_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Matka... 2011-08-31

Pamiętam, że na pierwszym roku seminarium jeden z ojców duchownych powiedział nam kiedyś, że " każda matka kapłana ma być dla nas jak nasza własna". Mocno ta prawda wyryła się w naszych sercach. Kilka lat później nasz kursowy dziadek - Tomasz, zwykł widząc nasze mamy tytułować je pani Mamo. Okazuje się, ze ta szczególna prawda, choć nie zapisana w żadnych katechizmach, to nie wymysł ojca duchownego, ani jakiś warmiński zwyczaj... to zwyczaj powszechny także na Litwie... W końcu wierzymy w ten sam jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół...


Wczoraj Pani Mama Gabrine [Gabriela] zmarła... Już dziś o 12:00 była Msza pogrzebowa... tzw. Exporta. Ilość kapłanów zaskoczyła wszystkich... Było nas ok. 60... w tym dwóch biskupów Rimantas i Jouzas... Wśród księży był także ks. Jerzy Kijkowski, proboszcz z Rutki-Tartak, dobry znajomy zarówno proboszcza, biskupa, jak i mój... jeszcze z pierwszej mojej parafii w Kętrzynie... Wtedy on był w Radziejach i spotykaliśmy się przy okazji spowiedzi.


Po obiedzie żałobnym ks. Jerzy wpadł do mnie na chwilę... W rozmowie wyszło, że szuka zastępstwa na niedzielę... Pan Bóg najlepiej planuje nam czas... Doświadczam tego nieustannie.


Jutro część druga uroczystości żałobnych... Pani Mama spocznie na rodzinnym cmentarzu pod Lazdijai. To dzień rozpoczęcia roku szkolnego, więc pewnie będzie nas już znacznie mniej... My pojedziemy na pewno...


Ciekawym zwyczajem tu na Litwie jest składanie się na pogrzeb. Zasiłek pogrzebowy to niecałe 1100 zł. Dlatego zamiast setek kwiatów, jest zwyczaj że rodzina i bliscy wspólnie składają się na godny pochówek... To bardzo ważny i piękny gest solidarności...


śmierć... 2011-08-30



Dziś rano zmarła mama księdza Proboszcza...
Zmarła cicho, tak jak cicho żyła obok nas...
pół piętra od mojego mieszkania...
Nie wchodziła ze swego pokoju...
Była mocno schorowana...
Miała chyba 85 lat...


Ta cisza jej życia i śmierci...


 


 




Visakio Ruda 2011-08-29

O godz. 11:00 pojechaliśmy w najbardziej dzikie strony Litwy :)


W średniowiecznych lasach, ciągnących się na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów pomiędzy Mariampolem i Kownem znajduje się kilka wiosek o wspólnej nazwie Ruda... My, czyli ja, Mariusz i proboszcz udaliśmy się do Visakio Ruda, obok Koziej Rudy i Wysokiej Rudy. Miasteczko dziwne... powstało w 1751 r. na terenach wydartych lasom... Ale lasy nie dały za wygraną i w całym mieście widać ich wszechobecność. Trudno szukać tam trawników i skwerów... Każdą przestrzeń pomiędzy drewnianymi domami zajmują sosny i brzozy, przypominając o tym, że ta ziemia należy do nich...


Także kościół jest typowo leśny... Surowy, drewniany... Chyba największy drewniany kościół na Litwie. Tam odprawiliśmy Mszę wraz z księżmi z całego dekanatu. Było to nasze spotkanie dekanalne przed rozpoczęciem nowego roku. Zostałem dość dobrze przyjęty przez księży. Wielu mówi lub rozumie po polsku, a mój litewski coraz lepszy...


Proboszcz tamtej parafii to zapalony harcerz. Właśnie wrócił z Hiszpanii, ze spotkania młodzieży. jego plebania to jednocześnie ośrodek rekolekcyjny na 35 osób. Pokoje gościnne zajmują górną kondygnację. W każdym pokoju łazienka. Warunki dość spartańskie... typowo harcerskie... metalowe łóżka, gołe ściany z drewnianej płyty... w łazienkach nic poza sedesem i umywalką... ale im to chyba nie przeszkadza. Najważniejsze, że pobliskie lasy to dla harcerzy wymarzone miejsce na harce...


Że wam się chce to czytać :) 2011-08-29

Niecały miesiąc i już 3 tyś. wejść...  Pozdrawiam serdecznie z Litwy, tych co mają czas i chęci to czytać... Dochodzą mnie głosy, że dalej piszę za dużo... Może i tak, ale zawsze miałem tę przypadłość słowotoku...












as tave krikstiju* 2011-08-28

chrzestPrzed Mszą o 12:00 wraz z księdzem proboszczem udzielaliśmy chrztu czwórce dzieci... Chrzest na Litwie jest nieco inny, zarówno ze względów liturgiczno-prawnych, jak i ze względu na pewne zwyczaje... Tym, co mnie najbardziej zaskoczyło, to wiek dzieci... Z dzisiejszej czwórki wszystkie już mówią, biegają, wiek od 2- do 5 lat... tak na oko... Słyszałem już wcześniej, że to tu jest normą, a noworodki i niemowlęta prawie się nie zdarzają...


Proboszcz odmawiał wszystkie modlitwy, ja wykonywałem czynności, takie jak krzyż na czole dziecka (Marysia - 4 lata, się wystraszyła i wpadła w histerię) namaszczanie krzyżmem, nakładanie białej pelerynki (dwójka dzieci nie chciała, jeden zaś chłopiec bardzo chciał, bo czuł się prawie jak batmanas)Laughing. Ciekawą różnicą jest to, że na Litwie namaszcza się dzieci nie tylko krzyżmem, ale i olejem katechumenów (krzyż na piersi). Z tego w Polsce po odnowie liturgii zrezygnowano. Podobnie jak zrezygnowano z namaszczania nóg w sakramencie chorych...
Kolejne histerie były, gdy polewano je nad chrzcielnicą wodą... Ryki niemowląt przy tym to pestka...


Dziś ustaliliśmy też plan na przyszły tydzień. W piątek wyjadę  na weekend do Polski.
Planuję być w sobotę rano w Elblągu na 20 leciu mojego liceum,
potem w Bisztynku na ślubie Tomka i Agnieszki.
Niedzielę mam wolną...
Jakby kto chciał chętnie pomogę gdzieś na Warmii w parafii. Mogę nawet wziąć z przyjemnością kazania, bo po miesiącu bez przepowiadania Słowa Bożego czuję się jakoś dziwnie... w całym sierpniu  tylko dwa razy powiedziałem homilie, i tylko trzy razy odprawiałem po polsku...


Z chęcią też spotkałbym się z Bisztyniakami na adoracji, lub/i na jakiejś kawie... Rok szkolny się już zacznie, warto zebrać się. omodlić go i poustalać pracę w grupach na ten rok...


* ja ciebie chrzczę


Vys. Rimantas 2011-08-27

Gdy go poznałem, jeszcze jako kleryk, długo nie mogłem zapamiętać imienia i nazwiska - Biskup Rimantas Norvila. Jeszcze nie dawno przekręcałem to jakoś dziwacznie, za każdym razem inaczej... To co zapamiętałem, to przede wszystkim jego podobieństwo do Jerzego Sthura (oczywiście trochę młodszego... tak ze 20 lat)... i jakiś brak dystansu... typowego dla wszelkiego rodzaju ekscelencji...


rimantas


Na dziś biskup zaprosił mnie na piknik nad jeziorem. Wraz z nami był jeszcze ks. Wikariusz Generalny (kierował) i trzech Emerytów: Nasz ks. Viktor, ks. Antoni i najstarszy (92l.) ks. Zygmunt.  Już samo to mnie zaskoczyło. Nie mógł sobie znaleźć lepszego towarzystwa? Kaniników, Ekonomów, Profersorów, od biedy Dziekanów... A tu jakiegoś Polaka i dziadków... I w tym widziałem tez jego wielkość... Zwłaszcza gdy usługiwał nam przy stole, gdy wyciągaliśmy z wody ks. Wiktora, któremu nogi odmawiają już posłuszeństwa, a tak chciał choć przez chwilę popływać w jeziorze... A jezioro jest piękne... Nazywa się Duś/ lt. Dusia/ i jest trzecie pod względem wielkości na Litwie. 17 km długości i jakieś 5 km szerokości. Do tego stosunkowo płytkie... Bardzo mi przypominało mój rodzinny Zalew Wiślany, zwłaszcza, że w wodzie widać było muszelki, na wodzie - mewy... a drugi brzeg przypominał nieco mierzeję wiślaną...  Litwa i Polska - tak daleko, tak blisko...







Piątek 2011-08-26

Dziś w Polsce wielka uroczystość... Matki Boskiej Częstochowskiej. U nas tego święta się nie obchodzi... za to w kalendarzu mamy św. Kazimierza (nie wiem czemu drugi raz, bo przecież w kwietniu także obchodzą to święto...).


Dzień mijał spokojnie. Dalej czytam Radykalnych... Dziś świadectwo Dzikiego i Malejonka.


Może jeden fragment z wywiadu z Dzikim...


— Czym jest dla ciebie Kościół katolicki i sakramenty?
— Powiem ci jedną ważną rzecz — w czasie mojej kilkugodzinnej spowiedzi ks. Mirek zadał mi pokutę: za te dziesięć straconych lat miałem przez tydzień codziennie chodzić do kościoła i przyjmować Pana Jezusa. Wiązało się to z tym, że jeśli zgrzeszę, to muszę oczywiście iść do spowiedzi. Nigdy bym tego nie zrobił, ale na szczęście pojawiał się Tomek.
Zrezygnowałem z pójścia do kościoła i nagle pojawił się „Budzy" i pyta: „Co robisz?" A ja: „Wiesz, miałem iść do kościoła, ale już jest za późno". Na to Tomek: „To chodźmy tutaj, do Franciszkanów, tam jest za pół godziny Msza" (śmiech).
Strasznie mi to pomagało, bo ja się bałem chodzić do kościoła. Chodziłem jednak, przyjmowałem Pana Jezusa, ale nie wiedziałem, o co w tym wszystkim chodzi. Teraz nie wyobrażam sobie tego, bym przyszedł na Mszę i nie przyjął Komunii. Msza bez Komunii nie ma żadnego sensu.
Kulminacyjnym momentem Mszy jest chwila gdy kawałek mąki z wodą staje się Ciałem Chrystusa. Tego nie widać, nie czuć, nasze zmysły tego nie wychwytują. Pamiętam, gdy kiedyś na rekolekcjach na Jasnej Górze na Mszy świętej w czasie podniesienia po raz pierwszy zrozumiałem to, czym jest przeistoczenie, przemiana. Dotarło do mnie to, że przychodzi Duch Święty i wnika w tę mąkę i wodę i w ten właśnie duchowy niezauważalny sposób kawałek opłatka przemienia się w Ciało Chrystusa. To mnie wtedy rozwaliło, byłem gotowy — zacząłem płakać. Miałem wrażenie, że Bóg mi uchylił rąbek nieba, podniósł kotarę, która nas oddziela od tamtego świata. Jezus mówi: „Moje Królestwo nie jest z tego
świata".
Idąc do Komunii i mając wątpliwości, czy jest to naprawdę Ciało Chrystusa, mówię sobie: „Nie czuję tego, nie widzę tego, że to jest Twoje ciało, ale moja wiara mi to mówi". Moja wiara mi każe się temu poddać. Często występują takie wypadki: jestem głodny, do Komunii i głód mija. Jak to jest, że czasami jestem zmęczony, wściekły, ale po przyjęciu Jezusa Eucharystycznego to wszystko mija i jestem radosny? A co mówi św. Paweł:
„Radość jest owocem Ducha Świętego". No to, kurka, coś musi w tym być!


Po kolacji postanowiłem skoczyć do Suwałk... Na chwilę na pocztę... jeszcze pusto w skrytce. Potem do sklepu i do kina. Nie wiedziałem na co... O Północy w Paryżu - doradziła telefonicznie dyżurna konsultantka od spraw różnorakich... Wink Warto było. Bardzo pozytywny film Woodego Allena - polecam... Powrót mistrza w wielkim stylu...







