Camino Portugues IX - U celu. | _Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Camino Portugues IX - U celu. 2015-10-08

Była 8:00 rano, gdy opuszczaliśmy klasztor franciszkanów w Herbon. Pod krzyżem przy bramie Paulina i Ania wyjmują z bagażu swoje kamienie. Choć może lepiej by napisać kamyczki. To stara tradycja, że pątnicy niosą przez tę drogę, spod swojego domu kamień, symbol grzechu. Na drodze francuskiej jest jeden krzyż, pod którym przed samym Santiago, gdzie należy go zostawić, oddać Chrystusowi. Nie będziemy przy nim przechodzić, więc chcą je zostawić tu. U św. Franciszka.


Droga do Padron asfaltowa. Już nie po skarpach i krzakach. I krótka. Pół godziny i jesteśmy na miejscu. Przed nami idzie Portugalczyk, ten co ruszał z Lizbony. Doganiamy też dwie młode Niemki, znajome z ostatniego noclegu. Miasto położone jest u ujścia rzeki Ulli. Jeśli wierzyć przewodnikowi, to kiedyś tu wszędzie miała być zatoka. Zasypały ją piaski i muł spływające z rzeką. W centrum widzimy dwa kościoły. Główny związany ze św. Jakubem. Tu miała dobić jego łódź, stąd rozpoczął nawracanie Hiszpanów.


Idziemy dalej, poza miasto. Mijamy kolejny kościół, chcemy zajść do niego, lecz zamknięty. Nic nowego. I jak tu mieć więcej pieczątek z kościołów niż z barów? Nie sposób. Obchodzimy świątynię dookoła. Przy kościele cmentarz. Najstarsze, kilkusetletnie groby w dużej części uszkodzone, jeden zupełnie otwarty. Dziwne. Że to nikomu nie przeszkadza?


Ruszamy dalej przed siebie. Wchodzimy między winnice. Trzy kobiety zbierają winogrona. Uśmiechają się. Stoi przy nich nasz Portugalczyk-Lizbończyk. Dołączamy się do nich i my. Już w sobotę myślałem, że fajnie byłoby tak pójść pomóc ludziom przy winobraniu, przyjrzeć się temu wszystkiemu od środka. Dziś nie ma na to czasu, choć byłaby okazja. Wchodzę jednak choć na chwilę na drabinę, ścinam kilka kiści, wrzucam je do kosza stojącego na przyczepce traktorka. Dziewczyny też coś zrywają, robimy kilka zdjęć. Panie śmieją się, dają nam winogron. „Bierzcie, dla nas spokojnie wystarczy”. Błogosławię im, robię kolejne zdjęcia i ruszam dalej. Szkoda, że ich nie spotkaliśmy kilka dni wcześniej.


Dochodzimy do torów. Droga wiedzie kilkaset metrów wzdłuż nasypu. W latach młodzieńczych lubiłem spacery po torach nad rzekę Baudę. Po podkładach, po szynach. Rozglądam się czy nie nadjeżdża żadne Pendolino. Wchodzę na nasyp na kilkanaście, kilkadziesiąt metrów. Próbuję złapać równowagę idąc po szynie. Ot tak, z tej prostej radości, że jest okazja. Że dziś ostatni dzień.


Zbliżamy się do Escravitude. W miasteczku jest kościół, obok bar. Najpierw zachodzimy do baru, na kawę i po pieczątki. W środku spotykamy małżeństwo z Polski. Dosiadamy się na chwilę rozmowy. Po krótkiej przerwie ruszamy pod kościół. I ten zamknięty. Ale jest inna niespodzianka. Na ławeczce pod krzyżem, przy głównym wejściu siedzą Noga i Lilac –  nasze izraelskie koleżanki, pozostawione dzień wcześniej w Pontevedra. Jak to możliwe? Podjechały kawałek autobusem. Ale o tym cicho sza. :)


Po kolejnych dwóch czy trzech kilometrach dziewczyny nachodzi chęć na tańce. Stwierdzają, że za mało tańczyły na tej pielgrzymce. Oczywiście chodzi o tańce uwielbienia, o układy do pieśni. Podkład z telefonu i skaczą na środku drogi. Fajnie. Mają dziewczyny pasje, energię i chęci. Tanecznym krokiem idą w ten ostatni dzień. Do Santiago już tylko 16 km.


