_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
ks. Piotr 2012-08-31

W poniedziałek nad ranem zmarł ks. Piotr Ilwicki. Dowiedziałem się o tym od Ks. Arcybiskupa, który akurat odwiedzał nas na Litwie. Pamiętam go przede wszystkim jako wspaniałego spowiednika - sam jestem mu wdzięczny za niejedną sakramentalną rozmowę... Spotykałem go w katedrze, w kurii, w seminarium. Starszy, zawsze uśmiechnięty, dobrotliwy ksiądz. Pamiętam go też z czasu, gdy kończyłem przygotowywać książkę o rządcy diecezji - ks. W. Zinku. Ks. Piotr pomagał uzupełnić brakujące miejsca, te na które nie zachowały się żadne źródła pisane. Zachwycając się wówczas niezłomnością i niezwykłością bohatera mojej monografii nawet nie myślałem, jak wielki człowiek kryje się w tym, niepozornym dziadku, który mi o nim opowiada...


Pogrzeb zgromadził tłumy. Szacuję, że było ponad 100 księży, kilkadziesiąt sióstr zakonnych i pełne ławki wiernych w olsztyńskiej konkatedrze. W końcu w tym mieście, w tym kościele przez ponad 40 lat posługiwał, odprawiał, spowiadał. Kazanie biskupa Juliana dopowiedziało resztę. Biskup, niczym kronikarz, słowo po słowie, swoim już mocno zużytym, ale nadal mocno zapadającym w pamięć głosem ukazywał życie ks. Piotra - od narodzin po śmierć... Nic więcej... Nie szedł w wielką teologię. Nie ocierał płaczącym łez. Nie stawiał typowych dla pogrzebu pytań - Dlaczego? Nie było takiej potrzeby - Życiorys wystarczył.


O wielu rzeczach nie wiedziałem. My młodzi, czasami myślimy, jacy to z nas kozacy... Kto by pomyślał, że w tym pogodnym ś.p. Księdzu Piotrze, ukryty jest inny Piotr - taki, którego życiorysem można by obdarzyć kilkanaście osób...


Urodził się w 1924 roku w Rumunii, niedaleko znanego z lekcji historii Chocimia  - w trzecim pokoleniu emigracji. Rodzice chcieli go posłać do szkoły oficerskiej. Tyle że musiałby przejść na Prawosławie. O tym nie było mowy. Rodzice zdecydowali się wrócić do Polski. Zamieszkali w Nowej Wilejce. Młody Piotr, który znał już język polski i rumuński, szybko nauczył się jeszcze litewskiego. W Wilnie zastała go wojna. Miał wtedy 15 lat. Zapisał się na tajne komplety i bodajże w 1943 roku potajemnie zdał maturę. Niedługo potem Niemcy wywieźli go na roboty. Najpierw w kilku miejscach okupowanych państw bałtyckich (Litwa, Łotwa, Estonia), potem wgłąb Rzeszy - gdzie trafił do fabryki ukrytej w górach, w kopalnianych chodnikach. Tam nauczył się niemieckiego. Wyzwoliły go wojska sprzymierzone. Trafił do Francji, gdzie szybko opanował kolejny język. Zdecydował się także wstąpić do polskiego seminarium w Paryżu. Jego rodzice w tym czasie zostali wysiedleni z Litwy i zamieszkali w Giżycku - wówczas była to diecezja warmińska. I chociaż ks. Piotr, nigdy wcześniej nie był na Warmii, to jednak zdecydował się by być kapłanem tej właśnie, naszej diecezji. Święcenia przyjął w 1952 roku z rąk późniejszego papieża - Jana XXIII. Pozostał jeszcze we Francji, gdzie kontynuował studia z teologii moralnej i prawa kanonicznego, opiekował się polską emigracją, był kapelanem w jednym z klasztorów, jakiś czas także wykładowcą w polskim seminarium. W 1958 roku, w wakacje zdecydował się pojechać na Warmię i Mazury - odwiedzić rodziców i spotkać się z Biskupem. To drugie spotkanie mocno go zaskoczyło. Ksiądz zostaje tu. Dostał dekret na wikariusza w Biskupcu. W Paryżu pozostały jego rzeczy, książki, pożyczone pieniądze, motocykl, niedokończony doktorat. Prośba biskupa to dla nas rozkaz... Dekret wykonał i przyjął pierwszą i jedyną nominację na parafię. Dwa miesiące później drugi dekret. Biskup zabrał go do siebie do Kurii, w której na przeróżnych stanowiskach od notariusza po viceoficjała sądu spędził praktycznie resztę życia. Zawsze dokładny, prawie doskonały. Skrupulatny. Rządny wiedzy. Przy tym pogodny, prosty, życzliwy. Oddany ludziom. Mimo, że cały czas urzędnik, to jednak w tym wszystkim zawsze kapłan i duszpasterz.



