_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Co to był za rok... :) 2012-12-31

Jaki był ten rok? Podwójny… Tak, jak Sylwester z Anią, Martą, Kamilem i Damianem (bisztyniacy) i z dwiema północami, jedną w Litwie, drugą – godzinę później – w Polsce. I ten dualizm mocno wpisał się w cały rok… Litwa, Polska i ja – niczym obywatel Rzeczpospolitej Obojga Narodów.


Styczeń to pierwszy pogrzeb po litewsku, pierwsza homilia i pierwsza adoracja prowadzona dla litewskiej młodzieży. Wtedy to poznałem Sandrę, Viliusa, Ievę, Mildę i jeszcze kilka osób, z którymi wiele razy była okazja się modlić, bawić, spotykać w realu i na facebooku. Styczeń to także szalony wypad do Bisztynka na przedstawienie o Gustebaldzie… Lód, śnieg, rozbite samochody w rowach, ale czemu nie… skoro dziecko zaprasza…



Luty to ferie z Ziemkiem, Weroniką i Martą, to polsko-litewska adoracja, poobijany Ford, który na lodzie śliznął się do rowu czy wyjazd z proboszczem na film Róża do Suwałk… To także problemy ze skórą i wizyta u litewsko-ukraińskiego dermatologa oraz kazanie na święto Niepodległości Litwy. Kazanie, które do tej pory mi w Daukšai pamiętają. Tak im się podobały dywagacje o patriotyzmie Jezusa Chrystusa.




Marzec to rekolekcje wielkopostne… trzy tury: Suwałki, Sątopy i Lidzbark. Pieniądze zebrane pozwoliły wyjść z długów, zastąpić stare, dziurawe buty nowymi, dokończyć naprawę samochodu, kupić komputer, po tym jak stary się posypał. Zzostało jeszcze by podzielić się z potrzebującymi… Na Litwie marzec był czasem rugowania języka polskiego i angielskiego z naszych rozmów codziennych, był to czas imienin proboszcza i kolejnych adoracji z Sandrą, Ievą i spółką.



Kwiecień to święta Wielkanocy. Droga krzyżowa ulicami Mariampola i odwiedzenie czternastu Grobów Pańskich (w diecezjach: Vilkaviškis i Kaunas) w Wielką Sobotę. To wyjazd do Bisztynka w pierwszy dzień świąt oraz początek dyżurów w kancelarii parafialnej. Pomału pogrzeby stają się moją codziennością, choć i zaskakują, jak ten, gdy przyszło mi chować spopielonego zmarłego z niespodzianki… Bo rodzina generalnie to zgłosiła poświęcenie pomnika (urnę trzymali w domu przez trzy miesiące, czekając aż na wiosnę postawi się pomnik)…



Maj to wprowadzona przeze mnie litewska wersja Drogi Światła – dla mojej młodzieży, to powierzenie mi odprawienia jednej I komunii, to dwa bierzmowania – jedno moich dzieciaków litewskich (Sandry i spółki) ale i tych w Bisztynku (Marta, Damian, Szymon, Diana, Artur i wielu innych…). To pierwszy chrzest na Litwie (dziecko ma na imię Brygida) oraz kilka razy w tygodniu wypady rowerowe w promieniu 30 km od Mariampola…




Czerwiec – to przede wszystkim posłanie misyjne Agaty oraz mój tygodniowy urlop „okolicznościowy” – z okazji mistrzostw Euro 2012 J. Urlop spędzany oczywiście w Warszawie. To oglądnie meczu Polska- Rosja w doborowym towarzystwie w strefie kibica, oraz cieszenie się tą szczególną atmosferą… To także zjazd koleżeński z księżmi z mojego rocznika oraz poświęcenie hospicjum w Wilnie, założonego przez niesamowitą siostrę Michaelę. To także moje 31 urodziny, które obchodziliśmy w dość skromnym gronie (ja, Virgis i Vitalius)…





Lipiec to tradycyjna pielgrzymka warmińska do Ostrej Bramy, którą gościliśmy także w Mariampolu. To spotkanie z wieloma ludźmi, z którymi niegdyś i ja wędrowałem oraz zaszczyt prowadzenie Mszy dla nich w naszej bazylice. To wreszcie oaza II ONŻ na Wigrach -niesamowity czas z jeszcze bardziej niesamowitymi ludźmi: zarówno animatorami, jak i uczestnikami.




Sierpień – czas pożegnań. Kolejna wizyta w stolicy – Warszawie związana z pożegnaniem Agaty. Wyleciała do Afryki na roczne misje w Zambii. Wraz z nią polecieliśmy i my… Od tamtej pory duchowo jesteśmy także tam, 13 tyś. kilometrów na południe… Pożegnanie bez łez… z radością… Bo przecież to Bóg posyła i papież temu błogosławi. Nam pozostaje cieszyć się i tęsknić. I wspierać, jak tylko potrafimy. Pod koniec sierpnia goszczę też na plebanii naszego warmińskiego biskupa – abp W. Ziembę. Jest okazja spotkać się i zapewnić, że wszystko w porządku. Rok próbny, po którym mogłem zrezygnować i wrócić na Warmię się zakończył… Zostałem na kolejne dwa lata.



Wrzesień. Z parafii odchodzi ks. Vitalius – drugi z wikariuszy. Został proboszczem gdzie indziej. Na mnie przechodzą wszystkie jego obowiązki. Od tej pory poza wolnym (czwartek i piątek) codziennie dyżuruję w kancelarii, chowam zmarłych oraz co niedziela jeżdżę do Daukšai – jednej z dwóch naszych dodatkowych wiejskich parafii. Taka namiastka proboszczowania. Wrzesień to także rajd z proboszczem po Litwie i wypad na Łotwę. Cztery dni w jego toyocie. Okazja na poznanie kraju i księży.



