Camino Portugues X - Santiago, Fistera i Madryt. | _Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Camino Portugues X - Santiago, Fistera i Madryt. 2015-10-09

Na Monte Gozo spędzamy naszą ostatnią albergue’ową noc. Już pomału przyzwyczaiłem się do tych sal wieloosobowych, zaduchu lub zimna z powodu otwartych okien, do piętrowych łóżek, hałasu, kolejki do łazienki, ręcznego prania, gotowania, pakowania po ciemku.  Nawet nie traktuję tego już jako ofiary czy umartwienia,  ale jako łaskę dzielenia z tymi ludźmi obok wszystkich trudów, niewygód ale i radości. Tej nocy, tak jak poprzedniej dostaliśmy ostatnie wolne łóżka. Do tego drugi raz z rzędu śpię na górze. W Herbonie łóżka były solidne, metalowe. Tu jest troszkę inaczej. Zanim wejdę na nie oglądam dość dokładnie. Deski dość solidne, ale listwy, które je trzymają nie wzbudzają we mnie jakiegoś wielkiego zaufania.  Myślę czy nie zdjąć materaca i nie rzucić go gdzieś na ziemię, ale mało miejsca w sali, więc najpierw decyduję się sprawdzić wytrzymałość. Wchodzę na górę, kładę się, trochę się ruszam z boku na bok. Wydaje się być dość stabilne. Powinno wytrzymać. Upewniam się, że pode mną śpi facet, a nie jakieś dziecko, czy drobna dziewczyna. Tak na wszelki wypadek, by spokojniej zasnąć. Nie ma jeszcze 22:00. Nadal świeci światło, ktoś gada, ktoś żartuje, inni pakują się lub czekają w kolejce do łazienki. Leżąc zwracam uwagę, że dziś pierwszy raz dolatujące do uszu strzępy słów czy żartów są po polsku. Co prawda w sali jest kilka osób z Węgier, Portugalii, Hiszpanii, może skądś jeszcze, ale większość stanowią rodacy. Wchodzę w śpiwór, odwracam się na bok. Staram się nie wiercić. Zasypiam. Śpię jednak dość płytko, przez to łóżko piętrowe. Co jakiś czas się budzę, znów zasypiam, kolejny raz się budzę. W pewnym momencie chce mi się śmiać. Słyszę jak Ania warczy na kogoś z sąsiadów: „No chraping! No chraping!” Jak jest chrapać po angielsku? „Snoring” podpowiada głos z drugiej strony sali. Znowu zasypiam. Rano będę zastanawiał się, czy to mi się przypadkiem nie śniło.


Monte Gozo leży zaledwie 5 km od Katedry. Pielgrzymi zatrzymujący się tu dzielą się na dwie grupy: tych co nie ukończyli jeszcze swojego Camino, zostawiając sobie na rano tę ostatnią godzinę marszu do celu, oraz na tych, którzy jak my doszli już do Santiago i tu nocują pierwszą, lub którąś z kolei nocy. Ci pierwsi ruszają pieszo, wiadomo. Inni mają wybór. My nie możemy się za bardzo zdecydować, iść, czy jechać autobusem. Aby zdążyć na Mszę o 9:30 musimy wyjść około 8:00, albo pójść na autobus najpóźniej o 8:30. Różnica czasowa niewielka, głównie przez to, że autobus jeździ bez rozkładu, w miarę regularnie co 20 min. Wstaję rano, budzę dziewczyny, ogarniam się, jestem gotowy do drogi. Dziewczyny zbierają się znacznie dłużej. Pieszo dojść już nie zdążymy. Problem jak dotrzeć sam się rozwiązuje. Na przystanku poznajemy Krysię. Jest już w Santiago kolejny dzień, jeździła już autobusem do centrum,  jesteśmy więc spokojniejsi. Tyle że dość długo się schodzi, nim przyjedzie autobus. A potem w centrum zaczynają się korki. Denerwuję się,  bo nie lubię takich sytuacji, których nie mogą kontrolować, na które nie mam wpływu. Zwłaszcza, że mam umówione kazanie na Mszy. Linia 6 objeżdża katedrę szerokim łukiem. Widziałem już przez okno wieże, stwierdzam, że dojść pieszo będzie szybciej. Dziewczyny wraz z Krysią zostają, nie nalegam na nie. Ja wysiadam. W katedrze jestem pięć minut przed czasem. Dziewczyny dotrą chwilę później. Ale też zdążą na Mszę, bo ta się opóźnia. Ks. Roman spowiada po polsku i  ma jeszcze kilka osób w kolejce. W zakrystii czekam na niego wraz z dwoma innymi księżmi- pielgrzymami. O. Euzebiuszem, który trasą z Porto szedł cały czas dzień przed nami, oraz ks. Mateuszem, który jak się okazuje  w nocy pomagał Ani przetłumaczyć  „No chraping” na język angielski. On przewodniczy Mszy, Euzebiusz ma przeczytać Ewangelię, ja biorę kazanie. A wolontariuszka Teresa, zaraz po „Pan z Wami” bierze tradycyjne powitanie pielgrzymów, wymieniając  dokładnie kto i skąd dotarł na tę Eucharystię.