Cały czas myślałem o Kawkowie. Szkoda, że nie mogę tam dziś i jutro być. W drodze powrotnej włączyłem sobie Radio... Dziwne pierwsze - wskoczyło Radio Maryja - leciała transmisja z Ołtarzewa, gdzie trwają Pallotyńskie Spotkania Młodych... Co chwile na antenie były śpiewy i modlitwy z czuwania... Czułem się trochę jak w Kawkowie... Ciekawe, że dziś tam - w Ołtarzewie mieli koncert... A grał Maleo... Nie ma przypadków....







To nie ja jestem reżyserem w tym filmie... 2011-08-25

Po raz kolejny uświadamiam sobie, że jeśli oddałem swoje życie Bogu to On jest w tym filmie i reżyserem i scenarzystą. Gdy my próbujemy pisać scenariusze, to zawsze wychodzą albo jakieś horrory, albo opery mydlane. Ja mam tu tylko swoją rolę. Ją mam poznać i z niej będę rozliczony.


Kolejny dzień rekolekcji - dziś ks. Kanonik mówił o Pokochaniu Chrystusa. Przy obiedzie siedziałem naprzeciw niego i miałem małe streszczenie konferencji (w j. angielskim). Ostatnio coś mniej miałem tego języka, od kiedy Virgilius jest na urlopie, dlatego wczoraj oglądałem LUDZI BOGA w wersji angielskiej, a dzisiaj jeszcze ta konferencja Wink


Zbliża się Dzień Wspólnoty w Nowym Kawkowie. Bardzo chciałbym tam być, ale nie bardzo tak wyjeżdżać co sobota... Postanowiłem że nie jadę... Dziś rano niespodzianka. W grafiku mam wolną sobotę, aż do wieczora... Może jednak... Nie wiem... Obiad rozwiał wątpliwości. Ks. Biskup zaprosił mnie na sobotę na wspólny wyjazd, on, kanclerz (Żydrunas), wikariusz generalny i ja. Cieszę się, choć miałem inne plany... Ale przecież nie ja tu jestem od planowania. I może i dobrze.


Po "Dnie" Jakimka dziś przyszła pora na "Radykalnych"... Przeszedłem na razie przez wywiad z Budzyńskim. Zastanawiałem się kiedyś nad nimi - nawróconymi rockmenami. Szkoda, że wtedy nie sięgnąłem po tą lekturę. Jest to coś niezwykłego... Szczególnie fragment, gdy Budzy po raz pierwszy mówił na koncercie o Bogu... gdy go opluli, wyśmiali... Lub gdy skini pobili go. "I co Budzy? Wierzysz? "Tak" pinecha w nos... "Dalej wierzysz?" "Dalej wierzę"... Szczególnie wspomina to, jak wyznał Chrystusa jako Pana. Chyba dla każdego z nas to ważny moment. To takie Nowe Narodzenie... On był na Kursie Pawła (Odnowa) i wszedł na Drogę neokatechumenalną... dla mnie tym jest Oaza... On jest Światłem, które przemienia moje Życie..., a tak naprawdę to już nie moje, lecz Jego... Jego Życie...


Wiele wydarzyło się przez te ostatnie trzy lata w moim życiu... od 26.08.2008r  - Matki Boskiej Częstochowskiej... Wtedy pierwszy raz odprawiłem Mszę  jako wikariusz w Bisztynku... Proboszcz miał wtedy kazanie... pamiętam do dziś... Z sobie typową energią wyrzekł z ambony te słowa... "Ks. Wikariusz Sławomir jest darem Matki Bożej... dla naszej parafii". Ja dziś powiem więcej ... to wy byliście dla mnie darem, darem od Matki Bożej... gdyby nie ten dar... nie wiem w jakim kierunku szło by moje kapłaństwo... tak łatwo było się wtedy pogubić...


Dobrze, że Bóg wciąż czuwa, byśmy nie zmarnowali tego filmu... A jak dobrze pójdzie... w niebie czekać na nas będą Oskary...


Dziękuje wam, droga obsado...


Bisztynek


Radykalni 2011-08-24

Zima, minus dwadzieścia stopni mrozu. Śnieg po pachy.
Do domu wraca umordowany Heniek.
"Gdzie byłeś?" - pyta stojąca w drzwiach żona.
"Naaa jagooodach". "Pytam ostatni raz? Jak nie powiesz prawdy wywalam cię z domu"
"Naaa jagooodach. Taką opcję obrałem, i takiej będę się trzymał..."                 
                              /z książki Marcina Jakimowicza "Dno. Dziennik pisany niemocą". Kraków 2001, s. 49./


Od wczoraj w Centrum Pastoralnym w Mariampolu trwają rekolekcje kapłańskie. Prowadzi je nasz ksiądz kanonik. Oczywiście w języku litewskim. Zaproszono mnie był przychodził na obiady, bo jest to okazja poznać kolejnych księży z naszej diecezji (w rekolekcjach uczestniczy ich pięćdziesięciu na wszystkich stu osiemnastu). Byłem także. Postanowiłem jednak dzisiaj, że ten czas też przeżyję w formie rekolekcji indywidualnych. Poszedłem więc dziś do spowiedzi, więcej czasu spędziłem na modlitwie. Dopytałem się też o treść rekolekcji... Wczoraj było o piekle i szatanie, dziś o naśladowaniu Chrystusa. Postanowiłem więc, że trzeba by tak nad dzisiejszym tematem się trochę zatrzymać... Na myśl mi przyszedł od razu Tomasz a Kempis i jego książeczka... nie mogłem jej znaleźć, ale znalazłem w necie ciekawą tego interpretację...


http://vimeo.com/23929709

Potem postanowiłem sięgnąć po jakąś lekturę duchową... Wybór padł na Dno - dzienniki pisane przez M. Jakimowicza. Niezwykła to lektura, już kiedyś czytana przeze mnie. Dostałem ją chyba w Kętrzynie od Asi (Maleństwa), ale nie jestem pewien. Dała mi okazję do przemyśleń na całe popołudnie...


Są świeccy, co nam księżom potrafią wygłosić wspaniałe homilie. I z drugiej strony to także odbicie wiary i słów księży, z którymi spotyka się autor. Z którymi się spotyka i którymi się karmi. Chciałbym się z wami tym wszystkim dziś dzielić, ale tego jest tak dużo, że najlepiej sami szukajcie tej lektury... oczywiście kto chce...


Ja może zacytuję jeszcze jedną przypowieść. - Jest to midrasz żydowski.


Terach, ojciec Abrahama miał według tej legendy prowadzić sklep z figurkami bożków. Abraham od dzieciństwa poddawał to w wątpliwość i wypominał ojcu, że sprzedaje figurki, do których ludzie się modlą. Sam doszedł do przekonania, że świat nie mógł być dziełem takich bożków i że jest tylko Jeden, Najwyższy Bóg, który wszystko stworzył. Zaczął nawet tego nauczać innych, także ojca, ale nie był w stanie go przekonać...
Pewnego dnia, kiedy został sam i miał pilnować sklepu wziął młot i porozbijał te figurki bożków. Pozostawił tylko jedną, największą. W jej ręce włożył młot i czekał powrotu ojca. Gdy ten wrócił i zażądał wyjaśnień Abraham odparł iż bożki się pokłóciły, była bójka i największy wszystkich pokonał i porozbijał. Ojciec zdenerwowany krzyknął: "Nie bądź śmieszny. Te bożki nie mają w sobie życia i mocy. Nie mogą niczego zrobić!" Abraham wtedy zapytał... "To dlaczego je czcisz?"


Czy szukasz prawdziwego Boga? Czy szukasz Jedynej Prawdy, która ma moc przemieniać życie, tak jak zmieniła życie Jakimka, Budzego, Bociana, Dzikiego, także moje, o czym wielu pewnie wie... łatwiej nabijać się z ludzi, którzy czczą Boga nie znając, lub znając tylko terechowe figurki...







Łatwiej jest Boga tak naprawdę nie poznać i odrzucić... Dużo trudniej jest żyć wiarą i walczyć o tą wiarę... wielu jest katolików jak "Heniek" - Taką opcję obrałem i jej będę się trzymał... Tyle, że nam nie potrzeba katolickiego "betonu" lecz ludzi prawdziwie wierzących i prawdziwie radykalnych... Po prostu świętych...


Nieszpory odmówione, wpis na blogu zrobiony... dziś jeszcze mnie czeka film "Ludzie Boga"... To ostatni punkt dnia rekolekcji... potem tylko silencium sacrum...


P.S. Może jeszcze troszkę o tym, co to jest prawdziwa pobożność (Dno, s. 22.):


Prawdziwa pobożność to słuchanie bożego głosu. I nie pchanie się przed Pana Boga, ale wierne kroczenie po Jego śladach. To nie "przed-bożność", ale "po-bożność". Jezus nie powiedział: "Kto chce iść ze mną, przy mnie, obok". Powiedział "za mną". Tylko kroczenie po jego śladach zachowa cię przed wejściem w zasadzkę, którą gotuje nieprzyjaciel.A to większa rzeźnia niż to, co  dzieje się dziś w Afganistanie". Amen.







Zrozumieć Litwę 2011-08-23

Jak już pisałem wczoraj, miałem gości - Pawła i Asię. Przyjechali autem z Wilna i Trok późno, była już prawie 22:00. Wyjechałem po nich na przedmieścia Mariampola, bo miasto rozkopane i ciężko byłoby im w nocy znaleźć mój kościół. Wieczór i późny wieczór minął na rozmowach, między innymi o Litwie. Podobnie dzisiejszy ranek i spacer po mieście... Paweł jest historykiem (pamiętam nawet jak swego czasu jako gość naszej oazy na moją prośbę przygotował żywot św. Jadwigi).


Ciężko jest zrozumieć Litwę. Zwłaszcza jak się zna ją tylko z polskich mediów i wspomnień Wilniuków. Wiele jest rzeczy które dzielą, a media i polskie i litewskie nie potrzebnie podgrzewają jeszcze tę atmosferę. Warto szukać tego co łączy... tego co we wspólnej historii wielkie i piękne.


Dziś w mediach pewnie będą mówić znów o zniszczonych w Puńsku 28 tablicach polsko-litewskich i o problemach polskiej mniejszości na Litwie (Paweł by mnie pewnie poprawił - w Litwie... ja pozostanę przy swoim)


mapDziś chciałbym napisać o wielkiej rzeczy, o której wielu Polaków nie wie... 22 lata temu... 23.08.1989r. Dwa miliony Litwinów, Łotyszy i Estończyków poruszonych wydarzeniami w Polsce, w 50 rocznicę Podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow o godz. 19:00 wyszło z domów i złapało się za ręce w geście sprzeciwu na podział świata z przed pół wieku, który zamknął ich za żelazną kurtyną... Żywy łańcuch nazwany Baltijos kelias miał 600 km był wołaniem i modlitwą o niepodległość, która już dwa lata później została wysłuchana...


szlak


Wśród 2 milionów ludzi byli katolicy, protestanci i prawosławni, Polacy Rosjanie i Litwini, i inni... ramię w ramię... Hasłem były słowa "Wolność dla trzech braci". Czwarty był już wolny... To była naszą wspólna walka. Warto o niej pamiętać...


szlak


Zamieszczam archiwalny film z tamtego dnia, jakość jest słaba, ale warto obejrzeć...







