_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Jak mam czas, to siędzę i myślę... - Rekolekcje na Litwie 2013-01-29

Wcześniejszy wpis to nie koniec moich dzisiejszych przemyśleń... Po powrocie z poczty w Suwałkach miałem z 10 min na przebranie się po pobiegłem do kościoła. Ks. Kanonik lubi przed Mszą siąść do konfesjonału, więc dla mnie w czasie Mszy penitentów nie wielu zostało - 3 lub 4 osoby... ponieważ i tak musiałem czekać by pomóc przy komunii zacząłem myśleć troszkę o wakacjach... I o rekolekcjach:


Podejmując  decyzję o wyjeździe na Litwę, myślałem nie tylko o braku księży w diecezji... Myślałem też o Ruchu Światło- Życie. Na wileńszczyźniej obecny on jest w większym lub mniejszym stopniu od 20 lat... Ale tylko w języku polskim. A po rozpadzie wspólnoty w Wilnie (wyrośli już z oazy) pozostały w ruchu nieliczne osoby... Rozmawiałem przed wyjazdem o tym z Generałem - ks. Adamem. Miałem też postanowienie by przeprowadzać tu w wakacje rekolekcje oazowe. W zeszłym roku nie było jeszcze jak. Językowo nie czułem się na tyle silny, by podjąć się tego zadania. Zamiast tego wziąłem II st. ONŻ ełcko-warmiński. Jak będzie w tym roku? Dziś odpowiedziałem sobie na te pytanie... Chcę... Chcę się z tym zmierzyć. Doszedłem do następujących wniosków:


1) Dobrze by było poprowadzić dwa stopnie: I ONŻ i OND w języku litewskim (ew. dwujęzyczne)
2) Trzeba odwiedzić ks. Andrzeja, wicerekotora seminarium wileńskiego, byłego oazowicza. Może przez niego udałoby się pozyskać kilku kleryków, którzy wsparli by rekolekcje...
3) Trzeba znaleźć drugiego księdza moderatora. Ja wziąłbym jedne, ale dobrze, by w tym samym czasie były oba stopnie, najlepiej też blisko siebie, lub razem. Byłoby łatwiej logistycznie, oraz byłaby namiastka wspólnoty - wspólne pogodne, może niektóre wspólne Msze...
4) Aby zebrać chętnych wyjazd musi być atrakcyjny - może dobrze robić rekolekcje w Rutce-Tartak u p. Ani i Olgierda? Mają dom wczasowo-rekolekcyjny położony niczym w górach, nad jeziorem. Niedaleko, w Smolnikach jest też ośrodek ks. Jacka, który można by wykorzystać dla drugiej grupy? Miejsce jest atrakcyjne, zagranicą,  i cena ze względu na bliskość (50 km od Marijampole) oraz ze względu na ich cennik byłaby dość korzystna....
5) Czy rodzice puszczą dzieci za granicę? Warto zapytać kogoś z miejscowych... Jeśli na Litwie robić, to w grę wchodziłyby Troszkuny, gdzie ks. Saulius byłby w stanie nas przyjąć, lub Vysokia Ruda, w lasach, gdzie jeden z naszych księży ma ośrodek harcerski. W obu przypadkach cena byłaby w miarę realna.
6) Trzeba też porozmawiać i otrzymać zgodę i błogosławieństwo od ks. Biskupa. Obecnie go nie ma. Będzie za dwa tyg. Akurat by to co staram się ułożyć w głowie troszkę okrzepło i nabrało kształtów. Trzeba też z proboszczem pogadać.
7) Kwestia ceny. Myślę że nie może być więcej niż 400 lt. Z dojazdem i dodatkowymi atrakcjami. Może nawet trzeba będzie mniej? Jeśli tak trzeba pomyśleć o dodatkowych środkach na wyjazd. Strona na fb? Zbiórka w kilku parafiach lub wśród oazy? Pozyskanie żywności z banku żywności lub Caritas: litewskiego lub polskiego.
8) Zebranie osób. Trzeba uderzyć w szkoły, przez katechetów, parafie - przez księży. Dobrze by zebrać dwie grupy  po ok. 50 osób. Warto by mieć po kilka (4-5 najmniej) osób z jednej parafii, aby możliwa była formacja po rekolekcjach, by to nie skończyło się tylko na fajnym wyjeździe, lecz nabrało kształtów wspólnot.
9) Jeśli rekolekcje byłyby w j. litewskim można na Litwie zrobić także rekolekcje w j. polskim dla którejś polskiej diecezji, albo nawet dla dla samych wilnian. Obsługiwane przez oazę z Polski. To też pozwoliłoby wznowić i ożywić Ruch na Litwie i nadać mu dwujęzykowy wymiar.
10) Po rozmowie z proboszczem i biskupem trzeba też porozmawiać z ks. Szymonem (moderator ełcki) i z ks. Adamem (moderator generalny). Warto też z Marcinem z diakoni misyjnej. Warto też z zebraną diakonią wybrać się na COM lub zorganizować tu na Litwie inne spotkanie rekolekcyjne dla kadry, bo będzie tam pewnie troszkę osób, które nie maiły kontaktu z Ruchem. Animatorów po formacji i z j. litewskim nie łatwo będzie znaleźć więc zakładam, że będziemy musieli sobie radzić tym, kogo się uda namówić...


Jak mam czas, to siędzę i myślę... - Rekolekcje w Kętrzynie 2013-01-29

Jak mam czas to siedzę i myślę, jak nie mam czasu to tylko siedzę - mówiło się onegdaj, cytując jedno ze znanych powiedzonek. U mnie jest zaś odwrotnie. Gdy mam czas, to siedzę, leżę... Gdy go nie mam, do głowy nachodzi tysiące spraw... Jak chociażby dziś. Pośpiech duży od rana, bo po rannej Mszy, śniadaniu w locie, szybko załadowałem samochód i na chwilę na pocztę pojechałem do Suwałk... Chwilę dosłowną, bo już o 12:00 musiałem być w konfesjonale na Mszy ks. kanonika.  Teraz obiad i jakieś 15 min przerwy, i za chwilę lecę na pogrzeb... Potem kancelaria i w międzyczasie lekcja litewskiego...


