_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
bogactwo języka 2012-11-28

Mówić, pisać, czytać... nawet myśleć... w tym wszystkim pomaga nam język, jedno z pierwszych narzędzi, jakimi człowiek uczy się posługiwać... Przy okazji nauki j. litewskiego co i raz nachodzi mnie refleksja nad niezwykłością tego narzędzia. Nie pamiętam już wielu rzeczy z podstawówki. Nie pamiętam, nie uświadamiam sobie trudu, jaki wkładały moje nauczycielki z podstawówki - p. Wiesia, p. Ania, p. Danusia, p. Ala... jak przez mgłę pamiętam lekcje gramatyki, odmienianie wyrazów czy poznawanie nowych części mowy...


Zaskoczyło mnie niedawno odkrycie, że my używamy czasu przeszłego (do tego w trzeciej osobie) do wyrażania przyszłości. Np. Będę brał, będzie pił, będziemy myśleli... (można też zamiennie użyć bezokolicznika).


Tu na Litwie, podobnie jak w GB, USA, Rosji itd. używa się grzecznościowo 2 osoby liczby mnogiej (Coś w stylu "Czy wiecie, tato, czy moglibyście, Panie podać....) W Polsce zaś grzecznościowo najczęściej  używamy trzeciej osoby (Czy Pan wie?, Proszę Księdza, Mam dla Pani...)


Osobnym zaś tematem jest budowanie różnych wyrazów w oparciu o jeden rdzeń i szereg typowych końcówek... Przy tym często wyrazy zmieniają całkowicie znaczenie. Podobnie jest w j.  litewskim. Chociażby słowo "dać" szybko może rozwijać się w: wdać, wydać, nadać, podać, poddać, oddać, dodać, udać, zdać, zadać, rozdać...


No i wreszcie używanie wyrazów w znaczeniu przenośnym, metaforycznym, popularnym. To często sprawia problemy obcokrajowcom (wciągnę kolację, polecę do kolegi, skoczę do domu).


Jeden z księży mówił mi, że jak Litwini rozmawiają po polsku to ich rozumie, jak ja mówię, to dużo mu trudniej... chodziło o dobór słów... Widzę to samo w moim litewskim... ile słów znam? Myślę że już ponad 5 tyś. Ale używam na co dzień pewnie kilkuset rzeczowników, oraz kilkudziesięciu czasowników, przymiotników i przysłówków...


Ostatnio zdecydowałem się na kazanie z głowy. Nawet nie kazanie, może lepiej powiedzieć - mowa pogrzebowa... Wyszło naprawdę dobrze... teraz powtarzam sobie to w myślach i widzę, że w sumie całość zawierała tylko 7 czasowników... Mieć, Być, dać, zapraszać, prosić, wierzyć, chcieć... - to wystarczyło, by wyrazić treść i nawet zbudować pewne emocje...


Global Network 2012-11-25

"Wodzu nasz i Zbawicielu, odnów swój lud: uzdrów chorych, odnajdź zagubionych, strzeż mocnych,  wezwij tych, co są daleko, zgromadź rozproszonych, chwiejnych umocnij."


- Te słowa z dzisiejszych nieszporów miały dla mnie dosłowny sens... Zwłaszcza przez kontekst, w którym je czytaliśmy... Wspólnie... Tu i tam... Ja w Mariampolu, a Marta i Ania, moje przyszywane "córcie" 250 km dalej, w Bisztynku. Wspólny wieczór na skype zaczął się od wspólnego robienia plakatu, po przez słuchanie muzyki, wygłupy, milczenie i ważne rozmowy jakby sam zmierzał do wspólnej modlitwy...


My - rozproszeni, dzięki modlitwie zgromadzeni w jedno...  I choć tuż przed błogosławieństwem  zerwało połączenie, to modlitwa trwa dalej - Bóg łączy dalej duchowym światło-wodem (Światłem jest wiara - woda jest życiem...)


Po Nieszporach wracam jeszcze do tego tekstu cytowanej "Prośby" - Ona chce jeszcze dalej do mnie przemawiać... W tym momencie sms... Jeszcze bardziej rozproszeni donoszą o uzdrawianiu chorych i odnajdujących się zagubionych. Oni "Mocni" przez nas modlitwą strzeżeni dziękują za tę modlitwę...


