_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
urodziny 2012-06-25

I już po moich 31 urodzinach... Zeszłe - trzydzieste - obchodziliśmy w dość licznym gronie przyjaciół, rodziny, parafian. Całą sobotę był piknik i grillowanie, najpierw z dziećmi i młodzieżą, następnie - po Mszy o 18:00 w gronie dorosłych... Było to jednocześnie moje pożegnanie z parafią w Bisztynku.


W tym roku było już zupełnie inaczej... W sobotę po kolacji posiedzieliśmy troszkę u mnie  we trzech - ja, ks. Virginius i ks. Vitalius. A w niedzielę przy okazji obiadu także z kanonikiem... I urodziny minęły... Radością były życzenia, które spływały smsami, na fb i nk... Od kiedy portale przypominają o urodzinach jest to dużo prostsze i wiele osób składa życzenia... Starałem się na każde odpisać... Wiele było prostych - Stówka, Najlepszego itd, ale były też głębsze, piękniejsze... W które ktoś włożył trochę serca... Dziękuję wszystkim, a zwłaszcza właśnie autorom tych ostatnich...


Wśród nich warto przytoczyć:


Życzę Księdzu niezmiennie tego samego - Nieba i nieustającego zapału Bożego Szaleńca :)

Sto lat, sto lat :) bym zaśpiewała ale nie mam jak:) życzę Księdzu pewnie tak jak większość Błogosławieństwa Bożego, szczęścia, a zwłaszcza Nieba:)

No dobra Bracie, stateczności, dobrych wyborów, wiecznego zaufania, całkowitego szaleństwa w Kościele.

Nowych, ciekawych wyzwań na drodze kapłańskiej i nieustannych powodów do śmiechu :)

Wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia, wielu łask Bożych i samych szczęśliwych dni w posłudze kapłańskiej w imię Jezusa Najwyższego. A tak na osłodę dzisiejszego dnia:
http://porebski3940.files.wordpress.com/2011/10/tort-urodzinowy.jpg?w=550
Su geriausiais linkėjimais :)

"Każde powołanie kapłańskie w swej najgłębszej warstwie jest wielką tajemnicą, jest darem, który nieskończenie przerasta człowieka. (...) Powołanie jest tajemnicą Bożego wybrania: "Nie wyście mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał" (J 15, 16). "I nikt sam sobie nie bierze tej godności, lecz tylko ten, kto jest powołany przez Boga jak Aaron (Hbr 5,4)"
Jan Paweł II, Dar i Tajemnica

Te słowa wielkie przytaczam z okazji urodzin Księdza - Szaleńca Bożego, a "od siebie" życzę jeszcze wielu Bożych szaleństw, energii, uśmiechu i zdrowia w trudnej pracy duszpasterskiej. Zwolnić trzeba, ale tylko... samochodem (to taka misja edukacyjno-społeczna emerytowanego policjanta :))

Życzę błogosławieństwa Bożego! I kapłaństwa na miarę Chrystusa Sługi!

Wszystkiego najlepszego do końca życia i jeszcze całą wieczność dłużej! ;)

Sławek!!!  :):) wszystkiego wszystkiego co dla ciebie najlepsze!! Obyś na swojej drodze spotykał samych wspaniałych ludzi a z każdych doświadczeń wynosił coś dobrego, buuuziu...! :D Aha- i obyś częściej wpadał do stolicy! ;D HIP HIP HURA DLA CIEBIE!:D STO LAT!!!:D


Jak mijają urodzinki? Ode mnie masz Elektro uściski i życzenia najlepsze ze wszystkich. Świętości!


Wiele z tych życzeń jest więc dla mnie jakimś wyzwaniem. I jako takie je przyjmuję i za nie dziękuję...


Ostatni gasi światło 2012-06-25

Piątek-Sobota... W Olsztynie odbywa się Diecezjalna Oaza Matka. Mój dwu-dzień wolny troszkę okrojony, bo mam w czwartek mieć dyżur, ale w piątek mogę jechać... Zwłaszcza, że wieczorem ma być spotkanie kapłanów moderatorów oraz członków stowarzyszenia Diakonia Ruchu Światło-Życie. Nie spieszyłem się z wyjazdem za bardzo, bo wszystko zaczyna się dopiero o 18:00. Ruszyłem więc koło południa. Po 17 km, akurat na skrzyżowaniu w Kalwarii mam telefon... Diakon pyta czy nie jadę do Polski. "Masz trzy minuty" - tyle zajęło mi odjechanie z głównego skrzyżowania pod ich kościół... Co ciekawe wyrobił się błyskawicznie... Vitalij za tydzień ma  święcenia i chce kupić na tę okazję kilka rzeczy. Będzie więc okazja, zwłaszcza, że w Olsztynie jest większy wybór niż w Suwałkach.


Spotkanie oazowiczów mnie rozczarowało... Spodziewałem się że będzie mało osób, ale to co zobaczyłem to naprawdę była Reszta Izraela... osoby można policzyć na palcach... Z księży - Ja, Moderator Diecezjalny - ks. Ryszard i ks. Marcin od Saletynów. Z członków diakoni - oprócz mnie i ks. Ryszarda  - tylko jeden - Adrian G. czwórka animatorów, dwie osoby po I ONŻ... Potem jeszcze ze dwie osoby przyszły... Wszystkich można policzyć na palcach. Biorąc pod uwagę, że w samym Olsztynie mamy co najmniej ośmiu księży po formacji oazowej to naprawdę było mi przykro... I tu nie chodzi o te 200 km które przyszło mi jechać... Tu bardziej chodzi o słowa Ewangelii


"Biada wam, uczonym w Prawie, bo wzięliście klucze poznania; samiście nie weszli, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli" Łk 11,54


 Jeśli oaza uformowała mnie, pomogła mi być dziś szczęśliwym, jeśli wierzę, że ta "Droga" ma sens, to jak mogę nie pomóc innym tej drogi nie odnaleźć...


Spotkanie Odpowiedzialnych z powodu frekwencji trwało krótko... Oprócz naszej trójki zostały jeszcze niektórzy starsi animatorzy... Pytanie co zrobić, by wskrzesić Ducha Oazy w nas samych wisiało w powietrzu... A może pozostaje tylko ostatnim zgasić światło... I niech każdy żyje jak chce...


Na coś takiego nie można się zgodzić... Dużo jest we mnie planów odnośnie budowania struktur oazy na Litwie, ale widzę że jednocześnie nadał trzeba tam na Warmii poruszać wodę w tej naszej Sadzawce Siloe...


Pzyszło lato... 2012-06-21

W sumie u nas na Litwie już lato... Zaczęło się na początku czerwca wraz z pierwszymi wyjazdami urlopowymi. Proboszcz na rehabilitacji, ja już byłem na pięciodniowym wolnym, Virgiliniusa nie było prawie miesiąc. Ale nareszcie wrócił. Cieszę się. Znów na plebani zagościł na co dzień język angielski :) Zresztą ze wszystkich księży, z nim mam takie najfajniejsze relacje. Chociaż jest on zupełnie inny jak ja - on typ domatora, ja wieczny wędrowiec... Ale ten rok bardo nas zbliżył. Często siedzimy, gadamy, żartujemy... Teraz, po tym jak już złożył w Rzymie doktorat i czeka na recenzje i termin obrony, narzeka że się będzie nudził... No tak, bo poprzednie miesiące to non stop przy książkach i komputerze... Virginius wrocił, za to jutro wyjedzie Marius... na krótko - na tydzień... Na początku zaś lipca wyjedzie Vitalius, a druga połowa lipca - znowu ja... Na rekolekcje oazowe. Ale robię je w ramach urlopu. tak jak zawsze :). Liczyłem wczoraj, że zostanie mi jeszcze jakieś 9 dni do wykorzystania - może zostawię je na listopad i przy okazji imienin pojadę gdzieś dalej? Kto wie...