Ale  w tym zabieganiu udało mi się dziś kilka rzeczy ogarnąć... Jadąc autem chyba już przemyślałem i sam ze sobą ustaliłem koncepcję rekolekcji wielkopostnych, jakie za miesiąc mam wygłosić w mojej pierwszej parafii - w św. Katarzynie w Kętrzynie. Rok wiary - więc temat mój ulubiony - "Wiem komu uwierzyłem". Pierwszy dzień  o poznaniu Boga, drugi o spotkaniu, doświadczeniu Boga, przejściu od wiedzy, do wiary i trzeci o świadectwie, misjach, dzieleniu się wiarą... A co z czwartym - w czwartym dniu będzie ciąg dalszy misji, czyli o misjach na wschodzie i moje osobiste świadectwo i dzielenie się tym co przeżywam - Oczywiście w wymiarze religijnym, pogłębię to teologicznie, oraz podam pewne praktyczne przełożenie tego na życie innych... Poza tymi naukami chcę także z okazji roku wiary pójść dalej... Przejadły się już nauki stanowe - ale kazanie często to za mało... Stąd, tak jak przy okazji misji, tak i tym razem chciałbym by wieczorem, o 21:00 spotykać się jeszcze raz na Apelu Jasnogórskim - Te spotkania nazwałem "Godziny Nikodema". Trzy razy: Niedziela, Poniedziałek i Wtorek po apelu będzie nauka dla tych, co chcą więcej, nauka tematyczna - O modlitwie, o spowiedzi, o uzdrowieniu serc (nowym życiu). Rozmawiałem o tym z ks. Prałatem. Spodobał mu się pomysł. Dla mnie i dla księży z parafii będzie to co prawda dodatkowe uwiązanie wieczorem, w tym czasie można by skoczyć gdzieś odwiedzić znajomych, których przecież w Kętrzynie i okolicy jest wielu, ale uznałem, że przecież jadę nie w gości, lecz na rekolekcje, że to będzie lepsze... Że trzeba w czasie rekolekcji dać coś więcej... Sam jestem ciekaw, jak to wszystko wyjdzie...


Parade's end 2013-01-28

Pod tym angielskim tytułem kryje się miniserial, który niedawno miałem okazję obejrzeć. Na polski przetłumaczono to "Koniec Defilady" i rzeczywiście film kończy się defiladą wojska i padającą z ust oficera komendą "Parade's End" - coś w stylu, spocznij, rozejść się... Choć może lepiej byłoby w tłumaczeniu zostawić słowo Parada. Koniec Parady. Bo Parada to nie tylko defilada z finałowego ujęcia - to także życie przedstawionych bohaterów. 


Film ciekawy, zastanawiający. Polecam. Christopher - inteligentny, zawsze przewidujący, choć jednocześnie mocno mułowaty i flegmatyczny angielski szlachcic u kresu epoki szlachectwa, gdy wokół niego honor odchodzi do przeszłości ustępując miejsca pieniądzom... Jego żona, niezwykle piękna Sylvia, trzpiotka, mocno rozrywkowa, gardząca nudnym życiem męża, ale jednocześnie walcząca o niego, o to by go wyrwać z tego marazmu, zaintrygować, kochająca i nienawidząca... I jeszcze ta trzecia - Valentine, sufrażystka... dziecinna, naiwna, idealistka; walcząca o nowy lepszy świat, choć zapatrzona w lorda Christophera jak w obrazek...


Co jest prawdą, a co udawaniem, co jest paradą, na pokaz, a co prawdziwą twarzą bohaterów... Udawanie staroświeckiego lorda, udawanie przykładnej żony , udawanie małżeństwa, udawanie żołnierza, udawanie przyjaciela... Czy można oszukać naturę? A może to nie udawanie? A może to walka? Może w tym wszystkim jest dwóch Christopherów, dwie Sylvie? Czy finał jest zwycięstwem prawdy, czy może porażką - śmiercią tego lepszego ich ja?


A w naszym życiu? Co jest grą, a co walką, co paradą, a co prawdą? W cudzych oczach często jesteśmy lepsi, niż sami to wiemy... Czy otwierać innym oczy, a może lepiej dorastać, walczyć by być bliżej ideałów. Życie to nie parada - to walka, przegrywa ten, kto się poddaje.


 



Kolęda, gitara i kalambury 2013-01-26

Co to jest Kolęda? - Ano taka tradycyjna wizyta księdza, który raz do roku, po świętach odwiedza domy wiernych... Tak mniej więcej wygląda to w Polsce. Na Litwie jest różne... Rodziny, u których byłem w czwartek nie miały kolędy od 12 lat... I to nie jakieś "gorsze", mniej katolickie... Jedna pani udziela się w parafialnej Caritas, drugą znamy z Mszy niedzielnych, inny pan śpiewa w naszym Chórze... Tyle że jakoś ciężko było im się zebrać, by zaprosić księdza... Bo na kolędę na Litwie to wierni zapraszają, a nie ksiądz ogłasza. Nie bylibyśmy w stanie przejść co roku wszystkich czterech naszych parafii, gdybyśmy robili to tak jak w Polsce... Ale z drugiej strony - czekając aż ktoś przejdzie się po sąsiadach, dogada termin, zaprosi księdza, to tak wychodzi, że idziemy z kolędą raz, dwa razy w tygodniu...


Druga moja kolęda zaskoczyła mnie znajomością polskiego przez dwie rodziny (z jedenastu) oraz ilością Rosjan, którym wynajmują pokoje na stancjach (chyba też w trzech domach). No i kolacja na zakończenie... Jako że 12 lat nie było kolędy, to wyszło małe przyjęcie... Nas dwóch - ja i ks. Virginius, który szedł drugą stroną ulicy - oraz kilkanaście osób, które nas przyjmowały... Zeszli się wszyscy razem (no może nie wszyscy, ale część) w ostatnim domu. Zakąski, przekąski, dania ciepłe i zimne... Rozmowy, żarty, nawet wspólne śpiewanie... Po dwóch godzinach panie próbowały  namówić Petrasa - jednego z sąsiadów, by poszedł po gitarę, ale ten się wzbraniał, twierdząc, że już wieki nie miał gitary w rękach i ostatecznie uznaliśmy, że nam wcale gitara nie jest potrzebna... Spotkanie za stołem trwało od 19:30 do 22:00 -  w końcu raz na dwanaście lat się trafia okazja gościć księży...