Suwałki 2011-08-22

Po wyjeździe Asi, Agi, Marty i Michała kilka nocy spałem w salonie. Nie wiem czemu... Może dla tego, że bałem się zaspać na Mszę? Mam jakoś tak, że pierwsze noce na nowym miejscu śpię mniej spokojnie i łatwiej mi wstać... Chyba to najbardziej za tym przemawiało, zwłaszcza, że byłem ostatnio trochę przemęczony. Przy okazji odkryłem, że zielone łóżko, choć wygląda porządnie ma feler... jedna sprężyna jest pęknięta i czasem ją można poczuć poniżej pleców... Wink. Na wczorajszą noc wróciłem do mojej niebieskiej sypialni... I też wstałem rano bez większych problemów... Przed Mszą zdążyłem już odmówić jutrznię i godzinę czytań... Po mszy śniadanie i drobne porządki, a potem czas na internet... Szukanie telefonu na dwie karty, polską i litewską, czytanie i w między czasie przepychanki w komentarzach... Po obiedzie wypad do Suwałk. Troszkę spraw do załatwienia w banku, na poczcie i w telefonach, zwłaszcza z nowym adresem.


można do mnie pisać na adres:
skr. poczt. 12
16-401 Suwałki 3


Potrzebny był adres jakiś w pobliżu, bo niestety nie ma możliwości przekierować automatycznie korespondencję poza granice kraju. Rozwiązanie ze skrytką okazało się chyba najprostsze i stosunkowo tanie. Przypomniał mi się Frombork, gdzie też mieliśmy przez szereg lat skrytkę na poczcie.


Teraz czekam na gości. Na Asię J. i jej Pawła. Cieszę się, że w drodze powrotnej z krótkich wakacji w Wilnie wpadną do mnie. Dawno ich nie widziałem...


Apologeci... 2011-08-21

  Minęła niedziela... nawet nieźle jak na dwie i pół godziny snu... o 8:30 pierwsza Msza, a o 9:30 druga. Potem tace i komunia... tyle na razie mogę robić, bo nadal nie jestem w stanie spowiadać po litewsku...  w Patilczai mieliśmy odpust... Ja z ks. kanonikiem zostaliśmy sami tu, a proboszcz i Marek pojechali na odpust. Był tam jeszcze jeden ksiądz gość... Chyba to proboszcz z pobliskiej Iglauki, ale nie jestem pewien. Nie chciałem się dopytywać.


Na obiedzie odpustowym - u nas na plebani (Patilczai - inaczej też Igliskailai, dla tych co znają okolicę, to nasz dojazd) było nas 7 księży. Biblijna liczba... Atmosfera bardzo ciepła, chyba pierwszy raz aż tak... proboszcz dużo ciepłych słów mówił o każdym i nieco poplanowaliśmy najbliższy czas... Już w przyszłą niedzielę chyba ochrzczę pierwsze dzieci na Litwie... A na Boże Narodzenie ks. proboszcz planuje bym zaczął mówić kazania... wcześniej... w listopadzie pewnie już prowadziłbym pierwsze pogrzeby... Dziwnie tak wszystkiego uczyć się na nowo, bo tu wiele rzeczy jest inaczej... Ale jestem cierpliwy...


Ciężko mi tylko przyzwyczaić się do ich zwyczaju świętowania... tu tej cierpliwości jest mniej... W Bisztynku niedzielny obiad jadłem jakieś 5 min, bo mieliśmy oazę, lub Paweł i Karolcia byli na weekend i jakoś nie mieliśmy zwyczaju z szefem przesiadywać nie wiem ile za stołem... Tu kolejny obiad niedzielny i znów dwie godziny się zeszło... Trochę mi szkoda tego czasu, może przez to że rozumiem nadal trzy po trzy... Ale to dla nich było ważne i ja to szanuję...


Rano zauważyłem małe zamieszanie w komentarzach na blogu. Trudno... Jestem przyzwyczajony, że różny jest obraz księży i tak jak korzystamy nie raz z tego, że ktoś ma sentyment do księży, tak i czasem nam się dostaje za grzechy innych... Cieszę się że wraz z głosami krytyki zaraz odezwało się wielu apologetów... Też was kocham i to dla was piszę ten blog. Cieszę się że już jest 2200 wejść... W trzy tygodnie.... czyli tak 100 wejść dziennie... myślę że to też jest znak, że i wy troszkę za mną tęsknicie... Tak jak i wasze piękne słowa w komentarzach. Dla was niech będą te piosenki (trzy bo nie mogłem się zdecydować.)






 









Piosenki te, bo je lubię... Nie koniecznie trzeba je nadinterpretować...


to go or not to go... 2011-08-21

Wczorajszy dzień to wielki uśmiech Pana Boga... Można powiedzieć, że to kolejny dzień z pod znaku Mt 6,31-32... Jak już wcześniej wspominałem obiecałem, że będę na ślubie Arlety i Arka w Świętej Lipce. Zależało mi na tym, ale z jednej strony parafia... - do 13:00 miałem obowiązki u siebie... z drugiej bałem się szefowi powiedzieć, że znów (chyba 6 raz?) chcę jechać na chwilę do Polski, no i  wreszcie chyba najpoważniejszy - problem - kwestie finansowe... konto czyste... karta kredytowa - jeszcze 78,97 zł do wzięcia... w portfelu 3 lity, 7 euro i 12 zł... Co tu robić...? jechać - nie jechać... przez kuchnię poszedłem do auta... sprawdzić stan paliwa w baku... lekko nad kreską rezerwy... Przypomniał mi się kolega, który kilka dni temu polecał się w razie problemów... jest dostępny na gg... pytam o 200 -300 zł... nie ma problemu... przelew... tyle, że to sobota... transakcja czeka na realizacje... jechać... nie jechać... już kilka dni czekałem na wypłacenie pierwszej części intencji - ponoć tu proboszcz płaci co dwa tyg. mijają trzy... może dziś - przy sobocie... Nie... zamiast tego mówi, że jedzie na ślub... do zobaczenia jutro...


Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie.


W sumie co ja mam się martwić... To Jego życie, niech On się martwi... Do Świętej Lipki starczy... potem zobaczymy... Droga minęła szybko... Aż zaskoczony byłem... Z granicy dzwoniłem do Arka, że jadę, aby byli spokojni... Tak wyszło, że miałem jeszcze z półtorej godziny zapasu... poszedłem więc w Kętrzynie na moją pierwszą parafię... zostawiłem nowy adres, odebrałem korespondencję, która nadal czasem tam zabłądzi, odwiedziłem proboszcza. Bardzo miła rozmowa... Bardzo na luzie... może wpadnie do mnie z x Jackiem... Spotkałem też mojego ziomka - ks. Damiana. siedzieliśmy tylko 5 min, bo on pędem ze szpitala do kościoła na ślub... znam to... proboszcz mocno go chwali... nie dziwie się. Dobry chłopak. Świeżo wyświęcony.


Arek i Arleta mocno przeżywali przygotowania do ślubu... Chcieli by to był najpiękniejszy dzień... Niby normalne, ale chyba troszkę przekombinowali... Na początku chaos, bo wiele rzeczy niedopiętych... i jeszcze ich trzyletnia Oliwka... w kościele zachowywała się koszmarnie... Taki urok dzieci, które bez mamy wpadają w histerię... na przyjęciu z resztą było podobnie... Mnie to aż tak nie przeszkadza, lubię dzieci, ale widziałem, że wielu przeszkadzało...


Dopiero na kazaniu trochę opadły emocje... starałem się mówić lekko i widziałem, że odbiór był dobry... Miałem zacytować Bernarda z Clairvoux z godziny czytań, ale zrezygnowałem... niech idzie moje podstawowe nauczanie - czyli czym jest miłość... Czas jakoś szybko leci... na Komunii proboszcz delikatnie ponagla... zostało niewiele czasu, a zaraz drugi ślub... Do zakrystii schodzę 17:58.


W tym dniu w Świętej Lipce trzy śluby. Nasz był pierwszy. Ostatni - o 19:00 ma błogosławić mój kolega z Afryki... Neoprezbiter ks. Paweł. Spotkaliśmy się przed kościołem. Fajnie. Teraz będzie pracował w Mali. A księdzem został w zeszłą niedzielę. Pobłogosławił mnie. Cieszę się... Dwanaście lat szykował się do święceń... dwa razy dłużej niż ja... 11 lat już się znamy... Kościół jest misyjny.


W drodze na wesele zajadę do Bisztynka. Na chwilę zaszedłem na plebanię. Pan Bóg ma pomysły. Problem powrotu się rozwiązał... Gosposia wcześniej wspominała że chce kupić ode mnie pralkę, potem się rozmyśliła, bo pieniążków nie ma... Temat pralki wrócił i proboszcz ją dla niej odkupił ode mnie... Chwile później rozmawiam tel. ze szwagrem i śmieje się ze mnie... Wiesz, że jak już ktoś meble i sprzęty domowe sprzedaje, bo nie ma pieniędzy to znaczy, że coś jest nie tak :) Śmiejemy się obaj... No pięknie... Lubię jego żarty... Potem jeszcze na chwilę zajechałem do Troszkowa. Asia sama w domu. Rodzice i rodzeństwo u dziadków... Telefon do Kasi. Szok. Za trzy min będą... Byli po pięciu. ja mogłem posiedzieć jeszcze z 10 min. Nie więcej. Cieszyliśmy się choć tą chwilą, zwłaszcza, że Asia w gipsie. Miała być u mnie teraz, ale przez kraksę na rowerze nie bardzo mogła... Szkoda... wiem że mocno to przeżywała... To jedno z najukochańszych moich dzieci z poprzedniej parafii...


Na przyjęciu byłem tak miej więcej 40 min po wszystkich... Posadzili mnie naprzeciw świadkowej, obok Daniela, Ilonki, Sary i Eweliny. Super miejsce i wymarzone towarzystwo. już po chwili Sara jest u mnie na kolanach. W przyszłym roku będzie miała komunię. Na pewno będę. Kelner po chwili przyniósł mi obiad. Ostrzega - gorący talerz... Szybka wymiana spojrzeń z Ilonką i śmiech. Z mikrofali. Kto późno przychodzi ten sam sobie szkodzi.


Pierwszy taniec tradycyjnie w sutannie, bodajże z Ewelinką - 17 letnia moja była uczennica, siostra Pana Młodego i oczywiście Daniela. Jeszcze rok temu scholistka z naszej parafii i w ogóle bardzo fajne dziecko... No... teraz już nie takie dziecko... Chudzinka, ale wygląda naprawdę wspaniale. Nie, to nie był pierwszy taniec... To drugi. Pierwszy był z Sarą... Wziąłem ja w ramiona i wirowaliśmy w powietrzu... Potem jeszcze taniec z Iloną (troszkę spięta na początku, ale potem naprawdę świetnie mi się z nią tańczyło) i zmiana stroju. Koszula pod koloratkę wygodniejsza...


Po pierwszych tańcach przyszła na chwilę Karolinka. Zadzwoniłem do niej że jestem w Biskupcu. Niespodzianka. Ona właśnie wracała z innej niespodzianki z Olsztyna... Posiedzieliśmy chwilkę, poplotkowaliśmy... żartowaliśmy, ze szkoda, ze nie dostałem zaproszenia z osobą towarzyszącą... Jeszcze raz zaznaczą że to żart :) w sumie stary... pierwszy raz sprzedałem go jeszcze jako kleryk kuzynce, przy okazji ślubu jej brata... Ile było śmiechu bo ciocia się dowiedziała, i przepraszała mnie, mówiła, że nie wiedziała czy to wypada... Cool Ach ci księża...


Na weselu bawiłem się do 1:00. Potem przyszedł czas się pożegnać i wracać... na sen zostało mi 2,5 h. Już tu na Litwie...


Kocham was wszystkich moje skarby...




Ach ta pogoda... 2011-08-19

Burze z Zachodu dotarły na Litwę... tak jakoś ok. 16:00 - (w Polsce była wtedy 15:00). Właśnie wybierałem się na rower, ale wcześniej jeszcze chciałem naprawić porwane sandały... Może i dobrze, bo pewnie zastała by mnie burza gdzieś  w połowie drogi do Kalwarii.A tak siedząc przed komputerem i wdając się w nic nie wnoszące dyskusje, przeplatane brewiarzem, słucham jak po moim balkonie spływają strugi deszczu niczym górskie potoki...



"(...) Zatoka lasu zstępuje
w rytmie górskich potoków
ten rytm objawia mi Ciebie,
Przedwieczne Słowo.
Jakże przedziwne jest Twoje milczenie
we wszystkim, czym zewsząd przemawia
stworzony świat...
co razem z zatoką lasu
zstępuje w dół każdym zboczem...
to wszystko, co z sobą unosi
srebrzysta kaskada potoku,
który spada z góry rytmicznie
niesiony swym własnym prądem...
— niesiony dokąd?