Październik to prowadzenie ponad 15 różańców… Czyli ponad połowa… Odczuwalny jest brak Vitaliusa… To rekolekcje ewangelizacyjne w Sejnach i cztery dni zachwytu Domowym Kościołem. To wreszcie wybory na Litwie i zwycięstwo polskiej partii zakończone wejściem do rządu Litwy. Radość i wyczekiwanie kolejnych doniesień prasowych przełożyły się na codzienne przeglądanie litewskojęzycznych portali…



Listopad – miesiąc pamięci o zmarłych. Dla mnie zaczął się w ostatnich dniach października, gdy byłem w Warszawie ogarnąć rodzinne groby. Potem ślub i wesele brata – Michała i powrót na Litwę. Listopad to także spotkania z młodzieżą do bierzmowania i walka z językiem… jak to zrobić by mówić już nie tylko o co potrafię, ale także to co chcę. To także wizyta w Wilnie na Opiekach Matki Bożej – uroczystym odpuście i odprawianie Mszy przy obrazie w Dniu Matki Miłosierdzia.




Grudzień. Mimo kilku zaproszeń niestety… ten Adwent bez prowadzenia rekolekcji. Nie ma jak wyrwać się. Ks. Virginius przez dwa tygodnie siedzi w Rzymie więc w niedzielę dwoję się i troję by obsłużyć już nie tylko Daukšai ale także Patilčai i naszą parafię. W tygodniu było troszkę lepiej – w wolne dni byłem dwa razy we Fromborku – nareszcie udało się mieszkanie rodziców wynająć… Miło było wrócić do miasta, gdzie się wychowywałem. No i wreszcie grudzień to święta – spędzane na Litwie i w Bisztynku… Lecz to zbyt świeże, by w takim rocznym zestawieniu wspominać. Zresztą opisałem to dokładniej w poście poniżej...


Trzy doby w Polsce 2012-12-30

Moje poświąteczne wolne tym razem to równo trzy doby. Kierunek - wiadomo.... Polska. Planów było kilka lecz główny to ślub Waldka i Kasi w Biskupcu. Ale jest też chęć odwiedzenia innych osób i miejsc. Plan marszruty pomału dojrzewał i wypełniał się kolejnymi "stacjami".


Najpierw Kętrzyn. Pierwsza wizyta u Asi, mojej byłej uczennicy i stałej czytelniczki bloga :). Tyle razy zapraszała, że wreszcie udało się dotrzeć na godzinkę. Potem wizyta u p. Darii (mamy) i Ziemka oraz ich babci. Niestety 20 min przed moim przyjazdem musiała wracać do Gdańska Daria (siostra)... Z nią udało się tylko spotkać "telefonicznie". Ziemek informuje mnie, że w tym czasie zaczyna się właśnie spotkanie bożonarodzeniowe w parafii św. Jerzego... Postanowiliśmy tam więc razem podjechać. Okazja spotkać się z kolejnymi znajomymi oraz z dwoma księżmi. O 20:00 ostatnia wizyta - u ks. Karola i jego rodziców. Zjechał ze studiów w Lublinie do domu. Przez 5 lat wraz z ich rodziną spędzałem wigilijny wieczór. Teraz, będąc na Litwie, to niemożliwe. Ale można spotkać się po świętach... 27.12. to przecież nadal oktawa Bożego Narodzenia. Oprócz rozmów, śmiechów, jedzenia czy wymiany prezentów jest też okazja na film: Karol namawia byśmy obejrzeli "CRISTIADĘ" (m.in. z Andy Garcia) opowiadającą o walkach w Meksyku w latach 20 XX wieku. Film jakże aktualny. Polecam.


Rano, po śniadaniu ruszam dalej... Najpierw parafia św. Katarzyny... Zakup prezentu dla młodych w tamtejszej księgarni parafialnej i wizyta u księży wikariuszy. Potem wizyta w pobliskim Wilkowie u ks. Bartusika i pani Reginy, z którymi przez trzy lata pracowałem na parafii w Bisztynku. Chwila. Ale jakże przyjemna. Dobrze, że nadłożyłem te 10 km. Może nawet mniej, bo z Wilkowa do Bisztynka przez  Świętą Lipkę jest już bliżej...


W Bisztynku w piątek jestem krótko... Wpadam tylko do Darka i Doroty. Mam 3 godziny do ślubu, czas by zjeść obiad (pyszne rodzinnie klejone pierogi), ogolić się i doprowadzić do ładu. Dorota wspominając inne wesele pyta się czy nie trzeba wyprasować koszuli - dziś nie... Dziś rano już przygotowała mi je mama ks. Karola :)  Po doprowadzeniu siebie, czas jeszcze do porządku doprowadzić auto... Testuję więc nową bisztynecką myjnię.


W Biskupcu jestem godzinę przed Mszą. Wraz z wikariuszem, scholą i młodymi dogadujemy szczegóły. Nie licząc ślubu brata w listopadzie, ja już przez półtora roku nie udzielałem ślubu po polsku... Msza radosna. Staram się zbić napięcie, bo wiadomo... ślub to duży stres dla wszystkich. Troszkę mi ciężko ogarnąć prezbiterium. Brakuje mi dodatkowej ręki lub ministranta, albo kościelnego. Ale jest bardzo miła i rodzinna atmosfera, więc ja bynajmniej się nie przejmuję. Ceremonia zamyka się w godzinie.


Wesele na Słonecznym Brzegu Dadaju. Hotel piękny. Pachnie nowością. Siedzę z Kasią (siostrą młodego) i z jej Łukaszem. To moi przyjaciele, o których już wspominałem nie raz przy okazji odwiedzania ich w Białymstoku. Jest okazja pobawić się, poskakać, pożartować. Poza nimi jest też więcej znajomych. Chociażby Czarek - z którym znam się od 2001 roku, czy byli parafianie z Bisztynka, Troszkowa...


W czasie wesela urywam się też na chwilę. Mówię młodym by się nie martwili, że ksiądz uciekł. Chcę podskoczyć do siostry do Olsztyna. Chwila trwa trzy godziny. Siostrzeńcy i siostrzenica także czekają na wujka z zagranicy. :) Po drodze wpadam też na 8 min do znajomych (odebrać zamawiane gry planszowe) i na 3 min. do sklepu... Głupio jechać z pustymi rękami, a na zakup bardziej wyszukanych prezentów nie było czasu i pieniędzy na Litwie...


Na wesele wracam ok 23:00. Bawię się do 4 rano, a potem spać. Znalazło się dla mnie miejsce w jednym z pokoi. Wygoda, że nie trzeba nigdzie jechać po znajomych. A hotel ma też dodatkowy plus - internet. Wstałem rano - o 9:00. Prawie wszyscy jeszcze śpią... Ja zaś dzięki fb i skype jestem już daleko...