Lato daje już się we znaki... Niby go wyczekiwałem, ale już po kilku dniach, gdy sutanna po 10 minutach Mszy zaczyna się kleić do ciała, chciało by się, by cały rok był piękną majową wiosną...


W związku z urlopami troszkę zamętu jest w naszym grafiku. Dzięki temu dziś dyżuruję już trzeci dzień z rzędu... Wtorek popołudniu, wczoraj ranek, dziś znów popołudnie... Ale ma to swoje plusy... Ponieważ w kancelarii interesantów nie wielu, przyniosłem komputer i mogę pouzupełniać te moje zapiski...


II ONŻ na Wigrach 2012-06-21

W poniedziałek mieliśmy spotkanie w Suwałkach odnośnie rekolekcji oazowych. Już tydzień temu, w Wilnie rozmawiałem z  księdzem Szymonem z diecezji ełckiej o II stopniach ONŻ. Chodzi o połączenie rekolekcji, ponieważ na obu nie mamy zakładanego kompletu i ciężko by było je zrobić bez szkody dla uczestników. Sam w zeszłym roku i dwa lata temu dość zdecydowania wypowiadałem się przeciwko robieniu rekolekcji dla pojedynczych osób, bo jednak dwójka ma charakter wspólnotowy - odkrywamy, że jesteśmy nowym ludem bożym, który Chrystus-Mojżesz wyprowadza z niewoli grzechu... Ze względu na plebanię w Patilcai, którą dostałem do dyspozycji planowałem rekolekcje na Litwie na 20 osób... To by była grupa wystarczająca... Tyle że na razie zgłoszonych jest 5 osób... kilka jeszcze myśli... W Ełku zaś na listach jest jakieś 8... kilka też nie wpisanych... Ci co mnie znają, wiedzą, jak ciężko jest mi podejmować decyzje, jak już sobie coś ułożę, zaplanuję, ubzduram... Trudno jest z  tego zrezygnować... Ale Rozum tym razem jednoznacznie podpowiada... Będzie łatwiej... Będzie lepiej...


Ksiądz Szymon zdecydowanie się opowiada za tą opcją. Problemem jest tylko różnica terminów - On zbierał ludzi na I turnus, ale ze swoimi z Suwałk już rozmawiał i im drugi termin też pasuje... Do innych ma przedzwonić. Ustaliliśmy, że ja te rekolekcje poprowadzę. A zrobimy je na Wigrach najprawdopodobniej, w prześlicznym klasztorze pokamedulskim. Miejsce powinno być dobre, choć rozmawiamy też o uciążliwości, jaką będą liczni turyści... Wczoraj doszedł też problem z dwoma pierwszymi dniami - okazuje się, że na Wigry będziemy mogli wprowadzić się dopiero 17 tego lipca.... Troszkę lipa... Ks. Szymon proponuje zaczęcie w Suwałkach, w Betanii (dom rekolekcyjny przy jego parafii)... A może termin jeszcze przesunąć? Albo zacząć na Litwie? A może inne miejsce? Wczoraj rozmawiałem o leśniczówce w Pobondziu. Cenowo nieźle, tyle że termin zajęty - odpada... 


Diakonia na rekolekcje już pomału zebrana. Nie chcę zrobić błędu, bo za dużo czasem mnie nerwów kosztowało to, że się brało ludzi z przypadku. Tym na czym mi zależy jest dojrzałość i duch służby. I posłuszeństwo. Nie jestem może najlepszym moderatorem, ale zawsze daje z siebie wszystko i tego samego oczekuję od animatorów. Na razie mam zgłoszonych kl. Pawła i Agatkę. Myśli o rekolekcjach też Kasia. Ekipa Bisztynek i okolice... Potrzebny jeszcze animator liturgiczny i jedna animatorka - ewentualnie animatorka liturgiczna... O ile byłaby wysokiej klasy :) Proponowałem Agnieszce R. - niestety nie da rady... Podobnie omc diakon Krzysztof OP oraz kleryk z Ełku - Daniel. Warmińscy klerycy - Krzysiek, Adam i Adrian również nie dadzą rady... szkoda...  Trzeba szukać dalej...


Hospicjum 2012-06-19

Są takie miejsca, gdzie czuje się Bożą Obecność, gdzie ścisza się głos, gdzie uśmiech nie schodzi z ust... gdzie widać namacalną dobroć... Jednym z takich "Przyczółków Nieba na Ziemi" czymś w rodzaju Ambasady Królestwa Bożego jest klasztor sióstr Jezusa Miłosiernego na Wileńskiej Rosie.


W Sobotę, po obowiązkach w naszej parafii w Mariampolu byłem zaproszony by uczestniczyć w wielkim wydarzeniu - w otwarciu pierwszego na Litwie Hospicjum. Znajduje się ono właśnie tam, na Rosie, na terenie dawnego Klasztoru i Kościoła sióstr wizytek. Za komuny zabrano wszystko kościołowi i zrobiono tam więzienie, niszcząc doszczętnie charakter świątyni przez wstawienie czterech betonowych stropów... Dziś, gdy Kościół to odzyskał wielu twierdzi, że świątynia jest już nie do odratowania... Lepiej było z dwoma budynkami, które zajmowała administracja więzienna. Mniejszy - dawną kapelanię, w której swego czasu mieszkał ks. Sopoćko i p. Kazimierowski - malarz pierwszego obrazu Jezusa Miłosiernego - oddano siostrom Jezusa Miłosiernego i tam znajduje się właśnie ich klasztor. Większy, czyli dawny klasztor wizytek, przez długi czas stał zrujnowany, a wileńscy menele zrobili sobie tam m.in melinę... Byłem tam kiedyś, z 7-8 lat temu w środku... tragedia... A jednak udało się. A to za sprawą siostry Michaeli, która w ciągu trzech lat i zaangażowaniu pewnie z tysiąca ludzi dobrej woli dopięła swego. I dziś właśnie tam jest hospicjum, w którym będzie miejsce dla 17 osób, nieuleczalnie chorych, umierających... By mogli żyć i umierać jak ludzie.


Pogodę mieliśmy piękną. Dziedziniec klasztoru zapełnił się wielojęzycznym tłumem... Polska, Litwa, Białoruś, Niemcy, Włochy, Irlandia, Kanada, USA... O 15:00 oczywiście koronka do Bożego Miłosierdzia. A potem Msza której przewodził kardynał Bakcis. Pierwszy raz z nim koncelebrowałem i muszę przyznać, że bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Zwłaszcza piękną polszczyzną (choć czytaną, nie mówioną) na przywitanie gości, bardzo zgrabnym kazaniem po litewsku, pewnym dostojeństwem, ale jednak nie srogim, lecz takim ojcowskim... Choć ludzie w Wilnie są mocno podzieleni, widać to także w Wileńskim Kościele, to jednak siostry i to miejsce, jak już wspomniałem " Przyczółek Nieba" bardzo mocno jednoczy i napełnia pokojem.