Przy grobie jego bratanek opowiedział ciekawą historię. Otóż kiedyś stryj odprawiał w Giżycku Mszę. Pełen kościół. Dojrzał starszą panią, która nie miała gdzie siedzieć. Przerwał więc na chwilę, wziął krzesło od ministrantów i zaniósł jej, nie przejmując się, że jest w ornacie. Gdy niektórzy kręcili nosem, że to niewłaściwe, on przed oczami miał Chrystusa, któremu też nie wypadało przerywać ostatniej wieczerzy, by nogi uczniom umywać...


Taki był ks. Piotr. Zawsze Wierny. Gdziekolwiek był, Od Rumuni, przez Litwę, Niemcy i Francję... Kapłan warmiński. Nie z urodzenia - z wyboru. I wierny Bogu i Warmii do końca.


spotkania nieobojętne 2012-08-28

Jakieś 12 lat temu któryś z naszych warmińskich filozofów - chyba ks. Ewertowski - zlecił mi przygotowanie referatu na temat personalizmu uniwersalistycznego. Tak się zaczęła, na pierwszym roku seminarium,  moja przygoda z współczesną filozofią... Jedna z głównych tez ówczesnej pracy brzmiała tak - człowiek stworzony został dla relacji - staje się osobą, dzięki wchodzeniu w relacje z innymi, dzięki spotkaniom, rozmowom, dzieleniu się sobą...


Dzisiejszy dzień był wypełniony spotkaniami... Zaczęło się od Mszy, która jest spotkaniem Osób, potem moje babuszki z Legionu Maryi... Już stęskniły się za mną i w sobotę pytały się czy będę na naszym cotygodniowym spotkaniu, bo ostatnio z powodu urlopu, wyjazdów, dyżuru w kancelarii czy też innych obowiązków nie miałem jak...  Radość, że ksiądz się nie obraził... że ksiądz ma dla nich czas... Dla mnie też radość... Bo zmuszają mnie one do mówienia po litewsku... Nie tylko do czytania, ale właśnie do dzielenia się z serca. Może jeszcze pokracznie, może niezgrabnie, ale to właśnie na tych spotkaniach mogę mówić to co naprawdę chcę, a nie tylko to co potrafię...


Potem jeszcze spotkanie z biskupem - naszym, warmińskim... Przyjechał w gości odwiedzić ks. Proboszcza i przy okazji także mnie. Ks. Proboszcz miał jeszcze umówione spotkanie w Komendzie Policji. Prosił więc by do jego powrotu podejmować gości... To nasze spotkanie z Arcybiskupem było bardzo sympatyczne. No i nad podziw długie... Chyba jeszcze nigdy nie mieliśmy okazji tak długo rozmawiać... :) Aż czułem że wyczerpują się tematy :) Po półtorej godzinie pojawił się proboszcz, a ja mogłem udać się troszkę do siebie...


Wieczór przyniósł kolejną radość. Spotkanie na skype. Jak to dobrze, że jest ten internet... Kilometry nie grają roli, a radość dzielona z innymi się pomnaża...  Radość, bo czas dziś nie gonił... zatrzymał się... i pozwolił być dla siebie...


Dzień skończył się jeszcze jednym spotkaniem - z kuzynem Michałem i jego żoną Olą... Byli u mnie od soboty, tyle że dziś wybrali się do Wilna. W drodze powrotnej zajechali jeszcze po rzeczy... Potem herbata/kawa/sok ostatnie chwile rozmowy i w dalszą drogę...


A ja zostaję sam...


Nie, nie sam... Bo przecież z każdego tego spotkania zostaje coś we mnie... Bo nawet jak wszystko się kończy... nic się nie kończy... Wszystko trwa... Samotność? Póki co nadal nie wiem, co to znaczy... Ja chyba nigdy nie jestem sam... Dziękuję ci Panie, za tych, których mi dałeś...


Spotknie z Chestertonem 2012-08-24

Myślałem by te dwa dni wolne - wczoraj i dziś - wykorzystać na czas skupienia... Zazwyczaj jeżdżę do Wilna, gdzie mam swój kąt do rozważań u s. Jezusa Miłosiernego. Tam też najczęściej chodzę do spowiedzi do księdza z Ostrej Bramy. Niestety, w tym tygodniu się nie udało. Z różnych powodów... Jedno to stan konta oscylujący po wakacjach w okolicach zera absolutnego i prawie suchy bak, drugie wpisana dziś  na rano Msza... Do tego wczoraj Virginus miał gości i prosił o zastępstwo w kancelarii. O ile Mszę można by jeszcze z Mariuszem pozamieniać, to już odmówić Virginiusowi zastępstwa byłoby nie fair. Zwłaszcza, że na niego zawsze można liczyć... Zamiast więc skupienia wyszły dwa dni odpoczynku w domu. By jednak choć coś duchowo skorzystać postanowiłem zabrać się za lekturę duchową. - tym razem na warsztat poszedł G.K. Chesterton i jego dwa felietony - Uparta Ortodoksja i Dlaczego Jestem Katolikiem?