Co mi mówisz górski strumieniu?
w którym miejscu ze mną się spotykasz?
ze mną, który także przemijam
— podobnie jak ty...
Czy podobnie jak ty?(...)"
                                         /JPII/



Dzień dzisiejszy spokojny... odpoczywam i zbieram siły na jutro... Bo obiecałem, że będę na ślubie Arka i Arlety... a to w Świętej Lipce... do tego jutro do południa muszę być tu na parafii, bo sobota to ciężki dzień... i w niedzielę rano też muszę być tu... Czyli czeka mnie kolejny rajd do Polski i z powrotem... Ale robię warto dla Arlety i Arka, a może jeszcze bardziej dla Daniela jego brata i Ilonki, Sary, Filipa, z którymi tak bardzo się zżyłem na poprzedniej parafii. W sumie z całą rodziną... Kilka domów w Bisztynku było dla mnie ważnych i szczególnych, w śród nich właśnie ten... To Sara zawsze robi laurki dla mnie jak przyjdę, lub jak oni do mnie przychodzili... To do Daniela zawsze można było zadzwonić jak trzeba było pomocy... Taka przyjaźń dorosłego dziś punka z rodziną i księdza - celibateriusza... Szkoda, że nie wyszły wtedy te kajaki... Może uda się kiedyś popływać tu u nas... Szeszupa jest piękna niczym Krutyń i równie spławna...


Wracają dziś do mnie mocno słowa z mojego obrazka prymicyjnego... Ciężko jest rzeczywiście być dla wszystkich... ale daję z siebie ile mogę. I cały czas pozostaje w mojej pamięci ta rzesza ludzi, wśród których pracowałem...


Dziś doszła do mnie informacja że zmarł p. Ludwik... miał 99 lat... na przyszły rok sołtys szykował mu huczne urodziny... kto by pomyślał... po za tym, że nie dosłyszał to był pełny sił i zdrowia... jeździł rowerem, prcował... nigdy się nie nudził... wyglądał zdrowiej niż Jan, jego syn... Pamiętam o Panu...


Doszły do mnie też głosy o innej osobie... nie miejsce i czas by to tu mówić, ale też za nią się modlę... Oby wszystko było dobrze... Tak ciężko było do niej dotrzeć... Praca duszpasterska księdza to nie tylko zwycięstwa w imię Chrystusa... to także patrzenie jak ludzie przegrywają, na własne życzenie... stanie obok, bezsilność, modlitwa... Czy przez te trzy lata moglem zrobić więcej? Może... Ale ciężko jest pomóc wszystkim, zwłaszcza tym, którzy nie chcą, lub się boją...


Codzienność... 2011-08-18

Wczoraj Michał i Marta pojechali do Olsztyna, a Asia i Aga do Zakopanego (z postojem w Warszawie). Odwiozłem ich po obiedzie do Suwałk, skąd mieli autobusy. Michał wolałby pociągiem, ale przekonałem go, że to bez sensu - do tego ten wczorajszy strajk PKP... Po drodze mijaliśmy policję widziałem że nawet jeden z panów wziął czapkę i wychodził... ale się rozmyślił... połowa trasy Budzisko-Suwałki to ograniczenie do 50 km/h. Ciekawe, że gdy wracałem przeszło godzinę później dalej jeszcze stali... i też wyszedł pan... Tym razem machnął na mnie. Zjechałem. Zapytał się czy przypadkiem nie jechałem z godzinę temu i co tak kursuję... Powiedziałem że tak,  że odwoziłem gości na autobus a teraz wracam do siebie... Do siebie to znaczy gdzie...? Do Mariampola... Uśmiechnął się, oddał dokumenty i życzył szerokiej drogi... Śmiesznie, że poznał samochód... przez tę godzinę w obie strony przejechało pewnie koło tysiąca aut... Moje zwróciło uwagę, pewnie przez to, że polskie blachy, a jednocześnie litewska flaga w oknie.


Cała akcja wywołała małe zdziwienie moich pasażerów - dwóch autostopowiczów, których zabrałem z wylotu Suwaliszek... On z Pszczyny, Ona z Olsztyna... Wybrali się w podróż do Rygi... Przypomniały mi się moje dobre czasy... i kiedy ja byłem tam w 2004 roku stopem... Zrobiłem wtedy 1500km... Dałem im troszkę wskazówek... zobaczymy... Zaskoczenie ich było duże, zwłaszcza że cała rozmowa z policją nie trwała pewnie nawet minuty... pytali się o co chodzi... powiedziałem - W sumie o nic... Zaczęło się zgadywanie kim jestem... i dlaczego to tak szybko poszło... śmiechu miałem... Czy jestem politykiem, policjantem, celnikiem? może muzykiem...? pewnie mam jakąś znaną firmę? Śmiech... No można tak powiedzieć... pracuję w dość znanej firmie... 2000 lat tradycji... i oddziały na całym świecie... Przypomniał mi się mój ulubiony film - Biała sukienka... też o autostopie i o księdzu z firmy RCC - Roman Catholic Church...







Ile śmiechu było, gdy w końcu doszli do tego, że jestem księdzem... Uprzedzając komentarze tych co mnie nie znają,  oczywiście daleki jestem od sprowadzenia kapłaństwa do roli zawodu, a kościoła do firmy, choćby z najdłuższymi tradycjami...


Kapłaństwo bardzo mocno mnie określa... daje mi dużo... Sakramenty, łaska, braterstwo... Niezwykłe jest to braterstwo... na całym świecie mam ludzi sobie bliskich... święcenia to więź chyba jeszcze silniejsza niż więzy krwi... Doświadczałem tego wtedy w Rydze, w Rotterdamie, w Austrii u ks. Eugeniusza i tu na Litwie... Kilka dni temu w Wilnie także... Nie ważny język, narodowość...


Kapłaństwo to także ofiara... rezygnacja... z własnych planów, rodziny, czasu... Stałem się wszystkim dla wszystkich... te słowa mocno mi przyświecają... Choć są trudne... Trudno było w Kętrzynie, trudno było w Bisztynku... ale warto było... bo zrezygnować... nie znaczy stracić... Bóg daje dużo w zamian...i jego pomysł na nasze życie jest zdecydowanie najlepszy...


Bardzo mocno przemawia ostatnio Bóg przez czytania... to niezwykłe... zwłaszcza, gdy rano rozmawiamy przy śniadaniu, a po południu na Eucharystii Bóg sam zabiera głos i dopowiada to wszystko... Bo do niego należy ostatnie słowo... Czy chcesz, czy nie...


Też umiem robić screeny


Dodaję screen z menagera


zulu


Wilno cz. II 2011-08-17

ponary   Został mi jeszcze do opisania drugi dzień w Wilnie... nie zdążyłem rano, więc może teraz już na spokojnie dokończę.


   Wstaliśmy koło 8:00. Jak wspominałem, nocowaliśmy u Reginy i Józefa w Lendwarowie. Po litewskim śniadaniu ruszyliśmy szukać drogi do lasu ponarskiego. Nie udało się. Nadal nie wiem jak tam dojechać autem... po 20 min. szukania uznałem że to bez sensu i podjedziemy jak zwykle pod tory (nie daleko miejsca ostatniego obiadu pielgrzymki). Las ponarski, miejsce zagłady 60 tyś Żydów i ok 20 tyś. Polaków znajduje się jakieś 600 m wzdłuż torów, tyle że po ich drugiej stronie, na którą nie da się tam przejechać... przeszliśmy więc ten kawałek pieszo... Pogoda pochmurna robiła jeszcze większe wrażenie tragedii tego miejsca...


antokol   Po Ponarach pojechaliśmy na Antokol do kościoła św. Piotra i Pawła. Wrażenie niezwykłe. Najpiękniejszy kościół Wilna. Od tych rzeźb i ołtarzy aż może zakręcić się w głowie... Potem szukanie domu s. Faustyny. Nieudane... nie brałem mapy, w przewodniku nie ma... już kiedyś szukałem i nie znalazłem... będę musiał kiedyś sam się wybrać... jak będzie więcej czasu...


Cmentarz na Rosie. Kolejny sentymentalny i taki melancholijny punkt zwiedzania. Jak zwykle poszedłem do Lelewela, którego, jako historyka i żyda - polskiego patriotę bardzo cenię. Obok jest Basanoviciaus, twórca litewskiej niepodległości, a na dole cmentarza - Ojczym Słowackiego...Cmentarz coraz bardziej się sypie... szkoda... trzeba naprawdę coś z tym zacząć robić... Bo polska Rosa umiera... na jej zgliszczach coraz więcej rodzi się nowych, litewskich grobów...


Auto zostawiliśmy u sióstr na Rosie, jak wczoraj, jak zawsze... I na obiad poszliśmy do Gabi. Ceny nieco wzrosły, a może to tylko takie złudzenie, gdy płaci się za więcej niż tylko za siebie? Ale jedzenie jak zwykle na poziomie. I obsługa szybka... Nie kazali za długo czekać...


Po obiedzie pędem na Zamek Giedymina by zobaczyć Wilno z góry, a potem pędem do Sanktuarium Jezusa Miłosiernego na Mszę.odprawiałem ją po polsku razem z ks. Olgierdem. Kościół ten, dawniej pod wezwaniem Trójcy św. znajduje się przy św. Duchu. Robi wrażenie swoją prostotą i ciepłem, które tam bije z cudownego obrazu... To ten pierwszy wizerunek Jezusa Miłosiernego, namalowany przez p. Kazimierowskiego. Siostra Faustyna uznała że jest brzydki, nawet płakała, ale Jezus ją pocieszał, że Mu się podoba. Mnie też...


Potem odwiedziliśmy jeszcze kościoły św. Ducha, Wszystkich Świętych, Synagogę (Tylko z zewnątrz - czynna 12:00- 14:00 . A szkoda, że tak krótko.) Byliśmy też pod Zielonym Mostem -> Michał zrobił sobie nawet fotkę z żołnierzami, oraz pojechaliśmy pod wieżę telewizyjną, miejsce szczególne we współczesnej historii walki o niepodległość Litwy. Wjazd na górę 21 lit. od dorosłego, 9. uczeń... trochę dużo...


Troki


W drodze powrotnej zajechaliśmy jeszcze raz do Trok na kibiny. Jedzenie karaimskie dobre i tanie. Do tego domowa gira i sok kminkowy. Powiedziałem gościom, że teraz oni zabierają mnie na kolację, oni zamawiają i oni płacą... Aczkolwiek troszkę trzeba było pomóc, zwłaszcza w wyborze sprawdzonej kibinarni. Zamawiał Michał, zakłopotany, trochę przejęty, ale poszło mu dobrze, zwłaszcza, że pani kelnerka pięknie mówiła po Polsku.


Goście, Goście... 2011-08-17

Po kilku dniach przerwy i  zdawkowych informacji dobrze by było nieco więcej napisać o tym ostatnim czasie. Wczoraj w nocy wróciliśmy z Wilna i Trok. Jest 8:00 rano. Wszyscy jeszcze śpią. Ja już nie, ponieważ nie wiedziałem, o której będę miał Mszę i tak na wszelki wypadek wstałem na pierwszą... Byłem, sprawdziłem, mam jeszcze 30 min do mojej - 8:30 - to dobry czas by uzupełnić nieco moją opowieść...Cieszę się, że tu byli... Moi pierwsi goście... Dbałem o nich jak umiałem, bo zależało mi by dostrzegli, co mnie zauroczyło na Litwie... Dlaczego tu jestem... I chyba się udało.


W piątek nie było jeszcze takiej pogody - był za to spacer w deszczu po Marijampole, gdzie chwilowe schronienie dał nam most na Szeszupi oraz weranda Domu Starców...


W sobotę byliśmy w Kownie. Śmiesznie wyszło, bo w pewnym momencie zrezygnowałem z jazdy po znakach. Straciłem orientację, po przejechaniu mostu (na Neris, choć myślałem, że to na Nemunas)  wydawało mi się że, wyjechaliśmy z miasta (do Aleksotas, czegoś w stylu Warszawskiej Pragi), a tu okazuje się, że jesteśmy w samym centrum i jeszcze mamy darmowe miejsce parkingowe pod supermarketem IKI.


