_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Zaległości z III rekolekcji.... 2012-03-30

Wczoraj wróciłem do domu z trzecich w tym Wielkim  Poście rekolekcji. Zakończyłem je nawiązaniem do przekazywania przez wieki "depozytu wiary" i pytaniem - wątpliwością Chrystusa - "Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi gdy przyjdzie?" (Łk 18,8) Po czterech dniach w Lidzbarku można było  odzyskać zapał w pracy, by tak było. W potężnym gotyckim kościele brakowało na kilku Mszach miejsc siedzących... Przy ołtarzu widać 40 ministrantów - scholka dziecięca bardzo liczna, dziesiątki różnych wspólnot religijnych... Temat rekolekcji wpisywał się w tę wewnętrzną naszą walkę o żywą wiarę. Walkę - którą każdy z nas toczy. Ale nie sam. Jesteśmy wspólnotą, jesteśmy drużyną. Naszym trenerem - Jezus Chrystus, kapitanem drużyny - papież, a my wszyscy walczymy o to, by wspólnie odnieść zwycięstwo.


Tym co mocno widać w Lidzbarku to to, że parafia to nie poletko tego czy innego księdza. Księża się zmieniają... A parafia żyje. Jest ciągłość. Widać do dziś pracę księży proboszczów Stanisława, Janusza, czy byłych wikariuszy -np. Mariusza, Jarka... Obecni księża też dają z siebie dużo. Podobnie katecheci, siostry. Widać jedność drużyny... Nie ma gwiazd, gry pod jednego - Jest wspólna troska...


Zanim dotarłem do Lidzbarka zajechałem najpierw do Kawkowa. Na chwile wpadłem odwiedzić młodzież oazową na rekolekcjach. Pomodliłem się z nimi, pogadałem, spotkałem... Ponieważ tamtejszy proboszcz jest w szpitalu, postanowiłem go także odwiedzić... Było bardzo ciężko z nim. Te dni to była walka o życie... Wszystko przez skrzepy w krwi, które pojawiły się po chemii. Modlimy się za niego. Starałem się też pomóc, jak mogłem...W niedzielę wieczorem też go odwiedziliśmy z ks. Pawłem z Lidzbarka.


Ale wróćmy jeszcze do rekolekcji. To co mnie zaskoczyło to ciepło tych ludzi :). W sumie jestem dla nich kimś obcym. Taki tam ksiądz misjonarz - rekolekcjonista. A tu dzieciaki się chcą przytulać, młodzież uśmiecha od ucha do ucha - już po pierwszych naukach rodzi się jakaś fajna więź... Z połączoną scholą (ludzie z różnych wspólnot i szkół robiący oprawę muzyczną na spotkaniach rekolekcyjnych dla liceum) zostajemy po Mszy śpiewać, nie możemy skończyć. Moc płynie z nas. Moc i radość... Klimat Pieniężna, Lednicy, Pielgrzymki... Następnego dnia czuję zdarte gardło... Ale co tam... Warto było.


Będąc na rekolekcjach w Sątopach żyłem mocno Bisztynkiem. Teraz miałem też niedaleko - 24 km. Ale byłem tylko dwa razy. U proboszcza, u Dawida na urodzinach i u p. Gosi... Chciałem jeszcze odwiedzić wikarego i p. Renie ale nie zastałem ich...


Ponieważ wolne miałem do czwartku popołudniu, a rekolekcje kończyłem wieczorem w środę postanowiłem wracać nieco na około... Przez Warszawę. Dołożyłem 350 km, ale gdybym jechał tam specjalnie z Mariampola to bym musiał zrobić dwa razy tyle. W stolicy nie byłem już od 4 miesięcy... Długo... mam niezwykły sentyment do tego miasta - w końcu to miasto rodzinne mego Ojca... Miłość do Warszawy jest więc genetyczna. Do tego już za tydzień urodziny Agaty. W wielkim tygodniu dużo trudniej by było się wybrać specjalnie... Połowę nocy zajęły rozmowy z przyjaciółmi (była z nami także Marta) i zachwyt nowym mieszkaniem Heli (żałuję że znów nie udało się jej poznać - jest chwilowo w Danii...) - druga połowa nocy - (w sumie 3,5 godz.) sen... A potem powrót...