Nie wiem czy Chestertona trzeba tu przedstawiać - jest wujek google - więc ograniczę się tylko do wzmianki, że obok Levisa i Tolkiena był on jednym z bardziej znanych angielskich intelektualistów, o mocnych chrześcijańskich przekonaniach - świetny apologeta, a dziś także sługa boży.


Popołudnie w kancelarii sprzyjało czytaniu. Po lekturze,  zwłaszcza urywków dotyczących porównania katolicyzmu z protestantyzmem (Chesterton był neofitą - nawrócił się na mocno wtedy niepopularny w Anglii "papizm" w roku 1922), dużo myślałem jeszcze o Kościele.


Kilka ciekawszych fragmentów przywołam więc tutaj:


"Protestantyzm, jak go tu rozumiemy, jest czymś albo pozytywnym, albo negatywnym. Jeśli jest pozytywny, jest bez wątpienia martwy. Na ile stanowił system konkretnych, specyficznych wierzeń, na tyle odszedł do lamusa. Praktycznie nikt dziś nie wyznaje autentycznej doktryny protestanckiej – a już z pewnością nie protestanci. Do tego stopnia stracili wiarę we własną religię, że niemal z kretesem zapomnieli, na czym polegała. Gdyby zapytać współczesnego człowieka, czy zbawienie duszy osiąga się wyłącznie dzięki teologii, czy też dobre uczynki (na rzecz ubogich, dajmy na to) pomagają nam na drodze do Boga, człowiek współczesny odpowie bez wahania, że milsze są chyba Bogu dobre uczynki niż teologia. Byłby najpewniej bardzo zdumiony, gdyby mu powiedzieć, że przez trzy stulecia wiara w samą wiarę cechowała protestantów, podczas gdy wiara w dobre uczynki stanowiła haniebny wyróżnik niegodziwych papistów. (...) Jeśli zwyczajny Anglik w ogóle wierzy w Boga, a nawet jeśli i nie wierzy, z całą pewnością woli Boga, który stworzył wszystkich ludzi do radości i który chciałby ich wszystkich zbawić, niż Boga, który celowo stworzył niektórych ludzi do nieuchronnego grzechu i nieskończonego cierpienia po śmierci. A na tym właśnie polegał cały spór; i to katolicy wyznawali ten pierwszy pogląd, podczas gdy protestanci wyznawali ten drugi. Człowiek współczesny nie tylko nie podziela, lecz nawet nie pojmuje nienaturalnej odrazy purytanów do wszelkiej sztuki i wszelkiego piękna związanego z religią. A przecież był to autentyczny protestancki protest. Jeszcze w czasach wiktoriańskich protestanckie matrony gorszyły się na widok białej sukni, nie mówiąc już o barwnym ornacie. W każdej praktycznie kwestii, w której tylko Reformacja postawiła Rzym w stan oskarżenia, Rzym został od tamtej pory uniewinniony zgodnym werdyktem całego świata."


Dalej pisze jeszcze: "Owszem, jest najzupełniejszą prawdą, że w Kościele katolickim tuż przed Reformacją istniało wiele zła prowokującego do buntu. Próżno by jednak szukać takiego zła, które Reformacja naprawiła. Na przykład, na skutek zepsucia klasztorów jakiś bogaty magnat mógł zabawiać się w patrona czy nawet w opata albo korzystać z dochodów należących w teorii do bractwa miłosiernego i ubogiego. Ale jedyne, co uczyniła Reformacja, to pozwoliła temuż bogatemu magnatowi zagarnąć cały dochód, przywłaszczyć sobie cały klasztor, obrócić go wedle fantazji w pałac lub chlew i całkowicie wykorzenić ostatnie wspomnienie ubogiego bractwa. Najgorsze cechy doczesnego katolicyzmu zostały jeszcze pogorszone przez protestantyzm. Ale najlepsze cechy przetrwały jakoś czasy zepsucia; ba, przetrwały nawet czasy reform. Trwają do dziś we wszystkich krajach katolickich, gdzie religia jest barwna, poetyczna i powszechna. Widać je również w praktycznej mądrości, która mogłaby udzielać lekcji psychologom. I do tego stopnia znajdują dziś potwierdzenie, po czterech wiekach osądu, że każda z nich jest naśladowana nawet przez tych, którzy je potępiali. Niestety, naśladownictwo często przeradza się w karykaturę.
Psychoanaliza to spowiedź bez bezpieczeństwa konfesjonału;
komunizm to ruch franciszkański bez umiarkowania i równowagi Kościoła;
zaś amerykańskie sekty, które przez trzy stulecia ciskały gromy oburzenia na papistowski teatr, odwołujący się do zmysłów, teraz „uatrakcyjniają” swoją liturgię, wyświetlając teatralne filmy i kierując promienie różowego światła na głowę kapłana. Gdybyśmy to my używali promieni różowego światła, nie na kapłana byśmy je kierowali."