Poza kolędą warto też wspomnieć czwartkową pierwszą spowiedź. Do naszego kościoła przyszła jedna z grup dzieci komunijnych z parafii ks. Mariusa. Około 40 osób. Do I komunii jeszcze daleko - w maju będzie. Ale już teraz dzieci się tu na Litwie spowiadają. Do czasu komunii będą już po 4-5 spowiedziach... Wprowadzono to po to, by się nauczyły i troszkę do tego spowiadania przyzwyczaiły... By pierwsza spowiedź nie była ostatnią, przynajmniej do czasu bierzmowania...


A wczoraj, w piątek, kolejne spotkanie  bierzmowanymi... Msza, adoracja i potem przejście na salkę. Dwa tygodnie temu zapowiadałem egzamin z pierwszych pytań. Test przygotowałem. Rozdałem go i kazałem rozwiązać w domu. Sami zaś pograliśmy w religijną wersję gry w Tabu - taka odmiana słowna Kalamburów. Młodzież troszkę sztywna... Zeszłoroczna grupa była pod tym względem bardziej otwarta... Ale jakoś to wyszło... Walka według płci: dziewczęta na chłopców. Chłopcy oczywiście wygrali.


Powstanie Styczniowe 2013-01-23

Rok 1863. 22 stycznia... Kolejne Powstanie, kolejna krew przelewana... Tym razem w większości to ci, którzy wolnej Ojczyzny już nie zaznali... Dzieci niewoli... ale i dzieci nadziei... nadziei, która karmiła się opowieściami przodków o wolnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów i krwią tych, co ginęli przed nimi...


150 rocznica. Wraz z ks. Pawłem, który na kilka dni przyjechał do mnie na ferie postanawiamy ten dzień spędzić w podróży... podróży w czasie i przestrzeni, podróży śladami Powstania.


W Podbrzeziu, wiosce pod Kiejdanami, gdzie żyje dziś kilkanaście osób, a drogi przysypane śniegiem giną gdzieś między polami stoi dwór Szylingów. Tu była kwatera jednej z powstańczych partii (oddziałów) - ks. Antoniego Mackiewicza. To niezwykła postać. Już w pierwszych dniach powstania zebrał 250 chłopów, na których czele rozbił rosyjski oddział pod Megiadami. Potem dołączył do większych oddziałów i w 2,5 tyś. oddziale Sierakowskiego dowodzi jednym z batalionów... w grudniu 1963 roku wpadł w czasie podróży do Warszawy po broń i rozkazy... i powieszono go w Kownie na rynku... Dziś dwór Szylingów to jedyne na świecie muzeum Powstania Styczniowego. Pięknie zrobiona, opatrzona polskimi, litewskimi i angielskimi napisami ekspozycja pozwala poznać historię białych, czerwonych i Rosjan walczących w Powstaniu... I poznać księdza-bohatera, jednego z wielu, którzy poparli powstanie, jednego z nielicznych, którzy z bronią sami w nim walczyli [link do tekstu o innych kapłanach].


Niedaleko Podbrzezia jest jeszcze jedno szczególne miejsce związane z powstaniem Styczniowym: Góra Krzyży pod Szawlami. Tak naprawdę niewielki pagórek - z dziesięć metrów wysokości... A jednak wielki... krzyże to znak modlitwy za powstańców... Gdy po upadku powstania władze zabroniły stawiać rodzinom krzyży na grobach powstańców zaczęli je stawiać na tej górze, jako znak wiary i pamięci... A potem tysiące kolejnych jako znak nadziei, w intencji tych, których wywieziono na Sybir. A potem kolejne jako znak wdzięczności za tych, co wrócili... I tak do dziś... Do dziś z wiarą i krzyżem przychodzą tam kolejne pokolenia.


Powstanie Styczniowe na Litwie to lasy... ale także Wilno... Dotarliśmy tam z niewielkim opóźnieniem. O godzinie 15:00 na Łukiszkach rozpoczął się apel poległych... Miejsce nieprzypadkowe... To na tym placu Rosjanie rozstrzeliwali powstańców... Tu zginał Kalinowski, tu zginał Sierakowski - przywódcy... tu zginęło tak wielu innych... Gubernator Murawiow lubił tu organizować publiczne egzekucje... Jak się dowiedzieliśmy później uroczystości organizował dość kontrowersyjny na Litwie ks. Stańczyk i jego Hufiec Ostrobramski*. Stąd grupa harcerzy (ok 80 osób) ruszyła pod katedrę... My spotkaliśmy ich na prospekcie Giedymina. Szli z Polskimi ii Litewskimi flagami ubrani w większości w mundury i specjalne biało-czerwone narzutki. Razem choć osobno doszliśmy pod katedrę, gdzie oddali cześć św. Kazimierzowi i weszliśmy za nimi na Zamek Giedymina. To też miejsce związane z Powstaniem... Tu także tracono powstańców i na zboczach góry ich grzebano... do dziś spoczywają gdzieś ich kości...


Z zamku harcerze poszli na górę Trzech Krzyży - my zaś pojechaliśmy jeszcze na wieżę telewizyjną... Pamiętając o rocznicy Powstania Styczniowego sprzed 150 lat, pamiętałem także o tej sprzed 22 lat, gdy 13 stycznia 1991 roku ginęli tam ludzie za niepodległość i wolność Litwy... To przecież był ciąg dalszy przelewanej krwii w tej samej sprawie...


 



* o kontrowersjach i całej tej akcji z ks. Stańczykiem można przeczytać w interenecie, a może i ja za kilka dni coś więcej napiszę... Póki co zamieszczam filmik, który troszkę pokazuje, jak przy pięknych i patriotycznych hasłach można z siebie robić pajaca i próbować to samo robić z policją... Kiedy można naprawdę inaczej... z każdym, także z litewską policją i władzami można się dogadać i wspólnie przygotować coś znacznie lepszego. Bo przecież mamy swojego wice mera miasta, mamy polityków, mamy w Wilnie polskie parafie... i polskie media... Zamiast więc to wykorzystywać mamy też polsko-litewską hucpę.


link do filmu


Niedziela z kolędą... 2013-01-21

Biret, stuła z Matką Bożą Ostrobramską, kropidło i pakiet polskich, brokatowych obrazków. Gdzie jest kolędowa teczka? Chwila szukania... Jest... Trzeba tylko zmyć ze sztucznej skóry prawie dwuletnią warstwę kurzu... Dziś pierwszy raz na Litwie wyruszam na kolędę.