Po Mszy i poczęstunku mieliśmy półtorej godziny przerwy. Tak się złożyło, że w pielgrzymce parafialnej przyjechała do Wilna Ola, żona mojego kuzyna, wraz z mamą i siostrą. W środę odwiedzałem ich w Ciechanowie. Teraz była okazja spotkać się na ziemi wileńskiej. Mieli już czas wolny, ja także, więc zabrałem je na spacer na Zamek Giedymina oraz spacer po starówce. A potem jeszcze na kończący uroczystości poświęcenia hospicjum koncert Marka Torzewskiego, który odbywał się w Domu Polskim - największej placówce kulturalnej wieleńskiej Polonii. Marek Torzewski - słynny polski tenor to także znajomy siostry Michaeli, podobnie jak wielu innych wspierał budowę hospicjum i nie mógł nie przyjechać na jego otwarcie. Na koniec koncertu po krótkim tłumaczeniu, że mocno się boi śpiewać tu Wilnie jednej z szczególnych, że wielu mu odradzało, że może być to odebrane przez litwinów nie właściwie, to jednak w obliczu zbliżającego się meczu Polska-Czechy nie sposób tego nie zaśpiewać... I zaśpiewaliśmy wszyscy na stojąco, a potem jeszcze raz, na bis... Do Boju Polsko....


Po koncercie w Domu Polskim zaplanowane było wspólne oglądanie Meczu. Po przebraniu się z sutanny w barwy narodowe zasiadłem razem z większością gości przed wielkim telebimem... Dołączyło do nas wielu turystów i mieszkańców Wilna. Nasza Polska strefa kibica... Szkoda tylko, że nie udało się wygrać z Czechami...


tu link do zdjęć z Poświęcenia Hospicjum  zdjęcia p. M. Paluszkiewicza (album na fb)


Powrót w codzienność :P 2012-06-17

Urlop to było coś zupełnie innego niż moja codzienność... Msza po polsku, nie po litewsku, jazda autobusem i piesze wędrówki, zamiast samochodu, gotowanie, pieczenie (oczywiście z pomocą innych), a przede wszystkim czas... jak nigdy nigdzie się nie śpieszyłem... Życie zwolniło diametralnie... W środę tylko wybrałem się do Ciechanowa odwiedzić kuzyna i jego rodzinę, by w czwartek wrócić jeszcze na jedną noc do naszej stolicy.


W piątek, po dniach sielanki zwyciężyła moja natura podróżnika... Droga powrotna była więc w moim stylu... Nieco okrężna... Zaczęło się od tego, że w Ciechanowie u Michała została torba i ładowarka do komputera... Była więc okazja nadłożyć kilometrów i zajechać na kawę. A że z Ciechanowa już blisko do Przasnysza to wpadłem na pomysł by zajechać tam do o. Pasjonistów. Jakiś czas temu okazało się, że przyjął u nich święcenia kapłańskie jeden z moich kolegów z seminarium. Odszedł on po dwóch latach, ale jak widać potem poszedł jeszcze raz do zakonu. Chciałem go odwiedzić, ale troszkę się bałem, bo te dwa lata (z których rok mieszkaliśmy w jednym pokoju) obfitowały w różne ciekawe sytuacje... O. Paweł był kompletnie zaskoczony, ale ucieszył się jak najbardziej. Całkiem nieźle sobie radzi w zakonie. Po obiedzie i szybkiej drugiej kawie wymieniliśmy numery kontaktowe i ruszyłem dalej... - Była już godz. 15:00.


Postanowiłem iść za ciosem i jechać dalej na Olsztyn... Tyle że trzeba by gdzieś odprawić Mszę. Bocznymi drogami (tak jak lubię) przedarłem się w okolicę Nidzicy do Kanigowa. Tam proboszczem jest ks. Janusz, który już kilka razy zapraszał mnie, by go odwiedzić. Właśnie kończył Mszę. Okazało się też że zaraz jedzie do Łyny, gdzie odbywają się Misje Św. (takie tygodniowe rekolekcje). Padła propozycja by jechać z nim i tam się dołączyć. Ks. Krzysztof, tamtejszy proboszcz, z którym też już wiele lat się znamy niezmiernie się ucieszył i na Mszy, dość serdecznie witał i przedstawiał... Dodatkowa atrakcja misji św. Misjonarz ze Wschodu :) Po Mszy były jeszcze specjalne okolicznościowe nabożeństwa, w czasie których proboszcz leżał krzyżem za grzechy całej parafii i procesja którą poprowadziłem. Fajnie wyszło, że tam zajechałem z x Januszem... Bo pewnie samemu bym nie wpadł na to...


Ostatnim postojem w podróży był Olsztyn. Zajechałem na kilka godzin do mojej siostry, jako że się okazało, że jest tam także w gościach mój ojciec. Była okazja się więc spotkać rodzinnie, zwłaszcza że ten urlop nie za długi i skoro zdecydowałem się na Warszawę to już nie było jak pojechać pod Bydgoszcz do rodziców. Po 23:00 nie było wyjścia... trzeba dalej jechać... Jutro rano Msze w Mariampolu. Droga cicha, spokojna... w domu byłem cztery godziny przed śniadaniem...:) Czyli już wszystko w normie :)


 


 


Pokochać Warszawę... 2012-06-17

Krótki, 5 dniowy urlop za mną... Miały być góry, a wyszła Warszawa. Ale nie żałuję. Lubię to miasto... Mój ojciec urodził się na Targówku, wychowywał na Mokotowie... jako mały chłopak - 5-8 letni jeździłem z nim kilka razy odwiedzać stare kąty... Potem zaś  gdzieś się to urwało... Do czasu... Miłość do Warszawy wróciła na studiach w Seminarium. Już nie pamiętam kiedy dokładnie, ale idąc któregoś razu wieczorem przez miasto odkryłem jego niesamowite piękno... Przed oczami mam tę trasę i nagły zachwyt - zauroczenie stolicą... Z szarej i smutnej, jak mi się kiedyś wydawało, stała się nagle piękną, jasną, radosną. nowoczesną i klasyczną... Szedłem z placu Bankowego na starówkę i cieszyłem oczy tonącymi w złotym świetle fasadami kamienic i innych budynków...







Pamiętam jak kiedyś, na 5 roku bodajże jechałem z jednym z kolegów w góry... On znów był zakochany w Krakowie... :) Ponieważ pociąg do Nowego Sącz miał być jednak dopiero wieczorem, a my nijak nie mogliśmy dojść do porozumienia gdzie zrobić pauzę, ja wysiadłem na 3 godzinki w Warszawie i dojechałem do Krakowa późniejszym pociągiem, a on dojechał od razu i tam te trzy godziny przeczekał...


Wraz z pisaniem pracy magisterskiej przyszło mi także jeździć do Warszawy do Archiwum Akt Nowych na Banacha robić Kwerendę i wypisywać fiszki... To był czas by uczyć się miasta, dzielnic, ulic i zaułków... Poznawać połączenia komunikacyjne, ciekawe miejsca, kawiarnie, kościoły, parki...







Także już po obronie magisterium i po święceniach, kiedy stałem się bardziej niezależny dzięki zrobieniu prawa jazdy Warszawa pozostała dla mnie częstym celem mego wędrowania przez życie.... Lubiłem tu podjechać na wieczór do teatru, czy też w dniu wolnym.... Pierwszy raz autem byłem, pamiętam dobrze - 6 stycznia 2007, miesiąc i tydzień po odebraniu prawo jazdy... Zmieniali się ludzie, których odwiedzałem, zmieniały się cele, zmieniała się wreszcie sama Warszawa... Ale jest coś, co mnie tam ciągnie... Jak ja to mówię... Miłość Genetyczna...i genetyczna znajomość miasta...


Warszawa ma różne twarze... Jest ta zniszczona wojną, Warszawa Walcząca, z Małym Powstańcem i Muzeum Powstania... Warszawa Żydowska z Gettem, Synagogami, Teatrem i Bogatą Gminą Wyznaniową. Jest senna jak Ursynów i mgła nad Wisłą, jest romantyczna jak Nowy Świat, zwłaszcza zimą... jest kolorowa, roztańczona, szalona i grzeszna Warszafka, ale jest i cicha i święta, jak pomnik Popiełuszki, czy krypty w Kościele św. Marcina...







