_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Dobrze mieć siebie nawzajem... 2012-01-29

Równo rok temu ruszaliśmy do Austrii. Było niedzielne popołudnie... Na Warmii i Mazurach kończył się pierwszy tydzień ferii. Początkowo mieli jechać lektorzy - ale ostatecznie były także miejsca dla kilku dziewczyn. Wyjazd wyszedł dość spontanicznie. Zaczęło się od tego, że ks. Eugeniusz pochodzący z Bisztynka, a pracujący w Austrii będąc na Wszystkich Świętych zaprosił, by kiedyś przyjechać do niego. Ja podchwyciłem to zaproszenie, dodając że bardzo chętnie, ale nie sam - jak już jechać to ze swoimi "dziećmi". I zaczęliśmy to dogadywać.


Plebanię w Preitenegg w Alpach zamieniliśmy na naszą bazę, z której codziennie jechaliśmy zwiedzać różne miejsca - Wenecję (300 km), (Gratz -40 km), Hebalm (alpejski ośrodek narciarski - 5 km), Lubliana (200 km- wyjazd w nocy). Jeden dzień to było także zwiedzanie pobliskich zamków (koło Klagenfurt). W drodze powrotnej zajechaliśmy do Budapesztu. Wyjazd dzięki pomocy wielu życzliwych osób udało się zrobić bardzo tanio - za darmo mieliśmy noclegi, za darmo duża część jedzenia - to od ks. Subocza, z piekarni od p. Kasi i p. Darka dostaliśmy chleb i słodkości, a od p. Mariusza dostaliśmy do dyspozycji busa. Drugie auto, moje też w sumie za darmo... Główne koszty to było paliwo, a poszło go dużo - oba samochody spaliły około 1000 litrów ropy. Reszta to jedzenie, ubezpieczenie, zwiedzanie... To były wspaniałe ferie... Po nich stwierdziłem, że fajnie mieć znajomych księży zagranicą. Dziś czekam tu na Litwie na ks. Pawła i trójkę młodzieży z naszej warmińskiej diecezji... Przyjeżdżają do mnie na II tydzień ferii...



dwaj kaznodzieje i ryba na obiad... 2012-01-28

Błogosławione serca, które płoną
Miłością Boga i Jego przykazań;
Błogosławione oczy, które widzą
Majestat Stwórcy i marność stworzenia.


 Błogosławione ręce, które sieją
Zbawienne ziarno Nowiny Chrystusa;
Błogosławione dłonie namaszczone,
Co leczą rany balsamem pokoju.

 

Błogosławione usta pełne wiary,
Głoszące prawdę o Słowie Wcielonym;
Błogosławione stopy, co szukają
Zbłąkanych owiec wśród cierni pustkowia.


 Błogosławieni, którzy własne życie
Złożyli w darze dla dobra Kościoła;
Błogosławieni słudzy odkupienia,
Pasterze ludu Nowego Przymierza.

 

Wczoraj na Litwie uroczyście rozpoczęliśmy rok bł. Jerzego Matulewicza. Uroczystości odbyły się w naszym mieście Marijampole, w tutejszej bazylice (druga parafia), gdzie w bocznej kaplicy Błogosławiony jest pochowany. Na uroczystości zjechali się prawie wszyscy litewscy biskupi - było ich dziesięciu (na 13). Przyjechali licznie księża, także z Polski, USA, Włoch - głównie ze zgromadzenia księży Marianów, które to zgromadzenie bł. Jerzy Matulewicz odnowił.Ciekawa była homilia. Głosił ją viece-generał Marianów ks. Joseph Roesch na spółkę z naszym kanclerzem - znanym już czytelnikom blogu - ks. Żydrynasem. Zaczął ks. Roesch od ołtarza po angielsku (tak ze dwa, trzy akapity) potem Żydrunas od ambonki przetłumaczył to na litewski i przeczytał dalszą część homilii.  Ks. Rosech usiadł na trochę, po czym jak Żydrunas dochodził do ostatniej strony ten znów podszedł do ołtarza, dokończył homilię po angielsku, co znów Żydrunas przetłumaczył...Generalnie troszkę śmiesznie, pierwszy raz się z takim rozwiązaniem spotkałem. Komentując to dziś przy śniadaniu księża zachwycali się tym - gdyby tłumaczyć wszystko, homilia trwała by pewnie z 15-20 min dłużej... Mi było szkoda, bo miło było posłuchać pięknej i czystej, oraz pełnej emocji angielszczyzny. Nie to co nasz broken english...


Na obiedzie usiadłem koło ks. Kazimerza MIC z bazyliki w MArijampole i jego współbraci z Polski. Rozmowa z ks. Kazimierzem była podobnie jak kazanie dwujęzyczna... Akapit po Polsku, akapit po Litewsku. Dziwnie, śmiesznie ale fajnie. Dość płynnie zmienialiśmy te języki, zwłaszcza jak coś ciężej było nam powiedzieć. W pewnej chwili, właśnie w czasie "polskiego akapitu" podeszła do mnie dziewczyna z drugim daniem. A że to piątek, to była ryba... Ja ryb nie jadam... Zajęty rozmową już prawie biorę, gdy zauważam tę rybkę i zasypuję ją potokiem słów po polsku, coś w stylu, A nie nie nie,  nie dziękuję, przepraszam ale ja nie jem ryby, nie mogę itd. W tym momencie widzę jej przerażenie w oczach, i słyszę jak tylko wykrztusiła "Ja nie paniemaju" Wtedy sobie uświadomiłem, że ja do niej po polsku... Śmieję się, pół stołu chciało pomóc mi to wytłumaczyć, ale przecież nie było problemu, bo to bardzo proste i już jak złapaliśmy powietrze grzecznie przeprosiłem i poprosiłem o porcję bez rybki...


Przypomina mi się scena, jak jeden z cichociemnych zaraz po zrzucie idąc w Warszawie ulicą, potrącił przypadkiem niemieckiego żołnierza po czym grzecznie powiedział "Sorry" i poszedł dalej... Ach te zaskoczenie...


Na koniec może jeszcze jedna refleksja - Bł. Jerzy Matulewicz jest przykładem ciekawego zamieszania z polskimi i litewskimi nazwiskami... Po litewsku Jurgis Matulaitis, spolszczone Jerzy Matulewicz, a czasami jeszcze można się spotkać z lituanizacją spolszczenia - Jurgis Matulevicius... Ach te nazwiska...


Euro-lewica szaleje... Paranoiczny strach przed Orbanem 2012-01-25

Sytuacja na Węgrzech jakiś czas temu mocno rozsierdziła europejskie salony. Zaczęło się ze wszystkich stron wieszać na Orbanie psy, za niszczenie demokracji, za zamach na niezależność Banku Węgierskiego, za zadłużanie państwa... Tak się złożyło, że działo się to tuż po tym, jak w Polsce Jarosław Kaczyński ogłosił, że chciałby by i u nas był Budapeszt... (Przy okazji piękne miasto. Dzięki tym, co mnie przegłosowali w zeszłym roku, i namówili by troszkę nadłożyć drogi i zamiast w nocy do Pragi, to w ostatnim dniu, w drodze powrotnej z Austrii zajechać na Węgry). Zaciekawiony całym tym zamieszaniem próbowałem zrozumieć, o co poszło... Niestety ciężko było w Polskim internecie znaleźć jakieś merytoryczne argumenty, poza tym, że Orban jest zły i stanowi zagrożenie dla demokracji... Mnie to jednak nie wystarcza... Lubię wiedzieć, zanim wyrobię sobie zdanie...


Dziękuję więc bardzo ks. Karolowi za podesłanie mi linka z 40 min. wywiadem z samym Orbanem. Polecam go, bo jest tam odpowiedź, dlaczego Socjal-demokratyczna Europa próbuje niszczyć Orbana i Węgry,


 




Po obejrzeniu filmu zapraszam do dyskusji...


