_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
bolesne... 2012-07-25

Kolejne dni rekolekcji za nami... Jutro Eksodus - wyjście z niewoli grzechu. Drugi stopień to odkrywanie, że historia zbawienia kołem się toczy. To co było, staje się i stawać się będzie po wieki. W niewoli egipskiej odnajdujemy siebie i swoje uwikłanie w grzechy, a w Mojżeszu - Chrystusa. Bolesne tajemnice wprowadziły klimat ciszy i modlitwy. Zwłaszcza wieczory, które początkowo obfitowały w pogaduchy,zwłaszcza Warmii - teraz wypełniła adoracja i modlitwa... Te adoracje były potrzebne. Każda jest inna. Dziś była adoracja krzyża i na koniec błogosławieństwo - każdy każdemu błogosławił... Rano mieliśmy też inne szczególne błogosławieństwo - ks. Vitalij był u nas na prymicjach (to w sumie jego druga msza po polsku, od kiedy go wyświęcili 3 tyg temu).  Mieliśmy też drogę krzyżową - dość długą... Teraz wszyscy padnięci idą spać... i ja też już nie będę się rozpisywał bo wstaję rano o 4:00


Oaza 2012-07-21

Rekolekcje II st. ONŻ nabierają tempa. Po dwóch dniach w Suwałkach, gdzie czuliśmy się naprawdę fajnie przenieśliśmy się na Wigry. Szkoda nam troszkę było, bo już się przyzwyczajaliśmy do miejsca, ale jak mus to mus. Taka przeprowadzka wyszła już wcześniej, na etapie planowania rekolekcji... Chodziło o to, że na Wigrach była jeszcze do 17.07 grupa, a my chcieliśmy rozpocząć dwa dni wcześniej... Dlatego x Szymon na te dwa dni użyczył nam swojego ośrodka.  czy to był dobry pomysł? Chyba tak. Choć  przejście tu w Wigry zrobiło troszkę zamieszania, zwłaszcza z ułożeniem tak planu, by nie przeszkadzać turystom i by turyści nie przeszkadzali nam.


Wigry to pokamedulski klasztor - ma on swój klimat... Na rekolekcje to miejsce niezwykłe... Tyle że choć w nazwie określony jest jako Areopag Nowej Ewangelizacji, często to miejsce bardziej przez zwiedzających odbierany jest jako ekskluzywny hotel na wyspie. Ks. Darek - proboszcz na wstępie mówił nam że nasza obecność to pewien eksperyment. Bo biorąc pod uwagę cenę jaką płacimy - jesteśmy tu gośćmi, a nie klientami. Tak naprawdę to co dajemy, to pewnie starczy za jedzenie na te 13 dni... Ale dla niego to nie istotne... Ks. Darek chciałby, byśmy wnieśli w to miejsce troszkę ducha modlitwy, chrześcijańskiej radości i rzeczywiście łacińskie "sanctus" czy liturgia godzin w kościele, czy też choćby same modlitwy śpiewane w restauracji dają ciekawy efekt...


Jest nas tu 18 osób - 9 /9 (ch./dz.) - z animatorów: Kasia i Agata oraz kl. Paweł. Uczestnicy to osoby z 3 diecezji - 5 z Warmii i 5 z Ełku oraz dwie dziewczyny z łomżyńskiej. Grupa się dość szybko zintegrowała, choć widać pewne różnice - Warmia jest znacznie bardziej żywa i szalona... Ełk spokojniejszy. Na początku trzeba było troszkę pilnować by nie zdominowali reszty, zwłaszcza że my jako kadra też jesteśmy z Warmii... Ale chyba się to udało. Mało nas - kadry, ale jest dobrze... Radzą sobie, a przede wszystkim wytwarzają pozytywną atmosferę. Może czasami jest wręcz za słodko i sielankowo. Dziś zaczęliśmy bolesne -ale jakoś za mało to jeszcze odczuwam... Jutro niedziela, pojutrze wizyta biskupa i TV Trwam - pewnie też za bardzo tego klimatu umartwienia i postu nie odczujemy...


Odczuliśmy za to dość dobrze dzień czwarty - zwłaszcza nabożeństwo światła i wody. Na zakończenie puszczaliśmy chińskie lampiony. Czyniliśmy to na przystani, nad zalesioną zatoką jeziora Wigry. Na ziemi było prawie bezwietrznie - taki spokojny, cichy zakątek, ale kilka, kilkanaście metrów  górę, tak na wysokości koron drzew szalał ostry wiatr, który rzucał tymi lampionami na różne strony. Pierwszy raz coś takiego widziałem. Ale generalnie się udało, tylko jeden lampion po kilku metrach lotu w górę nagle rzuciło o taflę jeziora.


Wczoraj przyszli do nas goście - Jacek i Darwina - ci, których gościłem kilka dni temu u siebie w Mariampolu przy okazji pielgrzymki do Wilna. Teraz sami już kontynuują pielgrzymowanie - tym razem do Gniezna i dalej na Lednicę. to będzie dodatkowe 700 km. Bawili się z nami na pogodnym wieczorze a potem opowiedzieli nam troszkę o swojej wcześniejszej wyprawie - z Krakowa (dokładnie z Chrzanowa) do Rzymu... wtedy było 1500 km w tym przejście przez Alpy - zajęło im to 52 dni. Dla nich to wędrowanie to okazja do modlitwy i świadectwa... W tym roku idą w intencji o triumf cywilizacji miłości... Dziś poszli dalej...


