_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Policjani, "Śmieszka" i Duch Infułata 2012-09-30

Dwa dni z  rzędu gościmy w parafii ks. Biskupa. Nie ma daleko - 3 minuty pieszo. Ale gościem aż tak częstym nie jest. Raczej od święta. I tak się złożyło, że nam się właśnie dwa święta zeszły. Pierwsze - wczoraj - Święto Archaniołów: Michała, Gabriela i Rafała. Litewska Policja obchodzi ten dzień jako swoje święto patronalne - w końcu Michał Archanioł to wódz Zastępów Niebieskich (co po łacinie tłumaczy się Milicia Caelesti). W tym roku nasz kościół wybrano na miejsce ogólnolitewskich uroczystości... Była więc policyjna generalicja, minister, posłowie, orkiestra, sztandary. Pewnie blisko 200 policjantów niczym kompania honorowa stało czwórkami przez środek kościoła... Przy ołtarzu dwóch naszych biskupów i kapelani policji ze wszystkich diecezji. A przed drzwiami kościoła - warta honorowa z bronią długą.


Dziś drugie święto - Odpust św. Wincentego. Od rana Msze uroczyste sprawuje cała Kuria. Najpierw nasz proboszcz - były kanclerz, potem obecny kanclerz - Żydrunas. Następnie Wikariusz Generalny - Gintaras. A w południe  - Biskup. Na sumie kazanie głosił ks. Jonas - proboszcz par. Dobrego Pasterza w Kownie. Liczba osób duża. Także posługujących. Katechetki i kościelny ściągnęli kogo się dało.


W komżach (w obsłudze procesji) widzę zarówno pana z firmy pogrzebowej, jak i nauczyciela plastyki  - Ewalda, ponoć nawet jest znany mariampolski architekt - projektant kilku kościołów...


Wśród ministrantów dwójka naszych Antanasów (zawsze na nich można liczyć). Ale także dwóch braci (starszy ma na imię Karol) - "wypożyczeni" z białego Kościoła.


Jest też zastęp adoratorek (żeński odpowiednik ministrantek) Znam już je wszystkie, przynajmniej z widzenia, bo w przeciwieństwie do reszty one są praktycznie co niedziele. Gorzej z imionami. Najstarsza - ma ok 20 lat - to siostra Linusa, jednego ze starszych ministrantów. Kolejna to "Śmieszka" - tak ją ochrzciłem, bo co niedziela w zeszłym roku się śmiała, jak mnie widziała... Śmiała się dość słodko i do tej pory nie wiem, czy do mnie? Czy ze mnie? Były także dwie bliźniaczki, zawsze wyglądające na wystraszone, i kilka młodszych. Najmłodsza miała pewnie z 5-6 lat.


Odpust udany. Ładna pogoda, dobre i proste 15 minutowe kazanie, piękna liturgia.


Po Mszy i procesji smaczny obiad. Przy stole jest nas wszystkich dziecięciu. Obiad wystawny, i co ciekawe nawet dość szybki, jak na litewskie warunki - wyrobiliśmy się w półtorej godziny. W pewnym jednak momencie zrobił się dziwny przeciąg i dość ciężkie drewniane drzwi do jadalni zaczęły się co chwila bujać... Dziś odpust św. Wincentego... Wraz z ks. Virginiusem skwitowaliśmy to, że to przyszedł no nas ś.p. Ksiądz Infułat Vincas Bartuska, zmarły przed dwoma laty, a spoczywający przy naszym kościele... Ja rzuciłem to po cichu, Virgis powtórzył głośno, a ks. Biskup podchwycił :) Bartuski imieniny. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie. Bo przecież "na zdrowie" nie wypada :)


Wieczernik na ul. Kowalskiego 2012-09-27

Środa - Dyżur w parafii. Pogrzeb, kilku interesantów w kancelarii. Wieczorem zaś wyjazd na chwilę do Suwałk. Spotkanie z Ewą i Mietkiem z Domowego Kościoła. Prosili mnie o poprowadzenie rekolekcji ewangelizacyjnych w Sejnach. To już niedługo. Stąd i ta wizyta.  Po 15 minutach docierają do nas także Marian i Grażyna - drugie małżeństwo z DK, które miałem okazję poznać troszkę lepiej. Herbatka, obiado-kolacja, znów herbatka, ciasto... Dobrze że przeczuwając to nie jadłem u siebie kolacji, gdyż gościnność i życzliwość Domowego Kościoła sama w sobie stanowi zagrożenie dla mojego odchudzania :)


Modlitwa. O Ducha Św. I Był... Jest... Działa... Kompletna ciemność i mglistość staje się światłem. Rekolekcje nabierają kształtów. Przybyłem tak naprawdę w ciemno... Wychodzę już z jasną wizją, jak ten czas rekolekcji ma przebiec. Scena niczym w wieczerniku... Już po Zmartwychwstaniu. Świadomość, że to Bóg wybiera miejsce, czas i osoby.