To tyle z Chestertona - z "Dlaczego jestem Katolikiem?" - teraz jeszcze troszkę ode mnie...


Lekarstwem na choroby Kościoła nie jest odejście od doktryny, szukanie drogi na skróty, lecz jak pokazuje historia Kościoła - "Obskura" czyli zaostrzenie, powrót do pierwotnych reguł, zasad... Dziś też takiej obskury w naszych sercach potrzeba. Przypomina mi się nasz profesor - ks. Sławomir Ropiak. Kiedyś zauważyłem, że zawsze jest on w stroju duchownym - przynajmniej w koszuli pod koloratkę... Gdy zapytałem go jeszcze jako kleryk, troszkę się dziwiąc on żartem odpowiedział, że w ten sposób codziennie rano odpada mu problem w co się ubrać...:)


Im mniej księża przypominają księży - swoim życiem, wyglądem, modlitwą, - tym łatwiej im zapomnieć, kim są i po co są...


To tak troszkę jak morał z anegdotki sprzed 12 lat: Rok jubileuszowy - 2000, Dwóch księży siedzi przed domem emeryta... Oj Witek... A myśmy się spodziewali, że na ten rok 2000 to papież celibat zniesie... A on nam dołożył czwartą część różańca...


Jak człowiek zajmie się czymś pożytecznym to i na głupoty czasu nie ma... A modlitwa to powinien być nasz chleb powszedni...


Ja tu tylko sprzątam... 2012-08-22

Dziś tak siedząc w kancelarii czekając na kolejnych parafian-interesantów postanowiłem troszkę zatrzymać się nad "Byciem Księdzem". Ciężko mi sobie nawet wyobrazić, jakby wyglądało moje życie, gdybym 7 lat temu, tuż przed diakonatem zrezygnował... Gdyby tamta, chyba ostatnia w seminarium "walka duchowa" - "To be or not to be" i wydeptywane kamienie wokół sanktuarium w Gietrzwałdzie zakończyła się inaczej...  Pamiętam tamtą spowiedź - zwłaszcza że trafiłem do księdza, który po wielu latach powrócił do kapłaństwa...


Decyzji nie żałuję... Nie wyobrażam sobie innego życia... Kapłaństwo to łaska, radość, dobro. To tysiące spotkań i zaskakiwań - Bóg każdego dnia daje nowe wyzwania i nowe spotkania, które traktuję jako niespodzianki - Czym dziś mnie Pan Bóg zaskoczy :)


Wtedy, na początku tej drogi kompletnie nie wiedziałem co mnie czeka -> była to droga w nieznane... Człowiek co prawda patrzył na innych księży i zastanawiał się: Czy ja też taki będę? Czasem patrzył z nadzieją, czasem z przerażeniem, obawą... Bo księża są różni...ale do końca nie wiedział, tak jak małżonkowie nie wiedzą co będzie za 3, 5, 10 lat...


Kościoła i kapłaństwa uczyłem się patrząc przez pryzmat kapłanów... Czasem zimnych, dystyngowanych - jak prałat Tadeusz - książąt Kościoła. Czasem prze pryzmat Bożych Szaleńców... Czy pogodnych dziadków... Dobrze, że w tamtym czasie nie znałem żadnych rozpitych i rozgoryczonych życiem...


Ciekaw jestem, czy dziś ktoś patrząc na mnie, na moje życie też nie przekłada tego na obraz całego Kościoła, wszystkich księży... Jaki to jest obraz? Czy patrząc na mnie, można dostrzec Boga? Dostrzec tego, w którego imieniu się trudzę, dla którego biegam, żyję, przemawiam, służę? Czy może widać tylko mnie, moje pomysły i ambicje?


Bycie księdzem to nie tylko praca na siebie - na swój rachunek... To także praca na innych - tych co po nas przyjdą... Na kolejne pokolenie księży... Jako księża zbieramy często owoce pracy poprzedników. To że ludzie nas szanują, że łatwiej się często dogadać w wielu kwestiach, że idą na rękę (pozdrawiam policje z Kalwarii - że wam się chciało w nocy za mną jechać), czy nie boją się powierzyć swoje dzieci, wnuki to nie nasza zasługa.... To że przychodzą się wygadać, jak jedna pani dziś - wygadać, wypłakać... to też nie moja zasługa - widzieliśmy się do tej pory raz przed kościołem. Dzwoniąc dzwonkiem na kancelarię nawet nie wiedziała który ksiądz tam będzie... Przychodząc do mnie wspominała starszego prałata z Toronto, z którym niegdyś, gdy jeszcze mieszkała w Kanadzie, nie raz o tych problemach rozmawiała....


