_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Wypchaj się młotkiem... 2012-10-30

Pewien człowiek dostał na imieniny piękny obraz. Chciał go powiesić na ścianie, ale nie mógł znaleźć młotka. "Pójdę, do sąsiada" - pomyślał i wyszedł z domu. Ale stojąc pod drzwiami sąsiada zaczął się zastanawiać... "A jak mi nie pożyczy? Może powie, że nie ma? Będzie perfidnie kłamał, bo przecież wczoraj coś przybijał. Ale spoko, ja mu tego nie wypominałem. A on chodzi jakiś dziwny. Ze dwa tygodnie temu mi nawet dzień dobry nie powiedział. Udawał że mnie nie widzi. Może się obraził? Tylko o co? Ale żeby sąsiadowi młotka nie pożyczyć? To trzeba mieć w głowie porąbane. A taki normalny się wydawał"... Drzwi się otwierają... "Witam sąsiada. Co do nas sprowadza?" - słyszy... "Wypchaj się tym młotkiem!"


Znaczna część naszego życia dzieje się w naszych umysłach. Matrix. Czekamy, martwimy się, dopowiadamy sobie. Jedni bardziej inni mniej, ale ile razy tak było, że daliśmy się ponieść falom wyobraźni. Przypominają mi się słowa Jezusa: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić... Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną..., a Ojciec wasz niebieski je żywi... Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane... A na innym miejscu: Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.


Niedziela i poniedziałek to były takie dni doświadczania Bożej troski... Bóg wynagradza cierpliwość.


cmentarne życie... 2012-10-27

Czwartek i piątek, swoje dni wolne tym razem postanowiłem poświęcić na uprzątnięcie rodzinnych grobów. O te, ze strony mamy jest komu zadbać. Gorzej z tymi ze strony ojca. Znajdują się na dwóch warszawskich cmentarzach: Dziadek Czesław leży na cm. północnym, pradziadkowie na Bródnie. Obecnie z naszej najbliższej rodziny nikt w stolicy nie mieszka. Na cmentarze zajeżdżamy więc okazjonalnie... Babcia, tata, moje siostry, ja... Kilka razy w roku.


W ostatnim czasie miałem dwie dość ciekawe rozmowy na temat Wszystkich Świętych. Jedna, jakiś miesiąc temu dotyczyła wyjazdu w góry... Nauczyciel-ateista od kilku lat w tym czasie w pewnej szkole organizuje wyjazdy w Tatry. Góry są wspaniałe, chodzenie po górach świetna sprawa... Ale czy w tym czasie? Kusi się nie tylko czymś złym... Zło sięga często po dobro, by odciągać od czegoś lepszego...


Druga sprawa - zabawa halloweenowa. Inny znajomy pyta czy można iść? Nie będzie wróżb i jakiś tam okultyzmów. To ma być tylko taka zabawa w gronie znajomych. Poprzebierają się, potańczą, pośmieją. Tyle że czuje niepokój... On i jego dziewczyna... dlatego pyta...


W dyskusji o Halloween często sięga się po ciężkie argumenty o opętaniach, satanizmie, duchach itd. A to moim zdaniem tylko jedna kwestia... Często zapominamy o czymś innym. Że nasza tradycja i nasza wiara chciałaby byśmy ten czas lepiej wykorzystali niż na wycinanie dyń i przebieranie za duchy i wieźmy...


Dla nas, chrześcijan - początek listopada to czas szczególny. To pamięć o zmarłych, to dbanie o groby, to zaduma, zatrzymanie się. O ten czas trzeba nam walczyć, bo Zły tego nie lubi... Chce nas odciągnąć od tego co ważne, choć szare i smutne, w zamian jest nam w stanie dać wszystko inne, byle byśmy tylko chwycili przynętę... Zwłaszcza nam, młodym trzeba zdawać sobie z tego sprawę. Nie wolno zostawiać dbania o groby i cmentarze rodzicom i dziadkom. To jest część naszego dziedzictwa, tam na cmentarzach jest nasz początek... Ci, dzięki którym jesteśmy...


Pamięć o grobach, pamięć o osobach... "zmarnowane" pieniążki na kwiatki, które zwiędną i lampki, co już następnego dnia się wypalą mogą pomóc nie zmarnować nam czegoś znacznie ważniejszego... czasu, jaki jeszcze dostaliśmy... Mogą, choć nie muszą... Sprzątnięcie i zadbanie o groby to krok w dobrą stronę...


Kto im da skrzydła... (Zamiast komentarza ) 2012-10-25

Zacząłem pisać to jako odpowiedź na komentarz p. Andrzeja. Ale że zaczęło to przyjmować znacznie większe ramy, to może umieszczę to osobno... Jako takie pogłębienie poprzedniego wywodu.


Przed kilkoma minutami dostałem na fb ciekawą historyjkę - pozwolono mi ją sprzedać... Więc puszczam dalej.


Lekcja plastyki - dzisiaj. Dzieciaki (a właściwie młodzież) narzekają z księdza od religii, że niefajny (bo od historii sztuki jest inny - bardzo lubiany). Na to jeden z uczniów mówi, żeby nie obgadywać księdza, bo on też był kiedyś człowiekiem :))


To nie pierwsze takie informacje... Na początku roku szkolnego miałem kilka podobnych rozmów z moimi byłymi uczniami... W zeszłym roku podobnie... co ciekawe dotyczyły to zdarzenia ludzi, które kilka lat temu z przyjemnością chodziły do mnie na lekcje... Jako ich katechetę i serce mnie boli... Wypisują się z religii z różnych powodów. Czasem przez księdza, bo głupi, bo chamski, bo się nie przykłada... Czasem jednak powód jest prostszy - szkoda nam czasu... Coś innego byśmy zamiast tego porobili... Wie ksiądz, matura, wie ksiądz dojazdy...