Gdzie się podziały tamte sutanny... 2012-09-26

W połowie XVIII wieku ks. Benedykt Chmielowski herbu Nałęcz podjął się stworzyć pierwszą polską encyklopedię. Dziś znana jest ona jako "Nowe Ateny" choć pełen jej tytuł był trochę dłuższy, ale jakże uroczy:


Nowe Ateny
albo
Akademia Wszelkiej Sciencyi [*Mądrości] Pełna,
Na Różne Tytuły Jak Na Classes Podzielona,
Mądrym Dla Memoriału [*Pamięci],
Idiotom Dla Nauki,
Politykom Dla Praktyki,
Melankolikom Dla Rozrywki
Erygowana


Ów barokowy mistyk słowa, gdy doszedł do objaśnienia hasła "koń" w tymże dziele, napisał pamiętne słowa - "Koń jaki jest, każdy widzi". I tak już się przyjęło, że po dziś dzień tymi słowy kwitujemy różne rzeczy wydawałoby się nam oczywiste...


Po cóż przywołuję ten tekst? Ano po to by był punktem do wyjścia w refleksji na temat kapłaństwa? Czy dziś można powiedzieć... Ksiądz jaki jest każdy widzi...? Albo zanucić... Gdzie się podziały, tamte sutanny... No właśnie... Czy dziś widać, kto jest księdzem?


My widzimy. Księdza wyczuję od razu. Mówi się, że brewiarzowa twarz... Ale są jeszcze inne znaki... Na rekolekcjach na Wigrach mieliśmy dobrą zabawę w wyłapywaniu wśród tłumów turystów duchownych... Ten stąpa, nie idzie... ten zobacz jak ma zagniecione spodnie na kolanach? Zobacz na sposób trzymania rąk. Popatrz na buty... Księdza można poznać zwłaszcza po butach...


My się poznajemy... A wierni... Od jakiegoś czasu pojawiają się wśród wiernych prośby o to, by księża nosili strój duchowny. Obserwuję to na fb. Czasem szczere, czasem życzliwe, czasem złośliwe... Ale to nie bierze się znikąd. Fajnie to wyraził ktoś pisząc, "Kościół jest jak Armia Boga. My, żołnierze chcemy widzieć, że w walce nie jesteśmy sami. Że są z nami nasi Oficerowie... Nasi Pasterze."


Nie należę do osób, które unikają sutanny. Nawet tu na Litwie zwraca to uwagę, bo księża tu znacznie rzadziej noszą. Za to znacznie częściej - koszule kapłańskie - to im trzeba przyznać.


Pamiętam jak w seminarium idąc do teatru, kina czy na miasto, często szedłem "pod koloratką". W sumie do czasu, (to było jakiś rok po święceniach) gdy na jednym z przedstawień (Merlin - Teatr Narodowy w Warszawie) czułem się mocno zgorszony i wręcz zniesmaczony, gdy sztuka z Legendy o Królu Arturze zamieniła się w historię biseksualnych orgii.


Gdzie iść w koloratce, a gdzie nie? Czy po zakupy? Do znajomych? Do restauracji? Czy jak przyjadą goście - np. młode dziewczyny/dziewczyna/siostra ksiądz na mieście w koloratce wygląda właściwie? Kogoś to może (zupełnie bezsensownie) gorszyć.  Z drugiej strony, gdy idzie z nią/nimi na cywila to musi pamiętać, ze i tak nie jest anonimowy... i może jeszcze bardziej dziwić... "O zobacz... To nasz ksiądz, zdjął koloratkę i myśli, że go nie poznamy...". Jakby nam tak na prawdę o to chodziło...


Pamiętam śmieszną sytuację, gdy kiedyś po Mszy, jeszcze jako kleryk odprowadzałem koleżankę - zakonnicę, która odwiedzała swoich rodziców. A że dawno się nie widzieliśmy, to weszliśmy na chwilę do niej... Wypiliśmy herbatkę, a potem ona odprowadziła mnie... A razem z nią, jej młodsza, 5 letnia siostra. Szliśmy tak sobie, a Ala trzymając nas za ręce skakała sobie, mając frajdę ze wspólnego spaceru... Najlepsze jednak było, gdy zorientowałem się jak dziwnie niektórzy patrzą. Miejscowi znają nas... Ale inni... Kierowcy przejeżdżający przez miasto, przypadkowi turyści... Sutanna, habit i pięcioletni brzdąc. Ups.


Ale mimo to, warto... Warto być znakiem, że jesteśmy. Często sutanna zwraca uwagę, zastanawia, może komuś o czymś/Kimś przypomni. Sutanna także zobowiązuje. I przypomina... Że księdzem nie jest się tylko w kościele... tylko od 7:00 do 19:00 czy której tam... Jest naszą tarczą (chroni) i bronią zaczepną... Tylko jak z każdą bronią, trzeba uważać, by sobie i innym nią krzywdy nie zrobić...