W czasie liturgii Słowa małe zamieszanie. Czytający pomylił tygodnie i czyta zupełnie co innego. Zostawia też tak otworzony lekcjonarz o. Euzebiuszowi. Ten też czyta inną Ewangelię (o 10 pannach), myśląc że może ja tak specjalnie ją sobie wybrałem. Ale to nie jest aż taki problem, bo kazanie i tak miało być bardziej o Camino i depozycie wiary pozostawionym nam przez apostołów i o zadaniach, jakie teraz, gdy wrócimy do domu przed nami stoją. W trakcie w jednym czy drugim miejscu wplatam też i te panny mądre i głupie, i brak oliwy, i brak roztropności. Nawet to wszystko jakoś pasuje.


Po Mszy św. idziemy się zarejestrować i odebrać Compostelki. Kolejka dwa razy dłuższa niż wczoraj. Ale że tak od samego rana? Nie jest już tak rano, dochodzi 10:30. Z półtorej godziny schodzi nam się na oczekiwaniu. Można było to jednak wczoraj załatwić, stwierdzam, ale tylko w myślach. Nie przyznaje się do tego przed dziewczynami. Stoimy razem z ks. Mateuszem. Spotykamy kilu znajomych. Chociażby Adriana z Niemiec, czy pluton naszych hiszpańskich żołnierzy. Poznajemy Łukasza, który z Warszawy doszedł pieszo do Santiago, po licznych przygodach, pobiciu i okradzeniu. W czasie wędrówki schudł 30 kg. Sam siebie w lustrze nie poznaje. Ale nie to najważniejsze. Ta droga naprawdę zmieniła już jego życie.


Przychodzi wreszcie nasza kolej. Biorę dwie Compostelki, zwykłą i rozszerzoną. W rubryce kraj podaję Litwę, niech i Litwa ma dzięki temu trochę lepsze statystyki. Dla Polski wyglądają one naprawdę dobrze. We wrześniu  do biura pielgrzymów zgłosiło się 37 tyś. osób. Czyli codziennie ponad 1200. 24 tyś przyszło drogą francuską, 6,5 tyś. tak jak my portugalską. Polaków było 870. Daleko nam do Hiszpanów (15 tyś.), ale doganiamy pomału inne nacje od lat obecne na Camino.


Opuszczając Biuro dajemy sobie wolne do 16:00. Mamy spotkać się na Stacji Kolejowej. Ja ruszam znów do Katedry. A dokładniej do Muzeum znajdującego się w przylegającym do niej pałacu, na wieżach i w jej podziemiach. Dla księży zwiedzanie za darmo. W trakcie, będąc w skarbcu na telebimie dostrzegam, że uruchomiono słynną kadzielnicę. Od katedry dzieli mnie tylko jeden korytarz i szklane drzwi, przez które wracam do środka świątyni. Kilku mężczyzn, kościelnych, za pomocą lin i bloków rozbujało już kadzielnicę, która lata niczym wielkie wahadło po całym transepcie. Tysiące wiernych z telefonami w rękach nagrywa to. Woń kadzidła rozchodzi się wszędzie. W głowie myśl, na ile to jest liturgia, na ile tradycja, a na ile show. Wracam do muzeum. Zostało mi jeszcze kilka sal. Potem obiad i zakupy. I znów wracam na plac przed świątynię. Dostrzegam Asię i Krzyśka. Właśnie doszli. Cieszę się z nimi. Witam ich, tak jak wczoraj inni witali nas. Nadal chodzę wszędzie w sutannie. Po tych 10 dniach wygląda ona dość mizernie. Zwłaszcza postrzępiony i obdarty jej rąbek. Spalona od słońca twarz i muszla uzupełniają obraz pielgrzyma. Rozmowę z Krzyśkiem i Asią przerywają kilka razy ludzie, którzy chcą sobie zrobić zdjęcia.


Po 15:00 dochodzę do stacji. Mam jeszcze trochę czasu. Znajduję wypożyczalnie aut, gdzie ma na nas czekać samochód wynajęty za 10 EURO na dobę. Znajduję bar z Internetem, sprawdzam trasę jak dojechać po bagaże do albergue. Odmawiam koronkę, zwiedzam najbliższą okolicę. Znowu wracam pod wypożyczalnię. Do 15:45 sjesta. Więc czekam. Pojawia się pracownik, podpisujemy wszystkie dokumenty. Przychodzą dziewczyny. Ładujemy się w Citroena Picasso i staramy się ogarnąć nawigację pokładową, co idzie opornie i wreszcie ruszamy. To przecież naprawdę blisko, damy radę na pamięć.