Po obiedzie poprawinowym żegnam się z młodymi i ich rodzicami i ruszam dalej... Cel - Bisztynek i Troszkowo. Wizyty u kolejnych rodzin i kolejnych księży. Spotkanie oazowe w kolejnej parafii i nocleg pod kolejnym przyjaznym dachem. Staram się odwiedzać tych, których ostatnio nie było okazji... Ale jak nie odwiedzić też tych najbliższych sercu? Kawy, herbaty, rozmowy...


Rano Msza w Bisztynku. O 9:00. Ks. Proboszcz mówi roczne sprawozdanie z prac w parafii. Schola mocno osłabiona (trzy osoby) śpiewa kolędy, ja - uśmiechnięty od ucha do ucha na widok całego kościoła znajomych odprawiam Mszę. Po Mszy kawa u proboszcza i  herbata u znajomych (u których nocowałem) i droga do domu na Litwę.


Choć jeszcze nie prosto... Jeszcze jeden postój. W Kętrzynie. Okazja na półgodzinne spotkanie z ks. Grzegorzem, kolegą z roku z seminarium. Nie często się widujemy. Od wakacji jest wikarym w jednej z kętrzyńskich parafii. Dziś niedziela... wiadomo, dużo obowiązków. Ale znalazła się chwila, by między mszami posiedzieć i poplotkować...


12:07  ruszam dalej... Na 16:00 (polską) mam Mszę u siebie - w Mariampolu. Jadę więc już bez postojów. Droga niezła, czas jeszcze lepszy. Gdy przyjeżdżam księża właśnie kończą niedzielny obiad. Ja dziękuję. Po tylu kawach, herbatach i ciastach nie mam już ochoty. Do wieczornej Mszy mam jeszcze prawie dwie godziny. Będzie czas na napisanie kazania...


Niespodziewajki 2012-12-27

Nie lubię niespodzianek... No może nie do końca.  Lubię, jak ja je robię, nie koniecznie jak mnie spotykają... Ale ta naprawdę była udana i dała tyle radości... Dzięki. Jesteście wielcy :)


być ojcem... 2012-12-25

Zacznę dziś może od tego demotywatora po lewej stronie. Widzę, że coraz częściej dziś tak wygląda nasza solidarność z potrzebującymi. W sferze deklaracji jesteśmy mistrzami.


Przykro nam, że na świece są wojny, przykro nam że ludzie głodują, szkoda nam bezdomnych piesków, podobnie jak chorych na nowotwory dzieciaczków, dla których nie znalazły się pieniądze w NFZ. Szkoda. I tyle.


Łatwo jest kliknąć coś na fb. Łatwo jest kochać misje, anonimowe murzynki... Ale z like i z tego "że kocham" niewiele wynika. Miłość to konkrety.


Moja miłość do Afryki wiąże się z konkretnymi osobami. Czytając blog Agaty i Beaty, a potem także kolejne (Ilony, Krzyśka, Tomka i Ani) oraz śledząc kilka innych projektów, w tym Mamy Carol, czy o. Marcina Perfikowskiego i o. Pawła Huleckiego ludzie potrzebujący pomocy przestali być anonimowi...


To co mogłem zrobić, to zbiórka darów... śmiało się ze mnie troszkę ludzi, gdy moje auto zawalone pod dach jechało przez pół Polski i zbierało różne rzeczy od rodziny, znajomych i znajomych znajomych. To wszystko zwalone w domu na Litwie, segregowane, pakowane rusza sukcesywnie do Afryki. Poszło już 140kg - to więcej niż ważę... można powiedzieć więc, że to tak, jakbym tam był... Ale nie tylko ja... każdy inny, kto pomógł. Ale czy to wystarczy?


Kilka dni temu rozmawiałem z Anią Tomaszewską. Niesamowita dziewczyna, którą poznałem pół roku temu w Warszawie. Także związana z Zambią... Przez trzy miesiące pracowała w domu Mamy Carol w Lusace. Nie wiesz kto to? Spytaj wujka Google. Powie ci... ja tylko tyle powiem, że to kobieta, która zbiera ludzi z ulicy... dzieci stolicy. Ulica dawała im przetrwanie, ale zabierała niewinność. Mama Daje im dom, miłość, bezpieczeństwo, dobro... Tylko czy to wystarczy? To co się działo tam, to była walka dobra ze złem o dusze tych dzieci... Dla Ani nie są to anonimowe biedne murzyniątka. Każdy ma dwa imiona (zamiast nazwiska jest drugie imię), twarz, temperament, humor, ale także problem...


W tej walce, by wygrać, nie wystarczy zabrać dziecko z ulicy... Trzeba mu dać też coś w zamian... Szkoła, zawód, pomysł na życie... A to kosztuje. Tam szkoła jest płatna. 90 zł miesięcznie to nie są duże pieniądze, ale mogą konkretnemu dziecku pomóc...


U mnie z pieniędzmi mocno ciężko... już dłuższy czas. Ale decydowałem się, że nie wystarczy tylko kliknąć like. Nie wystarczy tylko napisać na blogu i zareklamować innym. Chcę też pomóc konkretnemu dziecku. Nowy rok szkolny już od stycznia. Niewiele czasu. trzeba się śpieszyć, by kochać.


I dlatego już niedługo jednego z tych chłopców chcę adoptować na odległość...


Jeśli stać cię duchowo, nie tylko materialnie na coś więcej niż tylko like, to polecam ci Projekt Ekirooto w Zambii - (Czasami dziecięcym marzeniem jest Szkoła)... https://www.facebook.com/events/419445364794621/?ref=ts&fref=ts


oraz www.uslyszecafryke.org/strona,106,UGANDA-ZAMBIA---Ekirooto


Na adopcję czeka:


EMMANUEL MATABATA

Ma 11 lat i nieziemsko piękny uśmiech, który zapełnia pół jego buzi. Jest bardzo czułym i wrażliwym chłopcem, zawsze dzieli się z innymi tym co ma. Widać po nim, jak bardzo tęsknił za miłością, czerpie ją pełnymi garściami i tyle samo daje jej z siebie. Uwielbia rysować, a także odkrywać świat i jego tajniki.Bardzo chce pójść do szkoły. Marzy, żeby zostać lekarzem.