Kowno zrobiło duże wrażenie na wszystkich, nawet na mnie, który przecież byłem tu już tyle razy... Asię zachwycił spokój, którego tu dużo więcej... i który na Litwie widzi na każdym kroku...Czyżby życie w Warszawie było, aż tak szybkie i zakręcone...


Niedzielę, pół dnia spędziłem w kościele... Tak to jest będąc księdzem :) Zostało nam kilka godzin popołudniowo-wieczornych... Najpierw poszliśmy więc na obiad, a potem skoczyliśmy na chwilę do Iglauki. Jest to najbliższe jeziorko, znane mi dobrze z pieszych ostrobramskich pielgrzymek... Znów była cisza i spokój... A po wszystkim pojechaliśmy jeszcze do Simnas, do jednego z najstarszych kościołów Maryjnych. Tam odśpiewaliśmy o 21 z groszami apel jasnogórski...


Poniedziałek to najpierw spanie - nie licząc przerwy na Msze i tace - do 12:00. Tak nam było dobrze, że nie chciało się wstawać... Potem wyprawa do Wilna z postojami w Prenach, Birsztanach, Stokliszkach i Wysokim Dworze. Wszędzie na chwilkę, by tylko rzucić okiem na miasto, na okolicę...


vil


W Wilnie zajechaliśmy od razu do sióstr Jezusa Miłosiernego. Od kilku lat jest to mój obowiązkowy punkt. Rasu g. 6 -> blisko Ostrej Bramy. Siostry zabiegane, zalatane, ale bardzo dobre i takie... niezwykłe... to młody zakon, założony przez bł. ks. Sopoćkę. Wraz z siostrą Mają poszliśmy załatwić Mszę w Ostrej Bramie... Nie udało się, bo za 10 min. była Msza na dole - w św. Teresce. Ks. Marek (spowiadałem się u niego 2 tyg. temu) zaproponował by się dołączyć i na otarcie łez zaproponował także homilie... Pierwszy raz po 2 tyg. powiedziałem kazanie... Msza była po polsku.


uzupies


Po Mszy spacer, cerkiew trzech męczenników, cerkiew bazylianów, cela Konrada, Ratusz, św. Kazimierz, Uniwersytet Stefana Batorego (USB- sic!), Katedra, Anna, Uzupies, ul. Subocz i znów siostry Jezusa Miłosiernego. S. Michaela, energiczna szefowa zaproponowała kolację. Super. Potem w pośpiechu do Lendwarowa do Józefa i i Reginy. Dobrze mieć takich znajomych. Niezwykle ciepli, życzliwi. W sumie bliżsi niż rodzina. Oczarowali moich gości swoją otwartością i gościnnością. Na koniec dnia pojechaliśmy jeszcze na nocny wypad do Trok. Zamek w świetle księżyca i reflektorów wyglądał jak z bajki. Do pełni bajki zabrakło pływania po j. Galve łodzią z pochodnią... 15 lit. za godzinę... nie dużo, ale czasu brakło i strach, tak po ciemku...


Niedziela 2011-08-15

dziś była niedziela... trochę pracy w parafii... na 8:30 mieliśmy Mszę... moi goście nie wiele zrozumieli, ale radośnie ją przeżyli... Na obiad zaplanowaliśmy cepeliny... problem było tylko je dostać... prawie trzy godz. szukaliśmy po restauracjach i znaleźliśmy je w pizzerni :) ale po takim szukaniu smakowały wyśmienicie.... na koniec dnia pojechaliśmy nad jezioro - do Iglauki. znam to miejsce z pielgrzymki... woda troche zimna, ale nie przeszkadzało to nam.... w drodze powrotnej zwiedziliśmy Simnas i piękny, obronny kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia Matki Bożej... chwilę po 21 zaśpiewaliśmy tam apel...


Kowno 2011-08-14

Dziś drugi dzień są u mnie Michał, Marta, Agnieszka i Asia... Do południa było spokojnie, po południu, po późnym śniadaniu udaliśmy się do Kowna, gdzie byliśmy prawie do 18:00. Miasto nieby odwiedzałem już kilka razy, nawet tam nocowałem, ale tym razem zrobiło na mnie szczególne wrażenie.... Piękny, choć straszny był kościół św. Jerzego, (straszny, bo bardzo zniszczony) Resztyki zamku i  park u zbiegu rzek Neris i Nemunas również pozytywny... Na rynku i w kościołach wielu nowożeńców, choć sam ruch turystyczny nie za wielki... Po powrocie, ok 19 kolacja w restauracji ''litewskie dania". Szkoda że nie było cepelinów... zadowoliliśmy się blinami z mięsem...


Ciesze się że są tu u mnie... Jest trochę inaczej... bardziej swojsko...


goście 2011-08-13

Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem gości... Cieszę się że są już u mnie..


Gal jus kalbate angliskai? 2011-08-11

Dzień dzisiejszy spokojny. Był bo był... Ale jakby go w ogóle nie było... Proboszcz i Mariusz pojechali dziś praktycznie na cały dzień. zostałem sam razem z Wirginiusem, rano był także ks. kanonik. Prawie wszystkie rozmowy dziś po angielsku. Czasem się zapominałem i nawet do gosposi coś tam próbowałem mówić po angielsku... Przekazałem dziś pozdrowienia Wirgiliusowi od s. Klaudii - z Rzymu. Zaskoczony... To ty znasz Klaudię? Będzie już prawie 15 lat... Przecież ona już w Rzymie jest ze 12 lat, jak nie więcej...


Czekam na gości... jutro przyjadą... Ciekaw jestem jak to wszystko wyjdzie... Na pewno nie będzie takiej siesty jak dziś... I dobrze ile można... Szkoda tylko że pogoda nie za specjalna...


Dziś notatka krótka... to może jeszcze filmik... Taki oazowy... Co prawda to nie nasza warmińska I ONŻ, ale klimat ciekawy... może kiedy kto z naszych pomyśli o kręceniu czegoś podobnego...







wierzę w świętych obcowanie... 2011-08-10

Warto mieć przyjaciół... warto mieć takich znajomych, na których można zawsze liczyć, w których w domu czujesz się jak u siebie.

Ważne jednak, by to było zawsze dwustronne... Inaczej łatwo stać się "Matką Boską Ostatniej Pomocy" - jak to tłumaczył w filmie "Biała Sukienka" pewien satanista... albo pasożytem...

Kiedyś w Wilnie, dzięki Darwinie i Jackowi poznałem pewną restaurację... Tu nastąpi reklama -> 


gabi


"Gabi"... Wilno, ul. Świętego Mikołaja 6....


Chodzę tam co jakiś czas, gdy jestem w mieście nad Wilejką... Jedną z rzeczy, która mnie tam urzekła jest tekst zamieszczony na pierwszej stronie "Menu"... "Przepraszamy, że nie mamy czasu, dla klientów, którzy nie mają czasu". Ta restauracja ma swój urok i rzeczywiście daleko jej do fast foodów. Pewnie zastanawiasz się, po co o tym wspominam...? Otóż kiedyś te zdanie stało się dla mnie inspiracją... Napisałem je nawet na gg jako opis... tyle że w nieco zmodyfikowanej wersji... Przepraszam, że nie mam czasu, dla tych co dla mnie nie mają czasu...


Nie wiem, czy to dobre, czy nie... Ale takie ludzkie i uczciwe... Pomogło mi to wówczas oczyścić wiele znajomości... takich, gdzie jak nie zadzwoniłem, to nie pogadaliśmy, jak nie zajechałem, to się nie spotkaliśmy... Oczywiście wiem, jestem księdzem, mi jest łatwiej... bo rodzina, praca itd... Ale ... No właśnie... te ale... Dziś myślę sobie o tych wszystkich, których mogę nazwać przyjaciółmi i/lub bliskimi... bo słowo "przyjaciel", to słowo, którym rzadko szafuję... Dziękuję wam za to, że jesteście... i że pamiętacie...

Wśród tych moich bliskich, jest także wielu świętych... Naprawdę...Także tych, oficjalnie ogłoszonych... Zastanawiałem się dzisiaj nad tym, kto ze świętych jest mi najbardziej bliski...


Na pewno Maryja... i ta z Ostrej Bramy, z Częstochowy, z Fromborka... szczególnie z Gietrzwałdu i od biedy ze Świętej Lipki (w przeciwieństwie do ks. Wojtka, który tylko świętolipską uznaje)... Do Niej pielgrzymowałem od młodych lat... jej płaszcz noszę na swoich ramionach...

Cenię sobie także św. Katarzynę Aleksandryjską... Nasza znajomość zaczęła się jeszcze jako dziecko w Braniewie... a potem przygarnęła mnie do swojego kościoła na pierwszą parafię... i podsyła co i raz wspaniałe  duchowe córki, które pozwalają wierzyć, że powołanie do życia w zakonie żeńskim dalej jest realne i możliwe... choć trudne...
Ciekawa jest moja znajomość ze św. Szczepanem - pierwszym męczennikiem... wziąłem go sobie za patrona do bierzmowania... tak szczerze mówiąc zupełnie nieświadomie... Dopiero potem odkryłem, jak wielki to święty... jego odwagę, mądrość i radość w obliczu prześladowań... do końca pozostał optymistą... i chyba tego mnie trochę uczy...

Muszę wspomnieć  św. Antoniego... Ten od zgub... wiele rzeczy z naszej znajomości niech pozostanie między nami... ale szacunek do niego mam wielki... Nie wszystko mogę mówić. Ale jest jedna rzecz, co mi się przypomina. Wenecja... wymusił prawie na mnie bym przyjechał do Niego do Padwy... i byłem... choć było już późno i ktoś by powiedział... Bez sensu... A jednak... dla przyjaciół warto nadłożyć kilometrów...


Wspomnę także św. Pawła i św. Barnabę... z tej dwójki misjonarzy zawsze Barnaba był mi bliższy... Może dlatego, że przypominał Zeusa? Paweł wydawał mi się troszkę pyszałkowaty, pewny siebie i do tego miał na rękach krew św. Szczepana... Ale skoro Bóg mu wybaczył, to czemu nie ja... Dziś w wielu sprawach są oni dla mnie przykładem... wiem ze to, co oni przeżywali dziś w jakiś sposób jest i moim udziałem... wiele się od nich uczę... zwłaszcza z ich listów, bo list do Hebrajczyków dziś wielu biblistów przypisuje właśnie św. Barnabie...

Na koniec moja nowa znajomość... zaraz będzie miesiąc... św. Ignacy z Antiochii. Gość nieprzeciętny... Uczeń św. Jana, biskup Antiochii. Jak podaje legenda pisał Listy do Matki Bożej... i ona mu odpisała... listów napisał wiele... w zeszłym miesiącu sam dwa otrzymałem... Gdy trochę rzeczy nie szło na rekolekcjach, prosiłem w modlitwie Pana Boga o pomoc... A że rekolekcje odbywały się w Nowym Kawkowie, czyli w naszej oazowej Antiochii nic dziwnego, że z pomocą przyszedł sam biskup antiocheński... Najpierw listem do Magnezjan uspokoił napiętą sytuację... a wszystko tak idealnie pasowało, że jak tu nie wierzyć w świętych obcowanie... Na koniec odezwał się do mnie jeszcze raz... listem do Polikarpa... Dzięki św. Ignacy...

Jest takie przysłowie... kto z kim przestaje, takim się staje... warto trzymać ze świętymi... tymi co jeszcze chodzą po ziemi... i tymi co już w niebie trzymają za nas kciuki...Wierzę w świętych obcowanie...


1000 wejść 2011-08-09

Po wczorajszym rajdzie przyszedł dzień odpoczynku i wypakowywania reszty rzeczy... Trochę zdziwiło to wszystkich naszych domowników, że zdążyłem być w Polsce i nawet tego nie zauważyli :) Po kąpieli i 30 minutach snu w końcu stanąłem jak gdyby nigdy nic do ołtarza na poranną Mszę. Potem przyszedł czas rozpakować samochód, trochę się przespać, o 12:00 wizyta w kurii u kanclerza - załatwia mi już pobyt stały i zezwolenie na pracę na Litwie... po obiedzie ciąg dalszy rozpakowywania przeplatany z odsypianiem i jakoś dzień mija...