Na chwilę zajechałem też do Drozdowa pod Łomżą. Odwiedziłem ks. Alka - z oazy łomżyńskiej. Była okazja troszkę pogadać, m.in. o organizacji rekolekcji II st. Mam nadzieję że niedługo się spotkamy. Obiecał przed wakacjami mnie odwiedzić...


Na koniec piosenka... Wkręciła mi się przez rekolekcje. Zwłaszcza z solówkami Marty... Do tej pory mi brzmi w uszach. Zamieszczam więc link, szkoda tylko że to nie ich wykonanie... Będzie to więc tylko tamtego namiastka...







lidzbark 2012-03-26

Rekolekcje w Lidzbarku Warmińskim osiągnęły półmetek. Jest nieźle... to co mnie zaskoczyło to liczba nauk... w czasie tych 4 dni będzie to aż 24 kazania. Od 30 do 40 minut... dość dużo tego Słowa, ale nie chcę ograniczać, bo wiem że byłoby to ze stratą dla całego ciągu. Dziś bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli uczniowie szkół średnich, rozczarowali zaś gimnazjaliści. Moi umiłowani. Licealistów było dużo - wielu nie mogłem nawet widzieć, kościół jest tak ogromny, że nie było tego kontaktu, jak zawsze... ale pomimo to udało się jakoś zająć ich myśli tym, co chciałem przekazać... Nie wiem ile ich było, ale ponad 500 na pewno... Kilkoro bisztyniaków. Po Mszy uspokoili mnie, że cel osiągnąłem, nawet względem tych, w dalekich miejscach bocznych naw... Z gimnazjum było ciężej. Po dwóch, trzech niewypałach, teksty poniżej poziomu którymi się popisywali dwaj specjaliści, troszkę musiałem zmienić metodę... Nie wiem jak efekt... I nie wiem jak rozegrać to jutro... Może od ambonki? Może bez sensu dialogować? zobaczymy


Fizycznie jestem troszkę zmęczony, ale też zadowolony. Daję z siebie dużo, ale warto.


Bezsenność w Seattle 2012-03-23

W ostatnich dniach daje o sobie znać zmęczenie. Jego natura jest dość złożona. Rekolekcje, wyjazdy, nerwy związane z autem itd mocno się odbiły na mnie i, jakby to powiedzieć - trochę mnie rozregulowały. Rano ciężko wstać... po Mszy ciężko myśleć, wieczorem ciężko zasnąć... A następnego dnia apiać - od nowa. Myślałem by gdzieś wyskoczyć na te moje dwa dni wolne, odpocząć, odreagować, ale znów troszkę skrupuły - w niedzielę wróciłem z rekolekcji, w tę sobotę jadę znów - troszkę niezręcznie zniknąć... W poniedziałek ks. Jerzy zaprosił mnie na czwartek na Mszę... nie zgodziłem się od razu... musiałem to przemyśleć, zwłaszcza że to wieczorem - więc nieco komplikuje sytuacje... Ale następnego dnia dałem znać że będę... Jeszcze sobie myślałem czy nie wyskoczyć do Białegostoku, bo już od pół roku nie byłem, a jakiś czas temu mnie próbowano skusić sałatką paryską i wtedy nie uległem... nie dało rady... Ale czy to byłoby dobre? Na odreagowanie tak, ale na zmęczenie? I jeszcze pośpiech by się zmieścić między mszami na Litwie i w Rutce... Druga opcja - po Mszy - to zawalona noc... Ograniczyłem się więc do samych Suwałk: poczta, bank, zakupy dla proboszcza i dla siebie (nareszcie kupiłem sobie nowe buty, bo poprzednie pantofle za 30 zł już miały dziury - choć i tak jak na tą cenę długo służyły)... Na pół godzinki wpadłem też na kawę do par. bł. Anieli Salawy.