Ta brewiarzowa Modlitwa Kościoła, której jesteśmy dziś częścią, oplata więzami miłości cały świat... Im nas więcej tym ściślej i jeszcze mocniej... I wraca do nas, byśmy wiedzieli, że to nie Zuckerberg czy inni, ale Chrystus jest Królem i Władcą Wszystkiego... A my słabi i mocni, chorzy i pogubieni jesteśmy w jej centrum - Jego Sercu...


Jeszcze Polska nie zginęła, póki oni żyją... 2012-11-21

Ma na imię Grażyna...  Ma ponad 90 lat.  To jedna z nielicznych Polek w Mariampolu. Pisałem już kiedyś o naszym pierwszym spotkaniu. W wigilię zeszłego roku. Złapała mnie za rękę i prawie ze łzami w oczach powiedziała łamanym polskim - "Proszę księdza, ja też jestem Polaczka". Prosiła by napisać dla niej modlitwy po polsku, bo już nie pamięta... Znikłem na chwilę do siebie i wróciłem po kilku minutach z książeczką do nabożeństwa. Wzruszona mówiła, że modlić się będzie za mnie do śmierci...


Wczoraj p. Grażyna przyszła po Mszy do zakrystii. Nie poznałem jej od razu. Zaczęliśmy więc rozmowę po litewsku, pytając co potrzeba... Wyjęła z kieszeni książeczkę... Rzut oka i wiem... poznaję. Przechodzimy na język polski... widzę że jej początkowo ciężko... ale ze zdania w zdanie coraz lepiej. Piękny jest ten polski, wschodni, jakby szlachecki, jakby z przedwojennych filmów... Proszę księdza - od 72 lat praktycznie nie rozmawiam po polsku... nie mam z kim... Tu sami Litwini. Dziękuje za książeczkę. Przemodliła ją całą. Teraz chce ją oddać. Wzbraniam się, mówię, ze to prezent, lecz nalega. Proszę księdza, w domu nikt po polsku nie mówi. Jak umrę, to ją wyrzucą. A tak się nie godzi.


P. Grażyna jest wdową. Pochodzi zza Kowna. Ojciec jej był wielkim polskim patriotą. Jak zrozumiałem prześladowany przez rząd kowieński przed II wojną światową musiał opuścić Litwę i wyjechał do Warszawy. Ona z mężem została.


Rozmowy nie dokończyliśmy... Mam nadzieję, ze uda się nam spotkać kolejny raz. Może już za miesiąc na kolejnej wigilii parafialnej... Ja także pamiętać będę o niej w modlitwie.


Czas honoru 2012-11-20

No i się skończyło... Wczoraj obejrzałem ostatni, 13 odcinek 5 serii Czasu Honoru. Potrzeba było takiego serialu. Ile to lat? Dwa? Trzy? Nie wiem. Początkowo troszkę denerwowała gra aktorska, troszkę teatralne klimaty... Potem się człowiek wciągnął... Choć na pewno nie jest to serial idealny, to jednak ważny i potrzebny. To mu trzeba przyznać... - pokazuje nieco życie w Polsce wojennej i powojennej. A to że bohaterowie zbyt cało wychodzą z wszystkich opresji? Takie prawo serialu. Kto mi przypadł najbardziej do gustu? Chyba Lena i Janek... Bronek też spoko. Maria i Otto... Która seria najlepsza? Chyba 5... Ale Czwarta, kryminalna, jak i Druga - historyczna też niczego sobie. Nareszcie, po tylu latach od wojny mamy serial, który jest w stanie zastąpić J-23 i Rudego 102.



Dzień skupienia - Wilno. 2012-11-17

Czwartek-piątek: mój "weekend". Tym razem kierunek Wilno. Z dwóch powodów. I - trwają "Opieki" czyli tygodniowe uroczystości związane z przypadającą w tym czasie Uroczystością Matki Bożej Ostrobramskiej. II - już chyba czas na mój dzień skupienia, duchowego odpoczynku i troszkę innej niż codzienna modlitwy. Tak jak poprzednio, tak i tym razem dzień skupienia planuję u sióstr Jezusa Miłosiernego na Rosie. Szybki telefon i nie ma problemu. Czekać będzie na mnie mały pokoik (2m na 2,5m) za kaplicą.


