorobą. Umawialiśmy się na rozmowę wieczorem, jutro, na telefon na skype. Za te wszystkie rozmowy dziękuję. Za pomoc dziękuję, za solidarność dziękuję. A jeśli kogoś denerwował ten spam... to przepraszam, ale nie żałuję. Warto było. 


pomoc harcerzom... 2013-06-16

Od kilku dni pomagam troszkę harcerzom z Augustowa. Ktoś ze znajomych dziwił się, coś ty się tak zaangażował :) Nie znasz mnie? Jeśli coś robię, jeśli w coś wierzę, to zawsze wkładam całe serce, i wszelkie siły. Ale nie tylko ja. Więcej nas takich. I efekt jest niezły...


Ostatnia doba konkursu, jeszcze tylko kilkanaście godzin (do 17:00)
Hufiec ZHP z Augustowa walczył już w poprzedniej edycji, ale nie dał rady Toruniowi i Opolu. Jednak to miasta zbyt wielkie. Teraz zmieniono troszkę zasady i drugi raz ZHP walczy o farbę na remont. Firma Dulux da ją za darmo, i pomoże pomalować, ale trzeba wygrać... a do tego trzeba pokonać szkołę z Brzegu. Szkoły wiadomo fajnie by były ładne... ale na to płacimy podatki... Harcerzom nikt z podatków nic nie da... Ale ty możesz pomóc...  zagłosuj jak możesz i masz konto na fb, może poproś kogoś z rodziny, znajomych - to naprawdę niedużo... Jeśli zrobisz to ty, który to czytasz, a dzięki tobie 10 twoich znajomych, to farby harcerzom nikt nie wyrwie :)




Głosowanie: Storna z linka
like
zgoda dla aplikacji
Lokalizacje
Hufiec ZHP Augustów

https://www.facebook.com/DuluxLetsColourPolska?sk=app_633360323344454&app_data




środa i czwartek na Warmii i Mazurach 2013-06-15

W poniedziałek, gdzieś między Mszami rozmowa: czy w piątek może ksiądz być w parafii? Czy czwartek wolny wystarczy? Ok. Nie ma problemu. Zwłaszcza, że już od kilku tygodni wiem, że Proboszcza i ks. Mariusa nie będzie - jadą do Drohiczyna na uroczystości. Następnego dnia pada jednak jeszcze inna propozycja... To jak ksiądz chce, to może już w środę pojechać. Odpowiedź taka sama jak wczoraj :) Ok. Nie ma problemu. :) Pomysł na te dni wolne dość ciekawy - odwiedzenie proboszcza z austriackich Alp ks. Eugeniusza . Nie widzieliśmy się już dwa i pół roku, czyli od naszej (ja i młodzież z parafii) 8 dniowej, zimowej eskapady w Alpy. Teraz dowiedziałem się, że jest jeszcze kilka dni będzie w Bisztynku, skąd pochodzi, więc nareszcie jest okazja się spotkać. Nie trzeba jechać tych 1,5 tyś. km. Wystarczy 230 km.


Oprócz ks. Eugeniusza, odwiedzam też znajomych pod Prositami. Pierwszy raz w tym roku jest okazja pogrillować. Przed wyjazdem wpisałem na fb, że będę w okolicy. Kilka osób odezwało się, chciało się spotkać. I spotykamy się, to na kawie, to na herbacie, to na lodach. To co jednak dziś szczególnie rzuca się w oczy to brak pośpiechu... Dziś powiedziałem sobie, nie chcę się nigdzie śpieszyć :) I nawet mi to wychodzi.