Co mnie czeka? Kogo spotkam w tych 24 zaplanowanych rodzinach? O czym będziemy rozmawiać? Czy sobie poradzę? Tu wiele rzeczy jest inaczej... Przedwczoraj rozmawiałem o kolędzie z Vitalijem z Kalvarii, wczoraj z proboszczem, dziś tuż przed wyjściem z Virginiusem... Za chwile wyruszymy. Ja mam przejść jedną stronę ulicy Ostrej, on drugą... Pierwszy dzień kolędy w naszej parafii.


Tu jest inaczej. Na całej Litwie jest nas, księży tylko 850... Warto do tego pamiętać, że wielu to starsi, emeryci... Oni nie chodzą po kolędzie... W samym naszym Mariampolu na dwudziestu kilku księży tu mieszkających chodzić po kolędzie jest w stanie tylko sześciu... większość to emeryci, którym byłoby za trudno...Za komuny księżom nie wolno było kolędować... teraz można, lecz ciężko iść do wszystkich... Stąd ogłoszenia, że która ulica się zorganizuje i zaprosi księży, tam księża przyjdą... Trzeba tylko to zgłosić w zakrystii czy kancelarii i ustalić termin...


Czeka na nas troszkę ponad 40 mieszkań... Na mnie i ks. Virginusa. Ja ruszam jedną stroną (parzyste), on drugą. W Imię Boże. Wejście, uśmiech, przywitanie, modlitwa,pokropienie, rozmowa. Podobnie jak u nas. Rozmowy o wszystkim. Temat raz ja narzucam, by unikać niezręcznej ciszy, czasem staję się celem pytań, z którymi staram się zmierzyć...Pytania przewidywalne - jak długo na Litwie, skąd pochodzę, dlaczego tu jestem? Ale i bardziej wyszukane... Skąd biorą się antagonizmy polsko-litewskie, skoro wszyscy jesteśmy chrześcijanami, czy spotkania ekumeniczne w Asyżu można rozumieć jako stwierdzenie, że we wszystkich religiach jest prawda i wszystkie są dobrą drogą do Boga? Czemu żyjąc uczciwie i po katolicku, ale bez ślubu, nie możemy korzystać z sakramentów?


Ile domów tyle spotkań, rozmów, uśmiechów. Generalnie atmosfera święta i oczekiwania. Tylko w jednym domu zaskoczenie... Nie spodziewają się księdza, choć jak sprawdzam wpisani na listę zapraszających... może dlatego, że zawsze zapraszają. Tyle że nikt teraz nie powiedział... Ale spotkanie miłe i także pouczające. Jak wszystkie... Większość to emeryci... trzy czy cztery rodziny młodsze, z dziećmi w wieku szkolnym... Nie pytam katechizmu... nie pytam o chodzenie na Msze... Jestem by modlić się za nich i im błogosławić... i choć troszkę ich poznać... i by choć troszkę oni poznali nas... swoich księży...Czy długo ksiądz u nas jest? Czy długo ksiądz będzie? Ksiądz jest z Polski? - pytają jedni... Wiem, ze ksiądz z Polski... Pamiętam jak księdza witał proboszcz... Lubię księdza kazania... coraz lepiej mówi ksiądz po litewsku... a nasza mowa taka trudna... dodają inni...


Ostatnie spotkanie... Kolacja. Razem z Virginusem spotykamy się u Pana, który w imieniu ulicy nas zaprosił. Poznajemy jego żonę i czwórkę dzieci. Wraz z pojawiającymi się na stole daniami i przekąskami poznajemy się coraz lepiej... Staram się skierować rozmowę na dzieci, Linasa, Onę, Jonasa i Jurgisa, siedzących naprzeciw nas... Już po chwili poznajemy rzeźbiarską pasję najstarszego z nich, malarskie umiejętności Ony (Ani) i oglądamy latające modele samolotów Jonasa... Kolejne prace trafiają w nasze ręce i przed oczy... a my, szczerze, choć i z pewnym troszkę kurtuazyjnym uznaniem staramy się docenić młodych-zdolnych.  Rodzice dumni, młodzi szczęśliwi... Bo chyba o to w tych kolędowych spotkaniach chodzi. Wizyta księdza dla wielu jest i może być świętem i przyjemnością.



Świat w obrazach... 2013-01-19

Wilno. Na murze w niewielkiej, samozwańczej i nieuznawanej przez świat Republice Užupis wypisano w kilku, a może już nawet w kilkunastu  językach Słowa Konstytucji... W 28 punkcie wśród praw człowieka wymienia prawo do dzielenia się z innymi: "Człowiek może się dzielić tym, co ma", a w następnym na wszelki wypadek dodaje: "Człowiek nie może się dzielić tym, czego nie ma".


Komu łatwiej się dzielić? Tym co mają dużo, którym zbywa? Czy tym co sami wiedzą, co znaczy potrzebować pomocy? Czy pomaganie innym traktuję jako coś normalnego? Czy jako swoje poświęcenie? Czy odkryłem radość dawania?


Bisztynek. Siedzę w czwartek w nocy u jednej zaprzyjaźnionej rodziny. Wspominałem, jak ciężko było mi kiedyś zrezygnować z czegoś, dla kogoś... Nauczyło mnie tego tak naprawdę dopiero zakochanie się i to późno, dopiero gdy kończyłem podstawówkę. Chodziło o jakiś drobiazg, maskotkę czy coś... Spodobał się "jej"... Z jednej strony zrodziła się myśl by dać, z drugiej strach, pragnienie posiadania... Moje "ja"... moje "chcę"... moje "więcej".  A potem to niezwykłe uczucie - pełnia błogiej radości... gdy usłyszałem: dla mnie? naprawdę? Gdy zobaczyłem w jej twarzy zakłopotanie i radość...


Ot taki obrazek sprzed 17 lat... Lekcja która wiele zmieniła, coś zaczęła...


Z czynieniem dobra, z dawaniem "siebie" i czegoś "od siebie jest jak z chodzeniem "po górach" - to bodajże ks. Danielski zwykł powtarzać, że z gór wraca się zawsze innym, lepszym... i chce się tam znów wracać...