Na zakończenie wrzucę może nowe zdjęcie - w birecie... Prezent otrzymany od proboszcza :)


Zawsze twierdziłem, że biret zacznę nosić jak będę już stary :)



Dziwny jest ten świat... 2012-09-24

"Syty głodnego nie zrozumie". Tak w ogóle to zrozumienie innych jest bardzo trudne. Skoro sami często siebie nie rozumiemy. Jesteśmy skażeni subiektywizmem, i bądź co bądź na świat co nas otacza patrzymy przez pryzmat siebie. Taka prawda.


Czy to źle? W jakimś sensie tak... Bo łatwo się pomylić, bo każdy jest inny, bo ... Tylko że tak naprawdę trudno się nam oderwać od naszych zwyczajów, oczekiwań i sposobu myślenia.


Choćby głośna sprawa otrzęsin z Lubina. Ja ks. Dyrektora Gimnazjum chyba rozumiem dobrze. I tymi atakami na niego mocno się wkurzyłem, bo pewnie gdyby mnie na obozie poprosili do podobnej roli Neptuna czy kogo tam to też bym się zgodził. I dałbym się wsadzić na minę jak on, zupełnie nie widząc w tym nic niestosownego. Dla mnie, dla niego, dla uczniów, dla ich rodziców, którzy byli przy tym to zabawa kompletnie oderwana od seksistowskich kontekstów. I choć może dekolty na zdjęciach rzeczywiście nie ciekawie wyglądają, to jednak człowiek pracując wśród młodzieży już się przyzwyczaił, że i oni nie wszystko  przewidzą i zauważają...


Ot takie tam Otrzęsiny. Zabawa i tyle. Ale może tak jest, bo nasze myślenie jest inne? Bo patrzymy przez pryzmat nas samych? Może nie powinniśmy się dziwić, że przywoływani przez media seksuolodzy, na co dzień zmagający się z bandą dewiantów już po pierwszym spojrzeniu w zdjęciach widzą podobieństwo do filmów pornograficznych o władczych mężczyznach i uległych lolitach?


Może nie powinniśmy się dziwić, że ktoś, kto od wielu lat jest przekonany, że ludzie idą "na księdza" dla kasy pasjonuje się w liczeniu ile ksiądz zarabia i gorszeniu się tym, że zmienia samochód czy zabiera młodzież na pizzę. Może to nie tylko jego wyrafinowanie i chamstwo, lecz szczera wiara, że walczy z tym nadużyciem i złem? 


Wkurzał mnie jeden znajomy, który co jakiś czas gdy się spotykamy podśmiewa się z celibatu i pyta jak tam moje życie (oczywiście seksualne)? I kompletnie nie może pojąć, że mając te 31 lat mogę żyć bez seksu i jest mi z tym moim celibatem dobrze. A może zamiast się na niego wkurzać, warto i mnie uświadomić sobie, że on patrzy na to przez pryzmat swego życia, swojej żony i "przyjaciółek" i stąd dla niego to jakiś kosmos...


Wczoraj proszono mnie o poświęcenie nagrobka na cmentarzu... Młody chłopak - dwa lata młodszy ode mnie... Zmarł półtora roku temu. Pytam się czy wypadek... Nie... Samobójstwo... Mówi mi jego młoda żona... Obok biega pięcioletni Aniołek - Kamilka... ich córka... Nie rozumiem, jak facet z taką żoną i ślicznym małym dzieckiem mógł tak po prostu je zostawić... Patrząc po mojemu - to głupie i bez sensu...


Jak zrozumieć innych? Czy można zrozumieć innych...


Dziś poszedłem do spowiedzi... Młody ksiądz mi mówi - Uważaj, świeccy nas do końca nie zrozumieją. Zrozumie cię dużo lepiej drugi ksiądz... A ja wręcz mu przerwałem, bo dziś znów spotkałem się z czymś zupełnie odwrotnym... Gdy to drugi ksiądz jakoś nie potrafi mnie choć po części zrozumieć jak świecki - przyjaciel... I mówię o tym, co mnie wkurza.... A  może po prostu on też na to patrzy przez swoje problemy? Może...


Rozmowa, szczerość, otwartość. uczenie się siebie. Ostrożność w wydawaniu opinii i sądów... "Nie sądźcie a nie będziecie sądzeni". Pytaj... nie zbłądzisz... Tak łatwo kogoś skreślić, zaszufladkować, potępić... Do tego... szkoda nerwów...