Mieszkał z rodzicami w Kafue. Kiedy był jeszcze malutki, jego tata zmarł. Mama zamieszkała z nowym mężem, wówczas Emmanuel został przeniesiony do brata ojca i zamieszkał w Mazabuka. Żona jego wujka zaczęła traktować chłopca bardzo źle. Mając 7 lat pracował sprzątając w restauracjach. Ostatnie 3 lata przed przyjściem do Salvation Home tułał się z miasta do miasta.

DAVID LUNGU

David ma 12 lat, jest duszą towarzystwa. Wszędzie go pełno, nie potrafi usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu. Mówi bardzo ładnie po angielsku i bardzo szybko przyswaja nowe słowa. Jest bardzo radosny, lubi żartować i śmiać się. Skończył 2 klasę i bardzo chce wrócić do szkoły. Myśli o tym, aby w przyszłości zostać księdzem.

Nie wiadomo, gdzie jest jego biologiczny ojciec. Jego mama i ojczym mieszkają w chacie na wsi. Ojczym nie chciał opiekować się chłopcem, jedynie swoimi biologicznymi dziećmi. David był przez niego bity i pewnego dnia po prostu uciekł. Przez 2 miesiące mieszkał na ulicy, podczas nocnej interwencji został zabrany do Salvation Home.

JACK CHANDA

Jack ma 14 lat, jest chłopcem, w którego oczach widać ból i cierpienie, wynikające z jego doświadczeń. Ma bardzo dobre serce i jest niezwykle mądry. Mówi mało, ale jego słowa są bardzo przemyślane. Uwielbia tańczyć, śpiewać, ma niesamowite poczucie rytmu. Jest świetnym piłkarzem, ćwiczy właściwie w każdej wolnej chwili. Chce skończyć szkołę i zostać nauczycielem.

Jego mama nie żyje, a ojciec nie chciał go wychowywać. Kiedy Jack miał 10 lat wysłał go do wujka do Kapiri. W ciągu dnia zaczął chodzić na ulicę, aby żebrać o pieniądze. Tam wmieszał się w złe towarzystwo dzieci, które czasami lubiły jeździć do Lusaki. Po tym jak był świadkiem zdarzenia, gdy na ulicy zamordowano małego chłopca, bał się zostać w Kapiri. Poszedł na stację kolejową i ukrywał się tam do momentu, gdy mógł wskoczyć na pociąg do Lusaki. Było to rok temu. Na 2 tygodnie przyjęto go do jednego ośrodka, ale w dniu gdy został dotkliwie pobity przez wychowawcę uciekł i wrócił na ulicę. Pół roku temu bardzo zachorował i ktoś z ulicy przywiózł go do Salvation Home. Od tego dnia jest członkiem rodziny.

VICTOR MUSONDA

Ma 14 lat, jest spokojnym i pełnym ciepła chłopcem. Bardzo lubi rysować, jest wtedy skoncentrowany i wyciszony. W tańcu pokazuje swoje emocje, otwiera się i promieniuje radością. Chce skończyć szkołę i zdobyć pracę w hotelu.

Jego ojciec nie żyje. Mama mieszka z nowym mężem, który jest alkoholikiem i często stosuje przemoc w domu. Victor jest jednym z siedmiorga dzieci. Wszyscy mieszkali w jednym pokoju w slumsach Kapiri. Przyjechał do Lusaki w poszukiwaniu pieniędzy, ponieważ bardzo chciał pójść do szkoły, a tam, gdzie mieszkał nie było takiej możliwości. Był na ulicy przez około 2 miesiące, po czym przeszedł razem z dwoma innymi chłopcami 10 km drogę do Salvation Home, aby zapytać, czy może zostać. Został.

BUPE CHANDA

Ma 10 lat. Przez wszystkich domowników nazywany: Gift – Dar – radość w ludzkiej postaci. Bardzo lubi bawić się z domowymi zwierzętami – 7 szczeniaczkami i opiekować się nimi. Lubi wybijać rytmy na bębnach, tańczyć mógłby godzinami. Pewnego dnia skończy szkołę i zostanie nauczycielem.

Jego rodzice są rozwiedzeni, mama jest w Kapiri, a ojciec w Luansha. Przyjechał do Lusaki, aby zbierać butelki i sprzedawać je. Potrzebował pieniędzy na jedzenie i szkołę. Przebywał na ulicy przez 4 miesiące. Do Salvation Home trafił wraz z dwójką innych dzieci podczas nocnej interwencji na ulicy. Wspomina to w słowach Mamy Carol, która powiedziała mu, że jest zbyt mały, aby zostać na ulicy.

AUGUSTINE NJOVO

Augustine ma 16 lat. Jest bardzo pogodnym dzieckiem, dobrym duchem domu, który rozwesela innych na każdym kroku. Przebywając z nim, można zawsze doświadczyć przyjacielskiego spojrzenia i uścisku. Jego żywiołem jest śpiew, taniec i gra na bębnach, a właściwie na plastikowych stołkach i konewkach.Chce skończyć szkołę i zostać prezydentem Zambii.

Mama chłopca nie żyje. Mieszkał w małej miejscowości koło Lusaki z ojcem i jego nową żoną. Był obrażany i w końcu wyrzucony z domu przez macochę. Tułał się po ulicy i różnych ośrodkach przez ostatnie 5 lat. Przez częste bicie i upokarzanie ze strony pracowników nie mógł na stałe znaleźć sobie domu. Blizny na jego ciele rysują historię jego trudnej wędrówki. Pewnego dnia odwiedził dom Mamy Carol, ale nie mogliśmy go przyjąć, bo nie było wolnego łózka. 8 miesięcy temu przyszedł jeszcze raz i już został.


 


 


Veganlife 2012-12-19

Byłem weganem... nawet bardziej... oprócz jajek, nabiału, mięsa, ryb, nie jedliśmy także produktów mącznych, kaszy, ziemniaków, słodyczy... Nie zwariowałem... nie zmieniłem religii  - ot dla towarzystwa zdecydowałem się proboszczowi potowarzyszyć w adwentowym poście oczyszczającym. Dieta owocowo-warzywna wg dr Ewy Dąbrowskiej, czyli kapusta, buraki, kalarepa, papryka, dynie, rzepa, patisony, cukinie, bakłarzany, marchew, ogórki, jabłka, cebula... to podstawowe i prawie jedyne produkty... 