W tych dniach mistrzostw była jeszcze jedna jej twarz... Warszawa Piłkarska... Biało-Czerwona... Nie Zieleń, nie czarne koszule...lecz biało-czerwone barwy i biało czerwone serca rozpaliły te miasto... Jak to dobrze, że już kilka lat temu udało się to osiągnąć, że w obliczu meczy reprezentacji barwy klubowe schodzą na plan dalszy... Że wszyscy jesteśmy Drużyną Narodową...Dumni ze zwycięstw... Załamani porażkami... Ale trwamy, zdzieramy gardła, cieszymy się i płaczemy... czasem ze szczęścia, czasem z bezsilności...


Dodam jeszcze, że tym, co najbardziej rzuciło się w tych dniach, mi na oczy w Warszawie... to jej czystość... Wielkie Banery pozasłaniały zniszczone elewacje i niedokończone szkielety budowli, tramwaje, nawet te starsze dzięki nowym żółto-czerwonym (kolory Warszawy) lakierom wyglądają jakby prosto wyjechały z fabryki... Galerie jak pałace, dworce jak galerie, ulice i skwery czyste, sprzątnięte, wymyte... Warszawa niczym panna na wydaniu... Wystrojona, podmalowana, uśmiechnięta pragnie zauroczyć sobą kolejnych, tak jak kiedyś mnie...



Bitwa Warszawska 2012 2012-06-14

Wtorek. Dzień Bitwy Warszawskiej 2012. Czy będzie to mecz o wszystko? Czy ostatni z Czechami to już tylko o honor? Jaki będzie wynik? Te pytania rozbrzmiewały od rana w całym mieście. Warszawa żyła meczem. Jeszcze wieczorem do naszego wesołego mieszkanka dojechał ks. Adrian. Razem włóczyliśmy się pół dnia w okolicach stadionu i strefy kibica w poszukiwaniu ewentualnych biletów na narodowy i rozpoznaniu terenu. Ceny u koników nierealne - 1500 zł, 1200, 1000... może przed samym meczem będzie troszkę taniej, ale nie chce nam się już, zwłaszcza, że kolejni znajomi decydują się dołączyć do nas, jeśli pójdziemy pod pałac kultury... Adrian zdecydował się pójść tam już na pierwszy mecz - Grecja v. Czechy. Ja w tym czasie muszę być na Grójeckiej u dentysty... po wizycie i chwili w domu, docieramy do fan zony. Do meczu 30 min. Gdy ktoś mnie pytał, jaki będzie wynik odpowiadałem 6-1. Dla Rosji. znajomi się śmieli, ale jacyś gówniarze zarzucili mi brak patriotyzmu. Ja zaś ze stoickim spokojem odpowiadałem maksymą Old Schatterhanda wyczytaną 20 lat temu w książce Winetou - Lepiej być miło zaskoczonym niż zawiedzionym i rozczarowanym. Atmosfera w strefie kibica robi jednak swoje... Zwłaszcza po golu ze spalonego wpadamy sobie wszyscy w ramiona i dopiero po chwili do nas dociera, ze nadal jest 0:0. W naszym sektorze przed Kinoteką tłum biało-czerwonych i pięciu Rosjan. Często reagujemy podobnie, tyle ze jak my klaszczemy za piękny strzał, to oni klaszczą za piękną paradę. I odwrotnie. Podziwiam ich troszkę za odwagę. Nie wiem czy ja bym tak wszedł na mecz w barwach narodowych między 10 tyś. podchmielonych Ruskich...


Na meczu tuż przed bramką dla naszych łapie mnie skurcz pod żebrami... Bardzo nieprzyjemny. Idę na bok gdzieś usiąść i napić się czegoś... Coś się dzieje już jakiś czas z tymi bólami...


Mecz kończy się zwycięskim remisem... To sukces, który cieszy, zwłaszcza gdy się człowiek nastawiał na sromotną porażkę :) 100 tysięczna biało-czerwona rzeka wylewa się spod Pałacu Kultury i Nauki - daru narodu radzieckiego i płynie na wszystkie strony korytami ulic naszej stolicy... Wraz z tym tłumem, z pieśnią na ustach docieramy do domu, gdzie jeszcze chwile trwają piłkarskie dyskusje... Taki dzień jak wtorek pokazuje, że turniejem żyją wszyscy, nawet ci, co do końca na zasadach piłki nożnej się nie znają... Ale przecież nie to jest najważniejsze... Najważniejsza jest Polska. I to, ze jesteśmy razem.



przed meczem.... 2012-06-14

Pomysłów na urlop było kilka. Wygrał sportowy. W końcu w Polsce mamy trzecią pod względem wagi imprezę sportową świata - zaraz za Olimpiadą i Mundialem. Po Agatkowym Posłaniu Misyjnym posiedzieliśmy jeszcze trochę wieczorem w Bisztynku i wybraliśmy się do Warszawy, gdzie we wtorek odbywał się mecz Polska - Rosja. Do meczu został jeden dzień - poniedziałek. zawsze zabiegany, zalatany - pod presją tego by w tyle miejsc zdążyć, limitujący czas wizyt na godziny a czasem minuty nareszcie tego czasu miałem bardzo dużo... By odpocząć, by cieszyć się ludźmi, by rozmawiać, by gotować... Z tym gotowaniem było fajnie. Generalnie rzadko mam okazję... ale chyba największy problem jest, że nie ma dla kogo... Dla siebie samego, jeśli jest taka potrzeba to po prostu się nie chce, to już lepiej zjeść coś na zimno, lub jakieś danie gotowe... Tu, w poniedziałek była okazja zrobić obiad na pięć osób. Padł pomysł by była to potrawka z kurczaka w sosie koperkowym oraz ryż i surówka... Zamiast jednak obgotowywać kurczaka i wtedy zrobić z niego potrawkę, łatwiej poszło wysmażyć gulasz z piersi i podusić go w sosie, który doprawiliśmy naprawdę dobrze... Myślę że obiad można zaliczyć do udanych... :)


Po obiedzie poszliśmy na Mszę do św. Jakuba. Zaskoczyło mnie ciepłe przyjęcie, liczne podkreślanie w modlitwie Litwy i misjonarzy jak również odstąpienie kazania. Ponieważ było to w dniu św. Barnaby ucieszyłem się, bo jest to postać mi dość bliska... Mówiłem troszkę dłużej niż się pewnie spodziewali, ale z radością, w duchu misyjnym... Na Mszy było wielu oazowiczów, bo po niej mieli swoje spotkanie. Na chwilę zostałem z nimi, przywitałem się z ks. Pawlakiem - byłym moderatorem diecezjalnym oraz odpowiedziałem na szereg pytań zanim zaczęli spotkanie... Po czym zmyłem się do domu, by rozkoszować się spokojem urlopu....


W kościele moją uwagę zwróciła Ewangelia:   (Mt 10,7-13)
Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie! Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski! Wart jest bowiem robotnik swej strawy. A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny, i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie. Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli zaś nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was!


Dom Heli, w którym się zatrzymałem, jak najbardziej jest tym ewangelicznym - To ludzie godni, pod każdym względem. Choć znamy się nie tak długo, to jednak jest coś, albo lepiej ktoś, kto nas łączy... Kto sprawia, że jesteśmy jak rodzeństwo.... Bóg i żywa wiara, której w tym domu nie brakuje...