Drugi stopień oazy to rozważanie księgi Wyjścia. Dostrzegamy nasze podobieństwo do izraelitów, których Bóg wyprowadził z niewoli egipskiej mocną ręką i wyciągniętym ramieniem, których bronił i prowadził przez pustynię... My też idziemy z niewoli grzechu ku wolności.


II ONŻ 2012-07-17

Mamy za sobą pierwszy dzień rekolekcji. Jest dobrze. Grupa młodzieży naprawdę szybko złapała kontakt ze sobą i świetnie się integruje. Pomału udaje nam się wejść w porządek dnia. Betania - ośrodek w Suwałkach, w którym się zatrzymaliśmy jest na wysokim poziomie. Zrobił dobre wrażenie, zwłaszcza na Warmiakach, którzy tu są pierwszy raz. A jutro przenosimy się na Wigry i już zapowiada się, że tam będzie standard jeszcze wyższy. Z kadrą jest dobrze. Mam ich poparcie w tym co robię, wiem że mogę na nich liczyć. Jest nas tu nie dużo - 14 uczestników, 3 animatorów i ja, ale na razie nie widać jakiś negatywów tego. Pozytywem jest zaś to, że każdy już każdego zna i jest bardziej indywidualny stosunek do wszystkich. Jednym z minusów są duże braki w podstawowej wiedzy biblijnej. Znajomość księgi Wyjścia, która jest podstawą rekolekcji jest słaba. Jest to więc dla nas wyzwanie, by tą wiedzę uporządkować... Dziś więc w konferencjach dużo było o Izraelu, Exodusie a na części wieczoru pogodnego obejrzeliśmy Mojżesza, księcia Egiptu... Obraz często dziś lepiej przemawia, niż sucha wiedza... Ale nie zastąpi indywidualnego studium biblii.


Boże prowadź... 2012-07-12

Poszli dalej... Dziś rano odstawiłem ich do Iglauki. Nawet udało się zdążyć wszystkim na Mszę, co nie było takie proste, biorąc pod uwagę, że trzeba było zrobić dwa kursy, a pierwszy transport ruszył z 10 min. opóźnieniem... Ale i Mszę zaczęli chwile później. Zacznijmy jednak od początku...


Po Mszach - polskiej  (z pielgrzymami) w bazylice i litewskiej (parafialnej u nas) padłem jak mucha. Obudziły mnie na chwilę śpiewy - policja poprowadziła pielgrzymów ulicą przy naszym kościele (z powodu remontów dróg).  Słyszałem jak ks. Dyrektor - Jarek przez mikrofon powiedział, że to właśnie nasz kościół i podziękował mi w ciepłych słowach, zastawiając się przy tym czy ich słyszę. Wyjrzałem przez okno mojego poddasza i pomachałem co kilka osób zauważyło...


Popołudnie minęło spokojnie i koło 18:00 pojechałem do Iglauki, mijając pielgrzymów jakieś 4 km przed wioską. Czyli będziemy mieć jeszcze 45 min. Na tę drugą noc do mnie miałem zabrać tę samą ekipę co dzień wcześniej z Kalwarii - pielęgniarki Lidka, Bogusia i małżeństwo Jacek i Darwina oraz Paulinkę, znajomą z oazy, która w Kalwarii się nie zdecydowała z nami jechać - pewnie z powodu zmęczenia i wczesnego wyjścia następnego dnia - o 4:00 rano). Obiecała wtedy, że dziś z nami pojedzie... ponieważ było to już 5 osób to i tak trzeba zrobić dwa kursy... Piloci - Roszak i reszta  - za dużo mają jeszcze na głowie spraw organizacyjnych... Zaproponowaliśmy więc muzycznym... Ani i Marysi, a na ostatnie miejsce załapała się jeszcze Julka. Zawsze to lepsze warunki niż spanie w Kościele czy domu kultury... Zwłaszcza po zapowiedzi, żeby pielgrzymi ograniczyli korzystanie z toalety i spuszczanie wody z powodu niskiego jej stanu w studniach i obawy, by nie spalić pomp...


Mycie się miało więc być w Iglauce w jeziorze, na co dyrektor udzielił dyspensy. Radość wśród pielgrzymów pokrzyżowała jednak burza z piorunami. Jedni ryzykowali, inni mieli dzień dziecka. My zaś pojechaliśmy do mnie. Czas w kolejce do łazienki spędzaliśmy na rozmowy, żarty i konsumpcję (m.in. zdobycznego sera z miodem), a potem poszliśmy spać...  Nie ma co siedzieć po nocy, bo o 5:30 pierwszą turę trzeba odwieść...


czuć się jak u siebie 2012-07-11

Tak jak już w nocy wspomniałem, dziś wraz z pielgrzymami przeszedłem trzy przedobiednie etapy. Zaczęliśmy mocno wcześnie - 3.50 byliśmy w Kalwarii i punktualnie o 4:00 ruszyliśmy. Cieszę się też, że udało mi się wcisnąć auto jednemu z pilotów, i dzięki temu nie musiałem go zostawiać i potem po nie wracać, lecz pięknie mi je przyprowadził pod sam kościół, a ja mogłem spokojnie iść z nimi i się już tym nie martwić. 