Msza w Rutce szybka. 25 min. Bez kazania. Potem jeszcze dwie kolacje. Tak wyszło... Mieliśmy być u jednej rodziny, ale ich nie było... Ciemno w domu. Pojechaliśmy więc zjeść gdzie indziej. W drodze powrotnej zajechaliśmy jeszcze raz... Są... Weszliśmy na chwilkę.  Przygotowani już nas nie wypuścili. Przepraszali za spóźnienie. Dzwonili do Jurka, że się nie wyrobią, ale on zostawił w domu komórkę... Tak bywa.


Do domu wróciłem ok 22:00. Znowu ciężko było zasnąć... Gdy wreszcie padłem za oknem robiło się jasno...







I.m a Legend 2012-03-20

Dziś zamiast notatki coś do posłuchania. Zamiast mnie - o. Fabian Błaszkiewicz SJ Pozdrawiam







Dar kartą 2012-03-20

Wczoraj obchodziliśmy Uroczystość Świętego Józefa. Są to także imieniny księdza proboszcza. Pierwszy raz od kilku lat obchodził je z nami. Zazwyczaj w tym czasie był gdzieś na wyjeździe. Mówił iż jako kanclerz nie chciał robić biskupowi Józefowi konkurencji :) Ale że od roku kanclerzem już nie jest... Na Mszę św. i obiad przyszło/zjechało się troszkę księży. Za stołem było nas chyba koło 15 osób. Było bardzo dostojnie i uroczyście. Wśród gości był także ks. Jerzy z Rutki a z Litwinów ciekawe wrażenie zrobił na mnie pewien ksiądz z okolic Poniewieża. Pięknie mówił w języku polskim, rosyjskim, niemieckim i angielskim. Ot Litwin. Mnie też troszkę przemaglowano z litewskiego. A to za sprawą innego księdza -ks.  Vladasa. Jak ruszył z serią pytań to końca  nie było. Chciał pewnie sprawdzić ile rozumiem. I dałem radę, bo pytania standardowe :) Skąd jestem, ile lat księdzem - Największym wyzwaniem było opowiedzenie jak się znalazłem na Litwie, ale to też wyszło całkiem zgrabnie. (Używałem nawet czasu przeszłego). Na koniec zaproponował  coś , czego nie zrozumiałem... Prosiłem by powtórzył (Dar kartą -jeszcze raz) - Wszyscy w śmiech, zastanawiają się czy specjalnie to powiedziałem, czy nie... otóż ks. Vladas zaproponował po kieliszku koniaku... :)


Trzy dni w Saint Tropez 2012-03-18

Ten Wielki Post to dobry czas na odpoczynek od internetu :). Znów od środy do dziś byłem poza siecią. A to za sprawą rekolekcji w Saint Tropez... (Bo tak zwykło nazywać się w miejscowej gwarze leżące 8 km od Bisztynka Sątopy). Zaproszenie mnie zaskoczyło i ucieszyło, bo jest to parafia mi bliska, wielu ludzi poznałem tam w czasie mojej trzyletniej pracy w Bisztynku. Mieszka tu także spora gromadka moich byłych uczniów... Zaproszenie było jednak dla mnie mocno problematyczne. Nie chciałem ks. Leonardowi odmówić, ale przez dwa tygodnie nie wiedziałem jak powiedzieć proboszczowi tu w Mariampolu, że mam zaproszenie na kolejne (trzecie) rekolekcje wielkopostne. Wreszcie przyszedł odpowiedni moment, (po wypłacie :)), a ponieważ czw. i pt. to moje wolne dni zwolnienie potrzebne tylko z soboty... Poszło bardzo łatwo, aż za łatwo. Proboszcz nie robił żadnych problemów.