Chodząc z tacą czasem widzę ciekawy obrazek... Gdy rodzice dają małemu dziecku pieniążek, by wrzuciło na tacę... Czasem dziecko trzyma, ściska i nie chce... Rodzice zakłopotani, czasem prawie siłą dziecku odginają palce, czasem proszą, przekonują, czasem szukają portfela, by wrzucić inny, bo sytuacja niezręczna i głupio bo ksiądz tak stoi uśmiechając się i czekając na rozwój sytuacji... Ale potem, jak dziecko wrzuci, jak ksiądz się uśmiechnie, pobłogosławi, czy pogłaszcze, gdy rodzice się cieszą, to i dziecko odkrywa, że właśnie tu dokonuje się jakieś dobro... I to nie tylko chodzi o pieniądze, o jakąś złotówkę... Chodzi o przełamanie swojego "mam", "chcę" i "moje" i doświadczenie radości pomocy.


Inny obrazek. Tydzień temu - niedziela, Msza św. wieczorna... Nie dużo ludzi... Dwie dziewczynki przygotowujące się do pierwszej komunii i trzecia młodsza - dwa, trzy latka... No i aniołek z napisem Aukos (Ofiary), taki co kiwa głową, jak wrzuci się coś... Całą Mszę aniołek miał robotę... Dziewczynki o to zadbały... monety wpadają dość głośno, aniołek się kiwa, one się cieszą... W połowie kazania mnie już z tego śmiać się chce, zwłaszcza gdy ta młodsza aby nie chodzić rozsiadła się już na klęczniku przy żłóbku na stałe z kieszenią wypchaną zawartością matczynej portmonetki... Ach te kiwające aniołki...


 


Inny Aniołek - Kasia, wraz z siostrą i mamą zaangażowały się w zbieranie darów dla Afryki... Kasia ma 9 lat. Przygotowuje się do I komunii. Zebrane rzeczy, zwłaszcza pluszaki układa skrzętnie pod choinką i na kanapach. "Kaśka układaj te zabawki, a nie się bawisz - powiedziała mama do Kaśki. - No co?! Ja się cieszę czyimś szczęściem" 


 


 


 


 


 


Miłość, dobro i radość zawsze się pomnażają jeśli się je dzieli z innymi...


Afryka bliżej niż myślisz... 2013-01-15

Pamięć mam dobrą, ale krótką. Tak myślałem, tak nie raz mówiłem. Okazuje się, że nie... Tak naprawdę nie chodzi o pamięć. Chodzi o to, czy coś jest dla nas ważne... 14 dnia, kolejnego miesiąca pamiętam szczególnie o Afryce. Nie muszę tego nigdzie zapisywać, nie muszę ustawiać sobie przypomnienia, naklejać karteczek na lodówkę, której nie posiadam.


14 sierpnia, pięć miesięcy temu zaczęły się Agaty afrykańskie misje. Gdy w niedzielę wieczorem dzwoniłem do niej przez skype, by z tej okazji złożyć życzenia i choć troszkę pogadać usłyszałem ciekawe słowa... Tobie również... Ty też już pięć miesięcy jesteś tu z nami...
Wiem, sam to powtarzałem pewnie nie raz... Ale tym razem, gdy to padło z jej strony, to już nie była tylko grzeczność, kurtuazja, takie zgrabne i miłe słowa. To miało Moc.


Moje pięć miesięcy w Afryce... Zaczęło się od Agaty. Gdyby nie jej wyjazd, nie widziałbym o Mansie ani Lufubu, nie śmiałbym się ani nie rozczulał oglądając zdjęć rozbrykanej Fridy, słodkiego Cimby Cimby, czy kalekiego Harisona i nie zatykałoby mnie czytając wpisów na blogu Ilony. Nadal miałbym problem ze wskazaniem Zambii na mapie i kojarzyłbym ją tylko z jednym z kiedyś poznanych misjonarzy werbistów, opowiadającym ciekawe anegdotki.  Ale dziś to coś więcej... Dziś chcę być tam, nie dlatego, że jest tam koleżanka, przyjaciółka, dziś jestem tam, ze względu na ich potrzeby. Dzięki Wolontariuszom Salezjańskim widzę jak bardzo potrzebna jest pomoc tym afrykańskim dzieciom, rodzinom, społeczności, tamtemu kościołowi... Dziś chcę iść dalej, być tam dla nich... Na różne sposoby.


Przez te pięć miesięcy kilka razy w tygodniu zaglądam do Zambii przez beatkowe czy krzysiowe zdjęcia. Idę przez busz słowo za słowem za Iloną. Zaglądam do Stolicy - Lusaki, do Mamy Carol i jej podopiecznych, spośród których jednemu - Jackowi - zdecydowałem się pomóc w zapewnieniu szkoły. Jestem w rozmowach, w mailach, modlitwie. W trosce, by pomóc. Nie tylko kiedy głośno o to proszą.


Zbieramy rzeczy na paczki - nie tylko ja. Już w tym tygodniu chcemy wysłać kolejną - trzecią ich serię. Pięć paczek doszło - prawie 100kg. Dwie gdzieś zaginęły... Taka jest Afryka... reklamacje złożone, może się znajdą, a może przynajmniej poczta zwróci za wysyłkę... Ile teraz paczek pójdzie? Dwie już gotowe. Spakowane. Ale chcę więcej... dużo więcej... Nie ma co czekać, przecież zaraz dziewczyny będą wracać... Poza tym teraz zaczął się rok szkolny, zaraz wielkanoc... Potrzeby są olbrzymie. Do czwartku w Olsztynie, Kętrzynie i Bisztynku zbierają znajomi. Zwłaszcza w Bisztynku zaskoczyli mnie... Puścili to nawet w internet na nieoficjalnej stronie miasta. Oprócz rzeczy - ubrań, maskotek, przyborów szkolnych, słodyczy - docierają też pieniążki na wysyłkę. Dzielą się różni, bogatsi i studenci, dwie parafie wsparły, rodzina, znajomi. Dzięki wam wielkie.


Jeśli ktoś chciałby dołożyć się - można wpłacić jakiś grosz na moje konto:
25 1020 3639 0000 8102 0059 9647
Sławomir Brewczyński
ul. Braniewska 9/1 14-530 Frombork

lub podrzucić rzeczy w Olsztynie do p. Biernat, w Kętrzynie do p. Darii - Mamy Ziemka, a w Bisztynku do p Ani i Zbyszka Drozdowskich...

Jakby co to po smsie pod nr. 793794014 lub na fb mogę przesłać więcej informacji kontaktowych z nimi. (Jeśli nie da rady do czwartku to te się nie ma co przejmować, to nie ostatnia seria - zaraz będą pewnie szły i kolejne, póki dziewczyny nie wrócą... a myślę, że potem też. Przecież tak naprawdę nie robimy tego dla nich).