Dzikość serca... 2012-01-23

Lubię jazdę samochodem... To dla mnie odpoczynek, zwłaszcza gdy ruszam w dalsze trasy. To okazja do wyciszenia i bycia sam na sam ze sobą... przemyślenia, układania, porządkowania tego, co rodzi się w tej mojej głowie... kiedy indziej "Driving" staje się rozrywką i szansą na podwyższoną adrenalinę... zwłaszcza offroad, dzikie skróty, piach, śnieg... To taka odrobina szaleństwa, kiedy wychodzi z nas samcza natura... Zdobywcy, odkrywcy, pogromcy, zwycięzcy...


Dziś też przyszło mi się zmierzyć z nie lada wyzwaniem... Jerzy w Rutce się pochorował, wczoraj ponoć tracił głos, i prosił o zastępstwo na pogrzebie... On weźmie wyprowadzenie i kazanie, ja mam mieć Mszę i złożenie do grobu. Niech będzie... tyle że pogrzeb o 9:00 a ja o 11:00 (litewskiej 12:00) mam mieć Mszę w Marijampole. Trzeba się było wyrobić, a tu jeszcze wyprowadzenie z domu, a tu spowiedź przed Mszą, a tu kondukt pieszo idzie na cmentarz... Starałam się tak śpieszyć, by tego nie okazywać, by nie ucierpiało na tym piękno liturgii. Krótko, sprawnie i na temat. Troszkę niepotrzebnego zamieszania robił Jerzy, nie potrzebnie poganiając czy to ludzi przy konfesjonale, czy ministrantów. Szybko bo ksiądz się śpieszy... Nie lubię tego... Na cmentarz dotarliśmy w chwili, gdy tak naprawdę powinienem już jechać do siebie... Ostatnia stacja, Anioł Pański i lecę do auta, a potem autem po nierozgarniętym śniegu, najkrótszą drogą przez las - do siebie...  Droga dość kręta, więc niczym Małysz na Dakardzie walczyłem o czas pamiętając jednak, że moim głównym celem jest dojechanie do mety...  Dobrze, ze po litewskiej stronie drogi po nocnych opadach sprzątnięte i posolone - mokre, ale czarne, miejscami resztki błota pośniegowego... Na miejscu byłem 7 min przed Mszą. Prosto z auta poszedłem więc do zakrystii...


Jeśli wy zamilkniecie kamienie wołać będą... Por. Łk 19,40 2012-01-22

Kolejny ważny dzień za nami... Nie czuję jeszcze się na siłach, by normalnie rozmawiać po litewsku, ale kolejne kroki zrobione... W związku z chorobą ks. Vitaliusa oraz wyjazdem proboszcza i ks. Kanonika na uroczystości do innej parafii powstał mały problem z obstawieniem niedzieli. Marius i Virgilius obstawili swoje parafie, mi przypadło Daukszai, a u nas sumę wziął ks. Viktoras - pomagający nam senior z domu emeryta, który jednak zazwyczaj odprawia w koncelebrze. Do pomocy mu ściągnięto jedynego w diecezji diakona (Vitalius - Polak z Wilna, który obecnie jest na parafii w oddalonej o 20 km Kalvarii). Viktor nie bardzo jest w stanie udzielać komunii, ma też trochę problemów z chodzeniem... Nie mówił też już dość dawno kazania, ale jak rozmawialiśmy przy obiedzie z diakonem, Viktor powiedział je naprawdę ciekawie... Ja natomiast do Daukszei byłem wysłany sam... Jedź i radź sobie...Jeszcze w drodze odsłuchiwałem na telefonie przygotowanego dla mnie kazania, by w miarę zapamiętać wszystkie skaczące i nienaturalne dla ludzkiej mowy :) akcenty... Na chwilę też przed Mszą musiałem siąść do konfesjonału... Przyjdzie ktoś, czy nie przyjdzie... Przyszła... jedna kobiecinka... Ciężko było dosłyszeć, a co dopiero zrozumieć grzechy, ale kilka zrozumiałem... więc i pierwsze rozgrzeszenie po litewsku za mną... Dalej jakoś pójdzie... I rzeczywiście... i Msza i kazanie myślę, że udane. Z góry przepraszałem za błędy, uśmiechałem się, próbowałem także co ważniejsze zdania jednak powiedzieć (nie tylko przeczytać) tak by odbiór był w miarę... Po Mszy kilka osób przyszło dziękować i chwalić... Mam nadzieję, że to nie tylko kurtuazja... Ważne, jak podkreślają, że wszystko zrozumieli i że ksiądz się stara...


Popołudnie spędziliśmy z diakonem. Najpierw obiad w jadalni (z Viktorem), potem kawa u mnie. Była okazja sobie pogadać. Fajny chłopak. Ma dużo zapału i ciekawych pomysłów. Ale przede wszystkim te chęci są ważne... Jest na Drodze (po drugim skrutinium), angażuje się także w Taize. Ja troszkę mu powiedziałem o oazie... Pochwaliłem się też moimi "dziećmi"... A co... Nie moja wina, że są takie udane... Grzechem by było się nimi nie cieszyć... Pooglądaliśmy więc troszkę zdjęć i filmików. Został też ze mną na wieczorną Mszę, na której drugi raz głosiłem kazanie... Chyba już z akcentami było troszkę gorzej... (przed Daukszai się może bardziej spinałem), ale i tak jestem zadowolony. Wieczorni parafianie są też specyficzni i bardziej wyrozumiali... Ta Msza ma swój niezwykły klimat, i te moje błędy i pewna niemoc na końcu - improwizacja przed błogosławieństwem - też się w to dobrze wpisała... Dzień naprawdę udany... kolejne kroki za mną... A już wczoraj proboszcz straszył, że mam się zająć przygotowaniem młodzieży do bierzmowania... On chyba oszalał... :) Ale co tam... Świat potrzebuje takich szaleńców jak my :)


Koniec wakacji... 2012-01-21

Sobota za nami. Po pół roku skończyła się taryfa ulgowa :) Pomału zaczynam wchodzić w kolejne obowiązki. Jutro mam dwa razy mieć kazanie - Najpierw na naszej wiejskiej parafii w Daukšai, a wieczorem w Mariampolu. Do tego do Daukšai jadę sam (tydzień temu było nas trzech - ja, proboszcz i ks. Viktoras) więc oprócz kazania dochodzi mi także spowiadanie. Przyśpieszony kurs spowiadania po litewsku przeszedłem rano w zakrystii. Na kartce spisaliśmy kilka zdań nauki, oraz potencjalne grzechy, z którymi mogę się spotkać... Resztę Pan Bóg zrozumie...  Mam nadzieję, że wszyscy parafianie nie rzucą się do spowiedzi, wykorzystując okazję :)


Troszkę pracy było z homilią. Przyniósł mi rano Virgilius jedną... nie za długa, ale dość filozoficzno-lingwistyczna... Jej autor za cel postawił sobie wyjaśnienie antycznego rozumienia czasu - czyli różnice między kairos i chronos... Próbowałem znaleźć coś lepszego ale było ciężko... Potem próbowałem się zmierzyć z tą homilią i usunąć z niej to, co niepotrzebne... Po dwóch lub trzech godzinach pracy ze słownikiem i komputerem jakoś to się udało ogarnąć... Ale ciężko było przysiąść by jeszcze nauczyć się to czytać... Gdy ok 21:00 po 10 godzinach kolędowania wrócił Virgilius poprosiłem go o pomoc z akcentami... Jednak już po drugim czytaniu uznaliśmy że trzeba szukać czegoś łatwiejszego... Jedna strona - pierwsze kazanie... i udało się... bardzo przyjemna i krótka medytacja... taka na 3 minuty... Jutro dla wiernych będzie taryfa ulgowa... Przypominają mi się te polskie homilie bo 30-40 minut (oczywiście okolicznościowe, zazwyczaj mówiłem koło 20) ... Ale może i na to kiedyś tu przyjdzie czas...


