Camino Portugues VII - Coraz bliżej Santiago | _Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Camino Portugues VII - Coraz bliżej Santiago 2015-10-05

Gdy opuszczamy Mos, na dworze jest jeszcze ciemno. Ulica ładnie oświetlona, idziemy stromo pod górę. Chwilę później kończy się jednak miasteczko i wchodzimy w las: ciemny, mroczny las. Potrzebne są nam latarki. Pierwszy raz. Droga co prawda równa, choć szutrowa, lecz bez naszych czołówek łatwo byłoby przegapić strzałki. Jest 7:00 rano czasu hiszpańskiego. W Portugalii byłaby to 6:00. Przed nami dziś znów „półtora dnia” marszu według przewodnika. Najpierw do Redondeli. To jakieś 8-10 km. Potem do Pontevedra. Kolejne 20 km. Przekładając to na warunki z polskich pieszych pielgrzymek, nie są to jakieś duże odległości, jest to więc jak najbardziej w naszym zasięgu. Utrudnieniem jest tylko to, że dziś do pokonania są trzy wzniesienia, że niesiemy cały swój bagaż, oraz że nie możemy sobie pozwolić zbyt późno dotrzeć na nocleg.


Anię od rana rozpiera energia. Po pierwszym kilometrze znika gdzieś przed nami w ciemnościach. Wydłużamy kroki, ale nie sposób jej dogonić. Po kolejnych rozstajach dróg z mało wyraźnymi strzałkami zastanawiamy się, gdzie ona jest. Paulina dzwoni do niej upewnić się, czy jest nadal na szlaku. Tak. Idzie razem z o. Benem i o. Moyem. Dziwi się, że zostaliśmy tak w tyle, bo zdaje im się, że się wleką. Spowalnia ich zwłaszcza o. Moy. My też na tym odcinku Camino mamy towarzystwo. Od rana towarzyszy nam nasz Indianin z Argentyny. Idziemy jednak obok siebie, w milczeniu, każdy zatopiony w swoich modlitwach.


Schodząc ze szczytu rozpościera się przed nami wspaniały widok. Rozświetlona tysiącami świateł latarni i  okien domów dolina. Otoczona  łańcuchami gór i wzgórz, lasami. W tle jedna z zatok oceanu wbijająca się między szczyty, by choć liznąć swym językiem granice miasta. To już Redondela. Zaczyna świtać. Przy serpentynach schodzących w dolinę pojawiają się pierwsze wille, uliczki, winnice. Dzieci czekają na szkolny autobus. Pozdrawiają nas, my ich. W dole drogi, z 500 metrów od nas dostrzegamy Anię i ojców. Do miasta wchodzimy już razem.


Miasto pełne odwołań do Camino. Muszle pielgrzymie, reklamy z świętym Jakubem lub z pielgrzymami, Myszka Wędrowniczka – life-motive hiszpańskiego Camino. Przy tej ostatniej robimy sobie serię zdjęć. Szukamy albergue, by zdobyć pieczątki, być może też zdobyć trochę wrzątku do porannej kawy. Znajdujemy wpierw jedno, prywatne. To nie te. A gdzie te miejskie? Zapytani przechodnie zawracają nas kilkaset metrów do domu z czarnymi oknami. Tego samego, przed którym stoi nasza znajoma Myszka. Albergue już i jeszcze nieczynne. Ruszamy więc dalej.


Znaki pokazują, że do Santiago zostało 80 km. Mijają nas rowerzyści. Ciekawe czy oni już dziś dotrą do celu? Szlak widzie małymi uliczkami. Ruch niewielki. Wszelkie zmiany kierunku dobrze oznaczone. Na jednym skrzyżowaniu naliczyłem sześć żółtych strzałek na murku, latarni i asfalcie, wskazujących dokładnie, w którą uliczkę iść. Nie sposób przeoczyć. Dochodzimy do głównej drogi wiodącej po estakadzie. Idziemy jej skrajem. Jeden z samochodów zaczyna na nas trąbić. Macha, że nie ta droga, wskazuję na uliczkę obok, równoległą. Tamtędy, nie tędy wiedzie szlak. Nawet gdy coś pomylisz, miejscowi wskażą ci drogę. Dla nich pielgrzymi to codzienność. Codziennie od rana do południa widzą tu sznur wędrowców zmierzających jak mrówki po wytyczonej przed wiekami trasie.


Ta droga boczna schodzi w dół, estakada pnie się do góry. W miejscu gdzie przechodziłem jezdnię jest już jakiś metr różnicy poziomu. Zeskakuję z murku. Jedna noga ucieka do przodu. Prawie jak telemark. Tyle że w sutannie i tuż przed przejeżdżającym samochodem. Pani kierująca autem nieco w szoku. Dziewczyny śmieją się, że nie codziennie widzi rzucających się księży (czy też batmanów) pod koła. Kilkanaście metrów dalej schodki, po których można by spokojnie zejść.