Właśnie spostrzegłem, że na moim blogu jest już 1000 unikalnych wejść. Dodam, że licznik jest tu dość mądrze skonstruowany, nie to co kiedyś, gdy zliczały każde przeskoczenie strony i odświeżania jako kolejne wejścia. Dziękuję tym co mają w tym swój udział... zwłaszcza p. Andrzejowi, bo po reklamie na www.bisztynek24.pl liczba wejść drastycznie przyśpieszyłaCool.  Mam nadzieję, że nie przynudzam za bardzo i obiecuję, że się poprawię (na prośbę jednej z osób daruję już sobie opisy śniadań... ->  pozdrawiam cię Agatko...


Dziś święto św. Edyty Stain, czyli Teresy Benedykty od Krzyża, patronki Europy...


Zastanowiły mnie słowa z jej wykładu o Tajemnicy Bożego Narodzenia:


"(...) Słowa "Bądź wola Twoja" powinny stać się dla chrześcijanina normą życia, powinny regulować bieg dnia od rana do wieczora, być ciągle główną naszą myślą. Wszystkie inne troski Bóg przejmie na siebie, nam do końca życia pozostanie ta jedna, gdyż nigdy nie możemy być pewni, że zawsze znajdujemy się na drodze, która wiedzie ku Niemu. Jak pierwsi rodzice, którzy utracili dziecięctwo Boże i od Boga się oddalili, tak każdy z nas stoi nieustannie w obliczu wyboru nicości lub pełni Boskiego życia i prędzej czy później dotkliwie się o tym przekona.


W początkach życia duchowego, kiedy zaczynamy się dopiero poddawać Bożemu kierownictwu, czując pewną i mocną rękę Boga, który nas prowadzi, to, co powinniśmy czynić, stoi przed nami jasne jak słońce. Ale nie zawsze tak bywa. Kto należy do Chrystusa, musi przeżyć całe Jego życie. Musi dojrzewać do wieku Chrystusowego, musi z Nim wejść na drogę krzyżową, przejść przez Ogrójec i wstąpić na Golgotę. Lecz wszystkie cierpienia zewnętrzne są niczym w porównaniu z ciemną nocą duchową, gdy gaśnie Boskie światło i milknie głos Pana. Bóg jest w tym doświadczeniu blisko, lecz ukrywa się i milczy. Dlaczego? Są to Boże tajemnice, których (...) do końca nigdy nie przenikniemy (...)"


Szczególnie myślę w tym dniu o s. Edycie... i o Agnieszce... które tę świętą mają za patronkę... Myślę o was... pamiętam o was i modlę się za was...


i dla was z najlepszymi życzeniami zamieszczam ten utwór...







Jak za dawnych lat... 2011-08-09

Wczorajszy dzień się przeciągnął... w sumie aż do 7:00 rano...A wszystko zaczęło się tak spokojnie... jak już wspominałem na 12:00 pojechaliśmy do Kalwarii na pogrzeb ks. Romualda... W sumie było nas 40 księżym w tym dwóch biskupów - bp Józef Żemajtis, emeryt z mojej diecezji, oraz arcybiskup kowieński Sigitas Tamkevicius, który był kursowym kolegą zmarłego. Potem obiad w kinoteatrze...


Od rana myślałem, aby skoczyć na chwilę do Suwałk - na pocztę i do banku. Wspomniałem o tym nawet Mariuszowi, ale jakoś po pogrzebie nie bardzo miałem chęci... I gdyby nie to, że w sumie to on wyszedł z inicjatywą, że można by rzeczywiście wcześniej wrócić, pewnie bym nie pojechał...


A potem już poszło jak za dawnych, dobrych lat...  Zaraz po przekroczeniu granicy wykonałem kilka telefonów. Godzina stania w kolejce w PKO i 3 min. na poczcie i męska decyzja - Jadę dalej... i tak już zgłosiłem pani gosposi, że na kolacji mnie nie będzie...


Po dwóch i pół godziny byłem w Bisztynku... zatankowałem, odwiedziłem dwie rodziny (cieszę się bardzo i wiem, że ta radość jest wzajemna). Pamiętam jak przed wyjazdem pocieszałem co poniektórych, że to przecież tak blisko, że po śniadaniu na Litwie na obiad spokojnie mogę podjechać do Polski... Teraz wiemy, że to nie była tylko przechwałka na otarcie łez lecz realna groźba.


Potem pojawiłem się jeszcze na plebanii po resztę rzeczy... Cieszę się, że mogłem choć chwilę porozmawiać z p. Reginą - gosposią z Bisztynka, zwłaszcza, że jak mi doniesiono, mocno przeżyła mój wyjazd... a ma już 82 lata...


Obładowanym do połowy Mondeo pojechałem do Olsztyna... po rower. 15 min zajęła mi wizyta  u siostry, bo i pora już późna, a potem dalej...


Kolejny etap na trasie to Nowe Kawkowo... Trwa tam Oaza Dzieci Bożych... Było już późno - 22.30, większość dzieci spała, ale mogłem choć chwilę posiedzieć z animatorami i  ks. Krzysztofem. Zajechałem tam po kolejne rzeczy, przeze mnie zostawione, zwłaszcza po albę i mój krzyż, bo na tym mi najbardziej zależało... I krzyż jest już tu ze mną w Mariampolu. W Kawkowie byłem ok 1,5 godziny...


Około północy ruszyłem jeszcze na chwilę do pobliskiego Miłakowa. Andzia nie zdążyła się ze mną pożegnać w Bisztynku. Miałem ją odwiedzić, jak byłem w Kawkowie na rekolekcjach... Nie wyszło.... Za dużo było na głowie... Miałem mocne wyrzuty sumienia... Cieszę się, że odezwała się do mnie w piątek... przegadaliśmy pół popołudnia na gg. Obiecałem, że jak będę miał okazję, to ją odwiedzę... nie spodziewałem się, że będzie to już w poniedziałek... dla niej też była to wielka niespodzianka... Pora była już późna, ale, że ona pracuje na nockach w piekarnie nie stanowiło to ani dla niej, ani dla mnie większego problemu... Zeszło się prawie do drugiej...


A przede mną jeszcze droga powrotna... bo o litewskiej 8:00 mam mieć Mszę... Najgorsze było jechanie między 3:00 a 4:00. W sumie nic nowego... Znam trochę siebie i już nieraz to przechodziłem, wracając z Gdańska czy Warszawy...


Kryzys był za Mrągowem... Myślałem, że już do Giżycka nie dam rady dojechać... Patrzę na zegarek, ale rezerwy czasu nie ma za wiele... O spaniu, choćby pół godzinki muszę zapomnieć... dwa razy się zatrzymywałem i robiłem rundki wokół auta... szkoda, że to skutkowało zaledwie na kilkanaście minut. Potem był jeszcze zimny łokieć i radio... rozpaczliwa walka ze zmęczeniem... ale to też nie to... W końcu udało się znaleźć czynną stację i zakupić energaizery... poskutkowało... do tego pomogły bułki z piekarni (Andzia, Dzięki!!!|) a najbardziej chyba to, że minęła ta dziwna i złowieszcza trzecia godzina nocy...


Niedziela 2011-08-07

Niedziela powinna być dniem odpoczynku... Wczoraj, gdy patrzyłem w intencje i widziałem, że mam tylko jedną Mszę do odprawienia nawet się nie spodziewałem, że dziś ok. 17:00 padnę ze męczenia... Może to i ta pogoda... będzie padać, oznajmił wczoraj Wirgilius... Ale rano już zrewidował swój pogląd... Ja go jeszcze pocieszałem, że dzień długi... ostatecznie cały dzień było gorąco i duszno... a padać zaczęło dopiero o 22:00


Ale może zacznę od początku...


Rano na Mszy o 8:30 miałem miłą niespodziankę. Ks. Proboszcz oficjalnie mnie przedstawił i przywitał, a pan kościelny w imieniu parafian wręczył mi kwiaty - pięć białych róż... Przywitanie było dość długie... Miałem się dopytać o szczegóły, ale nie było okazji... Zrozumiałem tyle, że wspominał jak ksiądz biskup Rimantas 6 lat temu zapraszał nas w Olsztynie w seminarium na Litwę. Byłem wtedy diakonem... Wspominał też pielgrzymki do Wilna i pewnie wiele innych rzeczy... zeszło mu się kilka minut... Ludzie przywitali mnie oklaskami... Chciałem nawet coś jeszcze powiedzieć... Ale pozostałem przy Aciu - Dziękuję.


Na kolejnych Mszach zbierałem tacę i udzielałem komunii św. O godz. 12:00 mieliśmy odpust w parafii. Mszę odprawiał ks. Kanclerz Żidrunas (imię to znaczy niebieski)


.odpust


Po tym jak wikariusz generalny i ksiądz biskup wyjechali na urlop z władz diecezjalnych pozostał tylko on i biskup emeryt.


Odpust był dość skromny... nie było za dużo ludzi, księży gości... raczej w swoim gronie... Po Mszy oczywiście wyszła procesja


kan


procesja


nad którą czuwał Edmundas, syn Gosposi i szef parafialnej firmy pogrzebowej...


edmund


Na koniec dam jeszcze zdjęcie naszego kościoła w środku, bo są tacy, co o to poprosili...


oltarz


W ołtarzu widać obrazy św. Wincentego Pallotti - patrona parafii, św. Jerzego - patrona miasta, i św. Antoniego - nie wiem dlaczego akurat on...


pierwszy tydzień za nami... 2011-08-06

To już tydzień minął, od kiedy odebrałem dekret... I tydzień... ile ich jeszcze przede mną? Nie wiem... Wyjeżdżałem z przeświadczeniem pewnej stałości, nie była to decyzja chwili, lecz rodziła się przez szereg lat... więc i teraz jestem pewny, że to nie są tylko wakacje... tydzień urlopu...


Choć moja praca póki co przypomina nieco urlop... Może dlatego, że są wakacje... Może jeszcze bardziej dlatego, że wiele obowiązków wikariusza robią za mnie inni... Nie siedzę w kancelarii, nie prowadzę pogrzebów (a tu pogrzebów 260 w ciągu roku), nie spowiadam... Dziś sobota, obok niedzieli najbardziej zapracowany dzień litewskich księży. Każdy z nas odprawiał dziś chyba po dwie intencje..., a pamiętam, że w zeszłym roku w sobotę przypadły mi nawet trzy... Msze mamy od rana co 45 min. Na pierwszej 5 księży, potem po trzech... wszystko dlatego, że większość chce by Msza za zmarłych była w sobotę.. zwłaszcza rocznicowa... sobota przez to nie wiele różni się od niedzieli... pełen kościół, kazanie, nawet taca... większość z nich jutro na Msze nie przyjdzie...  Chodzi tu do kościoła tylko 8 proc. wiernych... Takie msze sobotnie to więc okazja by do nich dotrzeć, by coś usłyszeli... wielu korzysta ze spowiedzi... księża siedzieli we dwóch w konfesjonałach i się nie nudzili... Ja się jeszcze do konfesjonału nie pcham... Z kazań nic nie zrozumiałem... Ani proboszcza, ani Wirgilusza... Dziś święto Przemienienia... pewnie mówili coś o Panu Jezusie :)


To tak żartem... Po trzeciej Mszy Mariusz został jeszcze na chrzty... było ich kilkanaście... Zapadła mi w pamięci jedna rodzinka... Mama, tata, chrzestni i dwójka chłopców... roczny kędzierzawy i rudy trzylatek. Ten trzylatek w białych spodenkach i pięknej lnianej tunice. Mariusz pyta które dziecko do chrztu... Ten trzylatek... A może od razu i drugie? ... Nie jeszcze nie trzeba... Dziwny jest ten świat...