Zastanawiałem się jak będzie z tym marszem, bo ostatnio narzekałem troszkę na ból śródstopia, co przekładało się na nieco inne stawianie nogi i prowadziło do kolejnych dziwnych bóli... (jak choćby biodro). Tak było np w niedzielę, gdy wracałem od Petrasa i Stefaniji, z miejsca gdzie o 8:00 mieliśmy postój śniadaniowy. Ale dziś szło się naprawdę dobrze, tylko teraz, po południu troszkę mnie ta stopa boli... Ale przejdzie.


W czasie trasy ks. Jarek zaproponował mi bym przewodniczył Mszy w Mariampolu. Nie wiedzieliśmy czy nie będzie z nami chciał odprawiać Biskup, czy proboszcz, w związku z uroczystościami bł. Jerzego Matulewicza. Tyle że oni mieli Msze przed - proboszcz, i po naszej - biskup. Nas więc tylko przywitali i zostawili nam wolną rękę. Troszkę niespodziewanie doszło mi także kazanie. Ale chyba poszło nie najgorzej. do końca nie wiedziałem, o czym będzie, starałem się połączyć myśli z Ewangelii, tematu pielgrzymki - (Kościół naszym domem) i życia świętych... Główną tezą było to, że w Kościele musimy znaleźć swoje miejsce, czuć się jak u siebie... Nie mamy być jak turyści, klienci, poddani, goście, lecz jak domownicy... Odpowiedzialni za dom, i atmosferę w nim.


Po obiedzie zebrałem się do siebie na drugą Mszę - naszą parafialną... tym razem po litewsku. Ale kazania już nie mówiłem... Mówił je Marius, który ze mną odprawiał w koncelebrze. Za chwilę jadę znów do nich, zgarnąć jeszcze kilka osób na nocleg. Zawsze to w domu inaczej niż w szkole.


Podróżnych w dom przyjąć 2012-07-10

Po całym dniu w parafii, siedzeniu w kancelarii, dwóch Mszach, pogrzebie - czyli pięknym litewskim kapłańskim dniu ok 19:00 wybrałem się znów do pielgrzymów. Właśnie dotarli do Kalwarii. Czwórkę zabrałem do siebie w gości na noc. Noc będzie krótka. Jutro wychodzą o 4 rano z Kalwarii do Mariampola na Mszę i obiad, a potem dalej do Iglauki. Postanowiłem, że idę z nimi. Przynajmniej tę połowę dnia. :)


Pielgrzymi szlak 2012-07-10

Warmińska Piesza Pielgrzymka do Ostrej Bramy weszła już na Litwę. Dzisiaj. Przez łączkę p. Andrzeja z Krejwian. Wczoraj odwiedziłem ich na trasie, na ostatnim polskim noclegu w Wiżajnach, gdzie musiałem i tak na chwilę się pojawić u księży: Ryszarda i Krzysztofa. Ks. wikariusz chce troszkę pojechać na urlop, ale proboszcz jest po zawale i nie może zostać na niedzielę sam. Ponieważ będę na Wigrach z młodzieżą przez dwa tygodnie, to zaoferowałem się, że na jedną niedzielę do południa mogę podjechać te 40 km.


Do Wiżajn dotarłem jakieś 45 min przed pielgrzymką. Skoro jeszcze nie przyszli, to ruszyłem im na przeciw. Grupa w tym roku liczy 170 osób. To dużo lepiej niż w zeszłym, kiedy na  trasę wyszło ich zaledwie 120... Kilka miesięcy temu ksiądz biskup zmienił całe kierownictwo, zlecając prowadzenie pielgrzymki dwóm młodym księżom: Jarkowi (kierownik) i Romanowi (pilot). Obaj mają doświadczenie z pielgrzymki częstochowskiej, ale na wileńskiej będą pierwszy raz. Stąd dużo obaw, jak to wyjdzie. Ale niepotrzebnie. Wychodzi naprawdę nieźle. 


Pierwszym pielgrzymem, którego spotkałem był dn Roszak - pilot czołowy. Spalony słońcem, w sutannie troszkę rozchełstanej, z krótkofalówką na szyi robił bardzo profesjonalne wrażenie :) Zatrzymałem się na trzy słowa z nim, zaparkowałem swoje auto, z ostentacyjnie wywieszoną litewską flagą :), i widzę, że właśnie wyłaniającą się z za zakrętu pielgrzymkę wyminęła znajoma czarna skoda - ks. Jerzy z Rutki - co ciekawe, podobnie jak Roszak pochodzący z Ostródy. Kolejne trzy słowa zamieniliśmy wspólnie, po czym Jerzy ruszył do siebie, Roszak do przodu, a ja podszedłem jeszcze kawałek w stronę dochodzącej do nas kolumny.


Zastanawiałem się kto będzie znajomy? Było ich wielu... Dużo radości. Jednym trzeba było się tłumaczyć dlaczego tak przytyłem, innym jak mocno schudłem :) Jednym dlaczego nie idę, od innych słyszałem, że miło, że do nich dołączam... Chwilę porozmawialiśmy z starą gwardią braci pątników, chwilę z p. doktor Olą, jedną z moich ulubionych wykładowców z seminarium, chwilę z ks. Antonim, z ks. Jackiem i z Bogusią - pielęgniarką, która pochodzi z mojej pierwszej parafii. Generalnie ciężko ze wszystkimi, bo znajomych widziałem co najmniej 50, a do tego jeszcze tyle twarzy, które znam, i strach się przyznać, że nie mogę dokleić imion do twarzy :) A przecież na pewno powinienem pamiętać.