Jak było? Pierwsze trzy dni ciężkie. Czułem osłabienie. To jedzenie małokaloryczne zapełniało żołądek, ale kompletnie nie dawało energii. Potem już lepiej. organizm się przyzwyczaił, a mózg dostał dodatkowe bodźce w postaci znikających kilogramów. Wynik po dwóch tygodniach ok 5 kg. To podobnie jak wcześniej, gdy spinałem się z m/ż-ką. Tyle że teraz jeść można było dużo więcej. Aż dziwnie to było. Zwłaszcza że człowiek się zapchał, a po 2 godzinach już czuł głód.


Dziś z przyjemnością na śniadanie zjadłem kawałek "zajkasa" - pieczeni i zapiekanki z serem i mielonką... Ale ten zajakas jakoś mi po tych dwuch tygodniach nie za bardzo smakował... choć mięsa się już chce...


Ojciec i Syn 2012-12-18

Od piątku do poprzedniej środy gościłem u siebie mojego Ojca. Jak już wspominałem wcześniej zabrałem go na kilka dni, po tym jak spotkaliśmy się przy okazji wynajęcia naszego starego mieszkania.


Zima to nie najlepszy czas na zwiedzanie Litwy. Ale w sumie to tata nie przyjechał zwiedzać... Bardziej odpocząć. I to się mu na pewno udało. Po pierwszej nocy, tej we Fromborku, gdy gadaliśmy praktycznie do 2:00 następne były dużo spokojniejsze... Zwłaszcza że ja po całym dniu dyżurowania najchętniej już koło 19 idę do łóżka, może jeszcze nie spać, bardziej poleżeć, poczytać, coś obejrzeć, pogadać na fb, trochę się zdrzemnąć i znów pogadać :) Nocny stolik i laptop zamieniają się w centrum dowodzenia. Dot ego w tych dniach zaczęła się prawdziwa zima, zamiecie śnieżne, mróz... To tym bardziej zniechęcało do wieczornych spacerów, czy nawet siedzenia w domku... Najlepiej wskoczyć pod kołdrę i nie wychodzić do rana, zwłaszcza mając świadomość, że kolejnego dnia znów przyjdzie odprowadzać zmarłych na cmentarz...


Tyle że dobrze, by ojciec się nie nudził... Choć on sam zapewniał, że mam się nim nie przejmować... Panie gosposie zadowolone, bo mają nareszcie kogo "normalnie" nakarmić (my z proboszczem w adwencie jesteśmy weganami), Proboszcz zadowolony, bo fajnie mu się z tatą rozmawia... Ja zabiegany, bo jeszcze Virgis nie wrócił z Rzymu i większość codziennych spraw na mojej głowie... A Ojciec? Troszkę dośpi, troszkę pochodzi po pokoju, posiedzi na internecie denerwując się, że nie mam myszki, pomyśli...


Pamiętam naszą rozmowę, gdy ojciec dowiedział się jakiś czas temu, że te bóle w sercu to był przechodzony kolejny zawał i że jego serce prawie nie pracuje... 80 % jest obumarłe... kurczy się tylko kawałek przedniej ściany... Wtedy już na spokojnie mówił, że jest gotowy na śmierć... Co chciał to przeżył, spełnił się... Dzieci praktycznie odchował, pracę zawodową zakończył... Teraz dorabiał by się utrzymać, by przeżyć... Więc śmierć mu nie straszna. Brzmiało to mocno... Zwłaszcza dla mnie. Rzadko "zawodowo" mam okazję spotkać się z takim podejściem, zwłaszcza u kogoś, kto ma 55 lat...


Od tamtej pory troszkę się zmieniło... Przede wszystkim musiał przerwać pracę, bo wysiłek mógłby się skończyć tym, że któregoś dnia umrze nad pacjentem leżącym na stole. - Jest masażystą, a to praca fizyczna. Doszły nowe wydatki na leki, po kilkaset złotych... I dużo wolnego czasu. Ale i widzę zmiany w podejściu do niektórych spraw... Genealogia i porządkowanie pamięci... Dużo czasu spędza ostatnio na tworzeniu drzewa genealogicznego. Szuka ciotek, kuzynów, pociotków, praojców... Doszedł już do granic niepamięci - połowa XIX wieku... dalej szuka w księgach metrykalnych, by ta wiedza z nim nie zamarła...


W środę, na koniec jego pobytu mieliśmy się wybrać razem do Warszawy, by poznać część nowoodnalezionej rodziny, z którą przez internet i telefonicznie nawiązał kontakt. Przy okazji liczyłem, że odwiedzimy też ciocie, u której kiedyś bywaliśmy częściej, a dziś to chyba tylko ojciec podtrzymuje sporadyczne te kontakty. Co jak co, w Warszawie dziś bywam co i raz, ale mam już wydeptane swoje ścieżki... Dzień wychodzi jednak, że muszę być w czwartek na 11:00 w Dauksai (pogrzeb)... Sześć godzin mniej z 28 planowanych ... Za mało czasu w taką pogodę.... Wyjazd do Warszawy bez sensu... Zamiast tego - Wilno i Lendwarów. Ojciec był już w Wilnie 10 lat temu... Tyle że było to jakby inne Wilno. Nasza trasa zimowego spaceru pokazuje te wielkie zmiany: Hospicjum sióstr Jezusa Miłosiernego oddane pół roku temu, nowe schody do Ostrej Bramy, Obraz Jezusa Miłosiernego już nie w Świętym Duchu, lecz obok, w odnowionej i otwartej Świętej Trójcy. Nowa nawierzchnia na ul. Wielkiej i Niemieckiej, nowe elewacje, bruk, nasady, przy katedrze "nowy" Zamek dźwignięty od fundamentów i windo-kolejka na "stary" - Giedyminowy. Jej także 10 lat temu nie było...