Pobyt w Sątopach był dość niezwykły. To przede wszystkim bardzo intensywnie wykorzystany czas, przy czym nie było pośpiechu, zmęczenia, nerwowości... Wręcz spokój, ład, życzliwość, ciepło - zarówno rodzinne, jak i wiosenna aura... Mieliśmy codziennie cztery Msze - 10:00 (dla dzieci z SP) Sątopy, 12:00 Samulewo, 16:00 Unikowo i 18:00 Sątopy. Między nimi był czas posiedzieć i pogadać z księżmi z naszego dekanatu. Po obiedzie i wieczorem jechałem w gości do Bisztynka, a po powrocie, do późnych godzin rozmawialiśmy sobie jeszcze z ks. Leonardem.


W piątek o 20:00 mieliśmy adoracje krzyża. Robiliśmy podobne wiele razy na rekolekcjach oazowych, robiłem tu na Litwie, czy ostatnio w Suwałkach... Zależało mi na tym by w drugim dniu rekolekcji, gdy mówię o doświadczeniu Bożej Miłości, wykorzystać tę niezwykłą formę modlitwy. Zaprosiłem - Poprosiłem o pomoc - młodzież oazową z Bisztynka. Przyjechało osiem osób. Spisali się wspaniale. Wszystkich nas było niecałe trzydzieści... Dla takiej grupy warto było. Jeden z uczestników wychodząc z Kościoła  stwierdził, że chciałby się tak częściej modlił - Marta od razu zaprosiła go na Om do Kawkowa za tydzień :), inny stwierdził, że po 8 latach był w Kościele, wiele osób przełamało się na modlitwie i otworzyło swoje serca. Zakończyliśmy Apelem jasnogórskim. Po wszystkim, w zakrystii odczytałem SMS od jednego księdza - prośba by kapłani łączyli się duchowo w tym dniu z Jasną Górą, gdzie ks. Adam Skawrczyński prowadzący apel Modlił się o ograniczenie działalności i władzy szatana nad Polską. I wielu kapłanów i wiernych dołączyło się do tego Egzorcyzmu.  Ja także uczyniłem wówczas tę intencję.


W tym momencie uświadamiam sobie jak mocno szatanowi ta nasza modlitwa się nie podobała. I tak jak w czasie rekolekcji w Kawkowie, tak i teraz dawał o sobie znać, próbując budzić podziały, zazdrość. Ale nie z nami te numery. Nie wchodząc w szczegóły, wyjaśnię, że w piątek miała być w Sątopach adoracja, a w Bisztynku celebracja. I przy okazji pojawiły się zgrzyty, i mieszanie, które dzięki Bogu udało się szybko ukrócić, unikając konfrontacji Bisztynek-Sątopy, formacja-posługa, stare-nowe, Ja-ks. Wojtek itd. Szatan jest tym co dzieli. Cieszę się, że my się na to nie nabieramy. Wymagało to od nas niezłej gimnastyki - Nawet proboszcz za nami nie nadążył  - zwłaszcza za mną, Anią, ks. Wojtkiem kursującymi pomiędzy Bisztynkiem, Sątopami i Unikowem), ale dla Boga nie ma nic niemożliwego. 


Radość dzielona z innymi się pomnaża... Mówiłem o tym wczoraj w kazaniach... I to także teraz doświadczałem. Dobro rodzi dobro... Wiara rodzi wiarę... Tylko Żywy może przekazywać Życie. ...


Z wizyt u znajomych choć każda mnie mocno cieszyła, to chyba najbardziej ucieszyło zaproszenie od Diany. Zwłaszcza, że bardzo miło było pogadać sobie z jej mamą, a także poznać nareszcie tatę. Co prawda chwilkę tylko pogadaliśmy, ale z tego spotkania szczerze się cieszę.