Jeszcze jedna scena... Bisztynek. Przy kościele. Kilka tygodni po moim przyjeździe na parafię. Złapałem znów na paleniu 13-latkę. Szlak mnie trafia... Takie dziecko... Potem rozmawiam o tym z jedną z nauczycielek... Gdy dowiaduję się o tym, co te dziecko przechodzi, o rodzinie i innych kwestiach... Proszę księdza, dobrze że tylko pali... Bo naprawdę - nie było i nie jest jej łatwo...


od celnika do handelisty 2012-09-22

Po tysiącu kilometrów w prałackiej toyocie jakoś dziwnie było się przesiąść do mojego "mundka". Choć mój jest mój... Choć jest pięć lat młodszy, choć nim zrobiłem kilometrów już z 80 tyś. Świat widziany z Prałackiej Toyoty jest nieco inny. Ale to chyba nie tylko sprawa auta... Lecz serca. Handeliści... Tak w seminarium w Kownie ich nazywali... Było ich czterech. Wszystko potrafili załatwić, wiedzieli gdzie zapukać, gdzie prosić, gdzie wymagać. Zanim mój szef poszedł do seminarium był logistykiem w jednej z wileńskich państwowych spółdzielni... Doświadczenie procentuje. Z kolejnymi kilometrami naszej podróży, przy kolejnych plebaniach, stołach, baniach obraz ich młodości nabiera kolorów i kształtów.  A domy otwarte... Tak jak ramiona. Nie tylko dla prałata, ale i dla mnie. Kwiaty od dziewczynek i prezent do kandydata do sejmu na spotkaniu kursowym księdza proboszcza mnie zaskoczyły? Dla mnie i dla Mindoga (wikariusz innego z księży) także?


Wspomnienie św. Mateusza - celnika. To chyba ich patron - handelistów... W Kapłaństwie jest miejsce dla wszystkich. Każdy może być dobrym narzędziem. Jeśli to co robi, robi uczciwie i dla Niego. Św.  Mateusz nie był wyjątkiem.


Nad Dźwiną 2012-09-19

Siedzę przy głównym placu łotewskiego Daugavpils... Choć na ile jest to miasto łotewskie? Łotysze stanowią tu znaczną mniejszość... Zaledwie 17 proc. To prawie tyle co Polaków. Wystarczy rozejrzeć się wokoło, wytężyć słuch - Rosjan jest tu ponad 50 proc. Dyneburg, Dineburg, Daugpilis, Dzwińsk... Miasto nad Dźwiną - a może nad Daugawą?


Przez wieki była to stolica Inflant Polskich. Miasto choć nie jest jakąś tam Mekką turystów było na mojej liście miast to odwidzenia. Nawet nie myślałem że trafię tu dziś...


Jak się to stało? Otóż ks. Proboszcz ma zjazd kursowy. Spotykają się 20 km od łotewskiej granicy - 50 od Dyneburga. Szukał kierowcy. Oto jestem... Po Mszy i obiedzie dostałem auto do dyspozycji. Mnie dwa razy powtarzać nie trzeba. 


Ora et biba 2012-09-17

Ach te Bisztyneckie weekendy. Dwa lata temu, co piątek czekałem na gości - Pawła i Karolinę. Ówcześni maturzyści - oazowicze przyjeżdżali do mnie 30 km z Biskupca by śpiewać w scholi, prowadzić grupę oazową, animować (czyt. ożywiać) wspólnotę w Bisztynku. Po tym jak ich - Biskupiecka padła, a nasza Bisztyniecka cierpiała na chroniczny brak animatorów był to układ wręcz idealny. Z gości stali się wręcz domownikami. I to nie tylko dla mnie - także dla księdza Proboszcza i naszej 80 letniej gosposi. Dla oazy, dla "salki", nawet dla Wspólnoty Krwi Chrystusa i pań chórzystek także :).


Ten weekend troszkę mi o tym przypomniał... Paweł (teraz już kleryk Paweł) wpadł na te dwa dni. Tyle że kilometrów jest już o 200 więcej. Ale jest i auto. Więc to nie taki problem. Po drodze zabrał z Bisztynka dwie moje "córcie": Anię i Martę, także dopełniały one tego Bisztynieckiego klimatu. Zupki chińskie, gra w Dixit, wspólna modlitwa brewiarzem, wyjazdy, spacery, Msza. Nawet język litewski, który gdzieś tam się sączył wokoło był jakiś taki nasz - prosty, zrozumiały. Był kolejną okazją do zabawy, rozrywki, wygłupów...


Jak już wczoraj pisałem - dziękuję za te dni.


Po ile ta miłość? 2012-09-16

Wszystko ma swoją cenę... różna jest waluta. Pieniądze? Nie zawsze. Czasem uśmiech, czasem czas. Niekiedy ból - także ten egzystencjalny. Coś, co nie kosztuje, dla nas ludzi nie ma wartości. Nie szanujemy. Nie doceniamy. Zapominamy. Bezwartościowe, zmarnowane chwile odchodzą w niebyt niepamięci. Ile razy łapałem się na tym, że nie pamiętam co jadłem na śniadanie, obiad? Ot. Było - minęło. W niebyt potrafi rozpłynąć się nie tylko półmisek - czasem Ewangelia, Msza, cały dzień... Życie. Kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem...


Co dla mnie jest ważne? Co cienię? Na czym mi zależy? Jak przezorny kasjer mam obliczać, szacować? Czy dać się porwać w szał zakupów? Serce wie, dla kogo bije. Wiara kosztuje. Życie wiarą kosztuje. Kapłaństwo kosztuje.