Płatki róż i papierowe serca... 2012-01-20

Evangelija pagal Morkų (Mk 3, 13-19)


Apaštalų pašaukimas
Jėzus užkopė ant kalno ir pasišaukė, kuriuos pats norėjo, ir jie atėjo pas jį.  Ir jis paskyrė Dvylika, kad jie būtų kartu su juo ir kad galėtų siųsti juos skelbti žodžio  ir jie turėtų galią išvarinėti demonus. Paskyrė Dvylika: Simoną, pavadinęs jį Petru,  Zebediejaus sūnų Jokūbą ir Jokūbo brolį Joną (juos pavadino Boanerges, tai yra „griaustinio vaikai“) , Andriejų, Pilypą, Baltramiejų, Matą, Tomą, Alfiejaus sūnų Jokūbą, Tadą, Simoną Kananietį ir Judą Iskarijotą, kuris jį ir išdavė. 


Apmąstymas
Tai tau, Viešpatie pasirenki mus,  pasirenki mus per amžius.
„Ne jūs mane išsirinkote, bet aš jus išsirinkau ir paskyriau, kad eitumėte, duotumėte vaisių ir jūsų vaisiai išliktų,- kad ko tik prašytumėte Tėvą mano vardu jis visa jums duotų.“ (Jon 15, 16)
 Kvietimus būti savo mokiniais. Tu pažisti mus, žinai mūsų vardus, mūsų gyvenimus, mūsų nuodėmes, kaip žinojai savo apaštalų.  Kiekvienam iš mūsų trokšti  duoti lobį, kuris yra “Šventas Tikėjimas”.
„Deja, šitą lobį mes nešiojamės moliniuose induose, kad būtų aišku, jog ta galybės gausa plaukia ne iš mūsų, bet iš Dievo“ (2 Kor 4,7)
Mūsų tikėjimas dažnai yra silpnas, yra kaip dydelis lobis trapiam inde, kokiais esame mes.  Padėk mums Viešpatie pažinti  savo tikėjimą  ir saugok mus, kad nekada neprerastume to tikėjimo tavimi ir tavo meilė.


Pierwsza adoracja za nami. Bałem się jak to pójdzie, ale dzięki pomocy kilku osób jakoś poszło... Z naszych dyskusji z Virgiliusem obaj wyszliśmy zwycięzcy. On obstawiał że będzie pewnie z pięć osób, jak będzie dziesięć to będzie super... Ja liczyłem, by było dwadzieścia... Przed Mszą było jeszcze słabo, tłumów młodzieży nie widać, więcej starszych i dorosłych... kilka osób (ze scholki) pojawiło się w trakcie, gdzieś na chórze... Na koniec ks. Virgilius przypomniał o ogłaszanej adoracji młodzieżowej i, o dziwo, pomimo, że zeszliśmy na chwilę do zakrystii większość została... Było nas więc ok 25 osób..., w tym 6 młodzieży... W związku z tym, że większość została przy okazji, a nie przyszła specjalnie postanowiłem ją troszkę skrócić... Temat adoracji "Aš Tikiu" - [Wierzę]. Po modlitwie spontanicznej do Ducha Św. "Ateik, Sventoji Dvasia" - [Przyjdź Duchu Święty] poprosiłem Jurate o odczytanie dzisiejszej Ewangelii (powyżej - o powołaniu apostołów) i wygłosiłem po litewsku rozważanie. Zamieściłem je także powyżej, w oryginale. Mówi ono o tym, że Bóg nas zna, że nas wybrał, że jesteśmy jak kruche, gliniane naczynia w których przechowywany jest bezcenny skarb - Wiara... Że tą wiarę powinniśmy chcieć poznawać, i nigdy nie zapominać o Bogu i jego wielkiej miłości do nas... To tak w skrócie... Kto chce, może sobie całość potłumaczyć...W czasie kolejnej pieśni poprosiłem ministranta o rozdanie ludziom serc, umieszczonych pod monstrancją na tacy z płatkami róż. Na tych serduszkach wypisaliśmy wczoraj z dziećmi z Caritasu tekst Wyznania wiary - na każdym fragment... Było ich 21, bałem się że będzie  za dużo, a tu okazało się że nawet dla mnie i dwóch ministrantów zabrakło... Potem ks. Virgilius powiedział troszkę o tych sercach, o tym, że wiara ma być także w naszych sercach wypisana, powstaliśmy, i złożyliśmy wszyscy wyznanie naszej wiary, czytając po kolei... Pierwsza osoba - Wierzę w Boga Wszechmogącego, druga - Wierzę w Stworzyciela Nieba i Ziemi... itd.


Potem jeszcze pieśń i błogosławieństwo i zaproszenie na kawę, herbatę, soki i ciastka... Babcie nie przyszły, ale w siedem czy osiem osób sobie posiedzieliśmy i pogadaliśmy... Opowiedziałem troszkę o mojej pracy w Polsce - pokazałem troszkę zdjęć, i pogadaliśmy o tym, co chcemy robić tu w Marijampole... może uda się troszkę ogarnąć tę młodzież... Wierzę, że dla Boga nie ma nic niemożliwego...


Dziękuję za pomoc p Virgilji z Czaritasu, dzieciom, zwłaszcza Gabie, która wczoraj robiła serca a dziś pięknie modliła się z nami, ks. diakonowi Vitaliusowi z parafii  Kalvarija, który pomagał mi tłumaczyć modlitwę "spontaniczną" :), panu Kościelnemu za życzliwość, a przede wszystkim ks. Virgiliusowi za jego wielką życzliwość i wsparcie, które naprawdę cenię...


P.S. Na zdjęciu jedyne serduszko jakie pozostało - a to dlatego, że dostał je ks. Virgilius. Napis oznacza: "Wierzę w Kościół Powszechny" - ciekawy "zbieg okoliczności", że takie wyznanie wypadło dla naszego Rzymskiego Doktoranta :)


Pogrzebowa refleksja (optymistyczna) 2012-01-19

Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem pogrzebu. Obie ranne Msze (8:00 i 8:30) były Mszami pogrzebowymi, czyli na fioletowo, ze śpiewem egzekwii (jutrznia za zmarłych). Miałem odprawiać tylko pierwszą, ale ponieważ Vitalius zachorował zostałem także na drugą... Trzeci pogrzeb - pogrzeb księdza - mieliśmy w Alytusie. Pojechaliśmy tam razem z proboszczem. I znów egzekwie... Księży nie było zbyt wielu - 31 i 2 biskupów... Kazanie głosił ks. Stanisław Krumplauskas, spokrewniony z p. Danusią naszą gosposią z mojej pierwszej parafii w Kętrzynie. Już kilka razy mnie pytała czy nie spotkałem jej kuzyna. Nareszcie się udało...


 



Pogrzeby zawsze były dobrą okazją do poznawania ludzi... Nie myślę tu tylko o tym jednym pogrzebie, a może i bardziej o innych, rodzinnych. Szczególnie przypomina mi się pogrzeb wujka Józefa (brata mojego dziadka ze strony mamy), po którym poznaliśmy całą tę gałąź rodziny i nagle, okazało się że mamy cały szereg bardzo fajnych kuzynów i kuzynek... Następne wakacje spędzały u nas Asia, Justyna, Marek i Jagoda i nie mogliśmy się nadziwić, jak to możliwe, że przed tamtym pogrzebem przez tyle lat się nie znaliśmy...