W drodze powrotnej zahaczyłem jeszcze o Lidzbark. 22:15 wpadłem na chwilę dogadać z ks. Pawłem trzecie wielkopostne rekolekcje. Zaczynamy już za tydzień. Będą nieco inne, ale to też wyzwanie przed nami. Do tej pory jakoś nie bardzo potrafiłem to ogarnąć... Po półtorej godzinie rozmowy i wspólnego szukania najlepszych rozwiązań chyba jest już na nie pomysł... Pomysł i plan.


Do domu wróciłem późno - albo lepiej powiedzieć - wcześnie... do śniadania zostały mi trzy godziny... Ale warto było... Dziś co prawda brakowało tych sił, a oczy łaknęły snu, ale dzięki Bogu dotrwałem do końca... I teraz mogę już iść spać...


litewski opr 2012-03-14

Dziwnie się ostatnio porobiło :) Przeżywamy obecnie fazę "Prasom kalbieti lietuviskai*". Tak ze trzy dni trwa ofensywa proboszcza, rugująca język polski i angielski z naszych codziennych rozmów... To już pół roku - (w sumie 7 i pół miesiąca) czas w codziennych sprawach częściej posługiwać się litewskim, bo używanie innych języków to troszkę chodzenie na łatwiznę... Jeśli spojrzeć na to, to rzeczywiście nie dużo jeszcze umiem... Choć i język trudny i lekcji mało... Czasem nie czuję nawet, że jestem za polską granicą... Cały czas żyję Polską, znajomymi, tym co zostało za mną. I nie uważam że to złe, bo gdyby nie to, to pewnie by mnie tu nie było... Chociażby ze względów finansowych... Pomoc z Polski to duże wsparcie, jak chociażby te rekolekcje, które głosiłem i głoszę... Czy dodatkowe intencje odprawiane w zastępstwie w Rutce-Tartak. Ale to także wsparcie duchowe... To że wieczorkiem można z kimś pogadać, pośmiać się, posłuchać muzyki, czy pograć w scrabble lub jak wczoraj literaki. To też okazja na normalne duszpasterstwo, na rozmowy, pomoc duchową, modlitwę za kogoś... Tu tego jest bardzo mało... Chociaż już się zaczęło, z mojej inicjatywy, ale to tylko namiastka tego, co było w Polsce... Tego zabiegania, zalatania - bycia "wszystkim dla wszystkich". Tu zamiast tego jest cisza i możliwość spania do obiadu... Łatwo ulec tej pokusie nic nierobienia... Nie chciałbym by alternatywą dla "nekalbieti angliskai" była cisza... Trzeba się więc samemu spiąć by poziom litewskiego poprawić... Niby jest coraz lepiej... spowiadam, głoszę kazania, - tyle że to ciągle dla mnie za mało... Zwłaszcza że nadal mówię tylko to co umiem, a nie to co bym chciał...


*Proszę mówić po litewsku


Adoracja krzyża i usmiechnięte oczy Sandry 2012-03-11

Spotkania młodzieży "co-drugo-piątkowe" pomału wchodzą w krew. To dla mnie taka mała pociecha po "katechizacji". Gdy ruszaliśmy z tym na początku roku była niepewność... Przyjdą? Nie przyjdą? Kilka osób, na które liczyłem rozczarowało... Kilka miło zaskoczyło... Zaskakują też stare babcie, które z nami zostają... Robię jednak. co mogę, by nie czuły się przymuszone, bo wiem, że starszym tak głupio wychodzić, jeśli coś jeszcze ma dziać się po Mszy. Stąd też nie zaczynamy od razu- lecz z chwilą przerwy. Może to odbija się na frekwencji, ale zależy mi na tym, by byli ci co chcę, a nie osoby przypadkowe, które potem będą marudzić, że coś ktoś wymyślił, a one musiały tyle jeszcze po Mszy zostać... Może to tylko moje jakieś głupie obawy, ale jednak... Wolę by było klarownie. Wszystko w "wolności" Od dwóch spotkań pojawia się też ładna grupka młodszej młodzieży - tzw. "Bierzmowańcy". Tym razem było ich ok dwudziestki - wcześniej osiem... Zobaczymy jak następnym razem. Trzeba ich rozmodlić, dotrzeć do nich, i te adoracje są chyba dobrym pomysłem. Garną się do czytania, to też fajne. Ja zawsze przygotowuję teksty, rozdaję im, bo nie ma sensu, bym sam kaleczył nasz język litewski, skoro oni mogą to przeczytać. sobie zostawiam zawsze jeden - dwa fragmenty rozważań. Takie bardziej duszpastersko-teologiczno-medytacyjne. O oprawę muzyczną dbają Edyta i Jurate, dwie moje rówieśniczki, udzielające się w scholce.