Czy i ja się wpisuję w tę listę, ten ciąg, w ten łańcuch dobra... jakiemu na imię Kościół?


Niedawno czytałem na jednym z blogów fragment, w którym jak w zwierciadle widziałem pewne wypowiedziane prze ze mnie niegdyś słowa... One do mnie znów przemawiają...


"Nie zawsze da się dawać z siebie wszystko. Kiedy obowiązków jest za dużo, nie da się wszystkiego dopilnować, wszędzie czuwać i być zawsze przygotowanym. I chyba o to chodzi. Bo to nie ja mam tu być na 100%. To Pan Bóg ma być na 100%!"


Zwłaszcza to - "nie ja mam być na 100 proc." - Czy sobą nie przysłaniam, Tego, dla którego ja tu tylko sprzątam? To pytanie dla mnie na dziś i jutro... Niech te dni będą troszkę jak dzień skupienia...


smutny pogrzeb - nikt nie płakał... 2012-08-21

Dziś prowadziłem kolejny pogrzeb - początkowo liczyłem je, teraz sam już nie wiem: trzydziesty, może czterdziesty...


Pogrzebów tu mamy naprawdę dużo. Dzisiejszy - ś.p. Leonardasa był jakoś mocno smutny... I nie chodzi mi tu o łzy, emocje... Raczej o nijakość... Nie zresztą pierwszy raz miałem takie odczucie, ale dziś pomyślałem, że o tym wspomnę.  Generalnie obrzędy pogrzebu są tu mocno skrócone... Mszę odprawia się rano - przychodzi na nią zazwyczaj tylko najbliższa rodzina... Msza jest ładna, połączona z jutrznią żałobną (tzw. egzekwie), czasami z kazaniem, ale to nie to samo, co Mszą z ciałem, w kaplicy na cmentarzu, czy w kościele parafialnym. Potem, najczęściej między 11:00, a 14:00 gromadzimy się w którejś z kaplic pogrzebowych (cztery w mieście), tam jest krótka modlitwa, pożegnanie ze zmarłym, zamknięcie trumny i do samochodów. Przejazd na cmentarz zajmuje częściej więcej czasu niż te modlitwy... Potem jeszcze Stacja Przy grobie, która składa się z poświęcenia grobu, modlitwy wiernych, Ojcze Nasz i zasypania grobu przy śpiewie Anioł Pański i Marija, Marija... Wszystko trwa zwykle między 30 a 45 min.


Dzisiejszy pogrzeb zrobił na mnie takie dziwne wrażenie, może także przez to, że było naprawdę nie dużo osób... Do tego widać było oszczędność - panów z firmy pogrzebowej było tylko dwóch - (kierowca karawanu i busa, którym część żałobników jechała). Jakiś dziadek z rodziny zwołał trzech chłopów (jedyni jacy byli - reszta to z 10 kobiet i z trójka dzieci), by wnieśli trumnę do karawanu... Na cmentarzu nie było komu nieść krzyża... Karawan wiózł trumnę pod sam grób... Przed nim bez składu szli ludzie z kwiatami, za karawanem z pięć osób z najbliższej rodziny... Śpiewacy (zawsze bierze się trzy osoby, które śpiewają w kaplicy i na cmentarzu) miałem wrażenie, że śpiewają tylko dla siebie... nikt ich nie słuchał... Ot, są, bo są...


Dziwny to był pogrzeb... Nie chciałbym takiego... Niby zmarłemu to już wszystko jedno, ale jednak... Jak ludzie się starają, jak przyjdą, jak płaczą, to przynajmniej człowiek tam w niebie wie, że komuś go będzie na ziemi brakowało...


Pożegnanie z Afryką 2012-08-20

Agatka jest już w Afryce. Jutro będzie tydzień od jej wyjazdu. Rok wolontariatu w Zambii, wśród dzieci z Mansy rozpoczęty. W raz z nią i Beatką tam do Afryki poleciało troszkę mojego serca.


Niektórzy, ci co mnie znają lepiej wiedzą, że nie jest to dla mnie tylko zwykła była parafianka. Ja w ogóle jestem jakiś dziwny, bo bardzo się przywiązuje do ludzi. Generalnie nawet do osób z którymi spędzi się zaledwie kilka/kilkanaście dni pozostaje wielki sentyment, życzliwość, pamięć i pragnienie kolejnych spotkań. Jeśli chodzi o młodszych - z pielgrzymki, oazy, szkoły czy parafii - najczęściej mówimy tu o relacji ojcowskiej, po części staram się traktować ich wszystkich jak swoje dzieci, troszkę wychowując, trochę rozpieszczając... Z Agatą, jej siostrą Milenką i całym tym starszym środowiskiem Bisztynecko-Biskupieckim była i jest to relacja nieco inna.