Kilkaset metrów dalej, pod kościołem odpoczywają żołnierze. Znów mijamy się z nimi z radością. Kolejne wspólne zdjęcia. Już chyba wszyscy z tego oddziału mają fotki z księdzem w sutannie. Ile z nich będzie na fb? Nie wiem, pewnie nie znajdą mnie by otagować. Ani ja nie znajdę ich. Ale to przecież nie jest ważne.


Idziemy dalej. W Rua de Francos w małej kapliczce obraz Jezusa Miłosiernego. Obraz wypłowiały od słońca. Zakratowany, by nikt nie ukradł, nie zniszczył. Dziwny to dla mnie widok.  Kilka metrów dalej, przy skrzyżowaniu spotykamy żandarmów. Czekają na przejście kolumny.  Słupek pątniczy podpowiada, że do Santiago zostało 10 km.


Wychodzimy z miasta polną drogą. Pogoda piękna. Szlak wiedzie pod górę. Czas poszukać ostatniego pewnie postoju. Reklama podpowiada, że za 2,5 km będzie bar. Czyli jakieś 7 km przed końcem. Ania i Paulina zostały nieco z tyłu. Kasia zostaje teraz chwilę odsapnąć i poczekać na nie. Ja idę dalej.


Mijam karetkę i grupę pielgrzymów, kilkanaście metrów od drogi. Robi się małe zbiegowisko. Nie zatrzymuje się. Droga dalej wiedzie pod górę. Na jej szczycie znajduję bar. A raczej przyczepę campingową, daszek i kilka ławek. Są pielgrzymi, w śród nich Adrian. Kiedy nas wyprzedził, nie wiem. Z Herbonu ruszał po nas i zapewnia, że też dziś nie śpieszy się. Większość przybyłych niemieckojęzyczna. Rozmawiamy o tej karetce. Pielgrzym zasłabł na szlaku. Sercowiec. Ale nie dał się zawieść do szpitala. Dali więc jakąś tabletkę, podpięli na chwilę kroplówkę. Nie chce poddać się 10 km przed końcem. Chwilę później dociera do nas. Młody facet. Może 40-50 lat. Podziwiać, czy zganić? Docierają też dziewczyny. Czas postoju mija na dalszych rozmowach polsko-niemieckich. W końcu ruszamy dalej, by kolejnym dochodzącym do baru zwolnić miejsca.


Milladorio - Przedmieścia Santiago. Przechodzimy pod autostradą. Za nami zbiera się duża grupa. Może 20-30 osób. Przed nami też kilka osób. Pielgrzymów nie problem rozpoznać po plecakach, po muszlach, po chodzie. Mijamy sklepy, szklane domy, banki. W oddali widać zbocze góry i miasto.  To już niedaleko. 4-5 km. Adrian odłącza się od nas. Uważa, że lepiej jak wejdziemy do miasta w swoim gronie. Tak jak szliście przez cały ten szlak. Dowiaduję się o tym od Ani. Pewnie powiedziałbym mu, by się nie przejmował i wszedł z nami. Te spotkanie w Herbon nie było bez powodu. Ale nie ma go już. Zniknął. Schodzimy w dolinkę. Las, rzeka. Kończy się pomału zapas wody, jaki niesiemy w małych  butelkach. A pogoda piękna, słoneczna. Sklepów nie widać. Barów też. Dziewczyny chcą odpocząć. Rozsiadają się na murku nad rzeką. Ja ruszam dalej, poczekam na nie przy sklepie, bo przecież gdzieś dalej musi coś być. Droga błotnista, jakimiś opłotkami wiedzie pod kolejny autostradowy most. Wejście po skarpie pod górę, przejście przez ulicę, kilka domów, wille. Sklepów nie widać. Potem skwer, trochę drzew, skrzyżowanie. Na skrzyżowaniu grupa pielgrzymów. Stoją przy dwóch słupkach. Nowo postawione. Podobne do siebie, tyle że strzałki wskazują dwa różne kierunki. Trwa dyskusja, którędy iść. Droga w dół podobno tradycyjna, ładniejsza. Droga wprost przez nowe osiedle, krótsza. Większość rusza tą krótszą. Tylko jedna para rusza tą pierwszą w dół. Ja i dwie Australijki zostajemy na miejscu. One chcą odpocząć, ja czekam na dziewczyny. Nie ważne jak idziemy, ważne jednak by razem. Nie ma co gnać bez sensu bez nich. Po 20 min przychodzą szczęśliwe. W rękach niosą cztery butelki wody. „Wie ksiądz co, prosiłyśmy jedną panią, spotkaną przed domem, czy mogła by nam nalać wody do butelki, ona przyniosła nam z domu swoje. Do tego zimne, z lodówki. Czy ludzie nie są wspaniali?”. Są. Camino uczy, że świat jest pełen wspaniałych ludzi.