W ten piątek adorowaliśmy mój krzyż z odtworzonymi z przezroczystej żywicy dłońmi i stopami. Jest on piękny i bardzo stary. Nadawał się do tego bardzo dobrze. Po adoracji nie bardzo chciałem zostawać na spotkanie... Niby ma być, ale szkoda mi ich było - droga krzyżowa (choć uczciwie mówiąc mało kto z nich na niej był) potem msza, potem adoracja... Jakby dobrze policzyć to ponad 2 godz. w kościele... Zapytałem się więc ich czy chcą iść na spotkanie  na salkę, czy może  już wracać do domu... I tu mnie zaskoczyli. Zdecydowana większość (pewnie 17 do 3) opowiedziało się za salką... Potem w rozmowie dopytywałem się jeszcze, czy lubią chodzić do kościoła, to kilkoro kręciło głową, zastanawiając się jak to powiedzieć, ale część była taka, co jednoznacznie mówiła że tak. Wśród nich zwróciła moją uwagę szczególnie Sandra. Mała, drobna blondynka... Bardzo podobna do Gabie, która chodzi do nas na świetlicę Caritas. Nawet nie wiem czy to nie jest jej starsza siostra... Obie są bardzo fajne i szczere dziewczyny - dobrze im z oczu patrzy :) Dziś zbierając tacę widziałem Sandrę z mamą w Kościele. Uśmiechała się do mnie ledwie mnie zobaczyła z koszykiem. Też się uśmiechnąłem i podziękowałem za ofiarę imiennie, co jak widziałem odniosło skutek. - Kurcze, ksiądz pamięta moje imię. :) Wiedzą że ktoś ich słucha, traktuje poważnie, ma dla nich czas. A oto na Litwie, nie oszukujmy się, jest trudno... Kontakty ksiądz-wierni są zazwyczaj typowo kancelaryjne...


Z tej grupy, co przychodzi z imienia znam już kilka osób... Doviele, Roberta, Vilius, Ona...Nie wszystkich, może dlatego, że ich imiona takie pokręcone - ale będę starał się ich uczyć... To klucz do tworzenia wspólnoty. Nie wiele jest czasu, bo na Zesłanie Ducha Świętego będzie bierzmowanie, ale mam nadzieję że do tego czasu uda się nawiązać z nimi na tyle relacje, że przynajmniej 5-6 osób będzie dalej chciało spotykać się z nami w ramach duszpasterstwa młodzieży...