Po Bożym Ciele nie ma księdza w Kościele 2012-06-13

Co niedziela to święto... Wniebowstąpienie/Zesłanie Ducha Świętego/Trójcy Św./a teraz - Boże Ciało... Ten majowo-czerwcowy przełom obfitował w różne uroczyste liturgie, procesje i kazania tematyczne, które tym razem czerpałem z otrzymanej kiedyś od proboszcza książki księdza Bronisława Bulki. Niezwykłe w swojej formie - krótkie i bardzo konkretne. Czyli coś w sam raz dla mnie. Początkowo przymierzałem się do wzięcia od 27. maja dwutygodniowgo urlopu. Niestety z powodu wyjazdu do Rzymu ks. Wirginiusa oraz z powodu operacji proboszcza był problem z terminem... Nie było by komu obstawić tych wszystkich naszych czterech parafii. Ostatecznie więc z dwóch tygodni urlopu wyszło pięć dni... od Niedzieli (10.06.) do piątku (15.06). Przysłowiu "Po Bożym Ciele nie ma księdza w kościele" stało się więc za dość...


Niedziela Bożego Ciała była dość intensywna... Rano nasza główna parafia, gdzie wpisano mi Mszę dla dzieci o 10:30, a wcześniej pomoc w spowiedzi i komunii na wcześniejszych Mszach, a o 12:00 udałem się do Patilcai, gdzie trzeba było odprawić już mocniej uroczyście Mszę z procesją. W Kościele było ok. 62 osób. Nie za dużo. Ołtarzy na wiosce nie budują. Procesje więc robimy po Mszy wokół kościoła - bez chorągwi i baldachimu. Kończymy odśpiewaniem Te Deum Laudamus i błogosławieństwem. 


Po procesji jestem już na urlopie... Wróciłem więc tylko zostawić rzeczy na plebanii, nawet nie zjadłem obiadu, co już wcześniej zapowiedziałem gosposi i ruszyłem w trasę na Warmię. Najpierw jednak jeszcze odbiłem na Augustów zabrać ze sobą kolegę - Łukasza. Razem już trasą przez Ełk, Orzysz, Mikołajki, Mrągowo i Biskupiec docieramy do Bisztynka, gdzie w tym dniu miało miejsce posłanie misyjne wyjeżdżającej na rok do Zambii Agatki. Nie wyobrażałem sobie, że mogłoby mnie tam nie być... Dotarliśmy punktualnie o 16:30, co prawda już po głównej uroczystości, w czasie której wręczono jej krzyż misyjny i specjalnym obrzędem "posłano" do ludzi na innym kontynencie... [link]



Załapaliśmy się jednak najpierw na grilla i radosne świętowanie w ogrodzie, a potem na wieczorną Eucharystię, w czasie której było kazanie misyjne ks. Maćka - salezjanina odpowiedzialnego za formację 14 tegorocznych wolontariuszy. Na tę Mszę, którą ja odprawiałem przygotowałem pewien prezent... Błogosławieństwo Papieskie - Od tej chwili do nas, modlących się za Agatę i jej Afrykańskie Dzieci z przedszkola w Mansie dołącza Ojciec św. i miliony chrześcijan na całym świcie... To niezwykłą moc tych papieskich błogosławieństw. Bo choć czasem niektórzy się śmieją z ozdobnych pergaminów wystawianych w Watykanie i podpisywanych w imieniu papieża przez Arcybiskupa z Apostolstwa Dobroczynności, to jednak papież te wszystkie intencje wspólnie omadla. Do tego każdy, kto odmawia chociażby różaniec i kończy go modlitwą "w intencjach Ojca św." to właśnie choćby nawet nieświadomie, to jednak modli się także z Agatę i jej misje, bo od tej niedzieli, to także jedna z papieskich intencji...


Wilno pod znakiem FOS-ZOE 2012-06-09

Na czwartek umówiłem się z ks. Szymonem na wyjazd do Wilna. Rano co prawda było małe spięcie o to z Vitaliusem, bo ze względu na nieobecność Virginiusa ktoś musi dyżurować w czwartki, które są i naszymi dniami wolnymi. Wydawało mu się, że ja wezmę, ale gdy próbował mnie przekonać, że moja kolej, jednoznacznie oznajmiłem, że nic na ten temat nie wiem, nikt nic ze mną nie ustalał, że mam już plany i po południu wyjeżdżam... bo jestem umówiony. Nie uśmiechało mu się to, ale to tak naprawdę nie była ani moja ani jego wina... W sumie to Marius nie pomyślał wcześniej i nikogo nie wyznaczył... Ostatecznie Virginius stwierdził, że weźmie ten dyżur. Ponieważ wyjeżdżaliśmy po 15:00 zaproponowałem, że mogę wziąć pogrzeb o 11, żeby jakoś ten czwartek podzielić między nas, ale nie chciał...


Po rannych mszach pojawił się jeszcze jeden problem na piątek - zgłoszono na ten dzień jeszcze dwa pogrzeby (razem trzy, bo we wtorek już jeden wpisaliśmy). W piątek dyżuruje Marius, jest jeszcze także kanonik, ale on na cmentarz pogrzebów nie odprowadza... Także na rano doszły dwie intencje żałobne, więc Marius musi to jakoś ogarnąć.


Goście byli u mnie 15:15. Oprócz ks. Szymona jechała z nami także p. Ania z oazy dorosłych oraz Rafał (po I st. ONŻ) - wyszedł nam więc taki wyjazd oazowy. Zresztą taki też był cel, by to nie tylko była akcja turystyczna pod hasłem "Po Bożym Ciele nie ma księdza w Kościele". Założeniem było poznanie litewskiej oazy, którą ks. Szymon - moderator ełcki się z doskoku opiekuje, wprowadzenie mnie trochę w te klimaty, tak bym pomału mógł wspierać i nieco zintegrować te nasze środowisko. Zależy nam na tym, bo wiele pracy włożonej w zeszłych latach, setki osób na Omach i dziesiątki na 15 dniowych rekolekcjach gdzieś się rozpierzchły z powodu braku konkretnego wsparcia na miejscu...


Zatrzymaliśmy się tradycyjnie na noc u sióstr Jezusa Miłosiernego. Pierwsze spotkanie umówiliśmy na 20:00 w Belmondas. To piękny park w stylu francuskim położony w zakolu Wilejki. Tam przyjechał do nas ks. Franciszek, wikariusz z Świętego Ducha w Wilnie. Pochodzi z Soleczników - zagłębia Polaków, jest po pełnej formacji. Niestety, za miesiąc wyjeżdża do Rzymu na studia. Biskup zdecydował wysłać go na Prawo. dobrze było sobie jednak pogadać, spotkać się. Wymienić numery telefonów. W Belmondas spotkaliśmy także dość nieoczekiwanie jedno oazowe małżeństwo. Przyjechali tam świętować drugie urodziny swojej córki. Swego czasu byli oni ostoją wileńskiej oazy. Dziś widać u nich dojrzałość, wiarę, dobroć, radość... A przecież o to nam chodzi, czy uda nam się uformować kolejne pokolenie, tak jak udało się z ich grupą te 5-8 lat temu...


Rano umówiliśmy się na 9:00 z księdzem Włodkiem z Ostrej Bramy. Wraz z nim przyjechała siostra Ilona, oazowiczka z diecezji płockiej, pracująca teraz w Wilnie. Należy do Zgromadzenia sióstr od Aniołów. Chcą oni wysłać do Suwałk 5 dziewczyn na OND i jednego chłopaczka na I ONŻ.  Ponad godzinę mogliśmy sobie porozmawiać o specyfice wileńszczyzny, o tym, jak mądrze i roztropnie to wszystko tworzyć i organizować. Zaprosiłem ich do Mariampola w związku z rokiem bł. Jerzego Matulewicza. Pomyśleliśmy też o zorganizowaniu po wakacjach oazy ewangelizacyjnej - oazy modlitwy... kto wie...