Pan Andrzej kwestionuje troszkę tezę o laicyzacji cywilizacji zachodniej... Jak to jest?  czy kultura odchodzi od Boga czy tylko od Kościoła? To jest kwestia dyskusyjna. Trudno jest to zmierzyć, zbadać socjologicznie. Mnie coraz mocniej uderza rzucający mi się na oczy "postępowy" tu-mi-wisizm. Piszę na podstawie swoich ułomnych i zapewne tylko fragmentarycznych obserwacji... Ale dostrzegam to... To, że zachód (w tym także Polska i Litwa rownież) ma coraz mniej czasu na wszelką głębie... Ucieka od głębi. Nie tylko od Kościoła. Zresztą w Polsce też się to dzieje, czego przykładem jest nie tylko Kościół, ale i harcerstwo, kluby młodzieżowe, rodzina... Warto zobaczyć jak ludzie zabijają wolny czas internetem, grami, czy znam takich co uciekają nawet w sen... A to wszystko wydaje mi się że jest jakąś ucieczką od głębi...
Wiem, bo przez wiele lat to co robiłem i robię, to jest szukanie głębi i ciągnięcie innych na głębie... Ile razy namawiając na wyjazd na kajaki czy inny, nawet nie koniecznie religijny słyszałem... e tam... nie chce mi się... A potem, jak udało się jakoś "sposobem" wyciągnąć kogoś (przez rodziców, znajomych) - czasami ze łzami w oczach słowo "Dziękuję" (pozdrawiam pewną specjalistkę w tej kwestii:)


Jak mantrę powtarzam słowa "Inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą" - Ale to nie do końca jest prawda - bo to tak naprawdę nie kwestia "inteligencji" - lecz otwarcia, wychowania - trzeba pomóc młodym ludziom wyhodować skrzydła:) Tak jak p. Andrzej wspomniał, to nie będzie może jeszcze ewangelizacja, lecz myślę że coś jeszcze ważniejszego - lekcja pięknego człowieczeństwa :) Choć to nie to samo, to jest to krok w tę samą stronę.



Przecież nam, Kościołowi nie chodzi tylko o "wychowanie" posłusznej, pobożnej katolickiej miernoty. Czasem Środowiska Lewicowe próbują to nam wmówić, sięgając po hasło: Mierny, bierny ale wierny! - To oczywiście absurd.


W poniedziałkowej audycji , pod której wielkim wrażeniem pisałem poprzednie moje wypociny (nie uważam je za jakieś wielkie, powiem szczerze, że mało brakowało, to bym je skasował -  to nie było jeszcze do końca to, co chciałem powiedzieć) jeden z księży, były misjonarz zwrócił uwagę na zdanie z Ewangelii - "Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie..." (por. Łk 18,8) Sam kiedyś już siedziałem nad tym pytaniem... Wiara jest jak łańcuch... Przekazywana z pokolenia na pokolenie... Często okupiona łzami i krwią... Trudem, wyrzeczeniem... Boli mnie, gdy widzę, jak widzę dziś nasze pokolenie i jego podejście do wiary... Jak wielu to po prostu zwisa... Czy my, jako nasze pokolenie, znajdziemy siły by przekazać żywą wiarę... Czy nie okażemy się zbyt słabym ogniwem....? Ks. Blachnicki powtarzał - Tylko żywy człowiek może przekazać życie. Tylko żywa wiara rodzi żywą wiarę... Czy to co robimy wystarczy? Nie wiem... Dwoję się więc i troję... Bo czas jest bliski. Walczymy... Jeszcze Polska nie zginęła... póki my żyjemy... A co po nas?




Radość gorsza niż HIV 2012-10-24

Trwa tydzień misyjny, dlatego tę notatkę chcę poświęcić temu zagadnieniu. Przede wszystkim musimy uświadomić sobie, że misje to nie jakiś dodatek do naszej wiary - a podstawa. Fundament. Ostatni rozkaz Pana Jezusa (Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu - kto uwierzy i przyjmie Chrzest będzie zbawiony, a kto nie uwierzy będzie potępiony). Jeśli mam żywą wiarę, jeśli sam spotkałem Chrystusa, który odmienił moje życie, to moim obowiązkiem jest dzielić się tą wiarą. To świetnie ujął wieki temu św. Paweł. - Biada mi gdybym nie głosił Ewangelii. Nie da się być wierzącym i być zamkniętym na innych. Zostawić wiarę tylko dla siebie. Jeśli wiara jest receptą na szczęście, a ja się tym nie chcę z innymi dzielić, to.... to jest jakieś chore nieporozumienie.


Podoba mi się tegoroczne hasło tygodnia misyjnego - "Głosić wiarę z radością". Bardzo trafne. Radość, ta prawdziwa zawsze towarzyszy dobru. Nawet jak jest ciężko, nawet jak jest się zmęczonym, gdy jest świadomość po co to wszystko, wtedy jest ta wewnętrzna i prawdziwa radość. Nawet jeśli mówimy o trudzie, o wyrzeczeniu, o czymś co jest może mało popularne, trzeba sobie uświadomić po co to wszystko... Jeśli sam widzisz sens, to nie będziesz miał problemu przekazać tego innym.


Radość zaraża. Tak samo wiara... Jeśli jest prawdziwa i żywa.


Według danych Komisji Misyjnej Episkopatu Polski na misjach pracuje obecnie  2121 księży, sióstr zakonnych i misjonarzy świeckich z Polski (stan na dzień 15.08.2012 roku). Tyle że dane te są nie pełne. Do tych danych nie wliczają oni chociażby nas, księży, siostry i świeckich pracujących na Wschodzie, w byłych republikach sowieckich. Jest to obecnie kolejne 1 300 osób z Polski. A co z księżmi w Europie Zachodniej? Czy to co robią w zlaicyzowanej a teraz muzułmanizowanej cywilizacji zachodniej nie jest dziś także formą misji? Do grupy tej -2121 misjonarzy nie wlicza się także Polaków kończących seminaria na zachodzie, czy przynależnych do tamtych prowincji kościelnych. A wiemy, że dziś jest ich coraz więcej. I wielu z nich można spotkać na misyjnych szlakach. Dochodzą też wolontariaty misyjne i inne projekty prowadzone przez zakony, które również nie są uwzględniane w statystykach. Ale przecież w tym wszystkim nie o statystyki chodzi. A o przekaz wiary...


Misje to dawanie siebie braciom. Ale to także branie... Bo wiara umacnia się, gdy jest przekazywana. Misje to niezwykłe doświadczenie - Nikt nie wraca z misji taki sam. Są tacy, którzy się załamują. Ale zdecydowana większość przeżywa niesamowite doświadczenie wiary. Zupełnie inaczej patrzy na świat, gdy doświadczało się tej radości głoszenia Dobrej Nowiny. Mówi się w kuluarach, że m.in. dlatego wielu biskupów boi się wysyłać na misje swoich księży. Bo potem, gdy wracają to ciężko im odnaleźć się w naszym nieco skostniałym i często byle jakim Kościele. Przy czym ta byle jakość, szarość dotyka nie tylko struktur - to generalnie problem parafii, rodzin, naszej odchodzącej od Boga cywilizacji...


Ciekawe świadectwo słyszałem w poniedziałek od jednej siostry, która pracowała w Afryce... Wśród setek kilogramów leków z Francji przychodzących do nich na placówki w Afryce, znaczącą część stanowiły specyfiki antydepresyjne. Wszystkie szły do śmieci... Depresja tam jest obca, czego Francuzi nie mogli zrozumieć...