Wchodzimy znów w miasto. Strzałek na tym nowym szlaku mało. Ale idziemy na wyczucie. Widzimy innych pielgrzymów, wszyscy zmierzają w tę samą stronę. Ruch na ulicy duży, musi ona prowadzić do centrum, to musi być gdzieś tam. Wysokie kamienice przysłaniają widok i utrudniają rozpoznanie topografii miasta. Dostrzegamy jakiś kościół. To pewnie jeszcze nie ten. Potem inny. Potem park. Na latarni pojawia się znów żółta strzałka. Więc dobrze idziemy. Jeszcze dwieście, trzysta metrów prosto i dostrzegamy wreszcie dwie wysokie wieże. Jedna obudowana rusztowaniami i niebieską siatką. To katedra. To już tu.  Patrzymy na zegarek. Dochodzi 16:20.  Za chwilę miała być Msza, na którą chcieliśmy zdążyć. Chyba się spóźnimy. Ale nic.


Plac przed Katedrą. Dziewczyny padają na kolana. Potem siadają. Nie wiem, czy płaczą, czy nie. Ale wszyscy czujemy coś niezwykłego. Ludzie podchodzą, gratulują. Pytają skąd szliście. Cieszą się razem z nami. Ja jeszcze nie mogę się odnaleźć w tym miejscu. Ogrom fasady świątyni przytłacza. Gdzie jest wejście do środka? Na dole napis „Muzeum”. Czyli to na pewno nie tu. Wchodzę po schodach na górę do głównych drzwi – zamknięte. Ktoś z pielgrzymów podpowiada, że wejście od drugiej strony. Udajemy się tam.


Przy drzwiach znów tłumy ludzi, kolejka. I dwa wejścia, jedne dla wszystkich, drugie tylko dla pielgrzymów. Znak przy drzwiach przypomina, że do kościoła wchodzimy bez plecaków. Tych wielkich, pątniczych. Ania i Paulina przypilnują ich najpierw. Ja i Kasia wchodzimy do środka. Potem mamy się zamienić.


Katedra robi wrażenie.  Wchodzimy do niej przez transept - nawę poprzeczną. Mijam zakrystię z boku, Wchodzę do nawy głównej. Zajmuję miejsce w ławkach tylko dla pielgrzymów. Padam na kolana i modlę się. W świątyni kilka tysięcy ludzi chodzi z kąta w kąt. Dwa największe strumienie ludzi płyną przez prezbiterium. Jeden na górę wyściskać figurę św. Jakuba, drugi w podziemia nawiedzić jego grób. Setki fleszy, gwar. Ale mnie to nie przeszkadza. Jestem tylko ja i Bóg.


Chwilę później dociera do mnie, że nie ma tej Mszy, na którą chcieliśmy zdążyć. A może jest gdzieś w kaplicy. Nie wiem. Nie widzę. Idę więc do zakrystii przywitać się, przedstawić i zapytać o możliwość odprawienia Mszy po polsku, tylko dla nas. Szykuję się na jakieś większe przekonywania, proszenia. Znam już trochę takie sanktuaria. A tu słyszę: Nie ma problemu. Teraz? Ile osób? Cztery? Ksiądz jeden? Ok. Umawiamy się, że nie teraz. Za 15 min. O 17:00. Trzeba przecież pozbyć się gdzieś plecaków i  przygotować się. Pierwotnie myślę o podrzuceniu plecaków do któregoś ze sklepów. Ładnie uśmiechnąć się, może nie będzie problemu. Ale wychodząc z katedry dostrzegam na najbliższym budynku napis informacja dla pielgrzymów i znak przechowalni bagażu. Nie ma więc co kombinować. Chwilę później zostawiamy tam swoje pakunki w cenie po 2 Euro za sztukę. Wchodzimy do kościoła już wszyscy. O 17:00 w kaplicy Ostatniej Wieczerzy zaczynamy naszą Mszę.  Formularz Mszalny o św. Jakubie. Kazanie o tym, że Camino trwa dalej. Już bez strzałek, lecz wciąż w tym samym kierunku. Modlimy się, trochę śpiewamy. Cieszymy się tą ofiarą. Bo trud prowadzi do łaski.