O 12:00, po spacerze po Wilnie udaliśmy się pod katedrę, gdzie umówiliśmy się z trzecim księdzem - x Pawłem. Jest to Marianin, Polak z Polski. Przez 6 lat pracował w Mariampolu w bazylice. Do tej pory często tu bywa, bo jest tu drugi z Polaków - ks. Piotr, z którym przed laty razem na Litwę przyjechali. Już dawno chciałem go poznać, zwłaszcza że on zajmował się do niedawna jedyną zorganizowaną wspólnotą oazową w Wilnie - na Zwierzyńcu. Do niedawna, bo bodajże we wrześniu zeszłego roku wspólnota się rozwiązała i zawiesiła formację... Pokończyli studia, zaczęli pracę, młodsi do wspólnoty nie dołączali... Jesteśmy cały czas w kontakcie z tymi osobami, ale to już coś, co się zamknęło... Z ks. Pawłem troszkę pogadaliśmy, zjedliśmy obiad po czym na mnie przyszedł czas wracać do siebie, bo na wieczór miałem Mszę. umówiliśmy się że spotkamy się niebawem u ks. Piotra w bazylice.


Ks. Szymon został jeszcze z Anią i Rafałem, bo na 17:00 był jeszcze umówiony w Lendwarowie. Tam mieli odprawić Mszę i spotkać się ze wspólnotą oazową dorosłych, która chyba jako jedyna na Litwie dość fajnie funkcjonuje. Szymon liczył co prawda, że ja też będę, ale może następnym razem...


Gdy wróciłem do siebie, zastanawiałem się jak sobie poradzili z pogrzebami i Mszami. Dzwoniłem nawet w czwartek wieczorem do Mariusa, ale nie dodzwoniłem się. Jakby było trzeba, to byłem gotów dojechać na rano, ale poradzili sobie, choć kosztem Vitaliusa, który nie dość że nie miał wolnego czwartku, jak i piątku. Szkoda mi go troszkę :p. Dziś za to mieli możliwość się troszkę na mnie odegrać, i ja za to cały ranek odprawiałem w koncelebrach (9:00,9:45, 10:30), a popołudniu miałem obydwa dzisiejsze pogrzeby :) Ot Lietuvisy :)


Zdjęcia z wyjazdu


a miałem już nic nie pisać.... 2012-06-07

Dzień spokojny... już miałem nie robić żadnej notatki, ale jednak... Warto wspomnieć w sumie o trzech rzeczach...


1) Rano Mszę odprawialiśmy we trzech - ja i nasi kurialiści, czyli kanclerz i generał. Ostatnio rzadko z nimi odprawiałem, a jak już odprawiałem to jakoś nie pchałem się do przewodniczenia. A to zmęczenie i niewyspanie, a to trudne teksty, to znów liturgia żałobna... Dziś idąc do zakrystii przeczytałem teksty oracji z Mszału i tak pomyślałem, że spokojnie mogę poprowadzić... No i tak wyszło. Spokojnie... Bez pośpiechu... Po Mszy kanclerz komplementował, że naprawdę dobrze... Ja jakoś tego nie odczuwałem, ale miło słyszeć...


2) Dziś także kolejna wizyta u dentysty...Tym razem zmierzyliśmy się z wyrywaniem korzeni po dwóch  zębach, które w zeszłym roku połamałem i jakoś zaniedbałem... Może jakby wtedy człowiek zadbał, to by się ostały, a tak... Za dużo było wtedy rzeczy na głowie... Teraz jak zmobilizowałem się to czas najwyższy to po porządkować... Pierwszy poszedł dość łatwo... za to z drugim była prawie godzinna walka... rozbijanie, borowanie i nijak nie chciał puścić... Uczciwie dziewczyna zarobiła na swoją dniówkę :) i musiała się zdrowo namęczyć... Przy okazji i mnie wymęczyła.


3). Trzeci raz w przeciągu dwóch tygodni byłem u fotografa. Wcześniej z obrazkami świętych na bierzmowania w Bisztynku i u nas, teraz z nieco innym projektem... Panowie już mnie kojarzą. Troszkę też sobie pogadaliśmy przy okazji, jako że dziwiło ich czemu ten polski ksiądz tu przyjeżdża. Młodszy, z którym częściej mam do czynienia myślał że ja z Suwałk. Nie - "z czerwonego kościoła". Dziś może nie zarobili kokosów (zamówiona jedna duża odbitka za niecałe 2 lt), ale pewnie to nie ostatni raz.


Zjazd 2012-06-05

Tym, czym dla małżonków jest rocznica ślubu, tym dla nas - księży jest rocznica święceń. Sześć lat seminarium oraz wspólne święcenia łączą nas - księży z tego samego rocznika bardzo mocno. Jest to więc nasza wspólna rocznica i ma ona już po tych sześciu latach pewne swoje tradycje. Tegoroczny zjazd ustaliliśmy na zeszłą niedzielę i poniedziałek.


Po Mszy o 12:00 w Patilcai, powrocie do Marijampola i szybkim obiedzie ok 13:30 (polskiej 12:30) ruszyłem na Warmię i Mazury. Tegoroczne spotkanie naszej szóstki księży organizował w Szczytnie ks. Grzegorz,  szósty-ostatni w kolejności alfabetycznej z naszego rocznika. Msza umówiona o 18:00, droga szła dość sprawnie, więc w po minięciu Olecka widząc że mam jakieś 2 godziny zapasu postanowiłem  zajechałem jeszcze na chwilę na urodzinową kawę do Asi do Troszkowa.


Stamtąd już droga prosta, jakieś 55 min i będę na miejscu... w okolicach Dźwierzut minąłem znajomy samochód ks. Karola, chwilę potem zrobił to samo ks. Paweł i już wspólnie zderzak w zderzak dojechaliśmy do Szczytna.


Msza dość radosna. Kazanie zgodnie z naszą tradycją wygłosił ks. Proboszcz - ks. Andrzej. Znamy się wszyscy z nim już kilka lat... Jest od nas troszkę starszy - 21 lat kapłaństwa... Kazanie zrobił dialogowane - pytał ludzi o to, jakich księży pragną, czego oczekują, jaki jest ich ideał kapłana... Mieliśmy z tego dużo radości, bo prawie wszyscy jednogłośnie stwierdzali, że ich ideałem kapłana jest ksiądz proboszcz :), co Andrzeja wprawiało w pewną konsternację... Ale widać, jak bardzo ludzie cenią go za jego otwartość, dobroć, radość... Wśród głosów pojawiło się też, że ksiądz powinien  być dobrym wujkiem, oraz że powinien być odważny i nie bać się mówić rzeczy trudnych...


Po Mszy pojechaliśmy nad jezioro, gdzie wynajęliśmy na noc domek... Przy grillu i niekończących się dyskusjach najtwardsi z nas (jak co roku Paweł, Grzesiek i Ja) dotrwali do 6:30... Gdy kładliśmy się spać pierwsi już wstawali... :) Choć pobudkę i śniadanie ustaliliśmy na 9:00-10:00...


Po śniadaniu był jeszcze czas na różne rozrywki i atrakcje zorganizowane przez ks. Grzegorza w oparciu o infrastrukturę ośrodka wczasowego Energopolu, były kręgle, bilard i okazja na popływanie... Potem jeszcze obiad w Szczytnie i rozjazd... Kolejny zjazd, za rok u mnie na Litwie...


Po obiedzie trzeba jeszcze gdzieś odprawić Mszę. Podjechałem na 18:00 do Bisztynka... Miło tak znów stanąć przy ołtarzu, gdzie przez trzy lata człowiek służył... Po Mszy proboszcz zaprosił na kolację... Okazja porozmawiać, spotkać się, omówić troszkę bieżących spraw... Cenię go sobie i cieszę się że on mnie też...