Dziś kosztuję tej słodyczy udanych inwestycji, te dwa dni to jak dzień wypłaty dywidendy z rzuconej na szalę miłości. Dziękuję wam moje ziemskie "procenty" - skarbu, który gromadzimy w niebie.


Ale z procentów żyć się nie da. Po dywidendzie czas wracać do pracy...


Jak powiadał Prałat Michoń - Pany! Biblia to życie.


(Mt 19,27-29) Piotr powiedział do Jezusa: "Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymaliśmy?" Jezus zaś rzekł do nich: "Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach i będziecie sądzić dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy".


piątkowa refleksja... 2012-09-14

Czekam na gości - kl. Paweł i dwie moje "córcie": Ania i Marta. Paweł zapowiedział się już wcześniej - jakiś tydzień temu. Korzysta z ostatnich dni studenckich wakacji. Dziewczyny już po wakacjach, stąd była to niespodzianka, jak wczoraj Marta dopytywała się, czy mogą na weekend się zabrać. To znaczy, że ich tu ciągnie..., że trochę tęsknią... A jakąś godzinę wcześniej uskarżałem się jednej osobie, że dużo się zmienia... że moje dzieci coraz mniej moje... że się starzeje i ten kontakt już nie taki jak kiedyś... Starość, tłumaczyłem, wzbudzając pewnie uśmiech...


Paweł będzie u mnie pierwszy raz, Ania drugi, Marta - sam nie wiem: czwarty? piąty? Miała być także w wakacje, ale nie wyszło... i może dobrze. Choć rodzice się zgodzili, to jednak zdecydowała, że posiedzi w tym czasie w domu z rodzinką. To była mądra decyzja. Zwłaszcza że miało to być po naszych dwutygodniowych rekolekcjach.


Ostatnie dni są troszkę dziwne. Z jednej strony dużo pracy, z drugiej - nie wiem co ze sobą zrobić... Ciężko mi się ogarnąć. Taki cały czas wybity. Może to też trochę przez pieniążki, których obecnie brakuje? Niby pieniądze to nie problem... Zawsze jest ktoś kto pożyczy, czy inne które się znajdą. Ale jednak jakoś ten spokój się mąci... To pierwszy miesiąc jak zrezygnowałem z dodatku od biskupa. Umawialiśmy się, że przez rok kuria będzie mi zwracać koszty pobytu (jedzenie, mieszkanie, ogrzewanie itd - 750 lt - miesięcznie). Minął już rok, więc choć nic nie mówili to się już nie zgłaszałem. A wydatków sporo. Do tego doszły wyjazdy do Bisztynka i do Bydgoszczy oraz paczki do Zambii. I choć pensja za sierpień była rekordowo wysoka, to po spłaceniu długów i zaległości nie zostało nic... Oddałem jednym, pożyczyłem od innych... Ale jakoś to będzie. Na dobre rzeczy pieniędzy żałować nie można... Dziś jeden z księży pytał czy nie wygłoszę rekolekcji adwentowych, wczoraj na marzec próbował mnie zaprosić inny (odmówiłem, bo po litewsku). Wiem, że będzie dobrze, ufam. Tylko ten zament we mnie i wokół mnie mnie męczy... Bo niby wiemy, ale...


żydzi, zambia i zdechły ksiądz.... 2012-09-12

Dziś rano padłem. Po kilku dniach wysokich obrotów zabrakło siły. Wstałem co prawda rano, odprawiłem Mszę, nawet pojawiłem się na chwilę w kuchni, ale jakoś nie miałem ochoty na jedzenie. Wziąłem tylko jogurt z lodówki i poszedłem do siebie. I padłem na łóżko... W stanie hibernacji, gdy sen mieszał się z rzeczywistością... Taki czeski film... Trwałem tak do południa - budząc się, zasypiając, czytając smsy i posty i śpiąc jednocześnie...A jeszcze rano mówiłem Virgisowi, że zaraz po śniadaniu wyjadę :)


Na te zmęczenie nałożyło się kilka spraw - przede wszystkim nieodespany zagoniony weekend, ale i dwa dni dyżuru, w dzień człowiek zdechły, ale co dziwne w nocy już się tak spać nie chce... Ciężko było zasnąć... A następny dzień podobnie... Do tego wczorajsza noc z paczkami... Jeszcze raz wszystko przepakować... Może nie wszystko - pewnie połowa darów dla Zambii jeszcze została. Wybierałem teraz do paczek te najpilniejsze rzeczy - czyli medyczne, buty, druga komórka, troszkę przyborów szkolnych, prawie wszystkie plecaki, piórniki, kilka maskotek i ciuchów (reszta zalega jeszcze u mnie w pokoju - będą czekać na kolejną paczkę). Na razie wyszły cztery 20 kg paczki, na tyle też zebraliśmy do dziś pieniążków. W południe załadowałem je i ruszyłem do Suwałk.