Idąc dalej, po lewej stronie rozpościera się piękny widok na zatokę. Przecina ją potężny most podwieszony do dwóch pylonów. Prawie jak nasz Świętokrzyski stwierdzają „warszawianki”.  Droga znów wspina się na grzbiet pasm górskich, otaczających Redondelę. Na szycie drewniana rama, do której przytwierdzono lub podwieszono przeszło 400 muszli. Na wielu z nich podpisy pielgrzymów, modlitwy, pozdrowienia, serduszka i krzyże, daty i miejsca startu.  W tle po lewej stronie mamy wciąż wody zatoki. Wybrzeże skaliste sprzyjało kształtowaniu się takich zatok, zwłaszcza w miejscach, gdzie rzeki szukały sposobu, by przebić sobie drogę do oceanu. Schodząc w dół docieramy właśnie do krańca takiej zatoki (z mapy wiem, że to Ria de Vigo), do miejsca, gdzie w jej wody wpływa rzeka Verdugo. Czy to jeszcze rzeka, czy już zatoka, nie wiemy. Dostrzegamy dwa mosty, jeden kolejowy, współczesny, drugi rzymski – Ponte Sampaio. Wraz z ojcami Benem i Moyem schodzimy lekko z trasy na nadbrzeżny bulwar. Miejsce niezwykłe. Góry, woda, rzymski most, łódki, plaża, malownicze domki z czerwonymi dachami. Pielgrzymi na moście wskazują, że szlak biegnie sąsiednią ulicą. Wracamy na niego po schodkach. Miasteczko za mostem nazywa się Vao. Położone jest na zboczu. Szlak znowu wiedzie nas ostro pod górę.


Troszkę dalej spotykamy starszą panią z kijkami do nordic walking. Chce sobie zrobić z księdzem w sutannie zdjęcie. Okazuje się, że jest to Polka z Kanady, z Montrealu. Imię bodajże Jadwiga. A może Janina? Przyjechała wraz z grupą z Klubu Seniora. Jest ich około 15 osób. Droga dostosowana do ich wieku i możliwości. Bus wozi bagaże, w razie potrzeby, jeśli komuś zbyt ciężko zabierze z trasy na nocleg. Chwilę później spotykamy resztę ich kompanii na postoju w barze. Młoda Kanadyjka hiszpańskiego pochodzenia (gdzieś z tych stron) kręci film o ich drodze. Kolejny raz dociera do nas, że Camino jest dla wszystkich. Ile kto może, tyle daje z siebie. I wraz z trudem podjętym według swych możliwości niesie swoje intencje, swoje problemy, swój świat. Oddając to wszystko Bogu.


Kawałek przed Pontevedra, na jego przedmieściach, mijamy kolejny plac zabaw. Nie chce nam się wierzyć. W środku siedzi Ronen. Razem z nim drugi chłopak, Matias. I jeszcze dwa duże psy. Obaj z gitarami. Choć chwilę wcześniej robiliśmy sobie postój nie możemy tak po prostu ominąć ich. Okazja wyściskać się jak najlepsi przyjaciele, dosiąść, pogadać, podzielić się drogą. Jak wspominałem już wcześniej, gdy my nocowaliśmy w Valency, on nocował w Tui. Następnego zaś dnia, gdy myśmy szli do Mos, on poszedł aż do Rendondeli. Wyszło mu prawie 40 km. Dziś mówi, że jest ledwo ciepły. Więc nie śpieszy się. I właśnie spotkał tu kumpla do grania, podobnego mu obieżyświata, który z dwoma psami i gitarą idzie w przeciwną stronę, by spotkać się ze swoją dziewczyną. Świat pełen jest ludzi dziwnych i szalonych, a my jesteśmy jego częścią. I to jest w tym piękne.  Umawiamy się, że dziś wspólnie nocujemy w Pontevedra. To już niedaleko. Kilka zdjęć, jednych z lepszych w albumie, pełnych emocji i radości z tego spotkania. Ruszamy dalej.


Dom pielgrzyma znajdujemy bez trudu. Prowadzi do niego dość oryginalne graffiti i strzałki. Zaraz na początku miasta, obok dworca kolejowego. Robi wrażenie: ładnie wykończony, duży, czysty. Hospitera, przydziela łóżka, kasuje po 6 Euro, daje wszystkim jednorazowe  prześcieradła i poszewki na poduszki. To już standard w Hiszpanii. Pogoda niepewna, zanosi się, że może padać. Strach pranie wywieszać na zewnątrz. Ale gdzieś trzeba, to może już ostatnie pranie przed Santiago. Pielgrzym nosi ze sobą najczęściej trzy zmiany odzieży. Jedna na sobie, jedna na kolejny dzień, jedna w zapasie, gdyby rzeczy nie doschły, albo gdy dochodzi się tak późno, że nie ma się już ani sił, ani chęci by prać.