Na 20:00 byłem umówiony jeszcze na jedne urodziny... Zaległe... Marty... Druga kolacja... I jak tu schudnąć? Ich dom jest jednym z takich miejsc, gdzie naprawdę dobrze się czuje... Przed 22:00 jeszcze jedna wizyta - u ks. Wojtka, mocna kawa, i godzinę później ruszyłem do siebie... Grunt to dobre wykorzystanie czasu jaki mamy... A kiedy odeśpię,  odpocznę? Będzie na to cała wieczność...


 


Marijampole - Kaunas- Lednica / 3w1/ 2012-06-05

Ks. Twardowski pisał kiedyś w jednym z wierszy, że "gdy Pan Bóg zamyka drzwi to otwiera okno". Nie raz już doświadczałem tego, że nie ma rzeczy niemożliwych... Sobota upłynęła dość intensywnie :) Zaczęło się od tego, że chciałem mocno jak co roku być z młodzieżą na Lednicy... Plany były już od początku roku, niestety w związku z tym, że na parafii nie ma dwóch księży - Proboszcza, który jest w szpitalu i ks. Virginiusa, który pojechał do Rzymu kończyć składanie doktoratu - musiałem zostać w Marijampole. Rano mieliśmy dość dużo Mszy - ja odprawiłem dwie, w trzeciej pomagałem (spowiedź, taca, komunia). Po pierwsze parafia... tu są moje obowiązki... Sobota to u nas dzień mocno zapracowany, zwłaszcza do południa - po południu jest już troszkę spokojniej (dopóki nie zaczną się śluby w ilościach hurtowych), Marius miał mieć chrzty o 17:00 i 18:00 Mszę wieczorną...


Przy okazji obiadu wyszło, że gosposia i Edmundas jadą odwiedzić proboszcza w szpitalu. I ja zdecydowałem się pojechać z nimi do Kowna. Proboszcz ma wstawiony sztuczny staw biodrowy. Operacja była w poniedziałek, w czwartek zaczął już chodzić, w sobotę już prawie biegał po tych  szpitalnych korytarzach :) Odstawiliśmy balkonik, przywieźliśmy mu kule. Jest znacząca poprawa. Tak jakby ubyło mu z 10 lat...


Z Kowna wróciliśmy chwile po 18:00. Pogoda znacząco się poprawiła, bo rano i popołudniu było mocno deszczowo i zimno. Myślałem o naszych na Lednicy. Czy też wymarzli, przemokli? Jak wszystko przebiega? Ile osób znajomych? Ile wszystkich? Już od rana dostawałem pierwsze smsy z pola lednickiego z pozdrowieniami i pytaniami czy uda nam się spotkać... Czy jestem z nimi na polu? Jestem... Duchowo, modlitewnie... a od 18:30 także troszkę bardziej realnie. Włączyłem transmisję online, i razem z nimi trwałem tam przez następne godziny. Aż do przejścia przez Rybę...


W moim marijampolskim mieszkaniu miałem swój własny sektor z telebimem. Cały czas byliśmy też w kontakcie smsowym i za pomocą facebooka z ludźmi na polu i grupą znajomych, którzy tak jak ja oglądali Lednicę w internecie (Anią, Asią, Łukaszem, p. Gosią, Helą i jeszcze kilkoma osobami). Przeżywałem razem z nimi te piękne słowa biskupów, o. Góry, chociażby o potrzebie błogosławieństwa sobie nawzajem... Ten wirtualny pobyt na Lednicy dał mi naprawdę dużo radości, to było jak  otwarte "okno", gdy wszystkie drzwi wydawały się zamknięte, a nasze plany i marzenia nierealne...  Z Nim możemy wszystka :)







Bierzmowanie - koniec czy początek przygody z Kościołem? 2012-06-03

Od lutego co drugi piątek robiliśmy spotkania młodzieżowe. Początkowo myślałem, ze więcej będzie starszej młodzieży, Linas, Antanas, drugi Antanas, Onute, Edyta, Jurate, Agne (moja dentystka). To taka dość zgrana grupa, która się tu w parafii udziela. Okazało się jednak z czasem, że przychodzą dość nieregularnie... Za to znacznie lepiej pojawiali się młodsi od nich - przygotowujący się do bierzmowania ze szkoły im. Petrasa Arminasa. Co teraz, gdy już są po bierzmowaniu? Będą? Nie będą... Zaproszenie poszło na fb, dodałem też że mogą upiec jakieś ciastka itd, zaznaczając że te spotkanie ma mieć taki radosny charakter świętowania... Ich bierzmowania i Dnia dziecka, którego na Litwie nie obchodzą. Przyszli... Była ich piątka :) to nieźle... (wszystkich ich było w tej grupie 18 osób) To cieszy. Dodam że zrobili mi niespodziankę, bo po Mszy na spotkaniu, gdy ja jeszcze poleciałem do siebie po komputer, zebrali się, przyczaili i gdy wchodziłem pięknie podziękowali za przygotowanie ich do bierzmowania... Były słodkości, piękna róża, i radość i kartka z wpisami całej osiemnastki... Ja dla nich też miałem niespodziankę - Obrazki z ich patronami. Pomysł mi wpadł już wcześniej - przy bierzmowaniu w Bisztynku. Tu było więc już prościej, zwłaszcza że dużo imion się powtarzało :) 5 dziewczyn wzięło imię Maryja, 2- Martyna, 2 chłopaków - Marcin. Oprócz tego była Katarzyna, Emma, Małgorzata, Fausta, Józef, Magdalena, Virginia, Brygida i Emilia. Najwięcej problemów było z Faustą. Tylko jedną ilustrację znalazłem i to w beznadziejnej jakości... Zdecydowałem się więc zrobić obrazek Faustyny...


Ucieszyli się... Miło było patrzeć jak jedna z dziewczyn obrazek przytula do serca, a druga postawiła przed sobą i napatrzyć się nie może... I mówi, że ta święta - Virginia jest śliczna. I że wzięła to imię, bo jej mama ma tak na imię. A potem zawinęła głowę apaszką, i przyjęła pozę jak święta z obrazka, pytając się, czy jest do niej podobna. :) Ot Sandra... To ona zresztą upiekła pyszne babeczki. Ja do tego dorzuciłem Chipsy i Prażynki oraz Pepsi i soki... I Można było zacząć party :) Obejrzeliśmy zdjęcia z bierzmowania, pogadaliśmy o bierzmowaniu, ciekawiło mnie jak dużo mieli gości - Tu zaskoczenie bo jedna nawet 13 osób... Nie chodzi o to, że dużo... Bardziej jednak jak ci ludzie mieścili się w naszym Kościele, skoro on jest niewielki...100 osób sprawia wrażenie że jest on już pełny... A samych bierzmowanych było 116 (miało być 130, ale widać niektórzy nie dotarli, co pokazuje różne nieco od polskiego podejście do tego sakramentu). 


Po rozmowie padł z mojej strony pomysł zagrania w Dixit. Chwila tłumaczenia zasad na litewsko-angielski i zaczęliśmy. Udało się całkiem nieźle... Dało to im wiele radości... Skojarzenia rzucali w j. litewskim i angielskim. Nie zawsze łatwo mi się było wczuć, ale jakoś sobie poradziłem... Najgorszy nie byłem... (4 na 6). Na koniec zastanawialiśmy się co zrobić z obrazkami dla reszty - myślę by im zanieść do szkoły na lekcję religii... Zaplanowaliśmy też by zrobić kiedyś rajd rowerowy... Może coś z nich wyjdzie, zwłaszcza że oprócz tej piątki jest jeszcze kilka osób,  które nie mogły być, a z którymi ten kontakt również jest naprawdę fajny...