Na noc jadę do Lidzbarka. Do kolegi kursowego (jeśli to czyta, to pewnie już robi w myślach aluzję, że on nie po krasach, lecz ma studia wyższe - ale tak się u nas mówi - kurs, czyli rok, rocznik, klasa w seminarium). Paweł po pięciu latach zmienia parafię. Jeszcze nie wiedział gdzie pójdzie [do Ostródy]. Okazja posiedzieć, pogadać, pośmiać się. Dobry z niego ksiądz. Ciężko będzie parafianom, zwłaszcza dzieciakom i młodzieży pożegnać się z nim i jego Yorkiem. Zostawił w tej parafii dużo serca. Na fb już dziewczyny płaczą za księdzem. Ot nasze życie na walizkach.


Rano, po śniadaniu w Lidzbarku jadę znów 25 km do Bisztynka, jeszcze raz okazja do wypicia kawy z ks. Eugeniuszem i dokończenia rozmów. Zapraszam go na Litwę. On mnie do Austrii. Tym razem z Litwinami. Może kiedyś... Wspólnie jedziemy też na drugą kawę do proboszcza. A potem czas się zbierać na Litwę. Po drodze zajeżdżam jeszcze do Korsz. Dzień Matki Bożej Fatimskiej - między ich Mszami wpadam na dziesiątek różańca. W kościele pusto, ale czuć jeszcze żarliwość modlitw tu zanoszonych chwilę temu... Wiszą jeszcze w powietrzu, gęsto od nich. Do tych modlitw dorzucam swoje, tak jak wiele razy gdy tu z Kętrzyna i z Bisztynka przyjeżdżałem. Tamtejszy proboszcz i dziekan stworzył w parafii sanktuarium maryjne, fatimskie. Teraz, za dwa tygodnie odchodzi na emeryturę. Nie widzieliśmy się koło 2 lat... Wchodzę do niego też na chwilę. A potem jadę przed siebie, na wschód. Bo wieczorem muszę być na Mszy u siebie.


Ksiądz i samochody :) 2013-06-14

Ksiądz bez prawa jazdy to dziwny przypadek. Powszechnie kojarzy się z samochodami. Oj ile się o tych księżowskich autach słyszało... Nie jeden post by napisał...  Ja księdzem bez samochodu byłem krótko... kilka miesięcy. Jeszcze w wakacje, zaraz po święceniach zapisałem się na kurs prawa jazdy do P. Bogdana, naszego szafarza i instruktora. Przyjdą rekolekcje adwentowe, spowiedzi na parafiach - będzie potrzeba, wręcz konieczność bycia do dyspozycji. A samochód to dyspozycyjność


We wrześniu pamiętam też, 8 albo 9 września kupiłem pierwszy samochód - 9 letnią Astrę. Auto w dobrym stanie, choć według informacji znajomych po dachowaniu :). Dla mnie najważniejsze zaś, że było to auto proste i tanie. Do tego od znajomego, więc umówiliśmy się że co miesiąc będę mu spłacał. I w ciągu pół roku udało się już z tego wywiązać. Moim białym Oplem Astrą, "Asterką" uczyłem się jeździć. Czasem było to dla niej bolesne, jak rozbicie światła w Kłajpedzie, czy drugi raz rozbity klosz pod Barczewem. Czasem mnie denerwował. Zwłaszcza, gdy były problemy z odpaleniem go. Już w Bisztynku nauczył mnie wtedy Stasiu R. gdzie trzeba puknąć jakimś metalowym prętem, by "odwiesiły" się szczotki rozrusznika... Najpierw służył do tego klucz od kół, a gdy gdzieś go posiałem, w czasie kolędy używałem nawet kropidła. Do tej pory pamiętam minę jednego z ministrantów. Ksiądz otwiera maskę i bierze kropidło... I co najważniejsze - auto zapala :) Inne przygody, to zatrzaskiwanie kluczy... Ile razy się to zdarzyło, nie pamiętam. Ale często, zwłaszcza jak się śpieszyłem. Z czasem nauczyliśmy się więc ją otwierać. Sposób - przez bagażnik. Rozmontowany zamek, zamykany na słowo honoru w tym świetnie pomagał :)


Po dwóch latach w Olsztynie i jednym w Bisztynku, gdy w kilku miejscach kolor biały zaczął zmieniać się na rdzawy, a problemy z różnymi chwilowymi jej niedyspozycjami coraz bardziej denerwować postanowiłem "Oddać ją w dobre ręce". Wypominał mi to potem kiedyś ś.p.  "Generał". Tę kartkę na szybie - Oddam w ręce za 5 tyś. :) Dla mnie to był chwyt przyciągający uwagę, dla niego obraza boska.