Gdy przychodziłem do nich do parafii oni już wszyscy byli na wychodnym - po szkołach, po maturze... najmłodsi z nich zaczynali studia. Widywaliśmy się okazjonalnie, gdy wracali na weekendy czy na święta do domu, gdy udało się ich wyciągnąć na jakieś rekolekcje. Częściowo znałem ich wcześniej - w końcu to oazowicze, tak jak ja...  Ale to była wtedy tylko tak znajomość na Szczęść Boże-Cześć - ot taki fajny ksiądz, ot tacy spoko ludzie... I tyle. Dopiero ta praca duszpasterska w Bisztynku mocno nas do siebie zbliżyła. I chyba tak po roku, po dwóch uczenia się siebie stałem się dla nich trochę jak starszy brat, a ich domy, zwłaszcza ten na Struga troszkę jak namiastka rodzinnego domu,  do którego ze względu na odległość - ponad 250 km ciężko było się wybrać zwłaszcza w tak rodzinne chwile jak święta...Kiedy po pasterce można było wpaść spałaszować pieczonego indyka, posiedzieć, pogadać, pośpiewać, powygłupiać się...


Praktycznie do końca pracy w Bisztynku z wszystkimi z tej grupy pozostawaliśmy na "ksiądz". Mimo to stali się oni dla mnie mocno bliscy. Zwłaszcza Agatka, na którą mogłem liczyć zawsze, gdy była potrzebna pomoc - była z nami i jako kucharka na rekolekcjach, i jako muzyczna. Kiedy trzeba służyła za kierowcę i towarzysza podróży, jak chociażby nasz wyjazd z młodzieżą do Austrii. Gdy w zeszłym roku zbierałem się do wyjazdu na Litwę także mimo różnych innych planów była na pożegnaniu jakie robiliśmy w ostatni weekend czerwca wraz z moimi 30 tymi urodzinami...


Trudno więc było mi teraz nie pojechać żegnać jej na Okęcie, gdy przyszedł czas na jej zambijskie misje. Msza św. o 3:30, nieprzespana noc, zamieszanie z dojazdem wszystkich na lotnisko, to przecież tak naprawdę niewiele... Może niektórzy zaglądając na stronę Bisztynka zdziwili się troszkę - "O! a co tam robi ksiądz Sławek? Jeszcze go tam nie było?" i  mają troszkę racji... Pierwszy raz byłem na Okęciu. Tam jednak zabraknąć mnie nie mogło... Cieszę się niezmiernie, bo żegnaliśmy naszą siostrę i przyjaciółkę, żegnaliśmy bez łez, z radością, bo przecież to nie zsyłka, nie za karę - lecz wierzymy, że to misja, do której przeznaczył ją Bóg i Kościół.


Modlę się za nią już długo, od czerwca także papież modli się za nią (udzielił jej na pracę misyjną swojego błogosławieństwa), teraz więc i wam polecam  blog Agatki i zapraszam do tej naszej wspólnej modlitwy.                


           


Bo każdy koniec to także początek... 2012-08-18

Życie to Ruch - a tego ruchu w ostatnich dniach wiele... tysiące kilometrów, wiele miejsc, emocji, spotkań... wizyty w kilku rodzinach, a i kilku rodzin u mnie, zwłaszcza moich dziadków...I życie gna dalej, a ja wraz z nim... za św. Pawłem mogę powiedzieć...


"zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie" (Flp 3, 14).


Co teraz przede mną? Nie wiem... Ruch to zmiana... i chcąc - nie chcąc te zmiany trzeba zaakceptować. Zwłaszcza, że wierzę, iż tymi zmianami nie rządzi przypadek...


Dużo było planów jeszcze nie tak dawno... Teraz trzeba to ogarnąć, zrewidować i realizować... Wrzesień już za chwilę... A wraz z końcem wakacji początek roku szkolnego a więc i nowa okazja, by "zdobywać dla Chrystusa, jak i ja zostałem zdobyty" (por Flp 3, 13)...


bo każdy koniec to także początek...


Goście, Goście 2012-08-16

Mój dom znów w wakacje zapełnia się gośćmi. W ostatnim czasie byli to Oliwia i Kacper, których zgarnąłem prosto po rekolekcjach, moi dziadkowie, którzy pierwszy raz mają okazję odwiedzać Litwę, a dziś także znajomi - dwie rodzinki - osiem osób.


Głodnych nakarmić,
spragnionych napoić,
nagich przyodziać,
podróżnych w dom przyjąć...
więźniów pocieszać
chorych nawiedzać
umarłych pogrzebać.



