Camino Portugues VIII - W drodze do Herbon | _Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Camino Portugues VIII - W drodze do Herbon 2015-10-06

Tydzień marszu za nami. Wymykamy się z Pontevedra znowu dość wcześnie. Choć już nie po ciemku. Nie jako pierwsi, są tacy co już wyszli przed nami, ale dużo osób jeszcze śpi,  chociażby Ronen, który ze wspólnej sali uciekł na stojącą w korytarzu kozetkę. Nie przeszkadzają mu przemykające co chwile osoby do łazienek, kuchni, jadalni. Nie budzimy go, nie budzimy innych. Choć mamy świadomość, że to może ostatni raz widzimy się na szlaku. Ale to jest urok Camino. To nasza wspólna droga, a jednocześnie to droga każdego z nas osobno. Ruszamy w czwórkę: Kasia, Ania, Paulina i ja. Z wieczornego spaceru wiem, że szlak przez miasto wiedzie wpierw w lewo, w boczne uliczki, by potem przeciąć główną ulicę, przejść na prawo i znów zawrócić na Stare Miasto. Idziemy więc prosto ścinając lewą część „esów floresów”. Tym sposobem doganiamy grupę pielgrzymów wiernych strzałkom z o. Moyem i o. Benem na czele. Razem przechodzimy przez rzymski most, od którego miasto Pontevedra wzięło swoją nazwę. Za mostem przyśpieszamy nieco kroku by ich zgubić. Czas na nasz poranny, polski, wspólny pacierz, chcemy więc zostać w swoim gronie. Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Chwała Ojcu, 10 przykazań, przywołanie opieki świętych. Aniele Boży też. Niech czuwają nad nami na tych ostatnich kilometrach. A zostaje ich coraz mniej. Jeszcze przed południem mijamy słup pielgrzymi z muszlą i tabliczką: 50 (km) 555 (m). Tyle nam oficjalnie zostało do przejścia.


Droga wiedzie wzdłuż torów, przez pola i winnice. Po modlitwie rozchodzimy się nieco. Ania idzie pierwsza, potem ja.  W tyle zostaje Kasia odmawiająca jutrznię z telefonu i Paulina, która ma trochę problemów ze stopą.  Dochodzimy do asfaltu i kilku domów znajdujących się przy drodze. W jednym z nich jest bar. Ania poszła dalej, ja skręcam po pieczątkę i do toalety. Kasia i Paulina idą za Anią. Gdy wracam na szlak już ich nie widać. Spotykam za to Martę i Łukasza. Dołączam więc do nich. Łukasz szykując się do Camino zaopatrzył się w gps i mapy Google z zaznaczonym śladem. Dziś trasa wiedzie polnymi drogami, cały czas lawirując między autostradą, a starą drogą do Santiago. Przy kolejnych „wywijasach” decydujemy się nie słuchać strzałek spychających na lewo. Gps pokazuje, że 4 km znów szlak wróci na asfalt. Za nami ten sam manewr powtarza nasz Indianin i znana z widzenia Rosjanka ze swoim kolegą. Na trasę Camino wracamy przed samym Caldas de Rais. Nie ma jeszcze południa. Nie ma też dziewczyn. Mam nadzieję tylko, że na mnie nie czekają. Marta i Łukasz chcą tu zostać na noc. Idziemy przez miasto poszukać albergue. Myślę by tam poczekać na dziewczyny. Po trasie znajdujemy jedne, zaraz przy ratuszu czy jakimś innym miejskim urzędzie. Ale to prywatny dom pielgrzyma. 10 Euro za łóżko. By znaleźć te właściwe, miejskie musimy zejść z trasy. Przewodnik i przechodnie podpowiadają. Prosto za mostem. Trafiamy tam. Albergue jeszcze nie czynne. Przychodzi także Indianin. Po chwili odpoczynku stwierdzam, że nie ma co czekać na dziewczyny, skoro albergue jest poza szlakiem. Żegnam się z Martą, Łukaszem i Wodzem,  pstrykam im ostatnie zdjęcia i ruszam dalej.


Początkowo nie mogę znaleźć szlaku. Jest za to znak drogowy – Santiago. Idę więc dalej, wiem, że przynajmniej w dobrą stronę. Na granicy miasta dostrzegam wreszcie żółte strzałki. Szlak jakubowy przecina w tym miejscu drogę. Dostrzegam też pielgrzymów. To Liuba i Alex, których spotkałem poprzednio w Mos. Przez najbliższe 2-3 km idziemy razem, rozmawiając po polsko-rosyjsku. Tam gdzie słowa są niezrozumiałe wspomagamy się angielskim. Ale najczęściej nie ma potrzeby. Tempo marszu dość duże. Zastanawiam się wciąż, czy dziewczyny są za mną czy przede mną. Alex i Liuba kojarzą je, ale nie widzieli ich dziś po drodze. Puszczam ich przodem, sam trochę zwalniam. Czuję pomału zmęczenie. Kończy mi się też zapas wody. Zatrzymuję się przy jednym ze strumieni. Zastanawiam się, czy woda nadaje się do picia. Nabieram w butelkę. Wygląda na krystalicznie czystą.  Nie powinna zaszkodzić. Chwila postoju i nowym zapasem wody znów ruszam dalej. Docieram do wioski Santa Maria. Znów trafiam na znajomy asfalt. Wioska leży na niewielkim wzniesieniu. Patrząc wzdłuż drogi dostrzegam wciąż Caldas de Rais. Przeszedłem jakieś 5 km. Nie więcej.