Ja zacząłem się oglądać za czymś innym...  Cztery lata temu udało się ściągnąć z Niemiec Mazdę Premacy. Miała wtedy 6 lat. Była mała, choć 7 osobowa, czarna, mało piła i paliła. Pieszczotliwie nazywaliśmy ją "Madzią". Ktoś z dzieciaków kiedyś mówił, że dla księdza jest ona jak żona, tak czule się o niej wyraża. Zaraz go poprawiłem - za młoda. To może być co najwyżej "córcia". Wasza "siostrzyczka". Tym razem bez kredytu się nie udało. Pamiętam troszkę zabiegów, by dostać go tak jak chciałem - na cztery lata. Trzeba było przedstawić zaświadczenie o zarobkach, a ks. Eugeniusz - proboszcz bał się wypisać. Idź do Kurii. I następnego dnia takowe od Ekonoma dostałem. 


Wspomnień z Mazdą mam wiele. Jedno z ciekawszych to Wyjazd do Anglii z siostrą, szwagrem i ich dzieciakami. Ruszyliśmy dwa tyg. po kupnie samochodu. Gdyby nie szwagier to pewnie bym się nie odważył. Wstępnie zapowiadałem, że po Anglii jeździł nie będę,  ale jak przyszło co do czego, to i ja zrobiłem w Londynie, Cardif i  po brytyjskich autostradach ponad 600 km. Do tego droga przez Niemcy i Francję, potem troszkę wakacji w Polsce i na Litwie i we wrześniu, po dwóch miesiącach stawiłem się zmienić olej... Coś nie tak? Bierze? Coś się popsuło? Nie kilometry...


Innym razem drugi szwagier (z Niemiec) był w Polsce na wakacjach. I pochorował się. Trafił do szpitala. A samolot, którym mieli wracać poleciał. Gdy w czwartek w południe wypisali go ze szpitala trzeba było jakoś go, siostrę i dwie córki odwieźć. Szybko napisane na nk ogłoszenie. Czy ktoś chce jechać jako drugi kierowca do Niemiec? Po 30 min. trzech kolegów zaoferowało się pomóc. Telefon do pierwszego - Jacka - i wieczorem ruszyliśmy. O 16:00 w piątek byliśmy w Hamm, obiad, kąpiel, kawa i 30 min później powrót. Aby zdążyć na sobotę na ślub, który o 14:00 miałem błogosławić w Bisztynku. Samochód nie zawiódł.


Inna ciekawa akcja to oazy w Kawkowie. Ile razy służył za transport. Np. do Gietrzwałdu. Oczywiście po lasach. Tak szybciej - tylko 16 km. Asfaltem wychodzi trzy razy tyle. Problem tylko, że na jakiś korzeniach kierowca (nie ja) urwał rurę wydechową. Oberwała się, wisi... Co zrobić? Gdzie apteczka... Przywiążemy bandażem. Opatrunek w wykonaniu animatorki i przyszłej misjonarki pierwsza klasa :) Trzy dni później wizyta w warsztacie i spawanie po znajomości za 5 zł. Nic się nie stało... Życie :)