Z księżmi spotkaliśmy się także na kolacji u proboszcza. A potem na kawie u wikarego. Była chwila by jeszcze troszkę pogadać. Z innymi może dziś będzie jeszcze okazja, bo też chcę do nich podjechać. Nocują w szkole w Kalwarii, 17 km od nas. Do nas - do Marijampola - przyjdą jutro na śniadanie, mszę i obiad. Umówiłem się także z Jackiem i Darwiną, że zgarnę ich dziś do siebie na nocleg. Może jeszcze kogoś... w aucie mam w sumie 4 miejsca, a w moim mieszkaniu zawsze będzie im wygodniej niż w szkole. Przywieść i odwieść te 17 km to żaden problem...


Zastanawiam się jeszcze nad dwoma sprawami... 1) Czy z nimi się nie wybrać pieszo jutro do Marijampola? (Do obiadu jak najbardziej jest to realne), 2) czy czwartek i piątek nie pójść z nimi... To już trudniejsze, bo co prawda mam niby wolne, ale za raz są rekolekcje (od niedzieli), a trochę strach, że fizycznie mocno to odczuję... Generalnie dwa - trzy dni pielgrzymowania są najgorsze... Człowiek przyzwyczajony by wszędzie jeździć autem musi się po prostu rozchodzić... Jeśli zaś pójdę te dwa dni, to ani się nie zdążę "rozejść", ani "rozmodlić", tylko co najwyżej wymęczyć... No nie wiem... Troszkę chcę, tęsknię za pielgrzymowaniem, ale jednocześnie rozsądek mówi, by nie przesadzać... Muszę być w formie na II ONŻ


Herbata z partyzantem 2012-07-08

Zanim przejdę do tytułowej herbatki, zacznę może od dzisiejszej niedzieli... Czułem wakacje. A to za sprawą grafiku, który mocno mnie dzisiaj oszczędzał... :) Ponieważ poza proboszczem i kanclerzem byliśmy dziś rano wszyscy - Marius,  Vitalius, Virginius, Kanonik, Vladas i Ja, to tak naprawdę nie było rano co robić... Dwóch przy ołtarzu, dwóch spowiadało - zebrałem tylko tacę i poleciałem do siebie, na drugą Mszę nawet nie zostając, zwłaszcza, że znając gorliwość starszych księży - kanonika i Vladasa - i tak do konfesjonałów innych nie dopuszczą... Był czas za to posiedzieć troszkę nad kazaniem na wieczór - na 18:00, bo jakoś wcześniej nie było czasu... Do kościoła wróciłem po trzeciej Mszy, kiedy już chłopaki rozjechali się na dojazdy, a mnie przyszło wesprzeć kanonika przy Sumie. Pół godziny przed Mszą ochrzciłem też Gustasa - to trzeci chrzest przeze mnie sprawowany na Litwie. Nadal jeszcze troszkę ciężko idzie, ale póki co rodziny nie protestują :) Zawsze staram się te niedoskonałości językowe obracać w żart... Na te moje trzy chrzty warto wspomnieć że dwa (ten i pierwszy) to dzieci rodzone na Wyspach. Pokazuje to troszkę skalę emigracji... Młodych w kraju zostało naprawdę nie wielu, i rodzące się pokolenie Litwinów w dowodach w większości będzie miało wpisane jako miejsce urodzenia Londonas, Dublinas, ewentualnie Amsterdamas lub Niujorkas... Choć Wyspy rzeczywiście dominują... Tak sobie myślę że to jakieś dziwne parabole koła historii bo kilka kilkadziesiąt lat temu też było tu na Litwie już takie pokolenie, co w dużej części jako miejsca narodzin miało miasta Kazachstanu, Gruzji, czy szeroko rozumianej Syberii... Oni wrócili...


Rzadko tu chodzę na "chałupki" - może inaczej -  w ogólę nie chodzę... W Polsce pod tym względem było inaczej... Tu ani ja u siebie jakoś specjalnie nikogo nie goszczę, ani sam nie mam ciągu by gdzieś iść... Dziś był wyjątek, bo p. Virginija z naszego parafialnego Caritasu prosiła by wybrać się z nią do Stefaniji i Petrasa. To starsi ludzie, którzy od wielu lat goszczą naszą warmińską pieszą pielgrzymkę u siebie. Ich dom i sad za trzy dni będzie miejscem postoju i śniadania. które przygotowuje właśnie nasz parafialny Caritas. Spotkanie bardzo miłe. Była okazja troszkę porozmawiać, i okazało się że to ludzie o niezwykłej historii. Oboje już po 80-tce, choć trzymają się dziarsko... kto by im tyle dał... Tym bardziej że mają za sobą 9 lat na Syberii - za kołem podbiegunowym. Petras był partyzantem - ur w 1931 roku spóźnił się by walczyć w II wojnie, był jeszcze za młody, ale pod koniec lat 40 dołączył do partyzantów z lasów pod Prenami i jeszcze przez 4 lata walczył z komunistami o Niepodległą Litwę... Żołnierze Wyklęci... Obławy w 1952 nie przeżył nikt... Ich trupy wywieźli z lasu i rzucili na ulicy, by były przestrogą... I wtedy wróciło mu życie... Rozdział książki o nim, którą pokazał mi nosił tytuł - dwukrotnie narodzony... Opowiadał także o jeszcze jednej podobnej scenie... Gdy w więzieniu CzeKa próbowano go dobić i skatować...  odżył jeszcze raz... Twardy to naród... Znamy dość  dobrze historię Wileńskiej AK i żołnierzy wyklętych, ale wielu z nas nawet nie myślało, jak liczne były tu na Litwie ich partyzanckie oddziały... To też ciekawa karta, którą warto tu poznać...