Na rogatkach miasta stała dwójka cudzoziemców. Zatrzymałem się. Mateo i Ella. Młodzi Żydzi z Izraela. Podróżują stopem z Indii do Włoch. Droga do Suwałk była dobrą okazją posłuchać troszkę o współczesnym Izraelu, babci która mieszkała przed wojną w Niemęczynie, jeździe stopem po Syberii, Mongolii i Chinach :) Dziś jadą do Warszawy... W Polsce są już drugi raz - pierwszy raz byli ze szkoły - obowiązkowa wycieczka do Oświęcimia. Ciekawa też mówili o służbie wojskowej - 3 lata mężczyźni, 2 lata kobiety. Mateo wykręcił się od wojska żółtymi papierami - Ella po 10 miesiącach uciekła z Armii - Depresja... Choć śmiejąc się stwierdzili, że są nienormalni tylko to tak na potrzeby armii... Ja zażartowałem, że może nie tylko - kto normalny wyruszy na 15 miesięcy szlajać się stopem po całym świecie... Słysząc ich piękny, gardłowy hebrajski zeszliśmy na temat Starego Testamentu, Paschy, a stamtąd już blisko do II ONŻ. Zanim ich wysadziłem na wylocie na Augustów posłuchaliśmy jeszcze jednej z pieśni hebrajskich - Hallelu et Adonai będącej podkładem w naszym filmiku z Paschy na Wigrach. A potem jeszcze see you... może kiedyś... gdzieś... Może w Izraelu... Zapraszają...


A ja wracam do miasta... najpierw na pocztę, gdzie panie, podobnie jak ja, miały okazję pierwszy raz wysyłać paczki do Zambii... Kupę papierów, deklaracje celne i inne rzeczy napawały mnie przerażeniem... Gorąca linia z Afryką podpowiada, że nie trzeba... Wystarczy tylko ogólnie... Pokazuję pani smsa z Afryki... Skoro tak, to ok. Skoro z Warszawy doszły... Uff... To teraz już z górki...


Następnym razem będzie prościej.


Filmik oglądany z Ellą i Mateo:







Effata - czyli o kółku wędkarskim i smutnych panach... 2012-09-11

Kilka dni temu, przy okazji rodzinnych uroczystości jeden z moich krewnych korzystając z obecności księdza pozwolił sobie opowiedzieć niedawno zasłyszany dowcip „branżowy”.


„Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty siedzą sobie w niebie i nagle słyszą jak ktoś dobija się do drzwi… Raz, drugi, trzeci… Wreszcie Jezus poszedł otworzyć… Patrzy, a tam papież Jan Paweł II. Wraca do pozostałych.
- No i kto to był?
- Pamiętacie te kółko wędkarskie, które założyłem na ziemi dwa tysiące lat temu? Nie uwierzycie – oni jeszcze działają”.


Niektórych ten dowcip gorszył, innych śmieszył… A mnie? Mnie nawet nie zdziwił.


 Wiele kółek wędkarskich pewnie padło, ba nawet może całe spółdzielnie rybackie. A Kościół trwa. Działa. I ma się nadal dobrze, czego skutkiem jest,  mówiąc językiem biznesu - to że nie tylko „zarząd, kierownictwo, rady nadzorcze” – jak papież, biskupi, księża, ale i kolejni szeregowi członkowie jeden za drugim szturmują niebo.


 Kluczem do zrozumienia tego jest „otwartość”. Gdy do Jezusa przyszli pierwsi ciekawscy „kandydaci na apostołów” z zapytaniem  „Nauczycielu, gdzie mieszkasz?” Odpowiedział im z nutą zagadkowości w głosie– „Chodźcie, a zobaczycie”.  Gdy upatrzył sobie Szymona Piotra, na swojego ucznia, zwrócił się do niego – :Zostaw te sieci, i pójdź za mną, a uczynię was rybakami ludzi”. Gdy Apostołowie po zmartwychwstaniu zamknęli się w Wieczerniku, szukając schronienia, bezpieczeństwa, własnego towarzystwa, Jezus przychodzi i mówi „Idźcie na cały świat, i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu…”


Chrześcijanie są więc ze swojej natury wezwani do „Otwartości”. W zeszłą niedzielę słyszeliśmy te słowa w Ewangelii – „Effata – Otwórz się!”. To nie tylko dotyczyło głuchoniemego, ale wszystkich – apostołów, faryzeuszy, nas…


Kościół potrzebuje tej świeżości i otwartości. Trzeba, mówiąc obrazowo, pootwierać okna i drzwi by go troszkę przewietrzyć, by wpuścić więcej Ducha Świętego – by działał, jak chce i kiedy chce. By prowadził, ożywiał, rozpalał i oczyszczał.