Innych historii wiele... Pamiętam wieczorne wypady do Lutr na kąpiele w jeziorze, wyjazd do Chruściela nad morze, pamiętam spanie w samochodzie na plażach pod Palangą i w podwórku w Kownie. Pamiętam Pielgrzymki Piesze do Wilna, gdy dołączałem na trasie powierzając samochód w ręce Marylki - kwatermistrzyni. Pieszo mogłem iść cały dzień, a jak była potrzeba to wieczorem mogliśmy pakować się w auto i po godzinach jechać zwiedzać, odwiedzać, czy nawet po prostu na stacji benzynowej się wykąpać (Tak było chociażby w Kalwarii, gdzie na 200 pielgrzymów były dwie umywalki). Pamiętam dojazdy do uczniów indywidualnych w Sątopach, Nisku, w Sułowie i jak raz przyszło nawet wyciągać mazdę z zaspy śnieżniej. Pamiętam wyjazdy ze scholką, ministrantami, oazą, do kina, na basen, ogniska, pizzę. 


Mazda służyła mi półtora roku. Po koncercie ewangelizacyjnym i rekolekcjach w Bisztynku mieliśmy mieć w niedziele grilla. Na działce - 10 km od nas. Ja musiałem jeszcze pospowiadać w kościele, więc dałem klucze i prosiłem kolegę, by odwiózł pierwszą grupę. Po 3 km wylecieli z drogi na niebezpiecznym zakręcie. Samochód rozpity bardzo poważnie, ale nikomu nic się nie stało. Poza "Madzią". Za pieniądze z odszkodowania i za sprzedaż wraku kupiłem Mondeo, a raty za Mazdę zostały jeszcze na 2 i pół roku. W środę spłaciłem ostatnią, stąd wzięło mnie na wspomnienia.


Mondeo to już nie to. Jeździ, pali, pije, psuje się i jest remontowany. Był w kilku krajach i kilometrów już przejechał ponad 120 tyś. Ale z moich samochodów, to chyba Mazda najbardziej zapadła mi w serce i pamięć. Gdyby nie tamto, to pewnie do dziś by służyła.


Jak już pisałem na fb, tak i tu... To do znajomych i naszej młodzieży... Może macie jakieś ciekawe wspomnienia z Moją Madzią? Czekam na wpisy :)


181 dni w podróży... Ameryka Południowa... 2013-06-08


Dziś nie o mnie... ;) Wariatów jest dużo... Jeden z nich to Damian Wolf Wagabunda. Fotograf i włóczęga. Do tego stopnia zgłupiał, że rok temu wybrał się przez pół roku przemierzyć samotnie Amerykę Południową. Pstrykał zdjęcia, kręcił filmy, poznawał ludzi, uciekał od ludzi... Szukając celu, sensu i Shakiry :)  A efekt tego to film... I część już zmontował... Zwiastun jest tu. Jak ci się spodoba to polub go, udostępnij gdzieś, poleć komuś... To może uda się go obejrzeć w TV. To jedno z jego marzeń. Pomóc w tym może milion wejść na youtube. Pomóc możesz ty... :)







Tarnów, Wilno i Akumulator 2013-06-08

Wtorek dla Mateusza (zwanego p. Gruchą) i Jacka to zwiedzanie Mariampola. Ja miałem troszkę obowiązków na parafii, ale im to nie przeszkadzało. Jak przystało na początkujących podróżników - autostopowiczów potrafili sobie zorganizować czas. Mnie czas organizowało życie parafialne: Msza, kazanie, pogrzeb, kancelaria, a w niej przede wszystkim zaległe z kilku lat wpisy o bierzmowaniach, które postanowiłem pouzupełniać. Dopiero do 17:30 mieliśmy już czas wspólnie pochodzić po mieście, zjeść coś i przede wszystkim pogadać. Pośmieliśmy się też z całej tej akcji z przyjazdem do mnie. Okazało się, że Mateusz nie miał już mojego numeru... Ale wspólni znajomi jeszcze są... Zadzwonił do Afryki :) i numer dostał :) choć zaskoczenie było duże. Prędzej bym się spodziewała telefonu z Watykanu padło do słuchawki :)


Co chcecie robić jutro? W sumie dużych planów nie mamy... Chcemy jechać na Białystok, potem może w Bieszczady, jak starczy pieniędzy... A może do Wilna... Bo ja planuję w czwartek i piątek być w Wilnie? - pytam... Możemy się w czwartek wybrać na chwilę...