Po Mszy św. zostają nam jeszcze trzy rzeczy. Rejestracja w biurze dla pielgrzymów, kolacja (obiad) bo nic w sumie nie jedliśmy od rana i dotarcie na nocleg. Do biura dość długa kolejka. Stajemy w połowie ulicy. Czekamy. A dokładniej dziewczyny czekają, bo ja znikam rozejrzeć się za kolacją. Jest taka możliwość, by wbić się do Hotelu Królów Katolickich. O 19:00 codziennie 10 pielgrzymów może tam zjeść za darmo ciepły posiłek. Taka wiekowa tradycja. Znajduję ten hotel, znajduję kuchnię, pod którą należy się ustawić. Do kolacji jeszcze niecała godzina. Jest już kilku pielgrzymów. Liczę – sześciu. Ja siódmy. Zostają trzy miejsca akurat dla dziewczyn. Musiałyby tu jednak być osobiście, bo nie  można zająć miejsca dla kogoś. W tym momencie przychodzi para. Też liczą i zostają. Więc spóźniliśmy się. Nie zdążę zawołać dziewczyn. Zwalniam więc i swoje miejsce. Wracam do nich. Jak się chce za dużo na raz, to tak wychodzi. Lekcja to dla mnie.


Kolejka bardzo wolno się posuwa. Są już w bramie, ale jeszcze dobrych kilkadziesiąt osób. Nie wiem czy jest sens czekać. Może jednak i tu odpuścić kolejkę. Jutro z rana pewnie nikogo nie będzie, to się zarejestrujemy, a teraz jedźmy na Monte Gozo do polskiego albergue. Żeby i tam się nie spóźnić na ostatnie wolne miejsca. Dziewczyny przystają na to. Tylko jak tam dojechać? Wiemy, że można autobusem, że to 5 km od katedry w stronę lotniska, że to na trasie Camino Francuskiego. Tyle że czasowo zejdzie się długo. I jeszcze stres, gdzie wsiadać, wysiadać itd.  Skoro nas jest czwórka to może najlepiej wybrać najprostsze rozwiązanie. Taxi.  Pani z przechowalni bagażów mówi, że to będzie jakieś 10 Eur. Zapytana o jakiś numer na taksówkę sama dzwoni i nam zamawia. Pod sam kościół. Trochę dziwnie się czujemy, gdy już się pojawia. Pielgrzym i taksówka to dwie sprzeczności. Ale za to jaka wygoda. I jaka oszczędność czasu. I gdy już trafiamy pod bramę albergue  (aby nie było zbyt głupio to proszę by kierowca zatrzymał się kilka metrów dalej schowany za murkiem), stwierdzamy że to był naprawdę dobry pomysł. Za 11,40 Euro. Koszt znośny.


Polskie albergue, tak jak te dzień wcześniej – franciszkańskie, to jedna z legend Camino. Ks. Roman – saletyn prowadzi je już jakieś 25 lat. Pomagają mu wolontariusze z Polski, m.in. Teresa i Wanda. Znajdujemy tam nocleg, odpoczynek, pomoc w odprawieniu się i drukowaniu biletów do Polski. Zapraszają nas także na jutro na 9:30 na polską Mszę w katedrze. Ks. Roman prosi nawet, by powiedzieć kazanie. Problem jest tylko z zjedzeniem czegoś w restauracji, bo już kuchnia nieczynna. Idziemy więc kawałek dalej do baru i sklepu. Ale jest dobrze. Jesteśmy u celu. Cali, zdrowi, szczęśliwi.


c.d.n.


Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]