Do głównych przeciwników Jezusa Chrystusa zaliczali się nie ateiści, poganie – lecz faryzeusze. A warto wiedzieć, że byli to ludzie pobożni. Po pracy, wieczorami gromadzili się na spotkania i modlitwy w synagogach. Wymagali od siebie, od swoich dzieci, rodzin, a nawet gości i niewolników przestrzegania nie tylko 10 przykazań, ale aż 612 różnych praw i nakazów. Gardzili zdrajcami religii i ojczyzny, kolaborującymi z Rzymianami. Nie wstydzili modlić się publicznie, działali w myśl hasła „Jedna wiara – jeden naród” pamiętając, że dzięki temu zrośnięciu wiary i narodu udało się właśnie im odnieść zwycięstwo dwieście lat wcześniej w powstaniu Machabeuszy.  


Co takiego robili źle?  Gdzie tkwił ich błąd? Otóż, w tym, że wiarę, pobożność, modlitwy, to wszystko traktowali jako obowiązki, do których trzeba się przymusić, poświęcić…


Dziś też takich faryzeuszy mamy wielu w Kościele. Takich, którzy przymuszą się do przyjścia na Mszę, do przyjęcia księdza po kolędzie, nawet czasem do spowiedzi… Smutnych ludzi, spoglądających na zegarek, czekających, aż ksiądz skończy. Tłumaczących sobie, że są w stanie poświęcić tę godzinę w tygodniu, że  na gorsze rzeczy tracą czas… Niech Mu Będzie. Tyle Jego.


Kościół pełen smutnych, zamkniętych ludzi nie jest na pewno tym, który zakładał Chrystus. Do tego Kościoła mówi On także dziś „Otwórz się”. Szukaj mnie. Szukaj radości w swojej wierze. Dziel się nią. Wyrusz w nieznane. Martwisz się tym co posiadasz? Sprzedaj i rozdaj ubogim. Nie goń na oślep,  na skróty – wbrew swoim i bożym zasadom. Dojrzyj brata, siostrę. Dojrzyj swoją żonę i dzieci. Dojrzyj matkę i ojca. Daj im siebie, swój czas.


Przypomnij sobie o uczynkach miłosierdzia co do ciała – głodnych nakarmić, spragnionych napoić, podróżnych w dom przyjąć, nagich przyodziać, więźniów pocieszać , chorych nawiedzać, umarłych pogrzebać…   Wykorzystaj jak najlepiej każdą chwilę - To da ci prawdziwą radość. Bo to jest Miłość – a miłość to Bóg.


piękne stopy 2012-09-10

Jak piękne są stopy tych, którzy zwiastują dobrą nowinę! Rz 10,15







Polecam ciekawe fragmenty programu o rekolekcjach autostopowych.


 


Przypominają mi się często moje dawne akcje z podróżowaniem stopem. Po Polsce, ale i po Słowacji, Niemczech, Holandii, Litwie, Łotwie... Było tego troszkę. Tak jak w audycji opowiadają, autostop jest okazją do spotkania się, rozmowy, dzielenia się radością - także radością z wiary.


Choć teraz czas jak i warunki nie bardzo mi pozwalają w ten sposób podróżować (jako dwu metrowy, potężny facet po trzydziestce pewnie nie miałbym zbyt łatwo...) nadal jednak mam kontakt z Autostopem... Tyle że z drugiej strony.


W ostatnich miesiącach wiozłem już Czechów, Australijczyka, Francuza, czarnego Szwajcara, Rumuna i dziesiątki Polaków i Litwinów... Czasem bliżej, czasem dalej... Najczęściej na trasie Marijampole - Suwałki... Latem jest to dość populary szlak autostopowy.


Tydzień temu trafili mi się jednak troszkę "dalsi": podróżni. Dwóch licealistów z Suwałk chciało się dostać do Olsztyna na koncert jakiegoś tam zespołu. Sympatyczni, młodzi, może troszkę nieśmiali, bo to dopiero początki ich autostopowania. Akurat jechałem do Olsztyna na pogrzeb ks. Piotra. "Nie ma problemu, tyle że - uprzedzam - będę jechał troszkę na około - przez Kętrzyn". Muszę podrzucić kilka rzeczy do p. Darii, mamy dwójki oazowiczów. -


W trasie zaczynają się rozmowy. Nie zorientowali się chyba od razu, że jestem księdzem, choć w koszuli kapłańskiej, a alba i sutanna leżą z tyłu na siedzeniu... Dopiero po jakimś czasie to wyszło w rozmowie. Jeden nawet był kiedyś ministrantem, ale dziś ich drogi się troszkę z Kościołem rozeszły... Bo księża są tacy... Bo Kościół to... Droga idzie bardzo sprawnie, w Kętrzynie byliśmy na tyle wcześnie, że lecąc z rzeczami do p. Darii nie zostawiam już chłopaków w aucie, lecz proponuję by ze mną weszli na kawę, na 15 min...