Po chrztach nastała pora ślubów... 20 minutowe... nie wiem ile... pewnie koło sześciu... bez Mszy... Taka tradycja... szybko szybko... bo do fotografa trzeba lecieć... no i w domu goście już czekają... W zeszłym roku bardzo to gorszyło ks. Proboszcza Eugeniusza... Rozmawialiśmy o tym w Bisztynku... Co poradzić... Księża też nie nalegają na Msze ślubne, bo już dziś i tak każdy się naodprawiał... Jest tu inaczej... i trzeba to zaakceptować i nie osądzać...Pamiętam jak ks. Wojciech z Nowej Wilejki mówił mi że to się już zmienia ... za sprawą Hollywoodu... Jak się naoglądają filmów i pięknych wesel w kościele to i u niego w parafii co i raz chcę taki piękny ślub ze  Mszą i pełnym kościołem gości...


W czasie obiadu telefon... Ks. proboszcz chwile rozmawia, już z tego co mówił zrozumiałem, że umarł ksiądz... Po rozmowie wyjaśnia, że to emeryt z Kalwarii. Do środy okaz zdrowia.... w środę zaczął się krztusić... okazało się, że ostatnie stadium raka płuc... Płuc już prawie nie było... oddychał krtanią i jakąś bezkształtną  masą... nie udało się go odratować... Pogrzeb w poniedziałek... pojedziemy tam wszyscy... to zaledwie 20 km od nas...


Wieczorem uroczysta kolacja... urodziny Gosposi... oprócz nas do stołu zasiadły także trzy gosposie... dwie nasze i Ilona, siostra Mariusza - wspominałem już, że jest gosposią biskupa... Na kolacji furorę robi nowe danie - kibiny św. Wincentego - ponoć według pomysłu ks. Proboszcza. Lepsze niż w Trokach... By nie wchodzić za bardzo w szczegóły kuchni litewskiej powiem tylko, że był to de volai z piersi kurczaka nadziewany szynką, wędliną, pomarańczem i serem, dodatkowo zawinięty w pieróg z ciasta francuskiego... wszystko zapieczone... rewelacja... Kolacja długa, przeszło dwie godziny... do tego cały czas rozmowy. W większości po litewsku... o wszystkim... Od Leppera, Tymoszenko, x Graniczki, Lichenia, po wypadki drogowe... Szkoda tylko że mój litewski nadal taki słaby... żeby był choć w połowie jak ich polski...


Miłej niedzieli...


piątek 2011-08-05

Właśnie napisałem całą notatkę, i niestety nie weszła :) więc piszę jeszcze raz...


W Polsce w kościołach coraz mniej jest łaciny...  pozostały inskrypcje, jak te w Grzędzie na stropie, nad głową księdza :), pozostali nieliczni jak bp Julian, czy ks. Eugeniusz, ale generalnie w liturgii ten język już umarł... Inaczej jest na Litwie... choćby dziś wraz z ks. Virgiliusem odprawialiśmy Mszę świętą w czasie której śpiewaliśmy Exequiae - czyli jutrznie za zmarłych... Muszę nie tylko poćwiczyć litewski, ale i łacinę...


Po śniadaniu zaprosiłem ks. Mariusza i Wirgiliusza na kawę. Czuli się jak u siebie, bo obaj tu kiedyś mieszkali: Mariusz do ubiegłej niedzieli, Wirgiliusz, przed nim, pięć lat temu.... W czasie kawy oglądaliśmy zdjęcia z Austrii... inny by się chwalił... a ja ich tylko informowałem, jak to pracuje się w Polsce... :)


Pewnie wielu z was jest ciekawych jak mieszkam...


To jest plebania


plebania


To salon


salon


a to sypialnia do której wchodzi się po siedmiu schodkach...


To właśnie sypialnia


Dam jeszcze od razu zdjęcie kościoła


kościół 1


kościół 2


 


Po obiedzie wybrałem się jeszcze na spacer po Mariampolu. Zdjęcia są u mnie na nk. Wrzucę je na blog, i opiszę jak będę mieć więcej czasu... Pozdrawiam was ciepło...


jeśli się fotki nie wyświetlają to zapraszam na mój profil nk.pl i przepraszam... już nie mam siły się z tym dziś bawić...


I czwartek miesiąca... 2011-08-04


Błogosławione serca, które płoną

Miłością Boga i Jego przykazań;

Błogosławione oczy, które widzą

Majestat Stwórcy i marność stworzenia.


Błogosławione ręce, które sieją

Zbawienne ziarno Nowiny Chrystusa;

Błogosławione dłonie namaszczone,

Co leczą rany balsamem pokoju.


Błogosławione usta pełne wiary,

Głoszące prawdę o Słowie Wcielonym;

Błogosławione stopy, co szukają

Zbłąkanych owiec wśród cierni pustkowia.


Błogosławieni, którzy własne życie

Złożyli w darze dla dobra Kościoła;

Błogosławieni słudzy odkupienia,

Pasterze ludu Nowego Przymierza.


Błogosławiony jesteś ponad wszystko,

Jedyny Boże na tronie swej chwały,

Panie wszechświata: Ojcze z Twoim Synem

I Duchem Świętym pociechy i łaski. Amen.


Już kilkanaście dni chodził za mną ten hymn brewiarzowy - a jednocześnie piosenka roku oazy 2001. W czasie rekolekcji I st. ONŻ w Nowym Kawkowie próbowaliśmy go nawet zaśpiewać w czasie adoracji krzyża... ja, Paweł i Agatka...Laughing i przez dwie pierwsze zwrotki Jola, która się upomina by o niej nie zapomnieć... ale okazało się że tak mało osób to zna... i jakoś nie poszło... a dziś w dniu wspomnienia św. Jana Marii Vianey znów ten hymn powrócił w Nieszporach... Z wielką radością odśpiewałem go sobie pod nosem w oazowej wersji, w kościele, przed Najświętszym Sakramentem. Dziś tu w parafii przez cały dzień jest adoracja - to w związku z I czwartkiem miesiąca... przez kościół przewinęło się troszkę ludzi... jedni wchodzili na chwilę ale byli i tacy, co pewnie spędzili tu pół dnia... Ciesze się...i ja troszkę sobie dzisiaj z Panem posiedziałem i pogadałem... Ale może zacznę od początku...


Rano odprawiliśmy Mszę z ks. proboszczem. Po wczorajszym zaspaniu dziś przyszedłem z 15 min. wcześniej... w zakrystii poćwiczyłem jeszcze mój litewski i chyba tekst II koncelebransa poszedł mi naprawdę dobrze... nie wiem na ile to te ćwiczenia, a na ile osłuchanie z językiem... Po prawie dwu miesięcznej przerwie w lekcjach litewskiego wiele pozapominałem z tego co z takim mozołem uczyła mnie p. Jola. Ale już po kilku dniach wśród Lietuvisów to wszystko jakby samo wraca...


Po obiedzie wraz z proboszczem pojechaliśmy na drugą z trzech parafii przez nas obsługiwanych... Ciekawie wyszło, bo byłem święcie przekonany, że jedziemy na tą trzecią Cool, której jeszcze nie znam, doszła do nas od wakacji. Ale nic. Gdy dojechaliśmy do Igliskeilai dopiero się zorientowałem, że jedziemy w miejsce w sumie dobrze mi znane, zarówno z pieszej pielgrzymki do Wilna, jak i z zeszłego pobytu w Marijampole. Ks. Józef buduje ty bardzo piękny niewielki kościół. Szczególne wrażenie robi jak jedzie się z Wilna do Mariampola. Obok kościoła znajduje się też nieduża plebania. Dziś w tej plebanii nocować będzie grupa 30 młodych ludzi. Jest to pielgrzymka ewangelizacyjna, prowadzona przez trzy siostry ze Zgromadzenia Świętej Rodziny (tyle że to jakieś ich własne litewskie zgromadzenie - jak je pytałem, to nie przyznawały się by miały coś wspólnego z naszymi warmińskimi "Rufinkami"). Pielgrzymi przyszli chwilę przed naszym przyjazdem, a witał ich w naszym imieniu ks. Mariusz i parafianki, które nagotowały dla zgłodniałych i zmęczonych pielgrzymów wielki, niebieski gar zupy.
Po obiedzie młodzież rozeszła się po wiosce zaprosić ludzi na wspólną Mszę na wieczór. Troszkę porozmawiałem z nimi w języku angielskim. Fajna jest to inicjatywa. Młodzi ludzie pochodzący z różnych stron Litwy idą przez 7 dni po 20 km. Ruszyli z Alytusa i zmierzają do Vilkaviskis, czyli przez prawie całą naszą diecezję... Pielgrzymki są tu prawie nie znane więc takie doświadczenie jest dla nich czymś nowym i cennym... Jutro przyjdą do Marijampole...


Z Igliskeilai wróciłem z Mariuszem. Po drodze rozmawialiśmy troszkę o młodzieży i Kościele... Mało jest ich w parafii, w Kościele... warto spróbować do nich dotrzeć... w tej grupie było ok 5 osób z Marijampola... Może to być jakiś dobry początek... zobaczymy...


(...) Błogosławione stopy, co szukają
Zbłąkanych owiec wśród cierni pustkowia (...)







Mistrz painta powraca... 2011-08-03

Na razie ksiądz biskup nie nadał mi żadnych kościelnych tytułów czy godności... Ale za to lud wierny ich nie żałował. Już na pierwszej mojej parafii - w Kętrzynie, otrzymałem tytuł szczególny - I kierownica dekanatu. Nadali mi go zacni kapłani ks. Paweł i ks. Wojciech "Basters" po tym jak tydzień po zrobieniu prawo jazdy wiozłem biskupa Jacka, a miesiąc później sam pojechałem autem do Warszawy - pamiętam że ks. Paweł był w takim szoku, że z wrażenia, jak to powiedział, lewą nogą się przeżegnał... A  może to było po tym jak gdzieś jechaliśmy na spowiedź? Dokładnie nie pamiętam... Ale wiem, że do tej pory ciężko pracuję by tytułu być godnym... Cool


Na drugiej Parafii - w Bisztynku - przylgnęły do mnie kolejne dwa... Najlepszy tata na świecie - pozdrawiam was mocno moje skarby Kiss. Śmiesznie ale jak na faceta żyjącego w celibacie dobrze się odnajdowałem jako ojciec prawie siedemdziesiątki dzieci i młodzieży... Tęsknie za wami... zwłaszcza wczoraj sobie to uświadomiłem, kiedy nareszcie mogliśmy z niektórymi pogadać przez internet.... i jednocześnie leżąc na łóżku pół dnia... w Bisztynku było to nie do pomyślenia, bo non stop ktoś przychodził... a mój dom stał się waszym domem... w końcu jesteśmy rodziną... A tu w Marijampolu na razie cisza... i taka trochę pustka...


Drugi mój tytuł z Bisztynka to oczywiście "Mistrz Painta". Zaczęło się od zamieszczania ogłoszeń na nk.pl Szybko portal ten stał się naszym miejscem zbiórek, pogaduch i szeroko rozumianej Ewangelizacji. A że nie używam photoshopa ani niczego podobnego musiał wystarczyć Paint... Dziś gdy patrzę na pierwsze rysunki śmieje się do łez... Cry Te narty w Austrii... czy Aniołki z Lednicy Innocent... Toć to szok... Ale czegoś się nauczyłem i mam nadzieję, że nowe logo blogu wykonane oczywiście w Paincie pokazuje, że tytułten nie jest na wyrost...


Pewnie zastanawiacie się co dziś u mnie?


Rano prawie zaspałem na Mszę... wstałem gdy na zegarze była 8:31, czyli normalnie tak 8:28 - komórka śpieszy o 3 min. - specjalnie... już dawno się tak szybko nie ubierałem... wrzuciłem na siebie tylko spodnie buty i sutannę i pobiegłem w podskokach... dosłownie... ostatnie stopnie to był już lot nad schodami bo poślizgnąłem się, potknąłem i z wdziękiem Adama Małysza lądowałem telemarkiem na polbruku pod plebanią... Ale równowagę zachowałem... Dobrze że mnie nikt nie widział. Gdy wpadłem do zakrystii ks. Proboszcz właśnie kończył się ubierać, Wirgilius już już był w ornacie, a zegar wskazywał trzy po wpół do ... Wymamrotałem coś że nie wiedziałem czy na pewno mam tę mieć tę mszę o 8:30, ale chyba widać było, że jeszcze na oczy nie widzę... Zacząłem normalnie wyglądać i czuć się dopiero około Ewangelii. Po Mszy św. zjedliśmy śniadanie, dziś były jajka na twardo, wędliny, ale mi najbardziej smakował twaróg z miodem i winogrona... zjadłem chyba z 30 deko...