Inny pogrzeb, który wspominam to wujka Janka (brat dziadka ze strony taty). To było w zeszłym roku. Wtedy też po przeszło 15 latach spotkałem mojego kuzyna Piotra. I też miłe zaskoczenie, bo pamiętałem go z dawnych czasów, jako takie tam rozwydrzone dziecko, z którym nie bardzo wychodziły nam zabawy latem, gdy do nas przyjeżdżali... A dziś to zupełnie inny człowiek... I bardzo fajnie było się wtedy spotkać, czy choćby ostatnio, gdy byłem półtora miesiąca temu w Warszawie... Pogrzeby, zwłaszcza starszych krewnych są świetną okazją by odnowić znajomości, by na nowo przypomnieć sobie o bliskich, którzy z powodu codziennego zabiegania stali się nam dalecy...


Przy okazji dodam jeszcze raz link do jednego z ciekawszych dokumentów- Postęp po szwedzku... Liczyłem na dyskusję po filmie, zwłaszcza z osobami o poglądach antyklerykalnych, ale cisza była dziwna... może przeoczyli, nie każdy czyta pewnie wszystkie moje notki... Zwłaszcza początek jest ciekawy, gdy mowa jest o pogrzebach...







"W Ciemności" - film mocno niejednoznaczny 2012-01-17

Wczoraj i dziś towarzyszyłem ks. Proboszczowi w wizytacji parafii naszego dekanatu. Jest to tak zwana wizytacja dziekańska,  a ponieważ robimy ją w styczniu to śmieliśmy się wczoraj, że to po prostu kolęda u proboszczów. Jadę jako kierowca, ale także jest to okazja by poznać pomniejsze parafie naszej diecezji. Wczoraj odwiedziliśmy PLUTIŠKĖS, gdzie proboszczem jest ks. Ričardas KMITAS, dziś LIUDVINAVAS i jego proboszcza ks. Remigijusa MACEINA.


Wczoraj wieczorem, po Mszy w Rutce Tartak postanowiłem podjechać do Suwałk do kina by obejrzeć "W Ciemności" Agnieszki Holland. Mam problem z oceną tego filmu... Jeszcze zanim wszedł do kin reklamowano go jako niezwykły i jako polski kandydat do Oscara. Ja bym bardziej powiedział jako żydowski kandydat do Oscara. W żadnym wypadku nie chciałbym by to odebrano jako antysemityzm, ale trudno ten film nazwać polskim...  Daleki jest on od tego, co przywykliśmy widzieć w filmach polskich, w naszym narodowo-bohatersko-romantyczno-tragicznym ujęciu świata... Nie ma tu walki dobra ze złem, jest wręcz zwierzęca walka o przetrwanie. I miedzy-narodowość... ponadnarodowość... Coś, co jest typowe dla twórców z żydowskim pochodzeniem, może przez to, że ich naród żyje, tworzy, mieszka wśród wielu innych narodów, ludów i języków. W tym filmie każdy jest skażony złem, poraniony i rani innych... Ale także w każdym jakieś dobro rodzić się może...Oglądając ten film miałem troszkę skojarzeń z "Medalionami" Nałkowskiej lekturą omawianą w Liceum... z których nie wiele pamiętam poza tym, że pokazywały, że człowiek aby przeżyć jest w stanie zrobić prawie wszystko...To samo jest punktem wyjścia dla p.Holland, ale pokazuje też, że z upływem czasu, człowiek wchodząc w relacje z innymi staje się także za nich odpowiedzialny... Widać to nie tylko na przykładzie głównego bohatera - Poldka Sochy, ale także na przykładzie żydów - Mundka [Edmunda] Marguliesa i Ignacego Chigera...


Początkowo, po pierwszej połowie filmu byłem mocno nim rozczarowany... Pokazywanie wszystkich jako złych i zepsutych, - wymowna jest scena jak w jednym pokoju śpi wielu żydów i Janek wstaje, przechodzi nad żoną i córką i idzie dwa metry dalej do kochanki by spółkować z nią na oczach obudzonej rodziny... Chwile potem scena spółkujących Poldka i Wandy, obok śpiącej córki... To wszystko tworzy klimat meliniarsko-patologiczny,  który budzi jakoś wewnętrznie opór we mnie... W miarę upływu filmu pojawia się jednak wspomniane już wcześniej dobro, które zmienia i znacznie poprawia całościowy odbiór filmu...


Ciekawym rozwiązaniem jest gra w językach oryginalnych... Stąd dialogi są po niemiecku, polsku, ukraińsku czy w jidisz, a widz co i raz partie tekstu może czytać w napisach... Napisy dodano także przy znacznej części wypowiedzi Poldka, bo mówi on paskudną gwarą lwowską, mocno niezrozumiałą.... Zabieg ciekawy, choć początkowo mnie też denerwował...


Fajnie gdy serce i rozum dochodzą do zgody... 2012-01-15

Wstęp


Zacznę może od tego, że liczba wejść na blog przekroczyła przedwczoraj 20 tyś. Generalnie nie piszę tego z myślą o statystkach, jak wspominałem już kiedyś, bardziej ma to być kącik dla moich bliskich, w którym mogą doczytać odpowiedź na podstawowe pytanie: Co tam u Ciebie/u Księdza słychać?... Ma to być także rodzaj pamiętnika dla mnie, na którym zbieram myśli, fakty i chwile, analizuję, wynotowuję, czasami oceniam... Tym nie mniej cieszy, że mimo nie stosowania się do wielu porad - [po co tyle piszesz, komu się to będzie chciało czytać], są tacy, którzy tu zaglądają...


Zrozumieć Księdza Sławka...


Nikogo nie da się do końca poznać, zrozumieć... Różnie można mnie oceniać, najczęściej na podstawie tego co się widzi, słyszy... Czasem można być w tych swoich sądach bliższym prawdy... Ale jaka jest prawda? Jak echo wraca mi przed uszy pytanie, które jakiś czas temu postawił mi szwagier, na wieść o tym, że kolejne "moje dzieci" jechały ze mną na Litwę na kilka dni na Sylwestra - Że ci się chce?


- No właśnie chce mi się... Choć tak naprawdę to nie jest kwestia chcenia-nie chcenia... To jest bardziej kwestia miłości.... Jeśli ich kocham, jeśli kocham moich parafian, jeśli kocham ludzi, którzy mi zaufali w szukaniu swojej drogi do Boga, jeśli kocham ich, to staram się wykorzystywać okazję, które daje mi Bóg/los/czas...


Może dla kogoś wydawać się, że działam czasami zbyt spontanicznie... Tak jak chociażby wczoraj... W ramach projektu polsko-rosyjskiego wystawiano w Bisztynku przedstawienie "Legenda u królewnie Gustebaldzie". Tytułową rolę grała w nim Diana, a oprócz niej występowało jeszcze kolejne pięcioro czy nawet ośmioro (nie wiem jak liczyć Mateusza, Karolcię i Oliwkę z którymi kontakt nie był aż tak bliski) moich uczniów, takich "przyszywanych dzieci". Diana, zapraszała mnie już dawno, później pojawiały się kolejne zaproszenia lub pomysły by razem tam podjechać (->Karolina). Uznałem, że nie dam rady... Przeprosiłem, podziękowałem... Ale cały czas miałem przed oczami tę prośbę i świadomość, że skoro duchowo dla niektórych jestem ojcem, to jak rodzic może nie być na przedstawieniu swojego dziecka...


W piątek wieczorem  - po powrocie z rekolekcji w Wilnie przyszedł czas by powrócić do tej odłożonej na bok kwestii wyjazdu... Zostało przecież niewiele czasu... Co zrobić? Zamiast kierować się emocjami, które mówią, co tam, jedź, wolę trzeźwą ocenę sytuacji i grę sam ze sobą na argumenty...


Za przemawia jeden:


+  jako "Ojciec" chciałbym być na widowisku swoich "dzieci"


przeciw trzy:


- mało czasu,


- zima za oknem


- nie mam zbyt dużo pieniędzy na paliwo...