Pani Daria wyściskała nas, przyjęła z wielką radością. Chłopaki w szoku. Kot się do nich łasi. Uśmiechają się także do nich świeżutkie i pyszne eklerki, czy też ptysie... Wszystkie mają zniknąć. Nie mówiłem, że to stopowicze, P. Daria pyta, a może raczej stwierdza, że pewnie do Kawkowa jedziemy (dzień później ma być dzień wspólnoty, a ci młodzi agnostycy spokojnie z wyglądu uszli by za oazowiczów). Mówię, że do Olsztyna, ale już tam nie wchodzę w szczegóły. Są ważniejsze tematy, a czasu naprawdę mało, stąd tempo rozmowy, picia herbaty i wcinania ciastek jest co najmniej podwojone.


Po wyjściu od Pani Darii chłopaki są w szoku. Jaki niezwykły dom - taka gościnność. Ich, obcych ludzi przyjęto jak najlepszych znajomych. Zero bariery, granic, oporów... Potem jeszcze jazda z Kętrzyna na Olsztyn skrótami - m.in. szutrem za Św. Lipką ściąłem kilka kilometrów. W Olsztynie na Starym Mieście jesteśmy 15 min. przed Mszą pogrzebową. Prawie trzy godziny wspólnej podróży dobiegło końca. Ich drugi w życiu stop (wcześniej jechali do Ełku także na koncert) wpisuje się w ten klimat "Pięknych Stopów" choć z drugiej strony. Od strony ewangelizowanych - bombardowanych dobrocią Pana Boga:)




Urodziny i paczki 2012-09-08

Cztery dni w Polsce. Od czwartku jechałem do Babci na jej 80 urodziny. Za chwilę zaczniemy Mszę. Są już wszystkie dzieci, większość wnuków i prawnuków. Przypomina mi się jak jeszcze kilka lat temu płakała mi babcia, że nie dożyje moich święceń. Dożyła, przeżyła, sześć kolejnych lat minęło. Byłem dziś z rana na kawie, i muszę powiedzieć, że bardzo dobrze wygląda. Nawet lepiej niż te 6 lat temu... Zdrowie wróciło. I chwała Panu.


Te 500 km z Mariampola do Bydgoszczy pokonałem na raty. Śmiałem się, że się starzeję. Tyle postojów, nocleg... Do tego trasa z Olsztyna do Torunia mocno mnie zmęczyła. Dawno tamtędy nie jechałem. Najgorsze te korki w Nowym Mieście i Brodnicy.


Wyjazd do Polski wykorzystałem także do zebrania rzeczy do Afryki. Już gdy wysyłaliśmy ją 3 tygodnie temu myśleliśmy o paczkach. Zwłaszcza, że nie wszystko udało się kupić przed wyjazdem i zabrać im (jej i Beacie ze sobą). W akcję "Paczka dla Zambii" włączyło się kilkadziesiąt osób. Od czwartku do dziś zbierałem rzeczy od znajomych z Kętrzyna, Bisztynka, Łęgajn, Olsztyna, Torunia i Bydgoszczy. Wszystko po trasie przejazdu. Dorzuciła się także Warszawa. Cała akcja zaskoczyła mnie mocno. Dziś gdy w domu rodziców to pakujemy i ważymy przecieram oczy ze zdumienia. Tego jest tyle...Lekarstwa, rękawiczki, ubrania, zabawki, rzeczy do szkoły. Ludzie są niezwykli. Dobrze też, że trochę osób dorzuciło pieniążki na paczki. Bo to, co do tej pory spakowaliśmy to już ponad 100 kg. A jeszcze na trochę zabrakło kartonów. Ostro.


To będą dobrze wydane pieniążki. Jeszcze raz wszystkim dziękuję. Jesteście wielcy.


Parafialne przemeblownia 2012-09-04

Nowy rok pracy na Litwie zapowiada się ciekawie. Na pewno inaczej, jak zeszły. W piątek wieczorem Vitalius - drugi z wikariuszy przywitał mnie w zakrystii ciekawą nowiną. - Został mianowany proboszczem. Z nami będzie więc jeszcze ze dwa lub trzy tygodnie i przed końcem września ma już objąć dwie osierocone parafie - poprzedni proboszcz zmarł tragicznie w wypadku motorowym w Niemczech.


Oczywiście w miejsce Vitaliusa biskup nie przyśle nikogo. Będziemy musieli sobie radzić bez niego. Dojdą więc dwa dni dyżurów, dojazd - Daukszai do obsługi w niedzielę, no i dość dużo pogrzebów, ślubów i chrztów, bo co jak co, Vitalius brał ich dość dużo - pewnie 1/3 wszystkich.


Z Virgiliusem rozmawiałem też o ministrantach, bierzmowanych i podobnych sprawach. Teraz, gdy na papierze będę jedynym wikariuszem (choć funkcję wikariuszy pełnią jeszcze dwaj księża - to jednak nimi nie są: Virgis jest kimś w rodzaju rezydenta, Marius jest proboszczem sąsiedniej parafii, w której ma postawić kościół), jasne się stało, że te sprawy będą leżały w moich kompetencjach. Mam nadzieję, że się uda coś zrobić, troszkę podziałać, bo w tych sprawach jest w naszej parafii dużo zaniedbań...


 


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]