Jako Polacy dajemy dużo misjom... Kościół Polski przekazuje co roku na różne cele misyjne kilkanaście milionów złotych... Rodziny, wspólnoty, często także firmy - koleje miliony... Ale też wiele zyskujemy. Pamiętam jak na małą, nieco zapomnianą warmińską wioskę przed kilku laty przyszedł ks. Aleksander, polski misjonarz z Argentyny. Po 25 latach wrócił do kraju. Te doświadczenie misji mocno odmieniło jego parafię... Takich przykładów jest wiele...


 


imieniny, urodziny i facebookowy spam 2012-10-23

Co ważniejsze? Imieniny czy urodziny? W polskiej, słowiańskiej tradycji to właśnie imieniny odgrywały tę główną rolę. Była to okazja uczcić świętego patrona oraz uszanować osobę solenizanta. Urodziny - Geburstag - w krajach niemieckich wysuwają się na pierwszy plan. Co nie znaczy że w Polsce się ich nie świętuje (szczególnie obchodzi się roczek, czy 18 urodziny). Każdy robi jak chce. Ja na przykład, jako że jest we mnie i niemiecka krew (po dziadku) korzystam z tego, że między urodzinami i imieninami jest pół roku różnicy. Zawsze to dodatkowe okazje do świętowania. Ot takie multi-kulti.


Zawsze miałem problem z  pamięcią do dat. Ale dziś nie jest już tak źle. O dużej liczbie urodzin przypomina nam nasza klasa, gg,  czy facebook. W dniu urodzin masz nagle cały łańcuszek spamu w stylu "stówka", "najlepszego" itd. Niby pamięć... Ale... Jakoś aż  tak nie cieszy... A skoro mnie, to może i innych... Stąd sam staram się być bardziej kreatywny. A jeśli chodzi o imieniny... Z tym nam, księżom łatwiej z pamiętaniem. A to dzięki świętym. Msza czy brewiarz swoim "oficjum" skutecznie przypominają o posiadaczach imienia. Jak chociażby ostatnio...


W zeszły czwartek przypadło św. Łukasza. Jako że czwartek i piątek mam wolne - postanowiłem pojechać do Białegostoku na imieniny do Łukasza. Nie widzieliśmy się już ponad dwa miesiące. Co prawda w czwartek był do późna w pracy, ale  wraz z Kasią, jego dziewczyną oraz Adrianem - współlokatorem nie nudziliśmy się czekając na solenizanta. Potem robienie babeczek, gry, żarty, rozmowy. Lubię ich mocno. Bardzo fajni ludzie.


Niedługo zbliżają się też moje imieniny. Wspominam zeszły rok. Byli u mnie na Litwie: Agata, Milena i Wojtek. Jak odbierałem dziewczyny z dworca w Suwałkach to rozpadło się sprzęgło. Zostaliśmy bez auta na trzy dni... Na cały weekend. Dobrze, że Wojtek przyjechał wtedy swoim. Ratował sytuację. Inaczej trudno by było odwiedzić nam Wilno czy Troki. Jak będzie w tym roku? Czy ktoś odwiedzi? Zobaczymy. 


Dodam, że w same imieniny (5.11) nie będzie mnie na Litwie. 3 listopada mój młodszy brat bierze ślub. Od 2.11 do 6.11 będę więc pod Bydgoszczą u rodziców. Jeśli ktoś chciałby odwiedzić mnie, to zapraszam weekend później - 10 i 11.11. Będzie tak niepodległościowo :)


bezsenna noc 2012-10-20

Jest 4:30. Leżę i nie mogę  spać... Myślę o tym, jak wielu niesamowitych ludzi spotykam. Przy tym ta niesamowitość to nie jakieś  fajerwerki, lecz zwyczajne dobro... codzienne. I radość. Czasami wydaje nam się, że kogoś znamy. Ułożymy sobie coś w głowie... Ocenimy. Może nawet polubimy. Ale nie koniecznie jeszcze osobę. A może tylko jeszcze jej obraz. Ten w nas... A potem nagle otwierają się klapki i człowiek zaczyna rozumieć. I dostrzega, że wszystko ma jakiś sens, cel. Że to nie przypadek. Tak jak dziś...


Leżę i myślę. I czytam. Znalazłem ciekawe pamiętniki pewnego człowieka. Notatki są sprzed ponad 2o lat. Znalazłem je trochę przypadkiem. A w nich odpowiedzi. Dlaczego coś jest takie, a nie inne. I receptę na świętość. Dobro. Takie codzienne i różnorodne. Nie da się zbawić całego świata. Ale można na raty. Kawałek po kawałku. Przy czym dobro w nas musi działać na wszystkich płaszczyznach... to chyba jest dziś największe odkrycie. Niby taka oczywistość. A jak kamień milowy... Nie można się zadowalać jednym. Poświęcać coś, kosztem czegoś... Rozgrzeszać, odpuszczać sobie. Usprawiedliwiać się... Przecież nie jestem taki zły.... Dobro, jako cnota, musi w nas się stać odruchem bezwarunkowym. Normalnością i codziennością. Oczywistością.


Dziękuję p. Filipie.


Tėvyne Lietuva, mielesnė už sveikatą! Kaip reik tave branginti, vien tik tas pamato, Kas jau tavęs neteko. 2012-10-17

Są już całościowe wyniki głosowania na Litwie. Długo to trwało. To przez jakieś błędy w liczeniu i zarządzenie ponownego liczenia głosów w jednej z komisji okręgowych.

O głosowaniu pisałem już wcześniej. Nic się nie zmieniło. Teraz więc tylko taka krótka refleksja na temat głosów na "polską partię". W kraju zebrała ona 5,83 proc. czyli 79852 głosy. W czasie spisu powszechnego z 2001 roku za Polaków uważało się 6,74 proc. Zdecydowana ich większość zamieszkuje okolice Wilna i Soleczników. Biorąc pod uwagę, że głosy Polaków szły także na inne partie, gdzie również z list startowali (ale żaden się nie dostał), widać że była duża mobilizacja... Każdy kto może, szedł oddać swój głos... Bez pomocy jednak Rosjan z Kłajpedy i Litwinów z partii ludowej nie udało  by się przekroczyć progu. Wilnoteka.pl szacuje, że dodali oni około 1 procenta Polakom. Nie znalazłem takich dokładnych danych... Ale bardzo możliwe... Dotarłem za to do innych... Dla mnie dość ważnych... Jak głosowano w moim okręgu? Tu na Akcję Wyborczą Polaków na Litwie głosowali tylko Polacy... W rozmowach wśród księży z naszej diecezji najczęściej pada stwierdzenie, że Polaków tu nie ma... Ile jest w tym prawdy?