Niebo... 2013-01-14

Nie wierzę w niebo. Takie z anielskimi chórami na chmurkach i grupą świętych grających z Matką Bożą w siatkówkę. Ze św. Piotrem przed bramą, z laptopem i kluczem dostępu, sprawdzającym PESEL-e, metryki chrztu i listy polecające od księży proboszczów. W niebo pogrążone w błogim, sielskim nicnierobieniu – wieczne odpoczywanie, o które nieświadomie się modlę.


Niebo to wolność.  Wolność, która jest ograniczona tylko miłością. To Królestwo, gdzie nie ma poddanych, tylko Król i miliony Dziedziców Królestwa – z dnia na dzień jeszcze bardziej podobni do Swojego Pana i Ojca.


Niebo to nie chmury, to nie miejsce gdzieś tam w górze, to Nowa Ziemia i Nowe Niebo, to miejsca nam znane i bliskie, przemienione, oczyszczone i uświęcone. Niebo to nie przyszłość, to już… teraz, to wyzwanie dla nas.


Uczynię człowieka na swój obraz…
czyńcie sobie ziemie poddaną.
Zaprawdę powiadam wam, przybliżyło się do was królestwo niebieskie… 
Przyjdź Królestwo Twoje…


Choć nadal uwięziony w ciele i ograniczony przez grzech, duszą, myślą i modlitwą jestem już w niebie… Dla duszy, myśli i modlitwy nie ma ograniczeń… Czas i miejsca stają się nieistotne. Bóg jest poza miejscem i czasem, a każdy, kto narodził się z Boga i zna Boga wezwany jest by stawać się do Niego podobnym.  Ja też duchowo mogę już dziś być wszędzie i zawsze… Miłość to Obecność (Jestem, Który Jestem). Obydwie To Jego Dwa imiona, a nasze Otczestwo, nasze dziedzictwo…







Uzimieni... 2013-01-13

Troszkę jestem uziemiony... Albo lepiej uzimiony. Niby to normalne - jest styczeń, jest śnieg - ale chciałoby się czarnej drogi. Dwa czwartki i piątki z rzędu nigdzie nie jechałem. Z wyjątkiem wtorku, gdy "służbowo", jako kierowca proboszcza zrobiłem troszkę kilometrów po Polsce przy okazji zakupów i odwiedzenia znajomych księży po kolędzie. No i jeszcze z wyjątkiem niedzielnego wyjazdu na Mszę na wiejską parafię. Poza tym nigdzie się nie ruszam. Choć myślałem o Olsztynie, Lublinie, Gdańsku, Wilnie.... Poczekają... Ja poczekam.... Aż miną śniegi... Czas zajmuje komputer, sen, nauka języka. Najlepiej pod kocem lub kołdrą, bo w mieszkaniu też zimno: 17 st..  Obowiązków parafialnych niewiele w tym czasie... Ani jakoś specjalnie ludzie nie umierają, ani chrzcić nie ma za bardzo kogo... Pojedyncze przypadki, choć dość nietuzinkowe... Jak chociażby dzisiejszy pogrzeb-niepogrzeb Romanasa, który zdecydował się oddać ciało dla Uniwersytetu Medycznego w Kownie, czy chrzest 10 letniego Augusta, który wczoraj zaprotestował, że nie chce mieć na drugie Józef, że woli Jan... Rodzice zdziwieni? Przecież to miało być po dziadku!... Jak chce, to niech będzie w takim razie Jan... Nie robił problemu ks. Virginius. W księgach można to przecież poprawić... Gdyby go chrzcili, jak miał 3 miesiące, to by się nie stawiał... :P


Powrót Króla... 2013-01-06

Po obejrzeniu Hobbita zdecydowałem się by czwarty czy piąty raz wrócić do Tolkienowsko-Jacksonowskiej  Trylogii. Miał być nocny maraton w zeszły czwartek... zeszło się do dziś... Nad ranem kończyłem "Powrót Króla". Ciekawe, zwłaszcza, że dziś Trzech Króli.


Byli. Przyszli. Pani z Domu Kultury zaanonsowała ich wizytę na 12:45. Po sumie. Stali pod kościołem w towarzystwie chórku przemiłych aniołko-śnieżynek. Pomachali, w zwolnionym tempie, niczym teletubisie. Przywitali się z księdzem. Popstrykaliśmy zdjęcia. Dziewczęta zaśpiewały litewskiego Cohena. Miło z ich strony, że byli. Tyle, że ci królowie chyba zapomnieli po co przyszli. Do Kościoła, do Pana Jezusa nie zaszli.


Był i czwarty Król. Wieczorem. Przy żłóbku, siedział w pierwszej ławce przy konfesionale. Po Mszy ludzie dość szybko wyszli... On został... Ledwo chodzi... Nie chce pieniędzy... Po prostu nie ma sił. Czy ma gdzie spać? Tak w noclegowni na obrzeżach miasta. Sam do swojej stajenki nie dojdzie. Drogę zna, wskaże. Tylko czy można mu pomóc.


Czwarty król... Mało królewski... Lecz najprawdziwszy... A tak łatwo przeoczyć, zbagatelizować.


Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych - Mnieście uczynili... Cokolwiek... W życiu nie chodzi tylko o wielkie rzeczy...


 


 


W drodze na górę błogosławieństw 2013-01-05

Niezależność, wiedza, posiadanie, szacunek. To pewnie ideały, którym ludzie podporządkowują inne cele, podporządkowują życie. Wydają się one kluczem do szczęścia. Ale czy są? Czy zawsze są?


Niezależność to marzenie jeszcze z dzieciństwa - sam sobie poradzę, sam chcę decydować... kiedy wreszcie będę dorosły... Czy już jestem wystarczająco duży? Mija czas, dorastamy i choć uwalniamy się od wpływu rodziców, szkoły, środowiska, to jednak wciąż pojawiają się nowe ograniczenia, przeciw którym nie sposób się wiecznie buntować... Jak trudno pogodzić się z tym, że zależność od innych także potrafi być błogosławieństwem...