Tyle że te argumenty nie do końca mnie przekonują... Zwłaszcza że sobota, zazwyczaj przepełniona obowiązkami tym razem będzie dość spokojna i jakby co to mogę wyjechać już po 10:30 - wrócić muszę na rano... na 8:30... spektakl o 17:00. Czasu na dojazd i powrót jest dużo. Brakuje by gdzieś posiedzieć, ale przecież celem wyjazdu ma być przedstawienie, a nie latanie po chałupkach...


Drugi problem to śnieg, dużo go jest, wczoraj zaczęła się zima. Widziałem jej namiastkę wracając z Wilna. Ale  droga (asfalt) była czarna... dziś też na jezdni u nas śniegu nie ma... W sobotę rano krótki zwiad przez gg - jak w Polsce, w Bisztynku? Drogi ponoć brązowe, trochę błota pośniegowego... W mieście śnieg, ale główne trasy powinny być przejezdne...


Trzeci argument, finansowy... Ale przecież sam powtarzałem nie raz, że pieniądze to nie problem... pamiętam jak kiedyś jechałem mając pieniądze tylko na paliwo w jedną stronę :) wychodząc z założenia że jakoś będzie... i Było... Bo widzę sam po sobie, że nie ma się co oglądać na pieniądze, lecz trzeba wykorzystywać okazje... Pieniądz nie jest od tego, by leżał, lecz by krążył... Pomnażając dobro... A wtedy wróci, jak nie z tej to z innej strony...


Moje wewnętrzne rozumowe potyczki zakończone zwycięstwem. Rozum zaakceptował (i zracjonalizował) to, co podpowiadało serce... A więc jadę...


W drodze do Księżniczki Gustebaldy


Droga była trudna... Nie spodziewałem się, że między Suwałkami a Giżyckiem będzie prawie  nie odśnieżane... Miejscami jechałem bardzo wolno, bo nie lubię pierwszego śniegu... W przeszłości co roku zdarzały mi się w pierwszych dniach śniegu jakieś drobne "wpadki". Po drodze przydałem się by wyciągnąć z rowu naukę jazdy z rozbitym bokiem. Mijałem też jedno auto co dachowało. W powrotną drogę postanowiłem jechać krajówkami, przez Ełk-Augustów zrobię jakieś 70 km więcej, ale jakość odśnieżania i komfort jazdy będzie dużo lepszy... - W Biskupcu zabrałem Karolcię. Diana w wakacje była u niej w grupie na oazie. I rzeczywiście, gdy nas Diana zobaczyła radość była podwójna... A sam spektakl był bardzo udany i wspaniale przygotowany... Warto było jechać z zagranicy, by się upewnić, że ma się tak zdolne dzieci...


Zdjęcia



Damian-Szczupak, Ja, Diana-Gustebalda, Karolcia, Ania



Z Dianą - naszą pruską królewną Gustebaldą


... 2012-01-15

MIŁOŚĆ to znaczy OBECNOŚĆ








Dzień Skupienia w Mieście Miłosierdzia... 2012-01-13

"W Tobie tonie dusza moja, w Tobie rozpływa się serce moje; nie umiem kochać połowicznie, ale całą mocą swej duszy i całym żarem swego serca. Sam, o Panie, rozpaliłeś moją miłość ku sobie, w Tobie zatonęło serce moje na wieki." Dzienniczek s. Faustyny - pkt 1030


Te słowa wypełniały wczorajszy wieczór i noc... Postanowiłem by zamiast jechać  gdzieś do Polski, moje dwa dni wolnego spędzić w Wilnie - by odprawić coś w rodzaju prywatnych mini-rekolekcji...


Po drodze do naszej stolicy odwiedziłem jeszcze Stakliszki. Już dawno chciałem zajechać do ks. Alfreda. Ma on już 86 lat i od 12 lat pracuje na Litwie... Przeszedł na emeryturę w Polsce, a że miał jeszcze zdrowie i siły, to pojechał na misje w rodzinne strony. Poznałem go jakieś 7 lat temu... jego świadectwo zrobiło na nas olbrzymie wrażenie... Nie widziałem go ze trzy lata... bałem się czy jeszcze żyje, jak zdrowie, czy dalej jest w proboszczem w Stakieliszkach, czy nie przeszedł znów na emeryturę... Zdrowia mógłby mu pozazdrościć nie jeden 50 latek... Kto by uwierzył że on ma tyle lat i że od 1945 roku jest on inwalidą wojennym I grupy... Cieszę się, że mogliśmy spotkać się na kawie w tak dobrze znanej mi z warmińskich pielgrzymek plebanii.


W Wilnie zatrzymałem się oczywiście na Rosie u s. Jezusa Miłosiernego. Inne miejsce nie wchodziłoby nawet w grę. Dostałem osobne mieszkanko od szczytu. Zamknąłem się w mojej pustelni mając za ścianą Pana Jezusa i kilka godzin wieczornych, zamiast jak prawie co dzień na fb spędziłem na modlitwie i medytacji, porządkując moje serce, myśli, plany... Tego mi było bardzo trzeba...


Rano po jutrzni i godzinie czytań zjadłem śniadanie przygotowane przez siostrę Martę. Towarzyszył mi p. Wiktor, ich pracownik, który choć urodził się w Polsce, to z wyboru, od 26 lat mieszka na Litwie...


Kolejne etapy mojego skupienia to była wyprawa na stare miasto, gdzie w Kaplicy Ostrobramskiej u Matki Bożej odmówiłem różaniec; sanktuarium Bożego Miłosierdzia, gdzie wpadłem na adorację i koronkę, oraz spowiedź u w kościele św. Teresy. Ksiądz mnie prawie rozpoznał :) "O, Ksiądz Marianin z Marijampole" - poznaliśmy się jakieś dwa miesiące temu, także przy okazji spowiedzi...


Po obiedzie pożegnawszy się z siostrami przyszedł czas by wracać do siebie, aby zdążyć na wieczorną Mszę...


Dzień Obrońców Ojczyzny 2012-01-13

Dziś - 13.01. obchodzimy na Litwie 21 rocznicę tzw. wydarzeń styczniowych. W 1991 roku niecały rok po ogłoszeniu przez Litwę niepodległości Armia Czerwona postanowiła zbuntowaną republikę doprowadzić do porządku. Na prośbę Komunistycznej Partii Litwy Wojska Radzieckie próbowały dokonać zamachu stanu, którego pierwszym punktem miał być atak żołnierzy na Dom Prasy oraz Wieżę Telewizyjną i Parlament. Rzesze ludzi wyszły na ulice, nieuzbrojeni przeciw czołgom i komandosom, aby własnymi ciałami bronić niepodległości. Nocą, 13 stycznia, w Wilnie od kul sowieckich żołnierzy i pod gąsienicami czołgów zginęło 14 osób, a prawie 700 zostało rannych. Żołnierze sowieccy  zajęli siłą Wieżę Telewizyjną oraz Dom Prasy.  Nie zdecydowali  się jednak na atak budynku parlamentu, bojąc się że będzie jeszcze więcej ofiar wśród ludności cywilnej, która żywym łańcuchem otoczyła gmach oraz budowała dookoła budynku parlamentu prowizoryczne barykady. Wówczas do obrony posłów i parlamentu stanęło około 100 tys. obywateli. Ludzie, nie zważając na siarczyste mrozy stali na straży parlamentu, w każdej chwili gotowi na atak sowieckich wojsk. Aby się ogrzać, palili ogniska. Śpiewano pieśni patriotyczne. Wydarzenia te, zdaniem wielu historyków oraz polityków, stanowiły decydujący zwrot w walce o niepodległość Litwy. Ceną za to była jednak krew...












Caritas, czuwanie i kraksa na drodze 2012-01-11

Są takie dni, że nic się nie dzieje. Powtarzalność, zwyczajność, szarość za oknem - ale nie dzisiaj... Już rano zaskoczył mnie ks. Vitalius, bo odprawił Mszę wcześniej niż w grafiku, a ja zostałem na 8:30 sam, nieprzygotowany do czytania Ewangelii. Ale jakoś poszło.