Na koniec powrót przez Lendwarów. Wizyta u Reginy i Józefa... Ojciec był u nich pierwszy raz. Poznał Reginę, gdy wraz z młodzieżą byli we Fromborku na wymianie. Ja bywam częściej, choć jak liczyliśmy, to już rok prawie od poprzedniej wizyty... Zasłaniam się czekaniem na nich w Marijampole, ale... Ale mnie łatwiej. Choćby teraz. Przy okazji wizyty w Wilnie.  Ci ludzie, to dla mnie kwint esencja litewskości... Otwartość, ciepło, gościna... jak wujek i ciocia. JW domu mówią po litewsku, lecz polski niezły... Regina zna z domu rodzinnego, Józef wyuczył się przy okazji handelku. Myślenie litewskie, troszkę inne niż nasze... Ale jest i ta wielka wschodnia życzliwość, która zawiera się w zdaniu Gość w dom, Bóg w dom... I to jest w Litwie najpiękniejsze. Ja po roku cieszę się, że mogę też zrobić im radość. Nareszcie możemy normalnie rozmawiać także po litewsku... To chyba najbardziej cieszy Reginę, której jednak dość ciężko po polsku dobierać słowa... Z Józefem zaś była okazja na pośpiewanie Dzukiji, piosenki regionalnej, która dla Dzukasów jest tym, czym dla naszych Podhalan "Góralu czy ci nie żal" (Jako że Józef podobnie jak mój proboszcz Józef jest także z Dzukiji, tę ich przyśpiewkę znam bardzo dobrze i z radością śpiewam)


W nocy wracamy do siebie... Po pogrzebie odwożę ojca do Suwałk... Wraca do domu przez Olsztyn, gdzie zatrzyma się na kolejną noc u Edyty, mojej siostry. A może zostanie na dłużej :) Ma czas...


Hobbit - refleksje po premierze... 2012-12-16

2001 rok zmienił świat filmowej baśni... Peter Jackson, niczym Gandalf wymalował na filmowej kliszy tolkienowskie Śródziemie, a obraz ten kupiliśmy wszyscy... zarówno miłośnicy fantasy, jaki i nowi miłośnicy gatunku. Shire, Rivendell, Wodogrzmoty Rauros, Wielka Rzeka Anduina urzekają, zachwycają, zapadają w pamięć... Potem rok czekania i kolejna cześć... I dyskusje: która piękniejsza Arwena czy Eowina? Gondor czy Rider Marchia... i te celtyckie klimaty... Znowu rok i  kolejna część... Powrót Króla... Już nieco inny... Ale dalej niezwykły, jak niezwykła bitwa o Helmowy Jar czy ta, na polach Pelennoru. I choć w ostatnich scenach uderzał już "amerykański patos" (choćby scena gdy Sam wygłasza mowę, że skoro nie może nieść pierścienia to poniesie Froda), to jednak film dalej zachwycał i dopełniał tej wielkiej metamorfozy dotychczasowej kinematografii.


My widzowie nasyceni tym światem długo musieliśmy czekać na kolejną jego odsłonę... Dziesięć lat... W między czasie była co prawda Narnia, czy Harry Potter ale to nie to... Czekaliśmy Hobbita...


I stało się... Wczoraj byłem w kinie. Tu, w Mariampolu. Hobitas  3D, Wersja angielskojęzyczna z litewskimi napisami. Na seansie nie ma tłumów... O 19:00 było nas jakieś 60 osób. Duża sala, pięknie odnowiona, dobre nagłośnienie, lekko zaokrąglony ekran, nie zniszczone okulary. Ale przecież nie o kinie chcę tu pisać...


Już po kilku minutach odżywają wspomnienia. Ta muzyka, te sielskie Shire... i Gandalf... Jak dawniej... Nie widać tych 10 lat więcej... Bo przecież Hobbit to historia wcześniejsza - Gandalf jest 60 lat młodszy... Lecz co to przy jego 1841 latach życia...


Hobbit to wyprawa 13 krasnoludów, hobbita i Istari, wyprawa by pokonać Smoka Smauga. Czytałem Hobbita dość dawno. Z filmów reklamowych i reportaży wiedziałem już jak będą wyglądać nowi bohaterowie i byłem troszkę zaskoczony oraz niepewny, czy aby nie przesadzono... Otóż nie... Nawet Bombur ze swoją tuszą wygląda w filmie naprawdę naturalnie. Każdy inny, a jednocześnie wszyscy podobni... No może Thorin nieco się od nich różni... Bardziej przypomina Dunedaina niż krasnoluda, ale to może kwestia jego królewskiej krwi. Gdy wspólnie zaśpiewali na koniec wizyty u Bilba jedną z krasnoludzkich ballad, to zdobyli tym nasze serca i naszą sympatię.


Na uwagę zasługuje też inny śpiew... Króla Orków. Bardzo ciekawie skrojona scena. Orkowie, trolle i gobliny to już nie bezwolna, bezmyślna masa. To zło, które jest po części inteligentne, czasami dowcipne i nawet muzykalne. W filmie pojawia się też inne nowe postaci zoo-nawiedzony Radagast z gniazdem na głowie, oraz ork Azog z ciekawie zamontowaną protezą ręki. Scena z Trollami jaskiniowymi, z Golumem, pościg za Radagastem, czy wizyta w Rivendell to naprawdę udane epizody.


Może na koniec jeszcze o 3D. Zgrabnie zrobione. Bez przesady i niepotrzebnej "głębi", robionej tylko dlatego, że można technicznie. Choć ja osobiście jestem zwolennikiem kina dwuwymiarowego, to Hobbita ogląda się dobrze i po seansie głowa nie boli, (przynajmniej mnie) czym straszyli niektórzy.


Podsumowując: O ile Władca Pierścieni był swoistą rewolucją w dziedzinie filmów Fantasy, tak Hobbit jest  jego twórczą kontynuacją. Nie jest to arcydzieło, przełom, nie zachwyca niczym nowym, jest to powrót do znanego nam światu i początek kolejnej trylogii.







Boże Igrzyska 2012-12-14

W zeszłym miesiącu rozpoczęliśmy z moimi bierzmowanymi nasze coroczne Igrzyska... Dziś było nasze drugie starcie.


Po pierwszym - dwa tygodnie temu - czułem smak porażki. Przewaga przeciwnika była miażdżąca. Ich 56 na mnie jednego... No może nie jednego... był jeszcze katecheta, stojący z boku, przy drzwiach, niczym bramkarz, tyle że ten w lokalu. Stał, patrzył kibicował, groził wzrokiem, jakby chciał powiedzieć, że za chwile wyprosi pana czy panią... Na niewiele się to zdało...