 



Scenka śniadaniowa... 2012-07-06

Uwielbiam żarty sytuacyjne i różne absurdalne sytuacje. A jest ich w życiu bez liku. Ostatnio, w czwartek rano będąc w gościach siadamy do śniadania... Jakoś ubzdurało mi się że to piątek, a to pewnie za sprawą tego, że zazwyczaj wolne mam z czwartku na piątek.


Wersja moja...


pomodliłem się moją ulubioną modlitwą w wersji skróconej - "i co by nam nie zaszkodziło. Amen". Usiadłem i patrzę na wędlinkę, serek i pasztet jakie ze studenckiej lodówki wylądowały na stole.  Na serek nie miałem zbyt wielkiej ochoty, nawet nie otwierany... Obejrzałem pasztet - drobiowy 46 procent zawartości mięsa... Nie przejdzie... Jest kilka innych możliwości dyspens do zastosowania, (np. że w podróży) ale nie ma co... niech będzie ten serek. Nie śpiesząc się zrobiłem sobie dwie kanapki, potem jeszcze jedną i starczy... Kasia jak chce niech tam zje tą wędlinkę, nie będę zwracał uwagi co by głupio nie było jej... Zresztą jest chora...


wersja Kasi...


taka fajna szynka, a ksiądz nie chce jeść... Może myśli że nieświeża. Wiadomo, u studentów różnie bywa. Jakoś długo zwleka z jedzeniem. Wziął pasztet, obejrzał... Odłożył... Czyżby sprawdzał datę ważności? i jeszcze ta modlitwa ... i żeby nam nie zaszkodziło... Wziął serek, pewnie dlatego że nie otwierany... ale żeby taki facet brał serek a nie mięso... Kurcze przykro...


Ile śmiechu było jak te dwie wersje zestawiliśmy ze sobą, kiedy przyszło do myślenia o obiedzie, i gdy dotarło do mnie że to jednak nie piątek... Śmiech do łez...


Burza... 2012-07-06

W środę wieczorem byłem na Mszy w Rutce-Tartak. Jurek zadzwonił do mnie kilka godzin wcześniej (akurat siedziałem na fotelu u dentysty) i prosił by go zastąpić, bo nie wie czy się wyrobi z powrotem spod Olsztyna. Ponieważ w tym dniu już po 16:00 (po lekcji litewskiego) jestem wolny, nie było problemu. Przy okazji zawiozłem do Suwałk komputer do przejrzenia, bo były jakieś problemy z kartą dźwiękową. Informatyk, którego poznałem już wcześniej i który pilnuje mi tych spraw bał się jednak, że może się do wieczora nie wyrobić, być może trzeba by przyjechać po komputer następnego dnia. Ok. Trudno. Będzie najwyżej dzień bez komputera. Ale skoro mam jechać następnego dnia znów do Suwałk, to wpadłem na pomysł by troszkę zamienić grafik... Generalnie w czwartki po Mszy rannej jestem wolny do piątku do wieczora. Tyle że teraz nie planowałem nigdzie jechać. To może wziąć czwartek wieczór? W ten sposób mogę ze środy na czwartek gdzieś zajechać. Kilka telefonów i już sprawa dograna. Podjadę z Suwałk te 120 km do Białegostoku odwiedzić Kasię i Łukasza. Będzie okazja troszkę dogadać kwestię rekolekcji, bo Kasia zgodziła się pojechać z nami jako Animatorka.


W chwili wyjazdu z Suwałk nad miasto nadciągnęła burza z gradobiciem. Ściana deszczu, lecące na drogę gałęzie i czasami drzewa. A ja muszę się przebić przez puszczę Augustowską. Troszkę strach. Są takie momenty, że myślę czy nie lepiej byłoby się gdzieś zatrzymać i przeczekać, ale widzę przed sobą światło na niebie, tam pod Augustowem jakby się przejaśniało... Po minięciu zwalonego drzewa na pół jezdni i kilku aut na awaryjnych udało mi się uciec przed burzą. Tyle że ona wciąż mnie goni... Błyska przy tym niemiłosiernie. Miałem jeszcze po drodze zgarnąć Łukasza, który pojechał pod Sokółkę odwiedzić obóz harcerski, ale z powodu zwalonych drzew jeszcze do nich nie dotarli, więc jadę sam. A burza wciąż za mną. Telefon. "Czy ksiądz wie, że w Bisztynku burza niszczy dachy domów?" "Kataklizm". To co tu widzę, to pikuś, w porównaniu z sytuacją w mojej byłej parafii. Po dojechaniu do Białego, wraz z Kasią, w końcu również bisztynianką czytamy i oglądamy pierwsze doniesienia ze zniszczonego miasta. Miała już telefon z domu, że u niej uszkodzone trzy samochody i dach.


Chwilę potem słyszymy już że w całym mieście uszkodzonych 1050 budynków i ponad 300 samochodów zaparkowanych pod chmurką. Pobite szyby, pogięte i przebite karoserie. Zwalone drzewa. Uszkodzone dwa kościoły - poewangelicki (dach) i parafialny (dach i dwa okna witrażowe). Bardzo poważnie zniszczony dach nowo-zbudowanej szkoły - gimnazjum. Zniszczone wszystkie uprawy. Gradobicie, albo raczej bombardowanie lodowymi pociskami wielkości jajek, a nawet piłek tenisowych trwało ok 10 min. Usuwanie zniszczeń potrwa kilka miesięcy...