Od kilku dni myślimy o przygotowaniu projektu wymiany młodzieży... W konkursie ministerstwa spraw socjalnych Litwy można na ten cel pozyskać do 4.500 Euro. Rano dość intensywnie pisałem program proponowanego przez nas wyjazdu dla grupy 30 osób - 15 z Litwy i 15 z Polski. Chcemy by to było w wakacje oraz trwało około tygodnia. Przed obiadem plan już był gotowy. Jeśli wypali to na początku lipca będziemy na obozie w Gietrzwałdzie. Przy okazji planujemy zwiedzić Malbork i Grunwald - przepłynąć kajakami Olsztyn (powtórka z tego, co robiłem już dwa lata temu z Bisztyniakami). W drodze zahaczymy też Lidzbark, Bisztynek i Gierłoż. Temat obozu to: "W poszukiwaniu wspólnej historii." Chciałbym byśmy w atmosferze wspólnej zabawy i modlitwy potrafili spojrzeć z dwóch stron na punkty styczne jak walka z Krzyżakami, ocena Rzeczpospolitej Obojga Narodów a może uda się nawet wymienić argumenty o polskości lub "litewskości" Wilna.


Problemem, który leży na sercu Virginji, z którą mamy szykować ten projekt jest mała aktywność młodzieży w naszej parafii. Jest kilka fajnych osób, ale ciężko jest ich ogarnąć. Przynajmniej ciężko było do tej pory. Ale będziemy próbować. Rzuciłem pomysł spotkań modlitewno-towarzysko-młodzieżowych w naszej parafii i pomysł na razie ma przychylny odbiór. Jak się uda to 2 razy w miesiącu będziemy robić czuwanie po piątkowej wieczornej Mszy św. A po czuwaniu spotkanie na salce z pepsi i ciastkami. Na pierwsze - za półtora tygodnia zaprosiłem ekipę oazowiczów z Wilna. Mam nadzieję, że Eliza przekona innych i przyjadą, zwłaszcza, że warto by modlitwą spontaniczną nie tylko ksiądz się modlił, ale i wszyscy, by był wielogłos... By pokazać i nauczyć ich tego, co my tak cenimy w oazowych adoracjach... By to wypaliło trzeba też by była i młodzież z naszej parafii. Dziś wiem, że na pewno będą studentki, które udzielają się w parafialnej świetlicy Caritas - obiecały. Jutro pogadam z Irene - organistką, która opiekuje się naszą młodzieżową scholką. Jeśli w niedzielę będą lektorzy (jest ich tu trzech, czasem ktoś jeszcze zabłądzi, ale nie ma co na to liczyć), może dwóch Antków i Linas, może siostra Linasa... W Ewangeliach ostatnich dni jest o początkach działalności Pana JEZUSA - zaczynał też od czterech: Andrzeja, Szymona, Jakuba i Jana. Ruch większy się zaczął dopiero, gdy Szymonowi Piotrowi teściową uzdrowił...My też musimy zacząć od zaproszenia pierwszych...


Po obiedzie na prośbę Virgilji byłem z dziećmi z Caritas w kościele przy Betlejemie (tak nazywają szopkę) Pomodliliśmy się troszkę - ok 40 min. Była okazja przeczytać Ewangelię, pogadać o postaciach z szopki, zaśpiewać kolędę... Na koniec pomodliliśmy się modlitwą prawie spontaniczną... Wyszło tak sobie. Początkowo próbowałem mówić po litewsku, ale w połowie się już poddałem i korzystałem z pomocy Virginji jako tłumaczki. Musiałem lecieć na 15:00 na lekcję litewskiego, ale obiecałem że zajdę do nich jeszcze po zajęciach. Zrobili sobie bardzo miłe świąteczne spotkanie przy stole, ze słodyczami , kanapkami i owocami. Były także prezenty - paczka dla każdego dziecka. Fajne są te dzieciaki... Lubię do nich zajść...


O litewskiej 17:00 przyszło mi jeszcze jechać na Mszę do Rutki-Tartak. Obiecałem zastąpić księdza, bo chciał jeszcze wykorzystać okazję i pojechać w rodzinne strony odwiedzić Mamę. Niech mu będzie. Choć śmiałem się do kościelnego, że jestem już prawie na etacie u nich... W tym tygodniu odprawiałem u nich i wczoraj, i przedwczoraj...


W drodze powrotnej tuż przed Marijampole miał miejsce bardzo brzydki wypadek. Bus zderzył się z osobowym autem. Podszedłem do nich w sutannie. Kierowcę osobówki wyciągali nieprzytomnego z samochodu. Jeszcze żył, choć stan bardzo ciężki... Nie wiem, czy wierzący, zapewne ochrzczony, bo tu jak w Polsce - prawie wszyscy... Rozgrzeszyłem go... Nie wiem czy przeżyje... Kierowcy busa nie widziałem..., może pojechał wcześniejszą karetką. Miejsce wypadku dziwne... Kto do mnie jechał, to wie... piękna prosta - szeroka... prawie 17 km praktycznie bez zakrętów... Tyle że  było już mocno ślisko i ciemno...


I have a dream.. 2012-01-09

Dawno mi się nic nie śniło... Albo inaczej... zazwyczaj po przebudzeniu nie byłem w stanie przypomnieć sobie swoich snów... Dziś, co ciekawe, bardzo dobrze zapamiętałem aż dwa/trzy... I śmieję się sam do siebie, skąd takie rzeczy mogły urodzić się w moim umyśle... Ponoć sen jest w jakiś sposób odbiciem tego, czym się żyje, o czym myśli, czego człowiek podświadomie się boi. To wszystko umysł pogrążony we śnie i wyzwolony spod bacznej kontroli rodzicielskiej rozumu dowolnie sobie układa w niezależne od nas konstrukcje... Nie zależne - zależne... Bo przecież stworzone z tego wszystkiego co jest w nas - w naszym sercu...


Pierwszy sen był dość ciekawy. Byłem w Belgii, być może to była Antwerpia? Wąskie uliczki, szliśmy ze znajomymi na obiad, gdy sobie przypomniałem że w tym dniu o 14:45 ma być ślub mojej znajomej z murzynem. Miał go udzielać biskup Jacek, nie ja, więc w sumie nie musiałem być. Ale jak to nie być... Wziąłem więc taksówkę i pędem do Kościoła, (jak na odległość Belgia-Polska było niezwykle blisko). Kościół przypominał trochę świętego Jerzego w Kętrzynie, znajdował się w miejscu podobnym do skweru przed dworcem PKP we Fromborku, a proboszczem był tam ks. Bartusik. I podświadomie czułem, że to był jednak Bisztynek...


Na ślub spóźniłem się zaledwie trzy minuty...


Reszty nie znam, bo musiałem wstać i pędem lecieć na Mszę - by tu u siebie się nie spóźnić...


Wraz z tym snem, przeplatał się inny... Było to gdzieś na pięknych wzgórzach, za miastem, w którym remontowali chyba wszystkie ulice wybraliśmy się grupą przyjaciół na rowery... przez łąki i rzadkie lasy, nad brzegiem jakiejś wody (może Zalew) i w pobliżu wykopu pod nową drogę hasaliśmy sobie beztrosko, radośnie... Było nas chyba z 5 osób, choć pamiętam w sumie tylko dwie z nich... Było piękne lato... I taka niezwykła wolność...