Cenię sobie ludzi, którzy uczynki miłosierne względem ciała (i duszy zresztą też) traktują nie tylko jak jakieś formułki z przeszłości... Jak choćby s. Michaela z Wilna i wielu, wielu innych... To na wschodzie jeszcze jest mocno żywe - Gość w dom, Bóg w dom...  Sam chcę również tym żyć... Pomóż mi w tym Panie...


między wiarą a niewiarą... 2012-08-12

Wśród symboli rekolekcji II ONŻ, będących kanwą rozważań pojawił się także jeden - "Obłok". Chodzi tu oczywiście o ten Obłok z Księgi Wyjścia. Wielokrotnie się on tam pojawia będąc znakiem bożej obecności. Ciekawie to oddaje fragment Wj 14, 19-20 -


"Anioł Boży, który szedł na przedzie wojsk izraelskich, zmienił miejsce i szedł na ich tyłach. Słup obłoku również przeszedł z przodu i zajął ich tyły, stając między wojskiem egipskim a wojskiem izraelskim. I tam był obłok ciemnością, tu zaś oświecał noc. I nie zbliżyli się jedni do drugich przez całą noc."


Na niezwykłość Obłoku, który jednocześnie jest światłem i ciemnością, oświeca i zasłania jest na rekolekcjach zestawiona z obecnością Pana Jezusa w Eucharystii. Dziś, a nawet wczoraj, gdy czytałem dzisiejszą Ewangelię ta myśl o Obłoku wróciła... Dziś mowa jest o Chlebie Żywym... "Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki... Chlebem, który ja dam, jest moje Ciało za życie świata..."


Tajemnica Eucharystii to także tajemnica Bożej Obecności. Bóg Mówi, "To jest Ciało moje", i tak się dzieje. To niezwykłe, że w ten sposób Staje się nam tak bliski... Bóg jest na wyciągnięcie ręki, możemy go dotknąć, doświadczyć, karmić się nim. Dodaje sił. I to naprawę niezwykle...


A jednocześnie to co przybliża, zasłania... To co dla wierzących jest możliwością spotkania z Bogiem - ten sam znak, może dla innych od Boga oddalać... Bo widzą chleb. Bo czują chleb... Bo jak to możliwe... Czy zmysły mogą mylić...


Z Ciałem Chrystusa "problem" Obłoku jest nie tylko przy postaci Eucharystycznej...


To samo przecież było i z jego ludzkim ciałem  - Wielu widząc jego, potrafiło jak Symeon czy Piotr czy Setnik wyznać wiarę - "Błogosławiony Pan Bóg, bo lud swój nawiedził i wyzwolił", "Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga Żywego", "Panie nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie". Ale też byli tacy, jak ci z dzisiejszej Ewangelii... Chcieli zobaczyć Boga - ale jego ludzkie ciało im go Przysłaniało... Nie potrafili wyjść z pułapki wiary we własne zmysły...


Tak samo też jest z Kościołem - Mistycznym Ciałem Chrystusa - Widząc Kościół - "Pra-sakrament", widzialny znak niewidzialnej łaski Boga... Można dostrzec to, jak Bóg nas kocha, broni, walczy o nas. Zaskakuje nie raz, mówiąc tu jestem, choć za mną... Ale można widzieć tylko firmę z dwutysiącletnią tradycją, z branży usługowej - Chrzty, Śluby, Pogrzeby.


Najdziwniejsze, że często, to samo, co człowiek widzi, może być tak różnie interpretowane... I nie obwiniam tu tych, co nie wierzą, bo wiara jest jednak łaską... Bardziej mi szkoda, że tak wielu, tak trudno przebić się przez Obłok, na tę jego stronę, która jest Światłem...


Na koniec przypomniał mi się wiersz Marcina Kwiatkowskiego "Ofiara", cytowałem go w zeszłym roku, ale przywołam jeszcze raz...



Katedra
ofiara
i Baranek

A my jak złote cielce
idziemy po biały opłatek
nie dostrzegamy Ciała
przemykamy obok Krwi
odsłoniętej z mroków
Starego Przymierza
ja-
lud kapłański
spoglądam na ołtarz
codziennie
pozwól więc uwierzyć
że z mąki i wody
może powstać życie


Cicho na blogu... 2012-08-09

Od powrotu z rekolekcji zastanawiałem się troszkę nad blogiem i jego przyszłością... Założyłem sobie już na początku, że chcę dość szczegółowo opisywać ten mój pierwszy rok... i oto on upłynął... Starałem się w tym co piszę być szczery, za co czasem mi się obrywało. Starałem się pokazać troszkę jak wygląda życie na parafii, zwłaszcza parafii po części misyjnej. Poznaliście mnie, moich przyjaciół, moje dzieci :) te duchowe, z Polski, z Litwy... Może to kogoś zaciekawiło, zdziwiło, zgorszyło... Przepraszam - jeśli tak było... Taki jestem...