Baczność Żołnierze :) 2012-07-05

Od stycznia, czyli już ponad pół roku jestem opiekunem Legionu Maryi. Moje pierwsze skojarzenie, gdy mnie proboszcz powierzył tej grupie, a grupę mnie - ot litewski odpowiednik "Moherowych Beretów" - nawet nazwa podobnie militarna... Ale jak człowiek lepiej poznaje ich charyzmat to trzeba przyznać im wielki szacunek. Są to starsze panie, na spotkanie przychodzi ich zwykle sześć, które codziennie są na Mszy świętej, dbają o parafie, zawsze angażują się we wszelkie prace, a także zajmują się duszpasterstwem chorych. Odwiedzają co tydzień kolejnych chorych w naszej parafii, pomagają im, dbają o to, by poprosić księdza, jeśli rodzina nie pamięta, a chory tego pragnie. Jak na Legion przystało, nasze spotkanie to niczym odprawa. Prym wiodą Marija - przewodnicząca, kobieta bardzo mądra, spokojna i dobrotliwa, taka nasza babia Marysia, oraz p. Wanda, która jest sekretarzem. Ona znów bardziej surowa, niczym sierżant w wojsku. Rozlicza wszystkich z obecności, rozdziela kartki z tajnymi misjami - kto pójdzie na akcję, na jaki rewir itd... Pani Wandy można się bać.Spotkanie ma swój porządek i przebieg, jest protokołowane. Zaczyna się od różańca, potem czytanie protokołu z poprzedniego, zatwierdzenie, sprawdzenie obecności, czytanie tekstów ze statutów, podział funkcji i chorych i wreszcie głos księdza opiekuna. Czytam zazwyczaj tekst Ewangelii i od jakiegoś czasu staram się na jego podstawie powiedzieć kilkanaście zdań rozważania... Jest to wyzwanie wielkie, biorąc pod uwagę, że to moje pierwsze kazania z głowy. Ale przed takim audytorium mówi się ciekawie. Jest to bardzo dobre ćwiczenie... Cieszę się z pracy z tymi moimi Legionistkami...


 


 


 


 


 


Bezsilność... 2012-07-03

W niedzielę miałem być na Prymicjach. W Wilnie. Nasz dn Vitalij jak już opisywałem wcześniej w piątek przyjął święcenia kapłańskie. Nie byłem jednak w stanie. Jedno to zmęczenie, drugie to obowiązki w parafii. Co prawda chłopaki by mnie puścili. Nawet Virginius planując w piątek podział obowiązków na niedzielę robił co mógł, by dać mi szansę jechać, ale ciężko by było zostawiać ich samych. Msza prymicyjna była o 12:00. Na Mszę zdążyć nie sposób, a jechać na sam obiad i zabawę... Też nie bardzo. W piątek też okazało się, że o 13:00 w niedziele mamy do wzięcia pogrzeb. Gdy Vitalius i Virginius na dojazdach, normalne, że powinienem go brać ja. Ewentualnie Marius, ale on dopiero w nocy wrócił z urlopu. Nie chciałbym wszystkiego na nich spychać. To zdecydowało. Po dwóch porannych Mszach (na szczęście bez kazań, bo naprawdę nie byłbym w formie) i po dość sprawnym pogrzebie zjedliśmy obiad i  na wieczór byłem już wolny. Gdy przyszedłem do siebie, padłem jak przysłowiowa mucha... Prymicji bym na pewno nie wytrzymał... Trudny to był wybór, ale coś za coś. Wyjazd na pogrzeb w sobotę był jednak ważniejszy i był to dobry wybór...


Odpoczniemy w niebie... 2012-07-02

Po dość intensywnym piątku sobota miała być spokojniejsza. Tak mi się wydawało jeszcze dzień wcześniej. W piątek rano dowiedziałem się o śmierci w wypadku samochodowym taty Pawła. Szok. Dzwoniłem złożyć życzenia, a tu taka wiadomość. Pogrzeb będzie właśnie w sobotę. O 13:00.


Z Pawłem zżyliśmy się bardzo mocno, zwłaszcza dwa lata temu. Znaliśmy się wcześniej, jeździł na oazy, spotykaliśmy się przy różnych akcjach, ale ponieważ nie prowadziłem nigdy żadnych rekolekcji, na których byłby uczestnikiem, ta nasza znajomość była raczej okazjonalna. Lepiej się poznaliśmy dopiero, gdy zabrałem go jako animatora na OND, a także wziąłem go do pomocy na wyjazd z młodzieżą nad morze. W sumie to poznałem wtedy nawet dwóch Pawłów... Jeden zamknięty w sobie, spokojny, troszkę wycofany... Drugi szalony, pierwszy do wygłupów, dusza towarzystwa. Polubili go także moi Bisztyniacy i przez następny rok, aż do mojego odejścia z Bisztynka przyjeżdżał na weekendy do pomocy we wspólnocie oazowej. Prowadził spotkania, grał na mszach, pomagał jak mógł, być z młodzieżą, towarzyszyć im w ich dojrzewaniu.  Najpierw przyjeżdżał sam, a potem coraz regularniej z Karoliną, drugą oazowiczką z Biskupca. Mocno nam wtedy brakowało w naszej wspólnocie animatorów, oni zaś po odejściu ks. Radka zostali u siebie w parafii tak naprawdę sami, a że 30 km nie robiło dla nich problemu, to ich obecność na parafii stała się naszą codziennością. Do tego stopnia, że gdy przychodził tydzień, że zostali w domu, lub pojechali do Ramsowa, czy jeszcze gdzieś to autentycznie odczuwałem w moim domu pustkę.