W Wilnie jestem przed 12:00. Chwila u sióstr i idę do Matki Bożej. Rozglądam się za ks. Markiem, u którego zwykle się spowiadałem, ale nie widzę.  Idę więc tym razem do ks.Władka, który dyżuruje w kancelarii. Młody ksiądz, wikariusz. Poznaliśmy się pół roku temu przy okazji omawiania rekolekcji oazowych dla kilku dziewcząt spod Wilna, z ich drugiej parafii.


O godz. 13:00 Odprawiam Mszę razem z ks. Mirosławem - proboszczem z Parudominy. Z nim znamy się znów ze dwa lata. Będąc w Ławaryszkach razem z tamtejszym proboszczem - Pawłem odwiedziliśmy go wtedy w dniu jego imienin. Jest okazja się przypomnieć, wspólnie pomodlić. Tłum w kościele św. Teresy potężny... Dawno tak wypełnionego kościoła nie widziałem. Msza po polsku. Kazanie głoszone z mocą, na temat Bożego Miłosierdzia.


Z Ostrej Bramy idę jeszcze na Koronkę do Sanktuarium. Stałe punkty dnia skupienia. Dochodzi 15:00. Potem wracam do sióstr... Modlitwa, kolacja, modlitwa, spacer, modlitwa, odpoczynek... Nie ma internetu. O dobrze. Przed snem piszę notatkę w Wordzie, tę o bocianach... Jutro wrzucę.


Rano Uroczystość Matki Bożej. Ipsa diem. Chcę wziąć udział w Mszy w samej kaplicy Ostrobramskiej, a więc trzeba wstać na 6:30. dodatkowa motywacja, że odprawiać będzie ks. jubilat Antoni Dylis. Poznałem go jakieś 8 lat temu w Parafii Świętego Ducha. Jako kleryk przez trzy dni służyłem mu do Mszy św., gdy po pielgrzymce do Wilna ks. Kirstukas dał mi pokoik na strychu i pozwolił troszkę zostać i uczyć się Wilna i Litwy. Przed wyjazdem dostałem od ks. Antoniego książkę z jego biografią. Z dedykacją. Miał wtedy 82 lata. Dziś ma 90 i niewiele się zmienił. Łagry sowieckie na Syberii konserwują.


Po Mszy wracam do sióstr, jutrznia, śniadanie, chwila drzemki (można troszkę dospać) oraz modlitwy. Przed samym obiadem jest jeszcze okazja na kawę z ks. Józefem, proboszczem z Mejszagoły oraz siostrą Michaelą, przełożoną domu. Rozmowy o wszystkim - od sytuacji w Sejnach, przez wybory na Litwie, doświadczenia opieki Matki Bożej, czy sprawy hospicjum.


Siostra zostawia nas, leci na Mszę na 13:00, a ja pomału pakuję się i też zbieram do siebie... Do Mariampola.


Dzień skupienia spokojny. Może bez większych przeżyć, setek złotych myśli i postanowień. Ale z radością z tych wszystkich spotkań, zwłaszcza z kapłanami. Poznani 8 lat temu (ks. Antoni), przed dwoma laty (ks. Mirek), rok temu (ks. Józef i ks. Marek) i pół roku temu (ks. Władek) pokazują pewien ciąg, w jaki wpisał mnie Bóg dając mi tu być i służyć Litwie.



My, Bociany 2012-11-16

„Cześć. Co słychać? No i jak tam?” – wokół nas tłoczy się dużo pytań, które wcale nie chcą poznać się z odpowiedzią. Przeczuwając to, zbywamy je grzecznym „Wszystko w porządku. Po staremu. Dziękuję dobrze”. Takie tam uprzejmości, choć z najniższej półki… W końcu kryzys… Może tak trzeba? Nie można być rozrzutnym. Nie tylko w ekonomii, ale i relacjach… On - kryzys - stoi u początku. W rodzinie, w pracy, wśród znajomych… Coraz mniej rozmawiamy. Coraz płycej rozmawiamy…


Mój kolega (także ksiądz) opowiadał kiedyś o telefonach do przyjaciół – „No cześć? Kiedy ostatnio byłeś u spowiedzi? Modlisz się? Jak się modlisz? Czytasz coś dobrego, duchowego? Ok. Fajnie. Tak chciałem zapytać. Tak trzymaj. Pa.”