Po Mszy i śniadaniu,  położyłem się jeszcze, coby dospać zakończenia :) (oczywiście żart, świadom byłem, że się ich już nie da dokończyć). Kolejny sen był o Wilnie. Wchodziła właśnie 100 osobowa pielgrzymka diecezji Tarnowskiej. Ja włóczyłem się po mieście w sutannie. Spotkałem ich, na odpoczynku na starym mieście. zaczęliśmy rozmawiać... Mówią, że mają mieć Mszę o 12:00 ja też się chciałem dołączyć, poszedłem do tego kościoła (może katedra, ale układ zakrystii nieco inny). Zagadnąłem po polsku, ale nie chcieli mi pozwolić na odprawianie z nimi... I wtedy przy wszystkich księżach do biskupa (który przypominał bp. Mazura, choć miał być którymś z biskupów Litewskich) po litewsku powiedziałem co o tym myślę...


I coż, że ze Szwecji 2012-01-08

Czy wyobrażasz sobie, że można do ogrzewania mieszkań zamiast węgla używać zmarłych? Że można zabrać dziecko matce bo się nim za bardzo opiekuje, po czym dać na wychowanie do byłych narkomanów,  a po pół roku do samotnego alkoholika? Czy można się cieszyć, że rodzice się rozeszli, i z wcześniejszych i późniejszych związków mamy, taty, ojczyma i macochy ma się dwa tuziny rodzeństwa - To takie przecież nowoczesne i dobre. Fajnie mieć dużą rodzinę... - Takie rzeczy tylko w Szwecji...


Jeśli masz 24 min. poświęć je by obejrzeć ten dokument ...







Wstąpił do piekła po drodze mu było... 2012-01-07

Po całym dniu wizyt i podróży, po zrobieniu przeszło stu pięćdziesięciu kilometrów i zobaczeniu trzech diecezji, dziś w salonie u proboszcza padło ciekawe pytanie - Czy po tych czterech miesiącach (pięciu, - proboszcz coś słabo liczył :} na Litwie nie masz dość i nie myślisz wracać do Polski?


Nie. Trudno mieć dość, zanim się tak na dobre zaczęło. Przecież to dopiera nauka języka... Cała radość pracy misyjnej jest jeszcze przede mną. Na razie radością jest, że rozumiem co oni mówią, a od czasu do czasu sam coś dorzucę w dyskusji... Czasem po polsku, czasem po angielsku, rzadko po litewsku... Ale jest to jakaś radość, bo widzę jak pęka ta bariera, jaką jest nieznajomość języka..


Dziś jechaliśmy do Kowna na Mszę w rocznicę śmierci jednego z księży. Robiłem za kierowcę. Śmiesznie wyszło. Proboszcz pomylił godziny, i dopiero tuż przed planowanym wyjazdem wyszło, że mamy być godzinę wcześniej. Zamiast 1h 30 min miałem ok 50 min na pokonanie trasy do Aleksotas - przedmieść Kowna. To jakieś 50 km, więc przy mocnym sprężeniu się udało się to osiągnąć, zostało nam nawet 10 min na przebranie się...


Choć po drodze, w przedostatnim mieście [Gerlawa] dwa razy musiałem mocniej hamować, bo gość w bmw przed nami jechał bardzo dziwacznie... Nie po naszemu... Ja jeszcze się do litewskiej kultury jazdy nie przyzwyczaiłem.


W drodze powrotnej zajechaliśmy do Pren, - miasto na końcu diecezji, z którego widać już diecezję Koszedarską. Proboszczem tam jest uczeń proboszcza... z popołudniowej kawy zrobiła się kolacja i wieczorna nasiadówka... ale co tam... Choć nadłożyliśmy kilometrów, to jednak warto. Do przyjaznych domów zawsze po drodze... choćby trzeba nadłożyć setki kilometrów... skąd ja to znam... Dziś nadłożyliśmy tylko 30km... co to jest...


Bóg, kasa i rock'n'roll - Prokop i Hołownia kontratakują 2012-01-05

Miałem się z wami zacząć dzielić tym co czytam dopiero jak skończę, ale pozwólcie że już dziś w ramach reklamy wspólnej książki prowadzących MAM TALENT zamieszczę kilka fragmentów:


najpierw ze wstępu 


"Prokop - "Krzyż rozłożył bezradnie ramiona, kiedy przechodząc obok, spytałem go o drogę". Jako dziecko każdego dnia w drodze do szkoły mijałem ten napis, nabazgrany sprayem na murze. Chociaż od tamtej pory minęło wiele lat, a hasło dawno zniknęło przykryte kolejnymi warstwami nowego tynku, ja wciąż noszę je wytatuowane w pamięci. Tak brzmiałoby motto mojego stosunku do religii, Boga i Kościoła.


Chociaż wychowałem się w wierzącej i praktykującej katolickiej rodzinie - zostałem ochrzczony, bylem u Pierwszej Komunii i u bierzmowania, oraz zbierałem dobre oceny na lekcjach religii - zawsze miałem z "tymi" sprawami problem. Czułem się jak panna na wydaniu, której wszyscy na około radzą pokochać pięknego, bogatego i dobrego szlachcica, ale jej serce pozostaje zimne. W dodatku nikt ze swatów nie potrafi przekonywająco odpowiedzieć na dręczące ją pytania. Kim naprawdę jest ten Kawaler? Dlaczego w Jego życiorysie tyle jest sprzeczności, zagadek i ciemnych plam? dlaczego tak rzadko się pokazuje wśród ludzi i nigdy nie odpisuje na listy? A może na dobre wyjechał?  Na czym polega jego dobroć, skoro pozwala cierpieć tym, których jakoby kocha? O co mu właściwie chodzi? Na jakiej podstawie mam mu zaufać, skoro nigdy się nawet nie spotkaliśmy" /str.9/


drugi fragment:


"Hołownia - nie zrozumiesz Kościoła, jeśli będziesz na niego patrzył, jak na punkt obsługi podróżnych, gdzie można się zdrzemnąć, gdy zmęczy nas trasa, wciągnąć na szybko duchową parówkę z keczupem, zatankować trochę optymizmu i mocy. I będziesz się mi skarżył ze pan przy dystrybutorze był wredny. Wchodząc w Kościół musisz zdecydować się na wejście w relacje..." /fragment z okładki/


trzeci fragment:


"Prokop - Po raz kolejny okazałeś [Szymonie] tę swoją irytującą wyższość moralną, przekonanie że to u ciebie jest cała prawda, a gdzie indziej są tylko kawałki.


Hołownia - Mój ulubiony argument Petera Bergena przemawiający za słusznością takiego stanowiska mówi, że jeśli facet kocha kobietę, to nie twierdzi, że wszystkie inne w sumie też są tak samo fajne, tylko że jedna jest dla niego wyjątkowa. Jeśli dziecko kocha matkę, to mówi że mama jest najlepsza na świecie, a nie że wszystkie inne równie dobrze by się na mamę nadawały" /str. 58/


Polecam tę książkę i dziękuję Mikołajowi za prezent.


Początek może jest troszkę ciężki, bo widać jak im trudno rozmawiać na tematy osobistego stosunku do Boga, ale już pod koniec rozdziału nieźle się rozkręcili. Pokazują nam, że ludzie wierzący i niewierzący wcale nie muszą się obrażać, a ateizm nie musi oznaczać antyklerykalizmu i chamstwa pod adresem księży i kościoła, a wiara - nawracania innych na siłę...


Już polubiłem p. Prokopa. Nie spodziewałem się że z niego taki filozof...







Byś świętym 2012-01-05

BYĆ ŚWIĘTYM 



Być świętym
To być cierpliwym
Dwa razy rozważyć
Nim się coś wypowie



Być świętym
To umieć słuchać
Mniej mówić
A więcej służyć 



Być świętym
Trzeba zwyczajnie
Codziennie, pomału, spokojnie
Nie trzeba wielkich uniesień
Nie trzeba pędzić na oślep 



Być świętym
To być cierpliwym


23.09.2003


sylwestrowe dzięki... 2012-01-04

Było to w sylwestrowe popołudnie. Między ślubem, a chrztami zajęliśmy na półtorej godzinki nasz litewski parafialny kościół, by naszymi skromnymi - pięcioosobowymi siłami wypełnić go polską modlitwą... W stronę Jezusa Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie płynęły kolędy, koronka, westchnienia i modlitwy... Wszystko, co leżało nam na sercu oddaliśmy Jemu... W zamian przyszła radość i spokój... Od Księcia Pokoju...