W Pontevedra zbiera się nas coraz więcej. Trochę nowych twarzy, trochę znanych z widzenia. Kogo tu dziś spotkamy? Przychodzi też Ron. Pojawia się Marta i Łukasz i nasz Indianin. Chwilę później pod łazienką spotykam ekipę izraelską: Lilac, Nogę i Atarę. Musi więc gdzieś tu być i Daniel. Jest. Olbrzymia to radość, że znów prawie wszyscy się spotykamy. I wtedy właśnie wchodzi do albergue Donato. Wierzyć nam się nie chce. Nie może być. Pod wieczór docierają też Krzysiek z Asią. Sami swoi. By tu dotrzeć zrobili dziś dwa dni „przewodnikowe”. Także dziwią się, że Donato już dotarł. Gdy wychodziliśmy wcześnie rano z Porrino jeszcze spał. Jak on tak szybko dotarł? Pozostanie to tajemnicą. Na nasze insynuacje o autostopie protestuje. „Nie, pieszo”.  Całą drogę, pieszo. Naprawdę. Zaklina się z sobie właściwym italskim wdziękiem.


Dziewczyny zostają przygotować obiad. Pół drogi mimochodem wspominałem o schabowych. Jak bym chętnie zjadł dziś taki prawdziwie polski obiad. Dziewczyny w tajemnicy podejmują wyzwanie. Ja ruszam na miasto w poszukiwaniu kościołów. Czy znajdzie się jakiś niedaleko, gdzie moglibyśmy odprawić Mszę?  W pobliżu dworce, sklepy, banki. Kościołów nie widać. Pojawiają się dopiero na starym mieście. To jakieś 2-3 km od domu pielgrzyma. W jednym z nich Msza będzie nawet wieczorem o 20:00. Można by się dołączyć, ale to zbyt daleko. Trzeba na jutro oszczędzać nogi. Dziś odprawimy znów w albergue. Na jednym z placów starówki dostrzegam Jadwigę z Montrealu. Cieszy się, że znów jest okazja się spotkać. Nocują w hotelu, na kolację idą do cioci jednej z pątniczek, tej która kręci film. Pyta się o polską Mszę, gdzie i o której będziemy odprawiać. Nie da rady jednak dotrzeć do nas. Może innym razem? Może jutro? Raczej to nie możliwe. Jutro przed nami daleka droga - 40 km. Klub Seniora nas nie dogoni. Błogosławię jej na drogę. „Jakby ksiądz był w Montrealu, zapraszam. Mamy kilka polskich parafii. Zapyta się ksiądz o Jadwigę. Znają mnie tam”. „W której parafii?” „W Polskiej Misji Katolickiej. Ale w innych też”.


Na nasz obiad rzeczywiście pojawiają się schabowe. Przecieram oczy ze zdumienia. Naprawdę? Staram się to tak powiedzieć, by dziewczyny miały z tego frajdę.  Nigdzie tak nie smakują schabowe jak na pielgrzymce, na obczyźnie, jak po 35-40 km marszu (wliczając mój  spacer w poszukiwaniu kościoła). Do stołu dziewczyny zapraszają też Donato. Także chwali polską kuchnię. Dosiada się do nas także Ron z sałatką z serem i pomidorami. Znów okazja do rozmów, żartów, bycia ze sobą. ”Dziś wieczorem rozpoczyna się Jon Kipur,  wiecie o tym?”. To święto zniszczenia Świątyni.  Żydowska Wigilia, Środa Popielcowa i Wielki Piątek w jednym, dzień pokuty i postu, zastanawiania się nad sobą, przeproszenia wszystkich za zło, jakie wyrządziło się w ostatnim roku, nawet jeśli się nic nie przypomina sobie, tak na wszelki wypadek. Trwa do jutra wieczór. Będę o tym pamiętał cały jutrzejszy dzień.


Czeka nas jeszcze wieczorem Msza. Odprawiamy po polsku, przed alberge. Głównie Polacy, ale pojawia się też ktoś z anglojęzycznych. Po Mszy sprzątam ołtarzyk polowy, zdejmuję albę. Ale zostajemy jeszcze z Krzysiem i Asią i tą anglojęzyczną osobą trochę porozmawiać. Nie śpieszy nam się. Mamy czas. Oni po dzisiejszym "rajdzie" 40-kilometrowym jutro nie będą szaleć. Nas zaś jutro czeka 40-stka. Może spotkamy się w piątek w Santiago? Kto wie... Jak Bóg da...


Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]