Rano jadę jeszcze zobaczyć za akumulatorem... W jednym sklepie - w Maximie  - 400 lt.... dużo... może będzie gdzieś taniej ...szukam i owszem, w motoryzacyjnym przy rynku jest duży wybór, tyle że nie można płacić kartą... idę do bankomatu... zong... z tej karty nie mogę wyjąć pieniędzy zagranicą. Zakup akumulatora musi dalej poczekać... Jedziemy, może nie będzie źle... 


Po drodze wpadamy także do Trok. Czas ucieka... Uświadamiam chłopakom, że dziś to już bez sensu jechać, bo do Białego jest ponad 300 km. Nie dotrą za dnia... Lepiej na spokojnie pozwiedzać i pojechać rano. Pomyślimy....


Zatrzymujemy się u sióstr Jezusa Miłosiernego. Nie ma przełożonej, ale pozostałe siostry i "domownicy" przyjmują nas równie ciepło, jakby to zrobiła Michaela:) Jest obiad i okazja pogadać. Są tłumy ludzi przewijające się przez dom i pełen komplet pacjentów w hospicjum. Siostra Serafina przedstawia też mi czterech panów z jednej z firm z Tarnowa. Szybko znajdujemy wspólny język. Okazuje się, że od trzech lat przyjeżdżają tu pomagać Polakom na Litwie. Zaangażowali w to swoją firmę, znajomych, rodziny. Tym razem też przywieźli dwa busy wypchane po brzegi darami. Hospicjum, przedszkole, dom dziecka, rodziny potrzebujące pomocy.


Śmiejemy się do sióstr, że Mateusz i Jacek mają dużo wolnego i mało konkretnych planów... Chętnie pomogą jako wolontariusze z uśmiechem oznajmiamy siostrom :) Żart zamienia się w czyn. Ku radości wszystkich... Za chwilę lecą odkurzać, potem na zmywak pomóc Justynce, młodej i ładnej wolontariuszce... Drugi ze Staszków z Tarnowa żałuje, że nie przywiózł swojej 19 letniej córki Ady, skoro tu takie fajne chłopaki... Nic nie stoi na przeszkodzie... z Litwy chcą przecież jechać na południe... Chwilę później już ustalone, że Mateusz z Jackiem jutro pojadą pomóc z rozwiezieniem reszty darów i przy remoncie u jednej z zaprzyjaźnionych rodzin, a w sobotę zabiorą się z chłopakami do Białegostoku.


Rozmowy z P. Wiktorem (konserwator i stróż) i nowymi znajomymi tak nas pochłaniają, że aż żal iść zwiedzać :) A miasto czeka. Tylko pogoda się psuje... Będzie deszcz... Na Rosę czy do Ostrej Bramy? Gdzie iść? Idziemy na starówkę. Jakby co, będzie się gdzie schronić... I rzeczywiście... 30 minut później oberwanie chmury... Strugi deszczu leją się z nieba przez kolejne pół godziny... Dobrze że wraz z wycieczką z Poznania i z małżeństwem z Wrocławia chowamy się pod kolumnami ratusza i w informacji turystycznej... Taka Polska okupacja :) W informacji jak zwykle nikt nie zna polskiego... angielski, rosyjski tak... bez problemu, a turystów z Polski nadal traktuje się w Wilnie po macoszemu, choć stanowią najliczniejszą grupę. Myślę sobie, że trzeba będzie napisać pismo do vice mera, bo aż dziwne, że Polacy w samorządzie (m.in. vice-mer) i nie potrafią rozwiązać tego prostego problemu.