Zeszłoroczne doświadczenie i powielona ówczesna taktyka rozbijały się o pomruki i "chachy" wypełnionego po brzegi stadionu... który z minuty na minutę coraz bardziej przypominał inną Arenę - tę rzymskiego Koloseum...


Dziś czas na rewanż... Dziś trzeba wygrać... Ale by tak było to ja muszę rozdawać karty. Jaką taktykę obrać? Jak zacząć? I gdzie? Skoro w sali nie wyszło, to może lepiej pozostać w kościele? Poprzednio może zbyt ambitne obrałem cele... Dziś stawiam cele proste i podstawowe - nauka zachowania w Kościele, pokazanie czym jest adoracja i ukazanie, że Wierzę w Boga to coś więcej niż mówiony przez babcie na jednym oddechu wierszyk.


Nasze starcie rozpoczynamy na Mszy. Na kazaniu. Wykorzystuje przewagę - to ja mam mikrofon, to ja jestem przy piłce. Proboszcz, niczym trener, jeszcze w zakrystii dał kilka korekt i podpowiedzi... I ruszyliśmy... Przeciwnik w osłabieniu... Mrozy zdziesiątkowały zastępy młodzieży... Dziś tylko dwudziestka... Jedna czwarta... Ja chociaż jeden, to jednak nie sam... Oprócz proboszcza jest jeszcze w odwodzie Irene (organistka) i Antanas (syn kościelnego) i kilkanaście kościółkowych babć... One też grają w naszej drużynie... I to skutecznie... Co za pressing! Już po kilku pomrukach młodzież wie, kto tu w ławkach rządzi...


A to dopiero początek... Kazanie... Szybka akcja. Najpierw Kohelet, potem Pan Jezus, wyłożenie i gol... Nawet trzy na raz... A potem cisza... Przeciwnicy zamarli... Kazanie - trzy, cztery minuty, a ustawiły resztę spotkania. Przynajmniej pierwszą połowę.


Schodzimy do zakrystii (do szatni). Za chwilę adoracja. Idę przygotować "boisko" na drugą połowę... Nie ma ich... Walkower? Nie stoją pod Domem Parafialnym... :) Nie, dziś nie będzie tak łatwo... Dzisiaj nie w sali... Tamta Arena dzisiaj nieczynna.


Wracają sprawnie i o dziwo radośnie. :) Troszkę zmieszani, gdy widzą, że przygotowałem im miejsca w prezbiterium... Ale ok. Przyjmują zaproszenie. Na początek prezent - zadanie... Serca z wyznaniem wiary. Podobnie jak w zeszłym roku. Przyjmują i cieszą się, nawet wtedy, gdy dowiadują się, że za chwilę trzeba będzie to czytać na głos :)


Wystawienie, modlitwa do Ducha św., fragment rozważania z książki Ks. Broniusa Bulki. Pieśń, wyznanie wiary, Ojcze nasz... Spokojnie i w miarę pobożnie. Jak na pierwszy raz... dla większości z nich. Pieśń i Błogosławieństwo... Krótko, zwięźle na temat... Potem jeszcze kilka ogłoszeń i świąteczne prezenty. Książki od ks. Proboszcza. I koniec.


A wracając do meczu... Ta druga połowa także wygrana... Już nie przeze mnie... Tę wygrał On. A kto przegrał? Mam nadzieję, że nikt... Bo w tym meczu, mam nadzieję wszyscy mogą być wygrani...


Frombork sentymentalny, Frombork praktyczny 2012-12-10

Troszkę już się nazbierało... więc najwyższy czas na wpis... Zacznę może od Fromborka. Udało się wynająć mieszkanie. Te moich rodziców. Od kiedy wyprowadzili się pod Bydgoszcz jest to troszkę problem. Wynajmowaliśmy je dwa razy, rodzice myśleli nawet o jego sprzedaży, czego byłem zdecydowanym przeciwnikiem. Przez ostatni rok stało puste. A wiadomo, zamiast dodatkowego grosza były dodatkowe koszty. A przez to dodatkowe nerwy. Przy okazji ślubu brata, zdecydowałem się, że w takim razie wezmę to na siebie... I koszty, i kwestię szukania najemcy. Dostałem od rodziców odpowiednie upoważnienia poświadczone notarialnie, by już nie trzeba ich ciągać.


Dwa tygodnie temu byłem tam ze znajomymi posprzątać i ogarnąć. Wcześniej wrzuciłem nowe ogłoszenia o wynajmie do internetu. Poruszenie było, bo kwota śmieszna - 100 zł plus opłaty za 4 pokoje. Oczywiście zimą. Latem, gdy nie ma ogrzewania taka cena byłaby kompletnie bez sensu.Teraz sens jest - mieszkanie wynajęte do Wielkanocy.


Pobyt we Fromborku, i to dwukrotny w ostatnim czasie to okazja wrócić do wspomnień. Mój pokój, moje podwórko, mój kościół, moi znajomi. To miejsce to tysiące wspomnień... Choć dziś tylko wspomnień. Przyprószonych kurzem historii i spowitych mgłą niepamięci.


Oprócz sentymentów Frombork to dla mnie dziś jeszcze adres, tablice, możliwości jakie daje mieszkanie w strefie przygranicznej. W przyszłości może także miejsce, gdzie można będzie wpaść na dzień, dwa, tydzień i sobie odpocząć... Tylko czy to wystarczające powody by trzymać ten dom? Może jednak sprzedać było lepiej?


W czwartek, gdy podpisywałem z p. Przemkiem umowę wynajmu do Fromborka przyjechał też tata. Prosiłem o to, bo jednak lepiej zna kwestie funkcjonowania tego mieszkania. I dobrze. Ja pewnie bym nie pamiętał lub nie wiedział o takich kwestiach jak zawieszony wywóz śmieci, szczegóły rozliczania za wodę, czy podporządkowania gniazdek pod różne bezpieczniki w kuchni.