Po drugiej stronie jest bar. Wchodzę na obiad. Zamawiam hiszpańską tortillę, czyli placek ziemniaczano-jajeczny, coś do picia. Jest kilku innych pielgrzymów: Kanadyjczycy i Portugalczyk. Ten ostatni chce wspólne zdjęcie z księdzem w sutannie. Idzie z Lizbony. Rozmawiamy o noclegu na dziś. Polecam mu Herbon – klasztor franciszkański. Od Kanadyjczyków pożyczam na chwilę ich przewodnik. Mają w nim świetnie rozrysowane mapki. Robię zdjęcie, by unikać dziś zbędnych kilometrów. Podręczny wykaz skrótów. A dziewczyn jak nie było, tak nie ma. W telefonie mam numer jedynie do Pauliny. Dzwonię więc do niej. „Gdzie jesteście?” Są już za Caldas de Rais, zatrzymały się gdzieś w lesie, zapewne niedaleko strumienia, gdzie i ja odpoczywałem. Umawiamy się, że będę czekał przy szosie. Po 40 min. ruszamy znów razem. Tylko którędy? Szosą czy szlakiem? Dziewczyny głosują za szlakiem. To nasz przedostatni dzień. Nie chcą się śpieszyć, nie chcą drogi skracać. To nie wyścig, byle szybciej, byle łatwiej. Może i racja, choć racją jest też to, że dziś podwójna dawka kilometrów. Już zbliża się 14:00 a my nadal daleko od Herbon. Do przejścia zostaje nam szlakiem jakieś 15 km.  Ale niech będzie. Idziemy wzdłuż strzałek, między winnicami, w stronę kościoła i centrum wioski. Przy kościele odpoczywają żołnierze. Ci sami, których widzieliśmy w Mos. Oni fotografują nas, my ich. Potem wspólne zdjęcie. Upewniamy się, że to nie ćwiczenia. To wojskowa pielgrzymka. Wyruszyli z Tui, od granicy z Portugalią. W czwartek będą w Santiago. Tak samo jak my. Od tej pory nasze szlaki będą się co chwilę przecinać. Gdy oni odpoczywają, my mijamy ich. Gdy my odpoczywamy, oni nas. Poprzedzają ich żandarmi w terenówce oraz miejscowi strażacy. Zabezpieczają skrzyżowania na ich przemarsz. Z nimi też robimy sobie niejedną fotografię. Nasi nowi znajomi z Camino.


Tempo dziewczyn naprawdę wolne. Nie wiem czy to przez problemy z nogą Pauliny, czy ogólne zmęczenie, czy też wspomnianą chęć nacieszenia się drogą. Znów ruszam więc do przodu swoim krokiem.  Czekam na nie na mostku przed San Miguel. Dochodzą po jakiś 20 min. Widzę, że dziś tego tempa się nie podkręci. Trzeba zaakceptować to i dotrzeć do celu, o ile się da. Bo może ten Herbon wyznaczyłem za bardzo na wyrost? O klasztorze tym opowiadało mi wielu ludzi. By dotrzeć do niego trzeba zejść z trasy. Zatrzymuje się tam więc nie wielu pielgrzymów. Jest stary monaster, piękny ogród, osiołki w ogrodzie. Wolontariusze przygotowują dla wszystkich kolację z ofiar złożonych przez pielgrzymów dzień wcześniej. W klasztorze zaś mieszka kilku staruszków franciszkanów, którzy wieczorem dla pielgrzymów sprawują Liturgię Godzin i Mszę. O klasztorze słyszała też Kasia. Ona także nie chciałaby zrezygnować z noclegu tam. Ale czy damy radę dotrzeć? Pytam Pauli o jej nogę i formę? Czy damy radę? „Jest ciężko, ale idziemy”.


Do Santiago zostało 29 km. Informuje nas o tym kolejny słupek pątniczy z muszlą. Obłożony jest stosem kamieni, na jego szczycie wbetonowane buty. Buty pojawiają się też na kolejnym, 200 metrów dalej, tym razem przyczepione na dole, pod muszlą i tabliczką z kilometrażem. Ile nam na dziś kilometrów zostaje? Nie wiem dokładnie, mówię jednak, że już blisko. Jeszcze trochę i będziemy odbijać od szlaku w bok. Mimo wszystko, znów trzeba zrobić postój. Zatrzymujemy się przy przystanku autobusowym.  Chwila postoju. Jest „źródełko” z kranem dla pielgrzymów. Na tabliczce napisano, że woda zdatna do picia. Smakuje chlorem. Prawie jak w Warszawie. Wychodzącego z domu pana pytamy jak daleko do Herbon? „Trzy kilometry, jakoś tak będzie.”