Otwieram stronę Centralnej Komisji Wyborczej:
Okręg 29 - Miejski Marijampole - na "polską" listę krajową głosowały 23 osoby (na 18 tyś. głosów na inne partie)
Okręg 63 - Suwalski (okolice Mariampola) - 8 osób.
W pozostałych okręgach podobnie... Jest to jakaś prawda, o tych ziemiach... Tu Polaków praktycznie nie ma...


Jadąc tu, oczywiście miałem taką świadomość. Podkreślam często, że przyjechałem do pracy wśród Litwinów - nie do Polaków. Choć czasem, widząc polskie nazwiska, słysząc polski język pojawia się taka myśl... Czy tu gdzieś jest w ludziach kawałek polskiego serca? Polskiej krwi. Polskiej tożsamości... W mieście (Marijampole) można dogadać się po polsku... Nie wszędzie. Ale jest to do zrobienia. Chociażby wczoraj, gdy przyszedł do kancelarii młody chłopak. Akurat byłem w czasie obiadu, bez sutanny, w koszulce - prezencie od mojej kochanej "salki" z Bisztynka... Chłopak przygląda się, czyta napis - "Najwspanialszy ksiądz na świecie"... "Pan jest księdzem z Polski". Mówi poprawnym, choć niepewnym jęz. polskim. Widać że dobiera słowa. "A to nie słychać?"- odpowiadam zdziwiony pytaniem. Arunasa często widzę na Mszach, które odprawiam. "Troszkę. Ale nie wiedziałem, że Pan jest Polak. Myślałem że może Włoch...". Arunas jak wielu zna j. polski z telewizji... To tu powszednie.


Wspomniałem o nazwiskach... Czasem mogą mylić... Jak chociaż Jonas Jablonskis - czołowy litewski językoznawca XIX i XX wieku, który zrobił niezwykle dużo dla czyszczenia języka z polonizmów. Dużo tu odprawiamy Mszy za zmarłych z rodzin Kozlausku (Kozłowskich), Mickiewicziu, Kasperawicziu (Kasperowicz), Pacewicziu (Pacewicz). Ksiądz Marius ma na nazwisko Rudzinskis. Czy to znaczy, że są to Polacy? Otóż nie... nie koniecznie... Patrząc w szerszej perspektywie na tereny Litwy, Białorusi, Ukrainy, ba - nawet Rosji - znajdziemy tu tysiące podobnych nazwisk, które kształtowały się naprawdę późno - na tych terenach nawet w XVII czy XVIII wieku, kiedy dominowały tu języki słowiańskie, w tym głównie polski.


Na koniec może troszkę jeszcze historii.
W Polsce błędnie przyzwyczailiśmy się do skrótu myślowego - Rzeczpospolita = Polska. Do traktowania jej historii, jako naszej własnej. Znamy hasła Polska od Morza do Morza. Polska Przedmurzem Europy itd. Tu, z perspektywy Litwy łatwiej zauważyć, że to nie do końca tak. Że Rzeczpospolita to nie tylko Polska. RP Obojga Narodów. Jej historia, to dziedzictwo wspólne Korony i Litwy (także Ukrainy, Białorusi czy "Śląsków" (celowo użyję l. mn.). Wilno, choć mocno "polskie" to jednak nigdy nie było miastem Korony - zawsze Litwy. Nawet wtedy, gdy Litwini po I wojnie światowej, dzięki wsparciu Niemiec odrodzili własną państwowość (wcześniej nawet niż II RP), spór był nie o to że Wilno jest "polskie, lecz o to, czy tamtejsi Litwini czują się bliżsi Polakom z Korony, czy Żmudzinom i Litwinom z Laudy, z wszczepionym im przez nacjonalistów antypolonizmem. Spór ten zaowocował powstaniem i ogłoszeniem "Litwy Środkowej" drugiego litewskiego państwa, i jego "sfederowaniem" się z Polską.


Dziś ten spór często wraca... Kto jest Polak, kto Litwin... czy są u siebie? Czy mają prawo do swojej partii i swoich posłów? Dlaczego czasem słyszą, że jak chcą polskie partie i polskie szkoły to niech jadą do Polski? Przecież oni są u siebie. To nie  to co ja... Ja tu jestem gościem. Wiem to i szanuję. Zawsze biorę tę poprawkę. Ale oni tu z Polski nie przyjechali. Gdzie ich Ojczyzna? Wiadomo. Każdy ci powie - Litwo, Ojczyzno moja. A Polska? To Macierz. Matka...


Wybory na Litwie 2012-10-15


Pomału opadają emocje. Ale udało się tu na Litwie pierwszy raz Akcji Wyborczej Polaków na Litwie przekroczyć próg wyborczy... No i jesteśmy... Mamy już sześć mandatów, których nikt już nie wydrze... To już sukces... W zeszłej kadencji było połowę miej - tylko trzech... A te sześć to jeszcze nie wszystko... Jakim cudem? Ano dzięki dość dziwnej ordynacji wyborczej... Spróbuję ją tu nieco przybliżyć.


Parlament litewski to tylko jedna izba - SEIMAS. Nie ma Senatu. Seimas wybierany jest raz na 4 lata w wyborach powszechnych. Liczy 141 posłów, z czego 71 wybieranych jest w wyborach bezpośrednich (okręgi jednomandatowe), a 70 wchodzi z listy krajowych (pamiętam jak w Polsce były takie listy i je zlikwidowano).


Może teraz troszkę o liście krajowej - Partia układa ją sobie, dając miejsca według uznania, ale wyborcy swoimi głosami ją przestawiają... W ten sposób to, że ktoś ma miejsce 2 nie znaczy że wejdzie do sejmu... Na wejście z listy krajowej musi więc zapracować swoimi głosami... AWPL na swoje listy przyjęła np. ludzi z Aliansu Rosjan i z Litewskiej Partii Ludowej, lecz mimo, że ich liderzy dostali wysokie miejsca to jednak spadli poza te, dające mandaty... AWPL udało się zdobyć 5 mandatów. To owoc 5,84 proc. czyli 77829 głosów. Co prawda dojdą jeszcze jakieś, bo nie są to jeszcze pełne wyniki- 21 z 2017 komisji jeszcze nie oddało protokołów, ale na jeszcze jeden mandat nie ma co liczyć... Aż tak wyniki się nie zmienią.