Po powrocie do sióstr kolacja i znów spotkanie z tarnowiakami. I pomysł by razem z Wiktorem jako przewodnikiem wybrać się na Zarzecze. Taki męski wieczór. Dodatkowa atrakcja - oglądanie domu, gdzie mieszkał Franciszek Dzierżyński. A potem jeszcze siedzenie do północy przed klasztorem. I przyjemny chłód po dniu słoty.


Choć tym razem u sióstr nie jestem tak jak zazwyczaj - na rekolekcjach - to jednak dostałem i tak "swój" pokój - ten za zakrystią :) Nie nastawiam budzika. Jak się wyśpię to wstanę. Najpierw budzę się około 6:30 gdy słońce zagląda przez okno, potem drugi raz o 8:00... Za ścianą kaplica... Słyszę śpiew jutrzni... Dziś Święto Serca Pana Jezusa. Jakie to niezwykłe. Kult Serca Jezusa i Kult Jezusa Miłosiernego są tak sobie bliskie... Inaczej nazwana ta sama prawda. A ja tu, w miejscu objawień. Nie wstaję, poleżę jeszcze, sen przenika się z siostrzaną modlitwą. Ta mieszanka daje jakiś niezwykły spokój i prostą radość...


Ciekaw jestem czy chłopcy już pojechali z tarnowiakami - jeszcze nie, ale już za chwilę... Już są po śniadaniu i zbierają się. Żegnamy się... Ja zostaję jeszcze  u sióstr do obiadu. Mam trochę spraw do załatwienia... Muszę podjechać do Kolonii Wileńskiej do ks. Rusłana i do Józefa i Reginy do Lendwarowa. Koło 11 idę  do auta, a tam znów problem z ruszeniem... Ot czort... Zakup akumulatora chyba muszę naprawdę przyśpieszyć... Odpalamy auto z kabli, załatwiam co miałem i wracam do Mariampola. Wieczorem montuję nowy akumulator...


Tak upłynął dzień... wieczór i poranek pierwszego dnia... 2013-06-07

Prymicje, jak już pisałem, zakończyły się zostawieniem samochodu w Kętrzynie. Strzeliło ciągło od skrzyni biegów. Dzięki kilku osobom udało się jakoś opanować sytuację. Wspominałem już ks. Karola, który jadąc do Lublina "po drodze" odwiózł mnie na Litwę. Ale warto też wymienić Marka Machwica i Pana Perfikowskiego- tatę o. Marcina, którzy pomogli znaleźć mechanika i dostarczyć auto do warsztatu, pana Henia Baraniaka, który przy niedzieli otworzył warsztat, a potem także podjął się naprawić  auto, oraz Kamila Iwaszko, który na miejscu w moim imieniu doglądał sprawy samochodu. A z naprawą trochę się zeszło... Przede wszystkim ze ściągnięciem części... Nie ma zamienników. Tylko oryginały. A te też nie od razu... Trzeba je ściągnąć z Poznania, a może nawet z Niemiec... Dwie "głupie" linki w gumowych przewodach dotarły dopiero po Bożym Ciele i długim weekendzie. Tydzień bez auta. W poniedziałek rano telefon - samochód można już odebrać. Można, ale jak... Dziś, jutro i w środę mam dyżur w parafii. Do czwartku czekać? Chyba że w nocy lub wieczorem... Wolny mogę być po 17:00... Sprawdzam połączenia pociągiem i autobusem... Ciężko. Nic sensownego... Proboszcz śmieje się, będzie czwartek to pojedziesz... ale może uda się wcześniej...? Telefon do ks. Vitalija? Co robisz? Jestem w Wilnie, mam dzień wolny, ale zaraz będę wracał do siebie... A może chcesz jechać do Polski? Do Kętrzyna? Odpowiedź szybka... Czemu nie :)


Koło 20:00 byliśmy w Kętrzynie. Odebraliśmy samochód. Mechanik mówi, że są problemy z akumulatorem, mówił zresztą to już wcześniej... Wiem... W zimę już się z tym męczyłem, ale jak przetrwałem do lata. Może jeszcze dociągnę do jesieni... teraz ponad 1000 zł za skrzynię biegów... nie mam za bardzo pieniędzy, by zmieniać akumulator... Może z następnej pensji? 