„To niestosowne, by ksiądz księdza przez telefon o takie osobiste sprawy wypytywał”, miał obruszyć się pewien biskup, który przypadkiem był świadkiem takowej rozmowy. „Księże Biskupie! Dużo bardziej niestosowne jest gadać o byle pierdołach: o samochodach, babach, cenach paliwa, niedobrych proboszczach i Bóg wie jeszcze o czym…”


Moje rozmowy też często są zbyt płytkie… Miałem kiedyś duże kompleksy właśnie na tym punkcie… Że jakoś za bardzo pływam… Że jestem nudny… Patrzyłem na kolegów, znajomych… Ale naśladowanie to nie wszystko… Trzeba głębi… I otwartości… Na ludzi i na Światło.


W jednej z ostatnich rozmów z Afryką, pytałem Agatę czy po tych trzech miesiącach może powiedzieć, że „Kocha Afrykę” i czy tam, w Mansie czuje się już „u siebie”? Te same pytania postawiłem też sobie odnośnie Litwy… „Tak. Kocham Litwę!” Nie tylko tę Mickiewiczowską, utraconą. Nie tylko tę mlekiem i miodem płynącą. Także tę moją, Mariampolsko-Daukszejską, moje babcie kościółkowe, dzieciaki z oratorium i od bierzmowania. Kocham język, historię, walkę o wiarę. Wielką Litwę i tę małą, umęczoną. Vilnius i Wilno. Trakai i Troki. Nemunas i Niemen, bo nie w słowie, nazwie zawiera się miłość, lecz w sercu.


Słowa "As mylu Lituva" – to nie tylko slogan, a litewska flaga to nie tylko bajer. Dziś mogę to powiedzieć, To świadomy wybór Drugiej Ojczyzny. Polska zawsze jest w mym sercu. Tam się urodziłem, wychowałem, jej tak wiele zawdzięczam… Ale tu, na Litwie tez jestem u siebie, to także mój kraj…


To tak troszkę jak z bocianami. Choć większość czasu spędzają w Afryce, a tu do Polski czy na Litwę przylatują na kilka miesięcy to jednak są one takie polskie. W końcu tu się urodziły. Tu się uczyły latać i klekotać... I choć w Afryce im dobrze, i choć tubylcy również uważają je za swoje, to jednak w sercu bocianim tęsknota za Polską jest, była i będzie... Lecz gdyby lato przemija, to ich polskie serce gna znowu tam, do ciepłych krajów... Tam też są u siebie. A wraz z nimi jest tam i kawałek Polski.



Dobro w cenie... 2012-11-13

Korzystając z okazji, że jest troszkę więcej dziś czasu - siedzę w kancelarii - chcę jeszcze podzielić się z wami jedną refleksją. A mianowicie, jak wielką rzeczą jest "Życzliwość".


Są jej różne odmiany. Jest taka, nazwałbym ją "Amerykańską", uśmiech i how do you do... Dużo jej na co dzień: w sklepach, w szkole, czasem w Kościele. I dobrze. Bo dziwnie by było, gdyby wchodząc do sklepu zamiast uśmiechu i "dzień dobry" słyszeć czego? a na pytanie jak leci dostawać odpowiedź "A co cie to kurde obchodzi"... Choć oczywiście mamy świadomość, że bardzo często tak naprawdę to tylko puste gesty i puste słowa, a naszego rozmówcę nie wiele obchodzi moje samopoczucie i to, co przeżywam, doświadczam...


Taka "życzliwość" jest prosta, łatwa. Nic nie kosztuje. Ale jest jeszcze inna. Prawdziwsza, głębsza, przejmująca. Życzliwość, za którą stoi troska. Życzliwość, która jest czymś więcej - jest Dobrem.