O okręgach jednomandatowych - Jest ich w całym kraju 71. Liczą między 30 tyś. a 45 tyś. wyborców. Tu do walki stają przeciw sobie czołowi politycy. Bo wygrany jest tylko jeden. Drugi, jeśli nie jest pewny, to może liczyć jeszcze co najwyżej na miejsce na liście krajowej.


W poprzednich wyborach Polacy wygrali w trzech okręgach - tych, gdzie nasza mniejszość jest większością. Soleczniki, Troki i Szyrwinty. Teraz mandat ma już w pierwszej turze Leonard Talmont (Soleczniki), a pozostali muszą jeszcze walczyć w drugiej turze. Do ugrania jest jeszcze 6 mandatów, choć nie będzie łatwo, bo przeciw Polakom już przed wytoczono najcięższe działa - zmiana granic okręgów (by do "polskich" gmin i miast dokoptować sąsiednie litewskie), a także znane nazwiska przeciwników. Ale Polacy walczą dzielnie.Wspomnę chociażby Dyrektorkę przedszkola "Wilia", Zofia Matarewicz - która w walce o drugą turę wyeliminowała byłego premiera Litwy, Gediminasa Kirkilasa, czy Zbigniew Maciejewski, radnego Wilna, który o mandat będzie walczył szefem MSZ- ministrem Audroniusem Ażubalisem. Czy im się uda? Zobaczymy za dwa tygodnie.


Walki były ciężkie, często bratobójcze, bo chociażby w Trokach startowało przeciwko sobie pięciu Polaków. Inne partie już się scwaniły. Przeciw AWPL wystawiają na swoich listach Polaków. Nie po to by weszli, lecz by odbierali głosy mniejszości. Tak trzeba interpretować pojawienie się na listach chociażby gwiazd koszykówki - braci Ławrynowiczów, czy inne, podobne posunięcia. Wcześniej zdawało to egzamin. Tym razem - w obliczy mobilizacji Polonii, spowodowanej antypolską polityką okazało się to niewystarczające... Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej.


Wiadomo - dla nas Polaków kwestia AWPL jest pierwszoplanowa. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że po czterech latach zmienia się rząd. Partie koalicyjne (chrześcijańscy demokraci i liberałowie) przegrali. Wygrali populistyczna partia pracy i socjaldemokraci - czyli dotychczasowa opozycja. Warto też dodać, że na scenie politycznej pojawia się nowa partia - antypedofilska "Droga Odwagi" i to z całkiem niezłym wynikiem w granicach 8 procent. Tu w Mariampolu myślę, że te zmiany bardziej ciekawią wyborców niż to co się dziać będzie w Wilnie i okolicach...


link do mapek


Kangur, rok wiary i koczownicy 2012-10-14

Czwartek-Piątek - jestem w trasie. Już mi troszkę brakowało takich akcji... Ostatnio obowiązki kancelaryjne, wysokie ceny paliwa, i pewne zmęczenie raczej trzymały mnie w domu... Ale gdzieś we mnie w środku głęboko siedzi natura koczownicza... Zaczęło się od odstawienia siostry na pociąg do Suwałk. Potem w Suwałkach kawa u Ani i Janka, od których pożyczałem foteliki, poczta, bank, sklepy... Koło 12:30 - Kętrzyn... - Plebania św. Katarzyny zamknięta... telefon do proboszcza... Prałat w Olsztynie... Zaprasza na jutro... To jadę do Wilkowa. Odwiedzę ks. Bartusika i p. Gosposie. Po przejściu ich na tę parafię z Bisztynka nie miałem okazji się spotkać... Myślę, że warto nadłożyć te 10 km. zwłaszcza, że gosposia przez telefon zaprasza na obiad. Przy kurczaczku w sosie i kawie mam okazję troszkę posłuchać o ostatnich miesiącach i choć troszkę zrozumieć całe zamieszanie.


Z Wilkowa jadę znów na Kętrzyn... Telefon do ks. Karola. Miał wczoraj wrócić z Australii, gdzie przez dwa miesiące pracował na parafiach. Jest u rodziców w domu... rozmowę kończę u nich na podwórku. Chwila  na herbatę i umawiamy się, że wpadnę na noc. Będzie więcej czasu.


W drodze do Bisztynka kolejny telefon - zapowiadam się proboszczowi na Mszę. Zanim jednak dojadę jeszcze na chwilę wpadam do Troszkowa. Znajomym bardzo zależało... już dłuższy czas zapraszają by zajechać, pogadać... I jestem. Choć mamy tylko 40 min... Ale to zawsze coś...


17:30 - Różaniec i Msza w Bisztynku. Siadam w "swoim" byłym konfesjonale. Ksiądz Łukasz prowadzi modlitwę. Tłumy dzieci, dużo rodziców. Cała główna nawa pełna. Rzadko był tu taki widok na różańcu. P. Krysia uwija się przy nich, ciesząc się, że ładnie wychodzi. Jest w swoim żywiole. Ja też się cieszę. Dużo znajomych twarzy... Twarzy również tryskających radością... Radość jest zaraźliwa.


Ks. Łukasz daje mi poprowadzić Mszę. Ładnie z jego strony. Rozpoczynamy rok wiary... W drodze słuchałem transmisji z Watykanu... Na Mszy też to akcentuję. Oczywiście nie to, że słucham Radio Maryja, lecz to, co papież nam przedkłada pod rozważanie. Temat wiary to podstawa. Bez żywej wiary to wszystko to tylko teatr, zabawa i filantropia. O wierze mówię już ze cztery lata przy większości okazji. Na różne sposoby, od różnych stron, w różnych miejscach i językach... Nie ja jeden. Kerygmat - od tego trzeba zaczynać. Do tego trzeba wracać... Mój głos wpisuje się mocno w to co głosi teraz papież. Mój głos? To nie mój głos... To znak, że za tym stoi On.


Po Mszy chwila na plebanii z księżmi. Dziś odpalili ogrzewanie. Z jednym pionem będzie problem. Co roku był. Trzeba się było zawsze dużo namęczyć, by tam wymusić lepszy obieg ciepłej wody. W sobotę w parafii koncert ewangelizacyjny. Chciałem być, ale nie uda się. Mam wieczorem Mszę u siebie. Przywiozłem więc teraz dla młodzieży wałówkę - potężne mrowisko. Wiem, że będzie im smakować. Znają je już dobrze moje "dzieciaki" :) W czasie rozmowy przychodzą do mnie smsy by spotkać się pod plebanią... Ada, Karol... Potem Agnieszka.... Stoimy najpierw przy salce, potem na Kościelnej pod latarnią... Rozmowy o wszystkim - kto teraz z kim chodzi, oglądanie nowego auta, żarty... Mocno na luzie. Tak, jak wiele razy wieczorami, gdy przychodzili pod moje okna. Czasy się co prawda zmieniają. Ale dużo w nas pozostało z tamtych dni...