Po śniadaniu postanowiłem pojechać do Suwałk. szykowałem się już wczoraj... ale nie wyszło... Ode mnie do Suwaliszek, jak często tu się mówi jest ok. 60 km. Chciałem pojechać na zakupy, do banku (musiałem odblokować kartę kredytową, bo wcześniej pomyliłem Piny i w sobotę i niedzielę gdy ruszałem na Wilno nie miałem jak dostać się do środków zostawionych na czarną godzinę, gdyby nie pewien znajomy nie miałbym nawet na paliwo by wyjechać poza województwo...Stąd śmiałem się z tych siedmiu litów w kieszeni... Ale już wszystko ok. Wizyta w Suwałkach była też dobrą okazją by obdzwonić rodzinę i znajomych... Zawsze to taniej... Niech wiedzą że mnie na tej litwie jeszcze nie zagłodzili ani nie zajeździli.


Zdecydowałem się też spotkać z ks. Szymonem - jednym z odpowiedzialnych za Ruch Światło-Życie diecezji ełckiej. Posiedzieliśmy przeszło godzinę rozmawiając o oazie na Litwie, bo ks. Szymon, jak już słyszałem wcześniej dużo się udziela w diecezji wileńskiej. Warto będzie go w tym wesprzeć... zwłaszcza, że ma on na głowie naprawdę dużo - parafię w dużym mieście, ośrodek rekolekcyjny... Mi jest zawsze bliżej... Zaoferowałem swoją pomoc i wyraziłem chęć spotykać się u nich na formacji Unii Kapłanów Chrystusa Sługi... Mam nadzieję, że to będzie krok w dobrą stronę, choć trochę się boję iść w pracę z Polakami. Pamiętam iż w pierwszym rzędzie jestem tu dla Litwinów... a oni nie zawsze lubią to co polskie... nie chciałbym na starcie trafić do szufladki z napisem uwaga! za bardzo polski ten Polak...


Jak to wszystko wyjdzie... nie wiem... Pamiętam o słowach mojej porannej modlitwy...


(...)Nie daj mi unikać zadań będących próbą mojej słabości,
ale daj podjąć je wraz z wiarą i nadzieją,
że to Duch Święty mnie do nich namaścił i posłał.

Nie daj, abym uciekał od ludzi, którzy mnie potrzebują,
ani zajmował sobą ludzi, których ja potrzebuję.
Spraw, abym im służył z wielkodusznym poświęceniem
jako samemu Tobie, który w nich do mnie przychodzisz
i abym był dla nich, świadomie i mądrze,
znakiem Twojej obecności
i Twojej nieskończonej miłości
pragnącej ich wyzwolenia (...)


Ty wiesz to Panie - Pragnę służyć...


antradienis (wtorek) 2011-08-02

Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem błogiego lenistwa... wstałem o ósmej z groszami, (gdy w Polsce była jeszcze 7:00) bo już o 8:30 miałem odprawiać Mszę. Do ołtarza stanęło nas trzech - ja, klebonas Józef i kleb. Mariusz (były wikariusz, a obecnie proboszcz świeżo utworzonej parafii bł Jana Pawła II w Marijampole). Mario przewodniczył, a mnie przypadła rola II koncelebransa, czyli solo miałem wydukać zaledwie kilka zdań. Kaleczyłem je pewnie niemiłosiernie, ale kobiety nie wyszły, a księża nie komentowali...
Po Mszy śniadanie, na którym był także ksiądz emeryt, zacny staruszek, którego miałem okazję poznać już w zeszłym roku. Nie mówi po polsku, ale nie stanowi to problemu, bo zna i rosyjski i angielski.
Po śniadaniu dostałem od Mariusa płytę od internetu, a wraz z nią tajny kod... bez którego byłem jak bez ręki...  I oto wypociny zeszłych dni mogły ujrzeć światło dzienne. Resztę dnia podzieliłem pomiędzy pracę przy blogu oraz rozpakowywanie się. Nareszcie opróżniłem pozostałe kartony...Tak zapracowany nie zauważyłem nawet, że minął już czas obiadu... gdy zszedłem nikogo nie było, poza drugą gosposią, która na moje litewskie "Przepraszam" odpowiedziała wdzięcznie  litewskim "nic nie szkodzi"...
Kolacji już bardziej pilnowałem... Ale byliśmy tylko ja i ks. Wirgilius - student z Rzymu, biblista. Rozmawialiśmy o morderstwach, których ostatnio dużo na Litwie i o pobożności Litwinów - czy jest to już kraj, gdzie trzeba misjonarzy, czy jeszcze wystarczy Ewangelizacja... wszystko w języku angielskim. Dobrze mi tu... nareszcie jest okazja poćwiczyć te wszystkie języki... A czasu na to zdaje mi się będzie naprawdę dużo... Po szaleństwie ostatnich miesięcy życie naprawdę bardzo zwolniło... i dobrze... Nareszcie jest czas by uczciwie odmówić Liturgię Godzin. I to porządnie, nie na leżąco...



pirmadienis 2011-08-02

 1.08.2011r.
Ciężko było rano wstać... dobrze się spało wzdłuż na kanapie w salonie u Reginy i Józefa... Gdy zwlekłem się z łóżka,  Józefa już nie było - pojechał odwieść swą starszą córkę - Jurgitę i jej męża Sergieja na samolot. Lecą z Kowna do Grecji - urlop. Mój urlop właśnie się zakończył... Po obfitym śniadaniu, kawie i pogaduchach czas ruszać do Marijampola. postanowiłem sobie, że jadę przepisowo... po raz pierwszy chyba tak świadomie. Nie wiem na ile za tym stała wczorajsza spowiedź, m.in. z przekraczania prędkości, a na ile strach przed mandatami, zwłaszcza że litów w kieszeni zostało mi równo 7. Są jeszcze złotówki, ale wolałbym je zostawić na lepsze wydatki. Dziwnie tak jechać. zwłaszcza, że nawet boczna droga z Lendwarowa do Trok jest dziś w lepszym stanie niż tak mi znajoma 16. A ograniczenie do 70 km/h.


Do Marijampola wpadłem ok 12:40 czyli 20 min. przed umówionym obiadem. Był na obiedzie ks. proboszcz Juozas, ks. Mariusz, ks. Wirgilius i ja. Zanim proboszcz zszedł to my już byliśmy praktycznie po... ale to nie istotne. Równie nie istotne jak to, że na obiad podano chłodnik litewski (jasny, ogórkowo jakiś tam) i ziemniaczki z mielonym. Rozmawialiśmy w trzech językach: angielskim, litewskim i polskim.  Po obiedzie obejrzeliśmy jeszcze raz mieszkanie i uznaliśmy że w sumie po 5 latach mieszkania Mariusza  i 3,5 jego siostry, która do nie dawna pomagała gospodyni na plebanii, a od kilku dni jest gospodynią ks. biskupa, nawet nie trzeba malować... no może trochę w kilku miejscach, ale nie warto się brudzić. Trochę podłoga wytarta w sypialni, lekko też tam ściany przybrudzone, ale co tam. Szkoda mi by było tych dwóch lub trzech tygodni na kartonach. A tak już dziś ustawiłem większość rzeczy... Trochę mało półek na książki... Z trzech elementów złożyłem coś a la mini regał, tyle że to dla mnie i tak za mało... muszę jeszcze pomyśleć o czymś... Zwłaszcza, że nie wszystkie kartony zostały przywiezione z Bisztynka.



O 15:00 odprawiłem Mszę. Sam dla siebie. Po polsku... z Oremusa. Zanim to się stało niechcący włączyłem alarm, wył strasznie. Mario przyleciał i śmieliśmy się z tego. W sumie nie powiedzieli mi o tym, jak dawali mi klucz od kościoła. Pogoda dość duszna... w mieszkaniu też. Farelko-wiatraczek chyba trzeba będzie wyjąć ze skrytki pod schodami, gdzie go schowałem w pierwszym odruchu serca... :)


Jak na razie w relacjach polsko-litewskich dość spokojnie. Bez jakiejś wylewności ale i bez trudnych pytań typu dlaczego tu przyjechałem itp. W czasie rozpakowywania się zauważyłem, że nie mam IV tomu brewiarza - został jeszcze w Bisztynku w kartonach co nie zmieściły się... Dziwnie. Na razie lecę z III tomu, choć już w niedzielę był problem. Łudziłem się że będzie jednak w którymś z przywiezionch kartonów. Ale jakoś sobie radzę. Cieszę się, że kolejny dzień odmówię wszystkie godziny...


Wyprawa 2011-08-02

31.07.2011r
wczoraj tak na dobre zaczęła się moja przygoda z Litwą... do tej pory byłem tu gościem... turystą... pielgrzymem... Od chwili jak vyskupas Rimantas 0 18:30 wręczył mi dekret - jestem jej mieszkańcem... Długo czekałem na ten moment... nie był on jednak jakoś mocno wymowny... uświadomiłem sobie, że przecież to tylko potwierdzenie tego, co szykowaliśmy od przeszło roku... W gabinecie kurii byliśmy we czterech - Vys. Rimantas, kanclerz, wikariusz generalny i ja. ks. Prał. Juozas został na plebanii z Karolinką, pewnie aby wybadać co to za młoda dziewczyna przyjechała z jego nowym wikariuszem... Tym czasem w Kurii po jakichś 20 minutach i poprawkach dekretu - brak polskich liter w moim imieniu i nazwisku - symboliczny uścisk dłoni i powróciłem do św.Wincentego na kolację. Potem wraz z ks. Mariuszem obejrzeliśmy jego-moje mieszkanie i z Karolinką rozładowaliśmy samochód. Ponieważ dekret wystawiono od poniedziałku więc miałem do zagospodarowania jeszcze niedzielę... W Wilnie byliśmy późno... coś ta droga naprawdę długo nam schodziła... Odstawiłem Karolinę do szkoły polskiej - gdzie rozpoczynała rekolekcje III st. OŻK, odprawiłem jeszcze mszę i przyszedł czas się pożegnać... ponieważ nikt nie wpadł na pomysł by zaproponować mi nocleg w szkole, a godzina była późna - ok 22:30 czasu litewskiego... nie chciałem już po nocach męczyć sióstr Jezusa Miłosiernego, które zazwyczaj mnie przygarniają... Zostało więc nocne szlajanie po mieście... i spanie w samochodzie... Dziwne jest to miasto nocą. Z roku na rok coraz smutniejsze i puściejsze... a może to tylko mój subiektywny odbiór...? Na nocleg wybrałem znany mi parking położony w górę od prospektu Giedymina,,, dobry wybór. Miałem spokój do 9 rano... inaczej jak kiedyś...
Dziś od rana Wilno upłynęło pod znakiem Bożego Miłosierdzia... Gdy rano zajechałem zaparkować samochód koło klasztoru s. Miłosierdzia s. Michaela przymusiła mnie z charakterystyczną sobie energią do wspólnego śniadania i zapisała na obiad. Na mszę poszedłem do św. Ducha. Wcześniej w Teresce wyspowiadałem się... i powzdychałem do Matki Miłosierdzia... 10 różańca pod jej oknem. Msza na Dominikańskiej sprawna - 50 min. przewodniczy proboszcz. kazanie powiedział dość ciekawe, choć cisnęły mi się na usta zupełnie inne słowa... szkoda, że nie zaproponował... był mocno zabiegany... wikariusz na urlopie. Ale ja tylko gość... Po mszy obiad i gościna u Jouzasa i Reginy w Lendwarowie. No i wypad na zamek w Trokach. Lubię te miejsca... Wszystkie... Choć są już nieco inne... bo i ja jestem inny... może bardziej swój? Litwa była dla mnie zawsze krainą jak z bajki, a ja od jutra dostanę w tej bajce jakiś swój mały epizod... to będzie już moja bajka...


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]