Myślę teraz chociażby o pani na poczcie, która zorientowawszy się w błędzie na karce adresowej paczki siedzi na telefonie, szuka paczki po oddziałach i przekonuje ludzi z sortowni, by poprawili, a nie zwracali do nadawcy. Bo szkoda czasu i pieniędzy. Albo chłopak, który zamiast "amerykańskiego" "Sorry, takie mamy procedury, proszę złożyć reklamacje", pisze, że jeśli prześle mi pan szczegółowe informacje, to się skontaktuję z nimi i może uda się to załatwić szybciej i bez niepotrzebnych formalności. co z tego, że ten czy inny zabierze na stopa. Jeśli po drodze... A jeśli można pomóc, lecz trzeba troszkę nadłożyć drogi?


Ostatnimi dniami doświadczałem troszkę takiej ludzkiej życzliwości. Szczególnie doceniam te, które wiem, że kogoś kosztowały. Dziękuję p. Agacie, za "kombinacje alpejskie" przy przedłużaniu polisy, wspomnianym ludziom z Poczty Polskiej, czy kolegom księżom.


Przypomina mi się jak jeden polityk chwalił się (żartem oczywiście) że nigdy nie brał żadnej łapówki, bo nikt mu jeszcze nie proponował. Nie grzeszyć bo nie było okazji... Być życzliwym, bo to nic nie kosztuje... A może być dobrym... zawsze kiedy mogę i na ile mogę, nie tylko z przypadku i przy okazji...







Dzień Niepodległości - Nepriklausonibes Diena 2012-11-13

Tak jak rok temu przyszło mi obchodzić na Litwie. To już drugi Dzień Niepodległości w tym roku. Pierwszy 16 lutego - litewski obchodziliśmy razem z moimi Litwinami. Ten podobnie. Tym razem oni ze mną przy okazji obiadu oglądali transmisję uroczystości przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Piękna transmisje, patetyczny i doniosły komentarz przypominał i troszkę wizyty papieskie, ale i moim Litwinom, zwłaszcza Kanonikowi, który nie mówi po polsku, rzucał się w oczy rozmach i odświętność Ceremoniału. Zwłaszcza moment wciągnięcia flagi na maszt, jak i apel poległych jakoś chwytały za serce.


Tu w Mariampolu nie ma Polaków. Na 45 tyś. może być nie więcej niż 30 osób... ja sam wiem o czterech (liczę w tym siebie i ks. Piotra :) Nie wywieszałem flagi, nie mieliśmy okazjonalnego spotkania. Ale wraz z litewskimi wiernymi modliliśmy się za Polskę.


Wieczorem śledziłem transmisje z Polski. Sercem byłem tam w Warszawie, z ludźmi, którzy szli w Marszu Niepodległości. Marsz jak wiemy kilkanaście minut po wyruszeniu został zaatakowany - grupa ok 200 bojówkarzy zebrana na drugim pasie na polecenie gościa z tubą przeskakuje przez barierki, wbiega w kolumnę Marszu zaraz za oficjałami, wszczyna burdę, a zaraz za nimi wpadają policyjni tajniacy a z bocznych ulic szturmują ich już oddziały prewencji...  Policja używa kul gumowych i gazu pieprzowego, nie zważając na obecność dzieci, osób starszych, postronnych... akcja szybka, będąca niewątpliwie zorganizowaną, choć nie wiadomo przez kogo.







 


Przekaz jaki idzie jednak w świat jest zupełnie inny. Fakty TVN przechodzą samego siebie. Relacja jest wręcz skandaliczna. Oczywiście wszystko pokazane pod tezę - u Prezydenta miło i pięknie, a narodowcy - faszyści walczą z policją. Gazeta Wyborcza, na którą następnego dnia powołują się litewskie media też przekręca wszystko - pisząc nie o tym, że Masz i Policję zaatakowano, lecz że uczestnicy marszu zaatakowali Policję, co jest zdecydowaną różnicą. Podobnie większość mediów. Filmiki zamieszczone w internecie pokazują gorącą atmosferę, oraz to, że Policja tak jak w zeszłym roku tylko podgrzała atmosferę.