Na 20:00 jestem umówiony na rozmowę. Chodzi o kwestie ślubu. Najpierw spotykam się z narzeczonymi u niego, potem pada propozycja kolacji? Ok. Czemu nie... Przenosimy się do Marysieńki. Mamy godzinę. Stąd pilnuję tempa rozmowy. Trochę o naukach, trochę o ślubie i weselu. Proszą by im udzielić... Co prawda mam już plany na ten czas, ale dla takiej okazji warto je zmienić... Poza tym jakoś nie byłem do tamtego przekonany.


21:15 - Chwila spóźnienia. Ale jestem już. Z Marysieńki nie jest daleko. Kolejny dom, który z radością odwiedzam. Może kolacje? Nie dam rady... Siedzimy więc przy kolejnej dziś herbacie i jakiś słodkościach... Wśród domowników brakuje Cery - piesek zdechł przed miesiącem bodajże. Szkoda jej... Poza tym miło i serdecznie. I mnóstwo tematów... np. o batiku z Tanzanii, grzebieniu z Peru czy rozmnażaniu Kangurów.Tak to jest jak się ogłada całą rodziną National Geographic...


Temat kangurów pojawia się znacznie poważniej u ks. Karola. Docieram tam na 23:00. Jako, że właśnie wrócił z Australii jest okazja pogłaskać futro kangura - przywiózł taki włochaty portfel. Po chwili na stole pojawia się coś więcej. Suszone, podwędzone mięso.. Takie kangurze plasterki - jeść albo nie jeść... Oto jest pytanie... Ale że jakieś dwa tyg. temu odważyłem się zjeść bobra i łosia (oczywiście kawałek) to czemu nie kangura... Smaczny. Dość słodki. W Australii to nic niezwykłego. Taka torebka ze zwykłą wędlinką z supermarketu. Kangurów tam więcej niż ludzi...


W piątek ciąg dalszy objazdu. Koło 10:00 odwiedzam parafię św. Katarzyny. Moja pierwsza parafia. Najpierw herbata u wikarych, potem kawa u proboszcza... Miło pogadać. M.in. temat roku wiary. Wymiana doświadczeń i pomysłów pastoralnych w Polsce i na Litwie. Wspominamy też różne akcje, które robiliśmy tu, gdy byłem wikariuszem. Jeszcze raz widzę, jak bardzo temat Roku Wiary wisiał w powietrzu już kilka lat i jak bardzo jest potrzebny. Pilnuję czasu... o 12:00 muszę ruszać do siebie. Mam Mszę wieczorną w swojej parafii... Co prawda to za granicą... ale jak dobrze, że to tylko 200 km.


Lubię takie intensywne wolne dni...



inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą... 2012-10-13

Co to jest nuda? Ja nie wiem. Często powtarzam - inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą. Te zdanie traktuję więc jako wyzwanie, zawsze starając się jakoś zorganizować sobie czas. I póki co, wychodzi to naprawdę nieźle...


Ledwo skończyłem w niedzielę ok 17:00 rekolekcje ewangelizacyjne, które przez cztery dni mocno mnie absorbowały, a już trzeba było ruszać do Ełku, odebrać z pociągu gości. Tym razem odwiedziła mnie moja siostra- Ewa oraz dwie jej córki: Alina (7 lat) i Laura (3 lata). Pierwszy raz przyjechały na Litwę. Dla dziewczynek, wychowujących się na co dzień w Niemczech zderzenie z Litwą nie było jakimś wielkim szokiem. Wiedzą przecież, że są różne języki, i że nie wszyscy rozumieją polski czy niemiecki. Choć czasem śmiesznie było, jak szły pogadać sobie z p. Mildą, naszą gosposią albo gdy zagadywał je ks. Virginius.


Takie dwa brzdące to ciekawe zjawisko na plebanii. Dość rzadkie. Nie często ktoś gania się wokół naszego dębowego stołu na 24 osoby, nie często małe dzieci wpadają do kancelarii, gdy ksiądz spisuje z kimś dane do pogrzebu, czy przyjmuje intencję mszalną. Dziwnie też może wyglądać, gdy zwiedzaliśmy miasto, czy poszliśmy do sklepu, ale szkoda mi było by siedziały cały czas w domu.


W naszej największej Maximie jest także "przechowalnia" dzieci. Ponieważ małe cierpiały troszkę na brak placu zabaw itd wpadliśmy na pomysł że zostawimy je tam na godzinkę. Zjeżdżalnie, basen z piłkami, zabawki jakieś ścianki do wspinania się... Ani dla pani opiekunki, ani dla dziewczyn nie było problemem, że małe nie znają litewskiego (a pani polskiego czy niemieckiego). Jakoś sobie poradziły. Laurze udało się nawet poprosić o wodę w pewnym momencie. Alinka ponoć też coś chciała od pani, tyle że nie udało się im dogadać... Pani przytuliła, pogłaskała i też było dobrze :)


Troszkę dziewczynom nie dopisała pogoda. Co jak co, ale u nas jest już zimno i brzydko... Temperatura blisko zera, deszcz i wiatr. Lepiej było jednak przyjechać w wakacje. Albo w maju - wtedy Litwa jest najpiękniejsza. Do tego przez te trzy dni - poniedziałek, wtorek i środę miałem dyżury w parafii i ciężko było się zająć nimi przez cały dzień... Dopiero wieczorem było więcej czasu. Ale wydaje mi się, że nie żałują przyjazdu. Zawsze to coś nowego. Ja też cieszę się że byli, zwłaszcza że jak na niemiecką frau, Ewa cierpi na porządnickie ADHD. Ubrania poszyte, mieszkanie wysprzątane... Ona też umie sobie zorganizować czas... Dziękuję :)


Sejny 2012-10-08

Sejny. Cztery dni. Codziennie wieczorem, po pracy w swojej parafii jadę na Mszę św. i nauki rekolekcyjne. To nie tak daleko - w sumie 65-67 km w jedną stronę. Razem wyszło ponad 500 km.  Najpierw Msza, potem nabożeństwo, w czasie którego jest wszystko - Słowo Boże, nauka, świadectwa, spotkanie w grupach, śpiewy, pantomimy. Schodzi się średnio po dwie godziny. Niektórzy wychodzą po nauce, a przed spotkaniem w grupach. Może za długo? Może boją się tej małej grupy i dzielenia się w niej? A może po prostu muszą już iść do domu, dzieci i obowiązków... Na 70 osób biorących udział w rekolekcjach prawie wszyscy to dorośli. Mają swoje rodziny, obowiązki, inne zajęcia. Ale Mimo to są i trwają z nami. Tyle ile mogą.