Idziemy dalej. Na pytanie jak noga Paulina odpowiada z zaciśniętymi wargami „Bez komentarza”.  Po dwóch lub trzech kilometrach trafiamy na prywatne albergue. Przed nim stoi o. Moy. Wygląda swojego kolegi, o. Benjamina. Ale to jeszcze nie nasz Herbon. Jest pokusa by zostać tu, zwłaszcza, że dużo wolnych miejsc. Cena 10 albo 15 Euro, jakoś tak. Jak robimy? Męska decyzja… Idziemy dalej, stwierdzają dziewczyny. Chwilę później pojawiają się czerwone strzałki. To znak, że tu schodzi się ze szlaku. Zgodnie z przewodnikiem  do celu zostają nam dalej te trzy kilometry. Idę znów lekko z przodu. Aż do miejsca, gdzie strzałki wskazują na krzaki. Ścieżka prawie zarośnięta. Czy to na pewno szlak? Schodzimy gęsiego ze skarpy nad rzekę. Przedzieramy się przez gałęzie wzdłuż niej kolejny kilometr, może trochę więcej. Po drodze kilka strzałek upewnia nas, że to szlak, choć najdziwniejszy do tej pory na naszej drodze. Dochodzimy znów do asfaltu, potem do mostku na drugą stronę rzeki Ulli. Zgodnie z mapą Kanadyjczyków to już tuż tuż.  Kilkaset metrów asfaltem i dochodzimy do murów klasztornego ogrodu. By jednak dostać się do środka trzeba obejść go prawie dookoła.


W albergue franciszkańskim jesteśmy ok. 18:30. Witają nas Anna i Pepe – wolontariusze. Słysząc wolontariusz najczęściej myślimy o studentach czy licealistach. Oni są znacznie starsi, mają pewnie około 60 lat. Są małżeństwem. Mają dla nas jednak smutną wiadomość. Mogą przyjąć tylko dwie osoby. Nas jest czwórka. Dla nas to mały szok. Może na podłogę? Nie da rady, na podłogę nie przyjmują. Zasadę tu mają jedną, tylko dwadzieścia osób. Mówimy, że nam ciężko iść dalej, że mamy za sobą już 40 km, z Pontevedra. Robi to na nich wrażenie. Idą jeszcze raz policzyć łóżka. Macie szczęście, znajdą się ostatnie cztery. Nie rozumiemy, ale cieszymy się niemiłosiernie. Dziewczyny modliły się w drodze o te łóżka, jakby się miały nie znaleźć. Są.


W tym albergue jest nieco inny porządek niż wszędzie. Tu wszystko jest wspólne. Na początek zaraz po rejestracji jest wspólne zwiedzanie klasztoru. Nie mamy czasu nawet się wykąpać i przebrać. Ale co tam. Idziemy na spacer tak jak staliśmy. Na szybki prysznic jest czas chwilę przed Mszą. Do kościoła wchodzę gdy ojcowie siedzą już w prezbiterium ubrani do Mszy. Odmawiają nieszpory. Dołączam do nich. Schodzą się inni pielgrzymi, prawie wszyscy. Docierają też  Ania, Paula i Kasia. Kasia z ręcznikiem na głowie. W liturgii dziś o. Pio, kapucyna. Czy to przypadek, że możemy go wspominać w rodzinie franciszkańskiej?


Do kolacji siadamy wszyscy razem przy jednym stole. Odmawiam modlitwę, błogosławię. Obok mnie siedzi Holender wypytujący wszystkich o motywy pielgrzymowania. Po co idziesz? Po co ten trud? Z drugiej strony Adrian, Polak i Niemiec w jednym. A dokładniej Ślązak, który wyjechał na zachód, ożenił się Niemką, ma dwójkę dzieci. Czwarty raz pielgrzymuje do Santiago de Compostela. To jego sposób na walkę z depresją, z tym co go przerasta, przytłacza. Cieszy się niezwykle, że nas spotkał. Pierwsi Polacy na szlaku w tym roku, jakich spotkał. Do tego na ostatnim noclegu. Czy to przypadek? Kolacja wyborna. Zupa bardzo treściwa, do oporu, ile kto da radę, trochę wina, deser. I rozmowy przy stole, które przenoszą się potem dalej. Trochę z Portugalczykiem z baru. Trochę z Niemcami.  Najwięcej z Adrianem. Klasztor ma swój klimat i sprzyja takim rozmowom. Jestem pewien, że warto było tu przyjść.



Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]