Zamieszczam na koniec obrazek Matki Bożej, który dawałem pięciu "naszym Maryjom"(obrazek lekko przyciąłem)



Fotorelacja 2012-06-02

Oto obiecane zdjęcia z czwartkowej wyprawy :)





Nad Czarną Hańczą



Odpoczynek po walce z Łabędziem :)




Koniec spływu - po 18 km.







Klasztor Kamedułów - Wigry













 


Sejny


Wyprawa do źródeł... 2012-06-01

We wtorek w czasie Mszy w Rutce ks. Proboszcz zaproponował mi przyjazd także na czwartek. W tym dniu planuje zakończenie białego tygodnia i chciał bym powiedział dzieciom troszkę o misjach. Zaproponował też by zebrać ofiary na misje. Zgodziłem się, choć jak dość wyraźnie zaznaczyłem dziś, nie będą to pieniążki dla mnie, lecz na konkretne akcje duszpasterskie. Ja dzięki Bogu (i pomocy kolegów), po ciężkich początkach już sobie jakoś radzę. Natomiast nie ma tu tak jak miałem w Bisztynku funduszu młodzieżowego. Więc te pieniądze traktuję jako taką pierwszą wpłatę od ludzi dobrej woli :). Msza w Rutce była o 19:00. Najpierw jednak cofnę się troszkę, by jakoś po kolei ten dzień zrelacjonować...


Wczoraj popołudniu gościłem u siebie diakona, a wieczorem (po odwiezieniu go do Kalwarii) ja gościłem u niego. Rozmawialiśmy m.in. o kajakach i padł pomysł, by zrobić wypad z litewską młodzieżą... Na Litwie koszty wynajmu kajaku są ponad dwa razy droższe niż w Polsce. Są więc dwie opcje, albo ściągnąć kajaki z Polski, albo zabrać grupę do Polski... By jednak to zrealizować, trzeba troszkę  rozpoznać teren. Mi marzy się spływ Szeszupą. Ale jest tu także kilka innych słynnych rzek - Rospuda, Czarna Hańcza, Marycha...I tak od słowa do słowa umówiliśmy się dziś na wspólny wyjazd. Siedząc nad mapą i na opisach tras w nocy zdecydowałem się na Czarną Hańczę. Rano, ok 10:00 dotarliśmy do Wigier, skąd wynajęliśmy kajak. Pogoda dość chłodna i niepewna. Deszcz wisi w powietrzu, tyle że jakoś padać nie chce... Innych chętnych na kajaki nie widać... Jak się później okazało, oprócz nas na tym odcinku pojawiło się dziś zaledwie 5 innych kajaków i łodzi. Daleko do tłumów na Krutyni...Mówią że jeszcze nie sezon, choć i w sezonie jest tu dużo spokojniej.


Nie wiemy jak daleko popłyniemy... w grę wchodzi Gulbin lub Wysoki Most. Początek dość ciężki. Muł i niski poziom wody zaraz za przelotem pod drogą w Wigrach zmusza mnie do wyjścia z kajaku i przeholowania kilkanaście metrów diakona. Potem mozolne wsiadanie do kajaku i troszkę strach by go nie wywrócić... Zresztą początek jakiś był dziwny... ciężko nam się było zgrać i kajak jakoś dziwnie co i raz zakołysał, co troszkę nas niepokoiło... Jakoś dopiero po godzinie było już spokojniej. Do czasu szukania rzeki przed Maćkową Rudą. Pan od kajaków ostrzegał, że zerwała się wyspa trzcin i że może być problem znaleźć drogę... Że mamy trzymać się lewej strony by nie wpłynąć na jezioro i próbować przebijać się przez trzciny. I tak zrobiliśmy, tyle że jakieś 150 metrów za daleko... Zamiast na rzekę dobiliśmy się w stare, zarastające połacie jeziora z cuchnącą wodą i dość groźną niespodzianką... Wbijając się w głąb trzcin przez niewielkie prześwity trafiliśmy na coś, co mogło przypominać koryto rzeki... Pływał tam sobie łabądek... Tyle że zamiast ładnie się do nas uśmiechać, to zaczął stroszyć pióra... Minęliśmy go, ale on idzie na nas... o kurczę... Daliśmy troszkę gazu i znikliśmy... Wycofał się... Tyle że okazało się że ten prześwit to nie koryto, tylko ślepa uliczka... Po małych problemach z odwróceniem kajaka trzeba nam było jeszcze raz przepłynąć koło Łabędzia. A on już w pełnej bojowej gotowości czeka na nas na środku 10 metrowej (szerokość) strugi... No i przyszło nam walczyć... Diakon próbuje wiosłować, ja trzymam wiosłem dystans do ptaka, który podpływa i syczy... idzie za nami..., z boku, znów za nami... musi mieć tam gniazdo, a my przecież tylko chcemy przepłynąć... Zostaje kawałek za nami, jesteśmy już prawie 50 metrów poza miejscem którego broni, gdy nagle rozkłada skrzydła, wyciąga szyję, otwiera dziób i leci po wodzie na nas, nabierając z tych 50 metrów naprawdę dużą prędkość... No i musiałem go zdzielić tym wiosłem... ptak poszedł na nasz lewy bok, kajak aż się cały zabujał, ale utrzymaliśmy równowagę... Zaraz jeszcze raz podpływał na nas, ale że byliśmy już jakieś 150 m od domniemanego gniazda odpuścił... Z księżmi lepiej nie zadzierać...


Jak to wyglądało? Dość podobnie do tego co na filmie, tyle że my nie mieliśmy łodzi motorowej...







5 minut później znaleźliśmy znaleźliśmy nareszcie rzekę, która właśnie wpływała do Maćkowej Rudy i zatrzymaliśmy się na postój i obiad w sklepie... Panie co prawda krzyczały, że nie ma jeszcze turystów więc w barze są tylko zapiekanki, ale po chwili zaproponowały także ogórkową, a po następnej wspaniałomyślnie zaproponowały jeszcze mielone z frytkami... Mam nadzieję, że to nie kosztem obiadu gotowanego  siebie i swoich dzieci :) Żartuję...


Po obiedzie zrobiliśmy jeszcze godzinny odcinek do Wysokiego Mostu. Ponieważ lekko zaczęło padać koło Ruskiej Budy, oraz ponieważ mocno marzłem w stopy zdecydowaliśmy się że nie będziemy na siłę gonić do samego końca... Telefon do pana od kajaków i zgarnął nas z bazy wariantu krótszego -  I tak zrobiliśmy 18 km.


Zostało nam jeszcze około 2 godzin.  Postanowiliśmy więc zwiedzić Klasztor Wigierski, a potem jeszcze pojechać do Sejn. Zarówno Sejny jak i Wigry to wcześniejsze stolice naszej diecezji Vilkaviskis - tyle że "okupowane" teraz przez Polskę. Była więc to okazja troszkę przyjrzeć się tym dość istotnym dla nas miastom i świątyniom. Zrobiły one duże wrażenie, zwłaszcza na diakonie, który był tam pierwszy raz.


Z Sejn pojechaliśmy przez Szypliszki do Rutki, gdzie byliśmy 45 min przed Mszą.


Myślę że trasa ta: Kajaki z Wigier do Wysokiego Mostu, oraz zwiedzanie dwóch wcześniejszych stolic naszej diecezji będzie dobrym pomysłem na wyjazd z młodzieżą... Szlak rozpoznany, w miarę bezpieczny (jeśli się nie spotka łabędzi), do tego piękne kościoły i wielka historia... Pytanie tylko kiedy, może na początku lipca się uda...


* zdjęcia dodam jutro :)


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]