Krąg Domowego Kościoła z Sejn - organizatorów rekolekcji ewangelizacyjnych - dość licznie wspierają kręgi z Suwałk. Powstała naprawdę prężna diakonia ewangelizacji. Obsadzili wszystkie funkcje - od diakonii gospodarczej, po diakonię modlitwy.


Ja jestem tu tylko, by głosić Słowo. Kerygmat - Cztery Prawa, Prawdy wiary. Niby łatwo. To podstawa. Treści, którymi w oazie żyje się na co dzień. Boża miłość i boży plan, Grzech człowieka, Jezus Chrystus - Zbawiciel, Powierzenie mu swego życia. Niby łatwo. A jednak zwłaszcza pierwszego i trzeciego dnia było dość ciężko zebrać myśli. Najlepiej, najmocniej poszła druga nauka - ta o grzechu. Mając świadomość, że może nie wszystko odpowiednio wybrzmiało, zanim zacząłem jeszcze raz zahaczyłem o temat Bożej miłości i dopiero po tym, na tym tle ruszam kwestię zła - osobowego zła. To trafia. Opowiadaniu o szatanie, buncie przeciw Bogu i jego działaniu we współczesnym świecie (choć bardziej w ujęciu teologicznym niż aposteriorycznym) towarzyszy przejmująca cisza.


Także wczoraj, w ostatnim dniu rekolekcji nauka wyszła tak jak chciałem. Jadąc na Mszę (wczoraj mieliśmy ją wcześniej - o 14:00) zabrałem ze sobą skrypt z medytacji o Jezusie Chrystusie, Panu i Zbawicielu. Chciałem to dopowiedzieć, bo miałem świadomość, że może dzień wcześniej nie wyczerpałem tematu. Ale już w aucie, w ciągu godziny jazdy zmieniam zdanie... Jakbym słyszał głos, że nie trzeba. To co było, wystarczy. Przed oczami mam inne obrazy. Tylko powoli... Systematyzuje to wszystko. Gdy wysiadam z samochodu i idę do zakrystii wiem już co mam powiedzieć... Będzie ciąg dalszy... Co zrobić, by wyznanie Jezusa jako Pana i Zbawiciela nie zmarnować? Podaję trzy kolejne prawa. Wiedza, Modlitwa, Wspólnota. Przed wyznaniem wiary ma miejsce ten szczególny moment - Przyjęcie Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Czyni to ponad 50 osób.


Dziękuję wszystkim za ten czas. Za ciepło, radość, gościnność. Kapłanom - za przykład wiary i troskę o rekolekcje. Dziękuję także za ofiary. Powiedziałem na starcie, że za takie rekolekcje nie biorę nic - tylko za paliwo. To nie jakieś moje dziwactwo. To płynie z prostej zasady... Ja sam kiedyś dzięki oazie uwierzyłem tak naprawdę. Dziś prowadząc różne oazowe rekolekcje staram się po prostu spłacać ten dług, jaki mam wobec oazy. Mimo tych tłumaczeń ciężko im było to zaakceptować... Złote rozwiązanie rzucił jeden z panów na Agapie. Tuż po tym, jak zeszło na temat misji... I tym sposobem mamy środki na trzy kolejne paczki do Zambii. Dziękuję.


Dyrektor Radia Maryja biskupem 2012-10-08

To nie wiadomość z ostatniej chwili. Tę decyzję ogłosił Watykan chyba z tydzień temu. Dyrektor Marijos Radjo - ks. Kiejstut Kevalas został mianowany biskupem pomocniczym w Kownie. Tak sobie pomyślałem przy tej okazji, co by się działo, gdyby podobna sytuacja miała miejsce w Polsce. Już widzę nagłówki gazet,  pikiety... Pewnie najbardziej oburzeni byli by ci, którzy na każdym kroku opowiadają się za rozdziałem państwa od Kościoła. Oni zresztą zawsze mają najwięcej do powiedzenia. Bo rozdział w ich mniemaniu ma działać w jedną stronę. Przypomina mi się chociażby sprawa bp Wielgusa i inne.


 


 


Bóg Cię Kocha... 2012-10-05

Sejny. Wczoraj zaczęliśmy ewangelizację parafii. Zacząłem ją od wizyty u proboszcza. Nie żeby jakoś specjalnie trzeba było go ewangelizować, ale uznałem, że przyjadę wcześniej, bo nie mieliśmy okazji przed rekolekcjami się spotkać, ani nawet telefonicznie porozmawiać (nie udało mi się do niego dodzwonić). Całe przygotowania rekolekcji wziął na siebie Domowy Kościół. I dobrze.


Ks. Prałat Zbigniew to tak jak ja - absolwent Hosianum. Tak jak ja pracował w Kętrzynie. Mamy wielu wspólnych znajomych. Rozmowa przyjemna, choć w związku z remontami co chwila ktoś coś chce... Ogólnie wielkie zamieszanie wokoło. Wiercenia, kucia, telefony, faktury... A my w centrum tego rozmawiamy o parafii polsko-litewskiej i o tym, jak dotrzeć do ludzi z Ewangelią.


Ewangelizacja ma być po Mszy i różańcu. Postanawiamy jednak że będę tę Mszę odprawiał wraz z ks. Michałem, - wikariuszem odpowiedzialnym za Domowy Kościół. Ludzi dość dużo. Pełen Kościół... To troszkę zasługa młodzieży do bierzmowania... Tych na podpis. Po Mszy mają spotkanie.


Ile osób zostanie na nauki? Odpowiedź zadowalająca. Około 72... Tyle co w czytanej na Mszy Ewangelii...


Atmosfera radosna. Jest zespół z fletem, gitarą klasyczną i elektryczną, są świadectwa, jest pantomima. Naukę podzieliłem na trzy części... Pierwsza - już na Mszy jako krótkie kazanie... Druga, zasadnicza cześć jako wprowadzenie (przed świadectwami), trzecia po świadectwie i pantomimie. Nazwaliśmy ją Orędziem. Ma formę przekazania pierwszej Prawdy Ewangelizacyjnej "Boża Miłość i Boży Plan".