Przytulony do ściany kościoła w czasie modlitwy dziękczynnej przewinąłem przed swymi oczami cały kończący się wówczas rok... Jakże to piękny był rok. Szkoda, że na co dzień, zabiegani za doczesnością nie dostrzegamy tego, jak wiele się dzieje...


Widziałem nasz wyjazd do Austrii, gdzie niewielkim kosztem (jedzenie, noclegi i bus i kierowcy za darmo - główny koszt to było paliwo i zwiedzanie) - udało nam się w 13 osób spędzić tydzień ferii w Alpach, odwiedzając także Wenecję, Wiedeń, Budapeszt czy Lublianę...


 Widziałem rekolekcje, oazy, zwłaszcza tę wakacyjną I ONŻ w Nowym Kawkowie, trudną, ale po dziś dzień dającą dobre owoce...  Widziałem moje skarby, z którymi byłem w Chruścielu, a wcześniej prawie co wieczór na schodach plebanii i te, które były tu u mnie na Litwie...


Widziałem Lednicę i dwie noce prawie bez spania... pakowanie się i 30 urodziny... i te kazanie pożegnalne... radosne, wbrew wszystkiemu... Bo przecież odchodząc z Bisztynka ja nadal tam jestem... Bardziej niż się to nie jednemu wydaje...


Widziałem wreszcie przyjaźń, która dodała mi skrzydeł, zwłaszcza wtedy, gdy były one trochę podcięte... gdy na początku widziałem tylko mroki podróży w nieznane... Ta przyjaźń dała radość, zrozumienie, możliwość wygadania się, wręcz spowiedzi...  niesakramentalnej, lecz takiej ludzkiej... I to, co św. Paweł pisał w słowach - jedni drugich brzemiona noście... (Ga 6,2)...Tak to odbieram...


Mam za co dziękować... więc dziękuję wszystkim, tak jak w Sylwestra dziękowałem Jemu...


cisza, kolędy i patrol SG 2012-01-03

Goście już pojechali. Gdy rano wszedłem do domku zdziwiłem się jak tu cicho... Początkowo przymierzaliśmy się, że wrócą z jedną znajomą, która miała być służbowo w Suwałkach, ale że wzięła po nowym roku trochę wolnego trzeba było szukać innej opcji. Ponieważ wstali dość późno (jak co dzień) tych opcji za wiele nie było i zdecydowałem się odwieźć ich osobiście do Bisztynka. Może to też trochę ze względu na Kamila, który źle znosi jazdę autem i pewnie w autobusie męczyłby się jeszcze bardziej... Był tylko problem, że na wieczór zgodziłem się zastąpić ks. Proboszcza w Rutce. Ale to przecież może być równie dobrze dodatkowy argument... Z Rutki można wracać do Marijampola przez Bisztynek.


Spakowani, po szybkich zakupach w IKI w Kalvarii, ruszyliśmy w trasę, zahaczając po drodze pocztę w Suwałkach i jedząc obiad w Jeleniewie. Ci co znają topografię okolicy może się zdziwią że to też troszkę na około, ale zależało nam by wykorzystać czas przed Mszą, a po Mszy by wracać już szybko i prosto do domu. W Rutce na Mszy nie było tłumów. Kilkanaście osób. Ponieważ byliśmy 45 min wcześniej, to ten czas spędziliśmy przy żłóbku śpiewając kolędy. Już po chwili garstka ludzi schodzących się także na Mszę dołączyła do nas i było bardzo świątecznie i rodzinnie.W kazaniu ten wątek - wspólnego kolędowania spróbowałem jeszcze nieco rozwinąć...


Trasa do Bisztynka tym razem biegła szlakiem północnym: Wiżajny, Dubeninki, Gołdap, Węgorzewo, Srokowo, Barciany, Drogosze, Korsze, Paluzy. Niby najprostsza droga. X Jerzy mocną ją zachwalał ostatnio, ale mnie nie przekonała. Czas z Rutki - 2:45 - 180km. Ja jednak wolę przez Olecko, Giżycko, Kętrzyn - choć trochę dalej, choć czas podobny - to jednak droga mniej męcząca... Tam nieustanne zakręty, las i mgła...


Wracałem dziś nad ranem. Ok. polskiej 8:00 tuż przed przejechaniem przez graniczny las, polski patrol SG. Dokumenty proszę... zanim podałem paszport, zostałem już rozpoznany -"A... ks. Sławek... Nie trzeba, Szczęść Boże... Nie poznaliśmy od razu". Miło. Widać panowie z SG wierzący i chodzili w Rutce na rekolekcje :) W domu byłem o 9:35 (litewskiej) - zdążyłem się chwile spóźnić na śniadanie :).


Zaraz lecę znów na Rutkę - dziś także u nich odprawiam... Śmiesznie by było, jakbym się znów na ten patrol natknął... :)


Podróże w czasie... 2012-01-01

Życie jak z promocji :) Wash&Go czyli dwa w jednym. Dwa kraje, dwa języki, dwa światy, dwa Sylwestry:)  Najpierw Litwa: Ok 14:30 zrobiliśmy sobie Adoracje Najświętszego Sakramentu (kolędy, koronka, litania do Imienia Jezus i modlitwa spontaniczna). Później Msza św. o godz. 17:00 - po litewsku - uświetniona śpiewami Chóru Suvalkija, oraz okraszona staro-rocznymi statystykami :) Później była kolacja, słuchanie litewskich gwiazd Mam Talent - na Youtubie oraz ok 22:30 wyjście na miasto. Godzinę przed północą Marijampole nie zachwycało imprezą dla mieszkańców, więc padła decyzja, że jedziemy w stronę Polski. Najpierw Kalwaria - 23:30 -> gdzie także było jeszcze spokojnie, a potem przejście graniczne Budzisko-Kalvarija, gdzie wzbudzając zainteresowanie panów z litewskiej straży granicznej złożyliśmy sobie życzenia przy słupie ze znakiem Pogoni. A potem korzystając z polskiego zasięgu była okazja do wykonania kilka telefonów z życzeniami, do tych, co w Polsce na 2012 rok jeszcze czekają.


Co dalej? Wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy dalej -> na zachód... Podróż w czasie w 2011 rok. Postanowiłem skorzystać z zaproszenia ks. Szymona by dołączyć się do Wspólnoty Oazowej z Suwałk, która w jego parafii miała bal sylwestrowy. O 24:00 po życzeniach i petardach w grupie około 100 osób poszliśmy do Kościoła na Mszę  Dziękczynną - tym razem po polsku. Msza zupełnie inna - o ile w Marijampole było pięknie i wzniośle, tak tu było mocno wspólnotowo... i bardzo ciepło. W czasie kazania (głosił je diakon) ks. Szymon szepnął, by po Mszy wpaść na kawę... Wpadliśmy więc ze wszystkimi do Domu Rekolekcyjnego Betania, gdzie na kawie się nie skończyło... Był i ciepły kurczak, i tańce i rozmowy...  Okazało się, że nareszcie spotkałem się z Elizą z Oazy Wileńskiej, z którą znamy się już korespondencyjnie (smsowo-emailowo). Wraz z czwórką innych Wilniuków przyjechały na zabawę. Była także jedna litwinka z Punskasa, która cieszyła się że ma okazję pogadać w swoim języku..., byli ludzie, z rekolekcji, które prowadziłem w Suwałkach i jeszcze kilka znajomych twarzy...


Do domu wróciliśmy nad ranem... na zegarze dochodziła 4:00... jak to dobrze, że pierwsza Msza dziś  dopiero o 9:30...


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]