Samochód ładnie zapalił i pojechaliśmy... Tyle że jeszcze nie do domu. Vitalij chce zobaczyć Świętą Lipkę. To chyba najbardziej znana na Litwie warmińska świątynia. Dużo bardziej niż Gietrzwałd, Olsztyn, Frombork. Skoro mnie przywiózł tyle kilometrów, to czemu nie? Jego samochód zostawiamy w Kętrzynie. Jedziemy moim.


W Świętej Lipce już wszystko zamknięte. Nie ma tu Apeli Jasnogórskich jak w Gietrzwałdzie... Po wieczornej Mszy nastaje pustka i cisza. Samochód stawiam pod klasztorem. Vitalij idzie robić zdjęcia. Póki jeszcze jasno. Ja zostaję przy samochodzie. Przez okno widział nas jakiś ksiądz. Machnąłem mu, uśmiechnąłem się. Chodź, zajdziemy do ojców jezuitów. Dzwonek do drzwi... Pytam o ks. Marka - jednego z nielicznych których pamiętam z czasu pracy w Kętrzynie. Nie ma go. Ma dziś wolne, wyjechał. Rozmawiamy z proboszczem. Księża z Litwy?  Zaprasza do środka, może zjecie kolację? Bardzo chętnie, bo już naprawdę głodni jesteśmy. (Już myśleliśmy gdzieś w Kętrzynie się wkręcić na jakieś przegryzienie... ) Proboszcz - obcy człowiek. Nie znamy się... Ale wszyscy trzej jesteśmy księżmi... Kapłaństwo to braterstwo... I doświadczamy tego braterskiego przyjęcia. Przy stole okazja poznać się, pogadać o wszystkim. Zaprasza na koncerty - chwila i przynosi ulotkę z programem. 6 lipca będzie ciekawy koncert - wystąpi trójka litwinów. Kto wie, może się uda wybrać. Żegnamy się i idziemy do auta. Przekręcam kluczyk. Pyr pyr... i cisza... nie pali... jeszcze raz, i jeszcze raz... Pojawia się ksiądz senior - o. Figiel. Przejmuje się mocno, aż się o niego boję bo on sercowiec... Ale trzeba sobie jakoś poradzić... O. Figiel siada do środka, my pchamy po całym podwórku, ale dalej nic... Prosimy o pomoc proboszcza. Pociągnie autem. Zimą to wystarczyło. Chwila i odpalał. Tu dalej problem... proboszcza auto grzeje się, aż idzie dym i czuć siarkę :), a mój dalej nie jedzie.  Zdejmujemy hol. Jeszcze próba z górki od strony Wilkowa, ale dalej nie idzie...  Odpuszczamy.


Telefon do p. Hania - mechanika... Chwilę później proboszcz odwiozi nas do Kętrzyna, gdzie zabieramy mechanika, sprzęt, drugi znaleziony gdzieś w warsztacie akumulator i auto Vitalija. Mój akumulator już do niczego. Robi spięcie, grzeje się. Wstawiamy ten drugi, mały, od benzynowej Toyoty. Ale może starczy by dojechać na Litwę. Odpalił. Ok. Damy radę. P. Heniek mi go pożycza. Oddasz kiedyś. Ale jak możesz, to kup normalny. On do twojej maszyny naprawdę za mały.