Po wynajęciu mieszkania przenocowaliśmy tam jeszcze, rano byliśmy na pogrzebie znajomej, o którym dowiedzieliśmy się na miejscu z wiszących klepsydr, a po pogrzebie razem na Litwę. Jest okazja, by tata posiedział u mnie kilka dni.


oj św. Antoni -znowu jest biznes... 2012-12-05

Ilu jest świętych? Tysiące? Gdzie tam... Dużo więcej... Miliony? Są znani i nieznani... Są Uczeni niczym Tomasz Akwinata, ale i prości jak służka Aniela... Na świętość pracowali całe życie jak Matka Teresa, ale i tacy, jak łotr Dyzma, co to do nieba dostał się rzutem na taśmę. Niektórzy są jak gwiazdy, celebryci... mają swoich "fanów", swoje koszulki, kubki i breloczki... na ich popularność pracują całe zgromadzenia czy inne "fankluby", ale i tacy, o których wiedzą nieliczni...


Moi ulubieni? Tak... Mam ulubionych świętych. Pisałem o tym już kiedyś...


Dalej numerem jeden mojej "Pop Listy" jest św. Antoni Padewski. Wiem, nie będę tu oryginalny. Ale jak tu go nie cenić, jak raz kolejny dziś udowadnia, że przyjaźń z nim to niebiański biznes... Św. Antoni... Dziękuję...


 


Ponieważ już kiedyś o świętych pisałem więcej, to może na koniec link do tamtego wpisu...


w drodze do Zacheusza 2012-12-01

Być albo nie być... Oto jest pytanie... Tym razem te pytanie dotyczyło Oazy Modlitwy w Nowym Kawkowie. Cieszę się, że uczestnicy odpowiedzieli na nie pozytywnie... Dom "Zacheusz" w Nowym Kawkowie jest pełny - dzień przed był już komplet. Gorzej z kapłanami... Pamiętam czasy, jak na tego typu oazy zjeżdżało się 5- 8-10 księży...  Dziś cisną mi się na usta słowa Biblii z Ew. św. Łukasza 11,52... Nie pierwszy raz. Wcześniej już dowiedziałem się, że nikt się nie zgłosił w tym roku do poprowadzenia, więc rekolekcje z "Urzędu" poprowadzi moderator diecezjalny - ks. Ryszard. 


W czwartek popołudniu, po rozmowie telefonicznej z ks. Kanclerzem, który zgodził się wziąć za mnie wieczorną, piątkową Mszę zdecydowałem się, że podjadę choćby na te kilka godzin w piątek do nich. Byłem już w drodze do Suwałk, gdyż i tak miałem pozałatwiać kilka ważnych spraw urzędowych. Zajechałem jeszcze na chwilę na wieczorną Mszę do ks. Szymona w Suwałkach i ruszyłem do Kętrzyna. Tam była okazja wreszcie odwiedzić jednych z bliższych znajomych, wspólnie posiedzieć do późna, pogadać i przenocować... 


Rano wizyta w mojej "starej" szkole - Gim nr. 2, miłe spotkania i rozmowy z nauczycielami, a potem przez Bisztynek (20 minutowa wizyta u sióstr Katarzynek, które w niedzielę  świętowały wspomnienie swojej patronki) do Olsztyna. W Olsztynie też dwa kolejne spotkania (z Marcinem i Anią, których już długo nie widziałem) oraz nieplanowana krótka wizyta w Seminarium u ks. Pawła i ks. Tomka - ojców duchownych...


Do Kawkowa dotarłem koło 16:15. Po drodze zgarniając jednego z uczestników rekolekcji stojącego na stopa. Chwila radości ze spotkania z naszą młodzieżą oazową, szybkie oglądanie ostatnich remontów i Msza św.wraz z ks. Krzysztofem.


Cieszę się, że jest już w pełni sił i świetnie wygląda... Pisałem o nim pół roku temu... Był umierający... Przegrywał walkę z rakiem... Byłem u niego w szpitalu w nocy, gdy lekarze dawali mu kilka, kilkanaście godzin życia... Setki, jeśli nie tysiące ludzi modliło się za niego... I wyszedł z tego cało... Nie wierzę w cuda. Nie muszę... Wiem, że one istnieją. 


Krzysztof pozwala mi powiedzieć kilka słów. Jako że jest uroczystość św. Andrzeja mówię o przejazdach kolejowych. O znaku "Strzeż się pociągu" O tym że są różne pociągi... często niebezpieczne... Ale także, o tym że może nas "pociągać" dobro... Tak jak Jezus powołał i "pociągnął" za sobą św. Andrzeja...


Msza była jeszcze "przedrekolekcyjna", parafialna. Jenak mnie trochę rozczarowało, że tylko niewielka część (1/3?) oazowiczów, którzy już przyjechali poszła na Mszę. Inni zostali w domu czekać następnych, a może czekać I punktu rekolekcji - czyli kolacji... Ich wybór... Choć dla mnie troszkę dziwny...


Po kolacji dojechał do nas ks. Ryszard. Koło 19:00 rozpoczęliśmy I spotkanie Ewangelizacyjne na temat Boża Miłość i Boży Plan. Temat znany oazie doskonale, a jednak muszę pochwalić ks. Ryszarda za świetne przygotowanie i wiele rzeczy, metod które nawet mnie zaskoczyły. Chociażby ciekawe i naprawdę dobrej jakości fotosy i prezentacie multimedialne, nowa ewangelizacyjna wersja filmu Most, zabawa w "ciemną  dolinę". Wszystko przeplatane śpiewami. Były także dwa świadectwa - Adriana i moje. Zastanawiałem się na ile głęboko wejść w to świadectwo, od czego zacząć... Mówiłem więc o próbie zasłużenia na miłość, uwagę, przyjaźń... I o doświadczeniu Boga... Jego obecności. Troszkę przekornie zacząłem od hasła "Nie wierzę w Boga", oczywiście za chwilę dodałem, że dzięki tym różnym doświadczeniom, jakie były nie muszę wierzyć... - Wiem... Tak jak nie muszę wierzyć w obecność Boga w Eucharystii, czy nie muszę wierzyć w Cuda... Wiem. Doświadczam. Widzę. Wiara jest także, ale wiara Bogu. Zaufanie. Bo Jego obecność jest dla mnie oczywistością.


Po spotkaniu był jeszcze czas na spowiedzi, modlitwę osobistą, rozmowy z moimi "dziećmi". I nocny powrót do siebie - na Litwę. Około polskiej 3:00 byłem na miejscu. Do Mszy o 9:00 zdążę się wyspać...


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]