Potem spotkanie w grupach - animatorzy dzielą wszystkich na cztery i zabierają na 25 min w boczne nawy kościoła. Ja i dwóch muzyków zostajemy. Czyżbyśmy nie mieli co robić? Będzie chwila oddechu? Będzie... "Odmawialiście już dziś różaniec? Nie... To co? Lecimy..." I w trójkę wspólnie modliliśmy się za tych, co rozeszli się na potkania... Mówią że różaniec to taka niemęska modlitwa. Ten wręcz ociekał testosteronem...  Szybko, zdecydowanie, jedna za drugą leciały Zdrowaśki... leciały tam w górę... wraz z naszym zmęczeniem, rozproszeniem, z tym wszystkim co w nas...


Potem, gdy wróciły już grupy prosiłem byśmy stanęli w kółku... zostało nas około 50 osób... Ciekawe, że kółko troszkę koślawe... Przypomina bardziej krzyż... To znak. Nikt nie ma większej miłości, niż ten, kto życie swoje oddaje za przyjaciół swoich... Ojcze nasz. Błogosławieństwo. PRaca domowa: Streścić tym w domu pierwszą naukę... - Bóg was kocha.







Made in TVN 2012-10-02

Stało się... Ks. Sowa ogłosił koniec Religia.TV. Projekt dość zaskakujący, jakim było robienie przez ITI (czyli w uproszczeniu TVN) telewizji religijnej kończy się niepowodzeniem i będzie stopniowo "wygaszany". Co to oznacza? To, że po protu TVN nie będzie już więcej dokładał swoich pieniędzy, skoro po pięciu latach nadal się one nie zwracają.


Przez środowisko katolickich, konkurencyjnych mediów - od frondy, Gościa niedzielnego czy miłośników Radia Maryja przetacza się dyskusja - to dobrze? Czy źle? Czy religia.tv była piątą kolumną w Kościele, czymś na miarę PAXu i KIKów (niezorientowanych odsyłam do Google)? Co pozostaje po tym projekcie?


Jasno trzeba powiedzieć, że Religia TV i ludzie z TVNu stworzyli nową jakość w opowiadaniu o religii. Świetna kamera, rewelacyjne podkłady dźwiękowe budujące napięcie, atmosferę... Choć nie oglądałem tego kanału, bo praktycznie w ogóle nie oglądam telewizji, to jednak co i raz znajdując ich filmy i programy na vod i youtoube korzystałem z nich jako pomocy dydaktycznych w katechezie.


Za linię programową religia.tv odpowiadał Szymon Hołownia. Miałem okazję poznać go dość dawno, gdy pracował w Ozonie dla świętobliwie prawicowego wówczas Janusza Palikota. Było to w 2005 roku, w górach, na warsztato-rekolekcjach organizowanych przez o. Macieja Ziębę - ówczesnego szefa polskich Dominikanów. Szymon właśnie wtedy wydał swoją pierwszą książkę - Kościół dla średniozaawansowanych. Wrażanie na mnie i on, i jego książka zrobili olbrzymie. Z tego spotkania i we mnie zrodziło się jakieś nowe otwarcie, nowe spojrzenie na Kościół. Tamten wspólny czas - w górach był niezwykły. I nadal mocno cenię i szanuję Szymona, choć widzę także, jak zmienił się on trochę przez te 8 lat obecności w różnorakich mediach.Widać już jakieś rozżalenie, czasami złośliwość. Można mu zrzucić udział w różnych projektach i to że stał się celebrytą. Można mu zarzucić nawet, że zarabia na Bogu (zrobiła to niesmacznie jedna z prezenterek w Dzień Dobry TVN - link).


Ale od razu cisną mi się na usta słowa z dzisiejszej i niedzielnej Ewangelii: "Kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami". I inne: "Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem". Oraz jeszcze jeden tekst - "Godzien jest robotnik swojej zapłaty"...


Jedno należy podkreślić. Nikt Szymonowi nie zarzucił nigdy, że to co głosi jest niezgodne z doktryną katolicką.


Na ile znam Hołownię, na tyle jestem pewien, że koniec Religia.TV to nie jego koniec. Zaraz będą nowe projekty i nowe wyzwania. O ile nie da się ponieść niepotrzebnym emocjom i rozgoryczeniu. Radzę mu wyjazd na dobre rekolekcje, a nam - korzystanie z archiwów Religia.TV zanim zaczną znikać z sieci...


Dla tych, którzy nie byli wśród nielicznej widowni (średnio tylko 3,7 tyś. widzów) telewizji z "rybką" zamieszczam przykładowy program. Niech to będzie próbka tego, o czym mówię - świetnej realizacji, ciekawych pomysłów, ale także widać w nim pewne przywary Szymona jako dziennikarza w ostatnim czasie...







 


Myśli znad grobu 2012-10-01

"Trzy niedziele zejszły się pod rząd" (tak się kiedyś w podobnej sytuacji mówiło)  :) Po świątecznych sobocie i niedzieli - dziś poniedziałek również świąteczny. Otóż w naszej parafii (może także w kilku innych - nie wiem) jest taki zwyczaj, że dzień po odpuście - święcie parafii - mamy także Mszę żałobną za zmarłych kapłanów, którzy tu przed nami pracowali. Przy ołtarzu stanęliśmy więc wszyscy - Proboszcz, Mariusz, Virgis, Ja, Kanonik, a także goście - byli wikariusze, znajomi. Razem było nas dziś 12 księży. Msza z egzekwiami - czyli żałobna jutrznia w j. łacińskim. Potem jeszcze po Mszy różaniec i modlitwa przy grobie ks. inf. Vinca (Wincentego), którego już wczoraj wspominaliśmy.


Zgodnie z tradycją chciał być pochowanym przy kościele. I tak się stało. Tu na Litwie jest to powszechne. Ksiądz powinien leżeć przy świątyni, w której służył. Nie ma sensu wozić zwłoki gdzieś w rodzinne strony, jak to robią zazwyczaj w Polsce. Tłumaczą, że rodzina zadba najlepiej. Tu grób ks. Vinca zawsze jest zadbany... Często są znicze i świeże kwiaty. Często przed Mszą czy po Mszy widać ludzi, którzy się za niego modlą. Wspominają. Pamiętają.


Pisząc swój testament w zeszłym roku zaznaczyłem, że też chciałbym być pochowany przy świątyni. Tam gdzie przed śmiercią będę posługiwał. Nie wiem, czy w Polsce, czy na Litwie, czy może gdzieś indziej. Nie wiem... Pan Bóg sam wybierze miejsce i czas. I chciałbym by to inni uszanowali.To napisałem - testament jest włożony w jeden z tomów brewiarza - i to podtrzymuję i dziś, pochylając się nad grobem kapłana, który codziennie mijam idąc do naszej świątyni...


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]