Lubimy wiedzieć... wiedzieć więcej... zawsze mieć coś do powiedzenia, rozmowę okrasić bon motem. Ale czy da się wiedzieć wszystko? Co jak nie wszystko rozumiesz, co jak czasami w obliczu setki słów pozostanie ci tylko się uśmiechać i zgadywać, domyślać się... Gdy spotkasz kozaka, co nie da ci dojść do słowa, albo jak ja, gdy język, który znasz, kochasz i którym władasz od najmłodszych lat przestaje być użyteczny. Uśmiech i zasłuchana mina... I zgadywanie...  Do tego można też się przyzwyczaić... Wiem z doświadczenia. Lecz niewiedza też potrafi być błogosławieństwem... Bo mądrość to coś więcej niż słowa. To więcej niż piękne sentencje. Prawdziwa mądrość to nie poznanie odpowiedzi na wszystkie pytania, to umiejętność szukania odpowiedzi, to wiedza gdzie szukać i kogo pytać... To przezwyciężenie wrodzonego lenistwa i wyprawa w nieznane.


Lubię mieć... "Mam" to jeden z podstawowych wyrazów... Mam, jestem, umiem, chcę, proszę...  Pięć czasowników wystarczy by komunikować się ze światem... Jeszcze bardziej oddaje to zaimek dzierżawczy "mój". Wszystko co moje, ma wartość. Bo jest moje... Bo to posiadłem. A im więcej posiadam tym większą wartość mam Ja. Ale im dalej w to brnę, tym bardziej mnie to ogranicza... Jak długo? Nieposiadanie to wolność - a wolność to także błogosławieństwo... Nie sztuką jest dzielić się, gdy się ma wszystko, sztuką jest dzielić się wtedy, gdy się nie ma nic...


Czcij ojca i matkę. Kochaj Ojczyznę. Szanuj zieleń. Szanuj się. Witać cię będą z uszanowaniem jako szanownego Pana, szanowną Panią... Szacun za odwagę, za wyczyn, za spryt. Cenna jest indywidualność, spontaniczność, odrobina szaleństwa, ale i stateczność, roztropność i rozwaga. Różni ludzie, różne miary... I jak wszędzie i w tych naszych relacjach łatwo kogoś źle oszacować, niedoszacować, przecenić... Ludzie ludziom stawiają pomniki, ludzie ludzi z pomników strącają... Wystarczy chwila, coś nie po czyjejś myśli by za plecami usłyszeć "z nim zawsze były problemy", a niby taki porządny...


Błogosławieni, którzy znajdują szczęście w tym, czym nie potrafi już cieszyć się świat...


 


Obrazki ze strony - http://www.silaobrazu.pl/fotoreportaze/ludzie/manifestacja/


Pić albo nie pić... 2013-01-02


Anonimek prosił o kilka słów ustosunkowania się do KWC i zasadności bycia w Ruchu Światło-Życie osób, które nie decydują się na Krucjatę Wyzwolenia Człowieka [KWC]. Odpowiedź zgodnie z prośbą - od serca... Nie konsultowałem z innymi, piszę to co sam odczuwam...


1. Przede wszystkim warto skupić się na tym, że Drogowskaz "Nowa Kultura" to coś znacznie więcej niż tylko Abstynencja czy KWC... To wyzwanie, by żyć inaczej, by żyć święcie... I nie chodzi o to, by się poświęcić, by się umartwić, by się ograniczyć... Tu chodzi o stworzenie nowej jakości w naszym sposobie życia... Chodzi o to, byśmy potrafili przede wszystkim bawić się twórczo, śmiać się z innymi, nie z innych. Byśmy umieli zaciekawiać, zachwycać, ubogacać innych. To wyzwanie, bo nie od dziś wielu w celu zwrócenia uwagi sięga po wulgarność, seksistowskie i tanie żarty, obśmiewanie innych, czy wreszcie po alkohol, narkotyki. Możemy to zmieniać. Dobro potrafi być jeszcze ciekawsze niż zło. Tyle że wymaga to więcej wysiłku, jakiejś wiedzy, a przede wszystkim dobrych chęci... Ale warto...


2. Słowo Drogowskazy użyte przez o. Franciszka ma swój sens... To nie przysięgi, to nie przykazania, nakazy, zakazy... To zaproszenie, wskazówka jak iść. Czasami może się wydawać, zwłaszcza oazowiczom, że z niektórych rzeczy się wyrasta... Tak też jest z KWC. Ja mogę powiedzieć, że jest wręcz odwrotnie... Do niektórych rzeczy trzeba dopiero dorosnąć. Patrzę na to chociażby przez pryzmat Diakoni Wyzwolenia z Olsztyna. Ci, którzy żyją Krucjatą, to w większości nie grzeczne dzieci z gimnazjum i liceum, lecz ludzie dorośli ze Wspólnoty Dobrego Pasterza czy Domowego Kościoła, którzy podejmują ten trud postu świadomie, jako ofiara i pomoc konkretnym ludziom. Którzy mają za sobą różne doświadczenia, którzy problem alkoholizmu znają z domu, rodzin i wiedzą jak ważną i niezwykłą pomocą może być ich trzeźwość...


3. Co z Osobami bez Krucjaty? Czy jest na nie miejsce w Oazie? Oczywiście że jest. Drogowskaz Nowa Kultura jak najbardziej można przyjąć, bo to coś znacznie więcej niż KWC. By stać się członkiem Diakonii potrzeba KWC, lecz jest wiele posług, które można pełnić nie będąc w Diakonii. Diakonia to Służba dla Ruchu, to odpowiedzialność za Ruch. Ale jak Wojsko, to nie tylko oficerowie, tak Ruch Światło-Życie to nie tylko Stowarzyszenie Diakonia. Ruch jest znacznie większy i pobudzany przez Ducha Świętego ogarnia dziesiątki tysięcy członków, sympatyków, przyjaciół czy innych. Diakonia jest od tego, by wspierać, nadawać kierunek. Wszyscy natomiast, zarówno po formacji, jak i w trakcie formacji mogą podejmować większe i mniejsze posługi na rzecz Ruchu i wspólnot. Od śpiewu, liturgii, modlitwy, diakonii gospodarczej, słowa, życia, wychowawczej, komunikowania itd... Nawet w ramach prac Diakonii Nowej Kultury mogą się przydać ludzie, którzy choć sami nie podejmują całkowitej abstynencji, ale np. związani z harcerstwem czy obdarzeni talentami wodzirejskimi chcą i mogą pomóc w organizacji takich czy innych inicjatyw organizowanych przez nią. Jak to Pan Jezus mówił: Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało.