Wczoraj od rana przychodzi więc wyjaśniać moim Litwinom, jak to było i co to za nacjonaliści i faszyści na których czele szedł bp Dydycz. Skoro to nacjonaliści, to czemu z nimi idą Węgrzy i ludzie z innych krajów, co tam robią dzieci, księża i całe rodziny...


link


link


Na koniec - coś lżejszego - Artur Andrus o swojej emigracji...







imieniny 2012-11-06

Urodziny na fb i nk często denerwują już masowym, życzeniowym spamem. Pod tym względem w imieniny jest przyjemniej. Kto tak naprawdę pamięta, kto znajdzie czas się spotkać, zadzwonić, złożyć życzenia...  kilka osób mnie zaskoczyło, jak chociażby Tadek- dzwoniący o 7:30, ucieszyła kartka imieninowa na fb od Kasi i Łukasza oraz Ani i Adriana, kilka też jak zwykle pokazało klasę - w tym x. Tomek - nie zdarzyło mu się jeszcze nigdy zapomnieć, choć nasze kontakty do częstych nie należą... Cieszę się też z telefonu z Troszkowa, czy z życzeń od ks. Ryszarda. Pamiętał Chrzanów, Olsztyn i Toruń pamiętało troszkę osób z rodziny... Także Afryka, choć prąd się kończył wczoraj zbyt wcześnie, życzenia przysłała. Najwięcej radości dało jednak wieczorne spotkanie z gośćmi - Karoliną i Justyną. Wpadły tuż przed 18:00, gdy leciałem już na Mszę... Telefon i zawracam 500 m. za przystankiem. Szybko zapakować się do auta, drugi nawrót i do Kościoła. Dobrze imieniny zacząć pobożnie. Do zakrystii wpadam tuż przed Mszą. Proboszcz z uśmiechem oddaje prowadzenie Mszy i kazanie. Cenię sobie ks. Kuhna. Od dawien dawna znamy się i chociaż dziś nie jest to już parafia moich rodziców (w ich wiosce od 3 lat jest własna parafia) to ja na Msze jadę zawsze do Brzozy. W czasie Mszy ciekawa Ewangelia - o tym, by nie czekać wzajemności, by na przyjęcie zapraszać nie tych, co potrafią to odwzajemnić lecz ubogich, niewidomych, chorych... By nagroda była w niebie, a nie na ziemi. Kazanie mówię więc także do siebie... Tak często liczę na wzajemność... Wzajemność jest dobra, ale chrześcijaństwo idzie krok dalej...


kolejnego kawalera mniej... 2012-11-04

Dzień Zaduszny. Zaraz po powrocie z parafii dojazdowych szybki obiad i ruszam w trasę. Tym razem 530 km. Jadę do Bydgoszczy na ślub brata. Ile się zejdzie? Wyjechawszy i wykonawszy kilka telefonów wiedziałem, że pewnie będę mocno późno... Postoje przewidziane w Kętrzynie i Bisztynku. Jakoś na moje poprzednie parafie zawsze po drodze.


Już w Kętrzynie nie najlepiej się czuję. Zmęczenie daje o sobie znać. Kawa też nie pomaga. Wręcz jeszcze bardziej jestem jakiś skołowany. Muszę dotrzeć do Bydgoszczy do soboty, więc mam troszkę zapasu godzin, ale decyduję się próbować dojechać. Najwyżej będę szukać jakiegoś noclegu po znajomych gdzieś przy trasie... Za Brodnicą jest troszkę lepiej. Noc, drogi puste, kilometry lecą znacznie szybciej. Dotarłem koło 1:00 w nocy.


Rano budzą mnie siostrzeńcy i siostrzenice. Piątka lata ich przy łóżku w salonie, gdzie ległem. Z wyjątkiem Ani, mojej siostry z Anglii jesteśmy w komplecie. No może bez Michała, Pana Młodego. Jest już u Asi i jej rodziców szykując się do uroczystości.