rekolekcje, benefia i nowy komputer 2012-03-10

Witam po kilku dniach przerwy. Tak się złożyło, że nie było ani czasu ani możliwości na aktualizacje. Od przeszło tygodnia blog zaniedbałem, :) ale były ważniejsze sprawy na głowie. Najpierw wyjazd do rodziców, a od niedzieli do środy - Rekolekcje. Tym razem głosiłem je w parafii bł. Anieli Salawy w Suwałkach. Parafia niewielka, kończąca budowę kościoła. Proboszczem jest tam ełcki moderator Ruchu Światło-Życie.Stąd też nasza znajomość - był pierwszym księdzem w Suwałkach, którego poznałem po przyjściu do Marijampole. Zajechałem do niego przedstawić się, i od tamtej pory wiele razy się spotykaliśmy. Oprócz proboszcza znam tam już troszkę osób ze wspólnoty parafialnej, bo jesienią prowadziłem dla nich rekolekcje oazowe. Stąd radość była duża, zwłaszcza gdy w niedzielę na Mszach widać było pierwsze znajome buzie. Rekolekcje postanowiłem poświęcić dyżurnemu tematowi - wiara-wiedza, wiara-doświadczenie, wiara-świadectwo. Wychodząc na ambonę czułem się więc dość pewnie i spokojnie. Przynajmniej w niedzielę.W poniedziałek wtorek i środę było już trudniej bo przyszło mi mówić dwa razy do uczniów zawodówek. Uzbrojony w Biblię o angielsku i litewsku oraz zestaw gadżetów przygotowanych z myślą o podstawówce ruszyłem z mikrofonem pomiędzy ławki. I chyba wyszło. Zależało mi by skupić ich uwagę i troszkę przymusić do postawienia sobie pytań o wiarę. Jeśli choć ktoś to uczyni, to już będzie sukces. We worek mieliśmy też czuwanie przy N. Sakr., krzyżu i obrazie Ojca Miłosiernego. Znajdują się one w bocznej kaplicy przy konfesjonale, i chyba dobrym pomysłem było tam umieścić Najśw. Sakrament. Trwaliśmy około 1,5 godziny.


W czasie rekolekcji od poniedziałku do środy był ze mną także diakon Vitalij z Kalwarii. Chciał pojechać ze mną na rekolekcje, by zobaczyć jak to wygląda w Polsce. Był, zobaczył, posłużył po 5 razy dziennie do Mszy, czytając Ewangelię i śpiewając psalmy z wileńskim akcentem. Sam teraz będzie jechał na rekolekcje do jednej parafii na Litwie, więc może mu się coś z nauk przyda. :)


Środa upłynęła troszkę nerwowo, z powodu opóźnień benefii w wypłacie odszkodowania za auto. Miałem już w poniedziałek odebrać samochód z Ełku, a tu nie ma jak zapłacić... Niby już w piątek poszło zlecenie do księgowości a tu zaległa cisza. I pieniędzy nie widać. Po dwóch telefonach do nich w końcu odpuściłem. Powinny już być, ale skoro nie ma to nie wiadomo kiedy będą i nie ma co na nich liczyć. Proboszcz co prawda chciał nas odwieść (przywiózł mnie wikary z Wiżajn), ale ja wolałbym własnym autem. Telefon do jednego kolegi, troszkę głupio tak prosić, ale pożyczył mi brakującą kwotę. Do domu wróciłem więc przez Ełk, gdzie odebrałem auto z warsztatu. Rano mogłem już pieniądze oddać. Przelew z Benefii dotarł.


Wiele razy powtarzałem: "jak nie ma się pieniędzy, a są potrzebne to się znajdą. A jak się nie znajdą, to widać nie były potrzebne". I ta stara prawda kolejny raz się sprawdziła. Ma ona jednak drugie dno. "Jak są dodatkowe pieniądze, to od razu znajdują się dodatkowe wydatki". No i tak się złożyło, że padł mi komputer. Naprawa - wymiana baterii i twardego dysku, ponad 500 zł... do tego już był mocno zużyty... Decyzja więc zapadła, że trzeba kupić coś nowego. Znalazłem ciekawego della za 1399zł. Jeszcze nie wszystko gra, - problemy ze sterownikami do karty muzycznej -  ale można już przynajmniej blog uzupełnić...


Bądź wola Twoja 2012-03-01

Bądź wola Twoja. Czasem mówimy te słowa bez problemu, jako coś prostego i oczywistego. Ale gdy coś w naszym życiu  zaczyna nas przerastać te słowa potrafią stawać w gardle. Pod tym względem zaskakuje mnie troszkę mój ojciec i  jego spokój. Bo tak na prawdę nie ma sensu przejmować się tym, na co nie mamy wpływu. Bądź wola Twoja...


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]