4. W chrześcijaństwie ważna jest wolność. Stąd także KWC ma sens tylko w wolności, jako bezinteresowny dar z siebie. Jeśli ktoś nie chce, jeśli nie czuje potrzeby, jeśli nie wierzy w to, że może w ten sposób komuś konkretnie pomóc, lub nie wierzy że jest na tym etapie tyle z siebie dać... To nie powinien się do tego zobowiązywać. Wiele razy powtarzamy, alkohol nie jest sam w sobie zły... Jeśli jesteś dorosły, jeśli nie jedziesz po piciu, jeśli masz pieniądze i zakup alkoholu nie odbija się finansowo na twoich dzieciach, rodzinie itd. to jak najbardziej masz prawo. Grzechem i złem jest upijanie się, nie same picie. Ale tak jak alkohol nie jest zły, tak samo nie jest konieczny. Nie wszyscy to potrafią zrozumieć i chociażby dlatego krucjata ma sens... By pokazywać że można na inne sposoby uczcić zdany egzamin, kupiony nowy samochód czy urodziny dziecka. Tyle że czasem łatwiej skoczyć do sklepu i kupić połówkę, niż wymyślić odpowiednią  alternatywę ;)


Można n.p. kupić i pomalować słonia :) Jak chociażby ci na zdjęciu :) A tak na poważnie...


Coby post nie był bezowocny - zachęcam by w komentarzach wpisać ciekawe pomysły na uczczenie tych trzech przykładowych okazji:) Najlepsze nagrodzę :)


 


 


 


 


Ambasada Dobrego Pasterza 2013-01-02

Śliczna jest moja Cerkiew. Mała, delikatna, wręcz zwiewna.... Czerwona Bożnica. Tak nazywają ją wszyscy w mieście... My też... Ta Cerkiew to pozostałość po czasach zaborów. W Mariampolu był duży, w większości prawosławny rosyjski garnizon. I na potrzeby koszar zbudowano tę świątynię. Gdy Litwa odzyskała niepodległość w 1918 roku, a może i rok wcześniej, gdy wybuchła rewolucja świątynia przestała być potrzebna... Wtedy to wprowadzili się do niej katolicy. I pozostali do końca kolejnej wojny. Czas powojenny przyniósł kolejną zmianę - umieszczono to archiwum państwowe i na jego potrzeby zbudowano stropy i kompletnie zmieniono charakter budynku.


Po upadku systemu świątynia wróciła znów w katolickie ręce. Prawosławni nie chcieli... Za duży problem taki remont. Poza tym mają drugą cerkiewkę na cmentarzu... A w mieście ich nie więcej niż pięćdziesięciu (na 45 tyś.). Niech żałują.


W Nowy Rok pozwoliłem sobie na żart, że przed wejściem powinniśmy wywiesić tabliczkę z napisem "konkatedra". Trzeci raz w oktawie Bożego Narodzenia był u nas na Mszy ks. Biskup Rimantas. Wcześniej to właśnie z nami odprawiał Pasterkę oraz Jubileusz ks. Kanonika w dniu św. Jana (27.12). Ma do nas blisko - Kuria i jego mieszkanie jest po drugiej stronie ulicy - 3 min. od drzwi kościoła...


Po Mszy Noworocznej ciekawa scenka... Do zakrystii przychodzi Weronika, dziewczynka przygotowująca się do I komunii. Prosi o podpis. Biorę jej książeczkę i pytam księdza biskupa, może on chciałby się wpisać... Chce :) uśmiecha się, dopytuje dokładnie, zostawia w książeczce Weroniki soje nazwisko poprzedzone krzyżykiem. Składa też jej życzenia noworoczne, tak jak wszystkim nam... Dziś Weronika też przyszła na mszę i po podpis... Z proboszczem śmiejemy się... Dziś nie trzeba, poza tym nie ma biskupa :)


Taka nasza "konkatedra". Bez purpurowych koronek, złotych nici i ukłonów w pas*. Z uśmiechem, szlachetną prostotą i czasem dla wszystkich... Ambasada Dobrego Pasterza.


*No może z tym brakiem koronek przesadziłem:) jak trzeba to są i koronki, i brokatowe ornaty :) co nie zmienia faktu, że atmosfera dobra i życzliwości jest tu stale obecna...


Nowy Czarny Rok... 2013-01-02

Nowy Rok zaczynam z nowym przyszywanym synkiem :) W przeciwieństwie do wszystkich moich dotychczasowych dzieci, tego nawet nie znam... Widziałem tylko jego zdjęcie i troszkę o nim słyszałem od wspólnej znajomej - Ani. Pracowała przez trzy miesiące w Lusace w Zambii i teraz, po powrocie do kraju szukała ludzi, którzy pomogli by jej sześciu dzieciom ulicy... No i tak wyszło :)
Ten chłopak to Jack


Na stronie projektu napisali o nim: Jack ma 14 lat, jest chłopcem, w którego oczach widać ból i cierpienie, wynikające z jego doświadczeń. Ma bardzo dobre serce i jest niezwykle mądry. Mówi mało, ale jego słowa są bardzo przemyślane.  Uwielbia tańczyć, śpiewać, ma niesamowite poczucie rytmu. Jest świetnym piłkarzem, ćwiczy właściwie w każdej wolnej chwili. Chce skończyć szkołę i zostać nauczycielem.


Sytuacja rodzinna: Jego mama nie żyje, a ojciec nie chciał go wychowywać. Kiedy Jack miał 10 lat wysłał go do wujka do Kapiri. W ciągu dnia zaczął chodzić na ulicę, aby żebrać o pieniądze. Tam wmieszał się w złe towarzystwo dzieci, które czasami lubiły jeździć do Lusaki. Po tym jak był świadkiem zdarzenia, gdy na ulicy zamordowano małego chłopca, bał się zostać  w Kapiri. Poszedł na stację kolejową i ukrywał się tam do momentu, gdy mógł wskoczyć na pociąg do Lusaki. Było to rok temu. Na 2 tygodnie przyjęto go do jednego ośrodka, ale w dniu gdy został dotkliwie pobity przez wychowawcę uciekł i wrócił na ulicę. Pół roku temu bardzo zachorował i ktoś z ulicy przywiózł go do Salvation Home. Od tego dnia jest członkiem rodziny.


Na koniec śliczny afrykański teledysk :)


 







www.uslyszecafryke.org


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]