Ślub będzie w Bydgoszczy - w parafii Panny Młodej. Wezwanie kościoła - MB Ostrobramskiej. Śmieję się do proboszcza - nasza, litewska. Proboszcz - ks. Rafał niezwykle sympatyczny i gościnny człowiek. Mamy troszkę wspólnych znajomych. Dogadawszy szczegóły i wypiwszy kawę oglądamy jeszcze kościół - niewielki, nie wysoki,  wciśnięty za komuny na standardową działkę budowlaną przeznaczoną pod zabudowę jednorodzinną.


Organistka zaczyna ślub od pieśni "Kochany bracie"... Kurczę, ale miło.


Młodej, jak i świadków nie znam. Nie mieszkałem tu z rodzicami, gdy się przeprowadzali. Wcześniej już poszedłem na swoje, a raczej na "kościelne". Dlatego też po części nie znam towarzystwa w jakim obraca się mój brat. Na pewno jest ono nieco inne, niż moi młodsi znajomi i przyjaciele.


O czym mówić kazanie? Nie chcę iść w weselny standard... Zresztą duża część rodziny miała okazję słyszeć już moje ślubne kazanie u kuzyna Roberta nie tak dawno temu. Choć od tamtej pory Ewangelia się nie zmieniła, i to, co zazwyczaj głosiłem jest pewnie dalej aktualne, to jednak uznałem, że warto dać coś nowego. Ja się zmieniam, zmieniają się okoliczności. Do tego już ponad rok od ostatniego ślubnego kazania.


Zaczynam od zwyczajów ślubnych w innych krajach. Najpierw o Litwie, potem o Afryce. Posługuję się tekstem Tomka, misjonarza świeckiego z Zambii, który nie dawno na blogu pisał o kupowaniu żon. Niektórzy goście zdziwieni. Do czego ksiądz zmierza? Po co ten wywód? Miłość kosztuje. Nie koniecznie pieniądze. Czasem znacznie więcej. A im bardziej mnie coś kosztuje, tym bardziej powinienem to doceniać. Zwłaszcza że miłość to inwestycja która się zwraca. Miłość rodzi miłość dobro, rodzi dobro. Gotowość ofiary daje pomoc i wsparcie, gdy sami go będziemy najbardziej potrzebować. Potem jeszcze troszkę o uczciwości małżeńskiej. Podstawa zdrowych relacji w rodzinie i ogólnie także.


Przyjęcie weselne na Starym Fordonie. 50 osób. Najbliższa rodzina i paczka znajomych młodych. Na początku ciężko było mi wejść w tę atmosferę zabawy. Czuję się nieco jak z innej bajki. Potem lepiej. Moja i ich bajka znajduje w szatni swój punkt styczny. Przydaje się ksiądz w rodzinie. Koledzy Michała stają się nieco bliżsi, gdy odkrywam w nich podobieństwo do mojej bisztynieckiej "salki"... Podobny świat, podobne problemy, podobne ideały. Znam tę bajkę.


Do trzeciej rano jest okazja troszkę poskakać, pogadać, pożartować. Wesele można uznać za udane. Po trzeciej odwożę babcie i dziadka do domu. Sam też już nie wracam. Tyle starczy. Najwytrwalsi, choć nieliczni bawili się jeszcze z półtorej godzinki.


Każda minuta i każda chwila... 2012-11-04

Polskie i litewskie obchody Wszystkich Świętych są bardzo podobne. Tak jak i u nas, tak w te dni cmentarze zmieniają się w prawdziwe "miasta umarłych", żyjące swoim życiem, rozświetlone tysiącami światełek, z zatłoczonymi alejkami, uliczkami... Pamięć o zmarłych jest nadal żywa.


Dzień przed 1.11. Ks. Virginius się troszkę rozchorował... Troszkę nam to zburzyło harmonogram... Trzeba go zastąpić na "jego" Patilcai. Zapada decyzja, że najlepiej będzie, jak pojadę tam ja zaraz po Mszy i procesji w Dauksai. I tak przyszło mi przez te dwa dni świąteczne obsługiwać obie nasze wiejskie parafie. Kazania, procesje, Msze za zmarłych - sam. Jeszcze rok temu byłem troszkę widzem, w tym roku już sam... Jak będzie za rok? Jak dożyję... Listopad przypomina nam o nieuchronności śmierci... Nie znamy dnia, ani godziny. Każdy więc dzień, każda chwila jest darem...







e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]