W albergue jemy obiad, zabieramy rzeczy, żegnamy się z Kasią, z księdzem Romanem  i z wolontariuszkami. Nadal nie ogarniamy nawigacji. Jadę na wyczucie więc w stronę La Coruny. Nawigacja stara nas się zawrócić. Zanim się poddam ujadę jeszcze z 15 km. Myślę, że ona chce nas zepchać na płatne drogi. Dopiero potem, gdy się w końcu zatrzymuję zauważam, że to naprawdę nie ten kierunek. Ok. Wygrała. Wracamy znów do Santiago i przebijamy się na południe miasta. Nasz cel to Fisterra – Koniec Świata. To położony na zachodzie najdalej wysunięty  półwysep Hiszpanii. To symboliczny koniec Camino dla wielu pielgrzymów. Gdy dochodzi się do słupka z napisem 0.00 km, gdy stanie się na skałach mając z trzech stron przed sobą ocean namacalnie doświadcza się prawdy, że trzeba się nawrócić, że nie da się tak iść dalej. Wielu pali swoją pątniczą odzież, inni zostawiają buty. Jeszcze inni, którzy nie gotowi są wrócić zostają tu. Ile? Dzień, tydzień, miesiąc. Tu, na końcu świata, 90 km od Santiago. Docieramy tu z dwójką autostopowiczów. Poznali się i zakochali na Camino. Eoghen- Islandczyk, Dana - Żydówka. Poznajemy tu także Valentino, który gra na gitarze dla przechodniów. Spotykam Liubę i Alexa, moich Rosjan z Voroneża. Cieszymy się chwilą, byciem tutaj. Czekamy zachodu słońca. A potem tańczymy do muzyki Valentina.  Ania chce jeszcze by udać się do Muxii. Ks. Mateusz opowiadał jej,  że jest tam piękniej niż w Fisterze. Dana i jej przyjaciel też by się chcieli z nami zabrać, jeśli byśmy tam jechali. Nie widzę problemu, jeśli tylko ogarniemy gdzie to jest. 


Tym czasem ruszamy do miasta po rzeczy naszych stopowiczów i na plażę.  Jest już ciemno. Przez to może plaża nie robi na nas jakoś za specjalnie wrażenia. Jedno na co zwracam uwagę to syczenie dobiegające ze skał. Oglądam skały bliżej, a to potężne kolonie małż. Wracamy do auta zostawionego na ulicy przed barem dla hipisów. Nazywa się La Familia – Rodzina. Ze środka w ciemność ulicy wylewa się muzyka i radość. Wchodzimy tam na kilka minut. Zostajemy z półtorej godziny. Dom ten prowadzi Hiszpanka. Przedstawia się imieniem Sol – czyli Słońce. Dwie dziewczyny z Izraela właśnie kończą gotować dla wszystkich kolacje. A jest jakieś 20-30 osób. Hipisów, pielgrzymów, artystów. Pojawiają się też nasi stopowicze, którzy tu nocowali, pojawia się Valentino. Niemiec w średnim wieku, siedzący przy barze opowiada historię tego miejsca. To dom dla tych, którzy po Camino nie mają do czego wracać. Albo boją się wracać. Każdy ma swoją historię. Jedni są tu krócej inni dłużej. Ale nikt nikogo stąd nie wygania. Bo wszyscy jesteśmy jedną rodziną. Przy drzwiach stoi puszka z napisem For food. Donativo. Co łaska.  A to co dziewczyny przygotowały naprawdę warte dobrej ofiary. Zwłaszcza Szakszuka, czyli jajka w sosie pomidorowym.  Tak dobrej nie jadłem nawet w Jerozolimie.


Do Muxii trafiamy już po 23:00. Najpierw szukamy Albergue dla Dany Eoghena. Niestety okazuje się już nieczynne. Rozmawiamy nawet z hospiterą, ale nie chce ich przyjąć, jako że inni pielgrzymi już śpią. Głupio ich tak zostawić, ale proszą byśmy się o nich nie martwili. Poradzą sobie. Żegnamy się. Od Dany dostaję na pamiątkę mały drobiazg – plakietkę z dziewczyną tańczącą na łące i napisem: „To niezwykłe uczucie być ostatnim, który idzie właściwą drogą”. Może i prawda. Sam nieraz cieszę się z tego, że jestem trochę z innego świata. Świata w którym jest więcej dobra, bezinteresowności, szaleństwa, spontaniczności i nieodpowiedzialności. A nie tylko prawo, porządek i zysk.