Ponad dwie godziny opóźnienia. Ale najważniejsze, że możemy wracać, że samochodu nie muszę zostawiać na kolejny tydzień, tym razem w Świętej Lipce. Miałem już być w Suwałkach. Tam czekają na mnie do zabrania autostopowicze... Tak, bo to jeszcze nie wszystko.


Koło obiadu, gdy jeszcze dyżurowałem w kancelarii miałem telefon. Zaskoczenie. Mateusz z Kętrzyna, mój były uczeń  i były oazowicz. Kontakt nam się urwał jakoś ze trzy lata temu, ale dalej bardzo go lubię. Fajny człowiek.  Proszę księdza, jestem z kolegą w podróży. Jesteśmy już po maturze, mamy wakacje i wybraliśmy się troszkę pojeździć wzdłuż granic Polski. I tak się zastanawialiśmy czy moglibyśmy dziś przyjechać do księdza do Mariampola? Moglibyście... Tyle że ja będę dziś w Kętrzynie i późno wracam. W nocy... Ale jak wam to nie przeszkadza...Byli właśnie na Stańczykach... Przez Żytkiejmy dotarli więc do Suwałk i tam na nas czekali. Na szczęście nie na dworze, stacji benzynowej, czy dworcu, ale u jakiejś swojej dalekiej rodziny. Na szczęście... bo do Suwałk dotarliśmy dopiero o 2:00 w nocy. A jeszcze trzeba dojechać do mnie... I troszkę się zdrzemnąć, bo od rana Msza i kancelaria...


zdjęcie archiwalne (2011r.)



Boże Ciało 2013-06-02

Boże Ciało tu na Litwie świętujemy w niedzielę. Pogoda nam dopisała. Rano i w południe pięknie. Teraz dopiero trochę grzmi. W zeszłym roku byłem na Bożym Ciele w Patilcziai. Dziś przyszło mi obsłużyć dwie pozostałe nasze parafie.


Rano o 10:00 Msza w Dauksziai. Procesję robimy w środku. Ponieważ to parafia dojazdowa, to tu nie było tradycji wyjścia na wioskę. Ksiądz stawał przy ołtarzu, wystawiał Najświętszy Sakrament, cztał cztery Ewangelie i błogosławił. My w tym roku zrobiliśmy już postęp. Wraz z dwoma chorągwiami, krzyżem, dwoma ministrantami i pięcioma dziewczynkami w białych strojach zrobiliśmy kółko po naszej świątyni zatrzymując się przy czterech ołtarzach (przy tabernakulum, dwa boczne, ołtarz eucharystyczny), gdzie czytałem Ewangelie, okadzałem, błogosławiłem. Za rok może zrobimy już wszystko normalnie.


Po Mszy jeszcze szybkie spotkanie z dziećmi przed komunią, potem chrzest dwójki dorosłych i jednego ośmiolatka (pierwszy raz tak wyrośniętych chrzciłem) i powrót do Mariampola.


Tam po sumach w bazylice i u nas, o godzinie 13:00 była wspólna procesja. Przed kościołem czekaliśmy z naszymi wiernymi. Czoło procesji, biskup z Najświętszym Sakramentem, pewnie ponad 100 osób zaangażowanych w różne posługi i kilkuset wiernych dalej... Robiła wrażenie. U nas jedna stacja - Ewangelię czyta proboszcz, mówi kazanie... Ruszamy wspólne do kolejnej stacji, tam ewangelię i kazanie ma Mariusz, Trzecia stacja - Ewangelię i kazanie ma o. Piotr, a czwartą, przy Bazylice - o. Andrius (Andrzej) - także z kazaniem. Cztery ołtarze, cztery kazania. Pobożniej niż w Polsce.


Boże Ciało na Litwie choć w niedzielę, to jednak ma szczególną oprawę. Dalej jest to święto publicznego wyznawania naszej wiary, pięknej wiary. Szkoda że nie robiłem zdjęć. Jak uda się je gdzieś znaleźć, to na pewno dodam.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]