To było tak, jakby czekać na przyjazd dzieci ze szkoły z internatem, albo może lepiej nie dzieci... a młodszego rodzeństwa, bo chyba tak najłatwiej określić tę naszą relację - Paweł i Karolka stali się dla mnie jak brat i siostra... Jak teraz sięgam pamięcią to aż się nie chce wierzyć że to był tylko jeden rok... Potem matura, polonistyka Karolci, seminarium Pawła, moja Litwa.


Nie mogłem nie być na pogrzebie jego taty... Choć nigdy go nie widziałem, nie spotkałem, nie poznałem.  Tak wyszło, że nawet nie trzeba było za dużo kombinować w grafiku Mszy. Mam mieć dwie pierwsze - 9:00 i 9:45, ale jak się rano okazuje ponieważ jest ks. Żydrunas to w sumie wystarczy jak odprawię pierwszą. Na drugiej pomogłem przy tacy i jeszcze przed jej końcem mogłem wyruszyć do Biskupca. Na fb zostawiłem wpis, że jadę i informację że mogę po drodze kogoś zabrać (z Kętrzyna czy z Bisztynka). Zgłosił się Adrian. Trasa przez Bisztynek troszkę dalsza, ale czasowo i tak będziemy do przodu. Telefonicznie zamówiłem też kwiaty, wieniec od Oazy. Odebraliśmy go w bisztynieckiej kwiaciarni. Jak to dobrze że te numery w komórce pozostawały :).


Na pogrzebie było uroczyście. Dużo młodych,  głównie znajomi ze szkoły Pawła i Justyny, ale także oazowicze- Marek, Agatka B., Kieca i Adrian. Byli liczni klerycy i przełożeni seminaryjni, czterech diakonów, neoprezbiter ks. Paweł, kilku księży, wśród nich ks. Zbyszek z Ramsowa, ks. Wojtek z par. Węgoj, ks. Daniel, były wikariusz...


Po pogrzebie odwiozłem Adriana do Bisztynka i jeszcze zostałem tam i w okolicy. W Bisztynku właśnie trwały przygotowania do odpustu Krwi Chrystusa, który co roku obchodzimy w pierwszą niedzielę lipca. Skupienie przed odpustem prowadził mój kursowy kolega z seminarium - ks. Karol. Pojawił się także popołudniu ks. Henryk, misjonarz Krwi Chrystusa - wspaniały kapłan. Zdecydowałem się zostać z nimi, by wspólnie odprawić mszę o północy - "pasterkę" która ma swój niezwykły charakter... Z radością stanąłem przy tym ołtarzu, gdzie przez trzy lata  sprawowałem tyle Mszy świętych.


Po Mszy św. pożegnanie z młodzieżą, księżmi i długa droga do domu... Długa, zwłaszcza że zmęczenie i paskudna mgła nie pozwalały na wiele... A na niedzielę rano trzeba być u siebie...


ale warto było... jak to ostatnio kilka razy lubiłem powtarzać innym... Dziś warto dać z siebie wszystko... Odpoczniemy w niebie...


św. Piotra i Pawła... 2012-07-02

W nadrabianiu zaległości przyszedł czas na piątek, czyli Uroczystość św. Piotra i Pawła. W diecezji wyłkowyskiej jest to także tradycyjnie dzień święceń kapłańskich. Zmęczony troszkę po czwartkowym meczu, z małymi przeszkodami (wybrałem drogę na skróty, nie wiedząc że nie będzie przez 30 km asfaltu, tylko szuter), mniej więcej 10 min przed Mszą dotarłem do naszej katedry w Wyłkowyskach.


Święcenia kapłańskie przyjął ks. Vitalij Volodkowicz, diakon z Kalwarii z którym przez ten rok mocno się zżyliśmy. W ten sposób stał się on piątym "polskim" księdzem w naszej diecezji (na 130 księży). W diecezji wileńskiej, z której Vitalij pochodzi proporcja jest zupełnie inna - teraz już prawie 50/50. Ks. Biskup Rimantas zdecydował także, że Vitalij pozostanie w Kalwarii, mianując go tam wikariuszem. To dla nas dobra wiadomość. Dalej będziemy sąsiadami. Drugim święconym był kl. Deividas, który w czasie tej samej uroczystości otrzymał pierwsze święcenia - diakonat. Biskup skierował go na rok do pracy w parafii w Alytusie.


Tym, co mnie troszkę rozczarowało, to ilość księży. Było nas w tym roku na Mszy święceń tylko 24. Pamiętam święcenia ks. Arminasa - kiedy zjechało się ponad 60... Wtedy byli też księża z Polski, ponieważ kończył on nasze, olsztyńskie seminarium... Mimo wszystko i tym razem spodziewałem się większej frekwencji księży. W końcu święcenia to szczególne święto diecezji...