Idziemy na chwilę na spacer wzdłuż portu. Jest ciemno i zimno. Jakoś nie czuję wyjątkowości Muxii. Wracamy do auta. Jechałbym już do Madrytu, ale skoro już tu jesteśmy, to trzeba jeszcze znaleźć ten kościół, o którym opowiadał ks. Mateusz. Pojawia się jakiś drogowskaz. Wyjeżdżamy z miasta. Nie wiele widać. Droga zakręca i pnie się pod górę. Skończył się asfalt. Zatrzymuję na górze samochód koło jakiś dwóch kamiennych bloków. Zaskoczenie. To tu. Te bloki, to monument, pomnik. Z trzech stron znów mamy ocean. Nad brzegiem widać kościół. Ocean wzburzony. Fale rozbijają się o skały tworząc pianę, hałasując i  bryzgając na  wszystkie strony. Pod pomnikiem śpi jakiś człowiek zawinięty w śpiwór. Bezdomny czy pielgrzym? Nie wiem. Dziewczyny idą na dół nad ocean. Ja zostaję na szczycie wpatrując się w fale. W oddali widać latarnię morską. Czy to Fisterra? Możliwe.


Po 10 godzinach, w tym dwóch godzinach snu na stacji benzynowej, dwóch kawach i jednym redbullu docieramy do Madrytu. Trochę później, niż planowałem, ale i tak dobrze. Do odlotu mam jeszcze pięć godzin. Dziewczyny zostaną dzień dłużej. Proszą by podwieźć je jeszcze do Sióstr Miłości Miłosiernej. Są tam ponoć siostry z Polski. Udało się znaleźć przez znajomą ich adres. Trafiamy tam bez większych problemów. Przedstawiamy się, mówię też, że chciałbym odprawić Mszę.


Dom to willa, bez żadnych szyldów. Siostra Kasia, która nas wpuszcza i siostra przełożona dziwią się że trafiliśmy. Wnikają też skąd mamy adres, bo nie jest on powszechnie dostępny. Sami też do końca tego nie ogarniamy. Trochę zamieszania na starcie, ale i radość, że pomogą znaleźć jakieś miejsce na nocleg, bo same przyjąć nie dadzą rady, gdyż w domu jest 40 sióstr i nie ma kompletnie miejsc. Czekamy aż jedna z sióstr skończy sprzątać kaplicę. W tym czasie siostry pytają, czy nie jesteśmy głodni. Nie zwykliśmy kłamać. Pielgrzymom nie wypada. Na stole lądują bagietki, bułki, sery, wędliny i inne specjały. Co chwila pojawiają się kolejne z 40 sióstr. Wszystkie witają się z nami całując w oba policzki. To tu normalne. Ja śmieję się, że to najbardziej całuśne zgromadzenie jakie znam. Taki widać charyzmat sióstr od Miłości Miłosiernej.


Po Mszy św. patrzę na zegarek. Do odlotu zostały tylko dwie godziny. Żegnam się z dziewczynami i siostrami. Na drogę dostaję prowiant. Jestem w szoku. Jadę poszukać wypożyczalni, w której mam pozostawić samochód. Po drodze muszę jeszcze zatankować, by oddać pełen. Trochę problemów z trafieniem, ale wreszcie docieram na wielopoziomowy parking pod biuro Avisu. Tyle że ono już nieczynne. W soboty do 13:00. Po godzinach pracy należy postawić samochód gdzieś obok i klucze wrzucić do skrzynki. Z miejscem jest problem. Obok nie ma wolnych. Zostawiam kilkanaście miejsc dalej. Za szybę wkładam ich ulotkę. Znajduję skrzynkę na klucze. Czy to na pewno tak? Czy znajdą samochód tak daleko. Powinni. Będą chodzić i pikać pilotem, aż zauważą który miga. Tak mi się wydaje.


Lecę do metra. Trzy linie, dwie przesiadki i jest lotnisko. Potem z pół kilometra jednego korytarza, potem kolejne pół drugiego. Trafiam na halę odlotów. Znajduję kontrolę bezpieczeństwa i pierwszy raz przechodzę ją bez żadnych zastrzeżeń. Docieram do swojej bramy 40 min przed lotem. Dopiero teraz łapię oddech. Jest dobrze. Jak na prawie tysiąc kilometrów autem, nieprzespaną noc i tyle wrażeń. Przebieram się i ogarniam w toalecie, kupuję coś do picia na drogę i wchodzę na pokład. A potem przez prawie cały lot śpię. Bo po lądowaniu czekają kolejne kilometry na Litwę. By zdążyć na niedzielę do moich trzech parafii


Dodaj komentarz


Giepe 2016-09-13

Ciekawy blog. Będzie mi miło, gdy będziemy mogli gościć u nas: http://e-religijne.pl . Zapraszam

ksiazki-1250 2016-08-27

ZAPRASZAM DO MNIE:http://www.ksiazki-1250.e-blogi.pl/

e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]