Teraz, od sierpnia chcę pisać więcej tradycyjnie, w dzienniku... Ale nie zrezygnuję z bloga do końca... Niech on służy już bardziej do celów ewangelizacyjno-informacyjnych itd. Stanie się więc już nie tyle zapisem moich misyjnych przygód, lecz bardziej środkiem komunikacji... miejscem zamieszczania refleksji, dzielenia się...


Na pewno też nie będę pisał codziennie... Za to też przepraszam. Jeśli ktoś jest spragniony wiedzy o mnie zawsze może do mnie zadzwonić, zagadać na fb, gg czy napisać maila (slawoslaw@o2.pl) - jeśli ktoś nie ma... Będzie to może okazja do częstszej rozmowy z wieloma... Pozdrawiam was i ściskam... x Sławek


Jeszcze troszkę o II ONŻ 2012-08-03

Rekolekcje zakończone. Było to duże wyzwanie... Proboszcz z Wigier nawet mówił o eksperymencie, bo pierwszy raz wpuścił grupę oazową do tego miejsca, mnie zastanawiała kwestia podziałów w grupie - osoby z trzech diecezji... do tego nie wielka liczba animatorów...


Przypomina mi się jak kilka lat temu jedna z animatorek rzuciła mi w złości zdanie, że ksiądz to byłby zadowolony z animatorów tylko wtedy, gdyby miał same Agatki... Tak sobie wtedy myślałem, że dużo w tym prawdy. Zwłaszcza że mocno mnie męczyło niepotrzebne tracenie sił na leczenie kompleksów i niańczenie animatorów. Nie o to przecież chodzi.


Dziś mogę śmiało powiedzieć, że kadra złożona z jednej Agaty, Kasi i kl. Pawła wystarczająco mnie uszczęśliwiła... Pracy było naprawdę dużo. Ale wszyscy stanęli na wysokości zadania, wręcz nawet dali z siebie dużo więcej niż oczekiwałem... (Paweł w kwestiach liturgicznych i public relacion z pracownikami Wigier, Kasia - niesamowita artystka, dyżurny kierowca, wodzirej itd., Agata - zarówno jako muzyczna z zakazem śpiewu, jak i w kwestiach budowania odpowiedniej atmosfery...) Byliśmy zmęczeni... To prawda... zwłaszcza po Exodusie do końca rekolekcji było ciężko, ale dla mnie niezmiernie ważne jest to, że męczyliśmy się pracą i modlitwą, a nie sobą...


Trzynasty dzień, w związku z przyśpieszeniem początku rekolekcji mieliśmy wolny. By odpocząć trochę popłynęliśmy na kajaki ufundowane nam przez dwa małżeństwa z Olsztyna. Trasa nie długa - Czarną Hańczą. Efekt jednak troszkę inny od zamierzonego... Po kajaczkach zamiast odpoczynku jeszcze większe zmęczenie fizyczne... Potem jeszcze ognisko a wieczorem modlitwa wstawiennicza.


Z dniem wspólnoty wyszedł zresztą jeszcze jeden numer... Otóż przez te zmiany terminu i ogólne zmęczenie źle policzyłem dni. Co ciekawe w rozmowach z ks. Szymonem, z biskupem, czy nawet z dwoma innymi oazami nikt się nie zorientował i nie skorygował... Dopiero w Suwałkach, się zorientowano, gdy przywieźliśmy pierwszą turę osób, by wspólnie jechać autobusem do Rajgrodu... Dzień wcześniej :)


Zamiast złości, nerwów był śmiech... I może nawet z mojej strony radość, bo dzięki temu można było spokojnie przygotować Agapę. Tylko czy następnego dnia, już po zakończeniu rekolekcji jechać do tego Rajgrodu? Kto chce, niech jedzie... Pojechaliśmy prawie wszyscy... (tylko 4 osoby nie mogły).


Może jeszcze troszkę o Agapie... Wyszła na dużym poziomie... Balony, świece, barokowe sklepienie Małej Galerii, chłodnik i kotlety po kamedulsku, lody, sałatka z arbuza i dobra muzyka, nad którą czuwała Kasia. Kapelusze wodzirejów, tańce, pokaz zdjęć i filmów, prezentacje grup i okazjonalne prezenty... A na koniec po północy puszczanie chińskich lampionów... Drugi raz na rekolekcjach. Tym razem przy pięknej prawie bezwietrznej pogodzie i w innym miejscu - nie z przystani, lecz z lądowiska zrobionego dla papieskiego helikoptera...


Dziś, gdy już odespałem rekolekcje wdzięczny jestem wszystkim, dzięki którym te rekolekcje się odbyły... A najbardziej Bogu, bo to On nas zwołał, on nas przeprowadził przez Pustynię i Morze, on dał nam Klasztor Wigierski w posiadanie i ludzi, którzy na kolejnych etapach naszego wędrowania byli ewidentnym Darem od Niego... Jemu Cześć i Chwała.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]