Po Mszy św.,  w czasie obiadu w domu parafialnym miałem okazję poznać mamę i przyjaciół ks. Vitalija. Jako Polacy z Wilna troszkę zaskoczeni byli, że tu wszyscy mówią tylko po litewsku. Nie chodzi o jakieś niechęć do języka polskiego, lecz bardziej o względy praktyczne. Tu język litewski jest podstawowym, a inne pomocniczymi... W ich środowisku jest troszkę inaczej - podstawowy jest polski i rosyjski - litewski zaś określa się nawet dość chłodno brzmiącym w polskich ustach mianem "języka państwowego". Stojąc (obiad w formie szwedzkiego stołu) i jedząc przynajmniej my troszkę sobie po polsku pogadaliśmy. Księża, którzy do nas dołączali na rozmowę - ks. Proboszcz z Kalwarii, ks. Biskup, Proboszcz Katedry, - także po chwili przechodzili na polski, widząc że dla gości z Wilna ten język jest milszy do konwersacji.


To nie był koniec św. Piotrowo-Pawłowych uroczystości. Po Mszy wieczornej (u nas - o 18:00) udałem się jeszcze do Polski. Ks. Jerzy z Rutki zaprosił mnie na 19:00 (litewską 20:00) na odpust - św. Piotra i Pawła to drugi tytuł jego parafii. Miałem mieć także kazanie, ale wyszło jakieś zamieszanie i kazanie miał przygotowane także ks. Krzysztof - wikariusz z Wiżajn. Szkoda trochę było, bo miałem dość dużo ciekawych przemyśleń, którymi się chciałem podzielić, ale spoko. Będzie czas to jeszcze dopracować i myślę, że za jakiś czas te wszystkie myśli spiszę. Zwłaszcza św. Paweł mocno mi chodził po głowie ostatnio. Mam już pewien pomysł na usystematyzowanie sobie troszkę jego nauczania, ale cały czas brakuje mi czasu, na takie "grubsze" przepracowanie tekstów biblijnych z jego listów i dziejów apostolskich.


Włochy-Niemcy 2012-07-01

Narobiło się troszkę zaległości, więc może zacznę od czwartku. Na pierwszy plan wysunęła się w tym dniu ostatnia walka na warszawskim stadionie - Mecz Niemcy-Włochy. Zastanawiało mnie komu Polacy będą bardziej kibicować? Chyba jednak Italia... Czy górę wzięła narodowa niechęć do Niemców? Raczej nie... Chyba szalę przeważyła słabość polskiej płci pięknej do śródziemnomorskiej urody... /O ironio bohaterem meczu został piłkarz daleki od ideału Rzymianina.../


Mnie jednak bliższe Niemcy, śmiałem się do znajomych, że cała Warmia i Mazury [Ostpreußen] powinno jednak stanąć za Niemcami... Dziadkowie Krzyżaki, Prusaki i w Wehrmachcie zobowiązują...


Zanim rozległ się pierwszy gwizdek nawet po części kibice Italii nie dowierzali, że mecz Niemcy przerąbią... I to w takim słabym stylu... Co chwilę trochę dla żartów, trochę w celu wyrażenia swojej dezaprobaty na usta cisnęło się jedno słowo - Schaisse. Jeszcze pierwszą bramkę można było odpuścić... Jeszcze sobie człowiek tłumaczył, ze spoko, mecz zyska... Niemcy się zmobilizują... Że w porównaniu z pasjonującą bezbramkową walką zdeterminowanej Portugalii ze stoicką Hiszpanią, ten pojedynek będzie znacznie bardziej efektowny... Bo będą gole...


Gdy jednak padła druga bramka to jakby ktoś wbił mi nóż w polsko-niemieckie serce... Albo w plecy... Koniec nadziei. Schaisse. Realizator pokazał płaczące Niemki, a mnie także nie do śmiechu... Sam się troszkę zdziwiłem, że tak emocjonalnie człowiek zareagował, bo ja jakoś nie specjalnie byłem emocjonalnie związany z moją 1/4 niemieckości... Pociechą dla nas było to, że Niemcy walczyli do końca. Karny może mi nie dał nadziei, bo wiedziałem że byłoby to zbyt piękne  by mogło być realne, ale walka wszystkich, łącznie z zapędzeniem się niemieckiego bramkarza na włoską połowę mogło się podobać i było takim mocnym pokazaniem, że walczą do końca...


Oglądaniu meczu dodawało charakteru dobre towarzystwo, zwłaszcza to, że pozostali znajomi byli za włochami... No cóż... Dobrze że to tylko sport...


Litewskie potyczki 2012-07-01

Lekcje litewskiego powróciły po 3 tygodniach przerwy. Najpierw było zamieszanie związane z końcem roku - moja nauczycielka litewskiego uczy także w gimnazjum dwóch przedmiotów, potem ja miałem urlop, a ostatnio znów wypadły, tym razem przez jej dodatkowe studia... Po tych trzech tygodniach ciężko było zwłaszcza z gramatyką. To mi tak się od razu rzuciło na oczy. Przypadki, końcówki, formy... to wymaga nieustannej pracy. Za to zauważyłem że jest dużo lepiej z czytaniem i z nowymi słowami. To znów dzięki codziennym czytaniom, Mszy, rozmowom... Pytała się czy wraz z końcem roku nie robić sobie przerwy z lekcjami, może już starczy, ale widać że nie... Że póki jesteśmy i nigdzie nie wyjeżdżamy na wakacje to trzeba... Nawet korzystając z wolnego od szkoły ustaliliśmy by zwiększyć liczbę godzin... Co prawda parafia opłaca te lekcje, ale tyle ich przepadło, że spokojnie możemy to po prostu nadrobić... Przynajmniej przez te dwa tygodnie, zanim wyjadę na rekolekcje z młodzieżą.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]