Camino Portugues VI - Pod niebem Hiszpanii | _Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Camino Portugues VI - Pod niebem Hiszpanii 2015-10-04

W poniedziałek rano wychodzimy z Walency we czwórkę. Nasza mała pielgrzymkowa kompania powiększyła się o Kasię z Podlasia. Na naszej trasie pierwszy raz pojawiła się już w Ponte de Lima.  Potem nocowała z nami także przez kolejne dwa dni. Tak jak dziewczyny - Ania i Paulina mieszka obecnie w Warszawie, tak jak ja pielgrzymowała wcześniej do Wilna, tyle że z grupą salezjańską z Suwałk. Kasia lubi dużo mówić. I lubi milczeć, iść samemu w ciszy. Dwie skrajności w niej uzupełniają się doskonale. Cieszy się, że na Camino ma nareszcie okazję uczestniczyć w polskich Mszach. My też cieszymy się z jej towarzystwa. W drogę wybrała się sama. Nie śpieszy się, ma znacznie więcej czasu niż my. Najpierw z Lizbony poszła do Fatimy. Stamtąd podjechała do Porto. Wyruszyła na trasę dzień, lub dwa przed nami idąc najpierw drogą nadbrzeżną. Teraz ruszamy już razem. 


Strzałki wiodą nas znów do ukrytego we wzgórzu miasta. Po niedzielnym gwarze i paradzie strażaków nie pozostało śladu. Jest cicho i szaro. I pusto. Opuszczając Valencę dochodzimy do stalowego mostu. To już hiszpańska granica. Końca mostu nie widać. Spowija go tajemnicza mgła. Można by rzec, że idziemy w nieznane. Z drugiej strony rzeki Mino znajduje się miasto Tui. Przechodząc przez nie trafiamy pod potężną i starą katedrę. Spotykamy też kolejno trzech księży, z jednym zamieniamy nawet kilka zdań. Wszyscy „pod koloratką”. To pierwsza rzecz, jaka rzuca mi się w oczy w porównaniu do Portugalii. Tam księdza w koloratce widziałem tylko w lustrze. Na pytanie skąd jestem do tej pory raz mówiłem z Polski, innym razem z Litwy. Podśmiewały się z tego dziewczyny: „Padre, to jak to jest, zdecyduj się”. Uściślam więc wersję i teraz przedstawiam się: „I came from Poland, I live in Lithuania”. Lithuania? Powtarza napotkany ksiądz.  „Wczoraj Hiszpania wygrała z Litwą w koszykówkę”.  I tu najbardziej Litwa znana z koszykówki. Na wzmianki o Polsce najczęściej zaś ludzie reagowali wspomnieniem Jana Pawła II.


 Idąc dalej dostrzegamy kolejny kościół – Franciszkański. Wchodzimy tam na chwilę modlitwy. W zakratowanym prezbiterium siedzi starsza siostra zakonna. Macha na nas. Wyciąga pieczątkę. Podajemy jej nasze Credenciale. Stwierdzamy, że zbyt dużo u  nas pieczątek z barów, a za mało z kościołów. Trzeba by to poprawić. Tyle że większość kościołów zamknięta.


 Ruszamy dalej. U wyjścia z miasta stoi potężny, granitowy głaz. W środku wycięty wielki kontur św. Jakuba, w kapeluszu i z kosturem. Stajemy w nim po kolei robiąc pamiątkowe zdjęcia. Moje w sutannie wygląda całkiem nieźle, ale nadal do św. Jakuba mi daleko… nadal jestem zbyt mały.


Po dwóch godzinach marszu zaczynamy szukać jakiegoś miejsca na kawę i drugie śniadanie. Zaraz będzie miejscowość, może tam? Szlak prowadzi koło urzędu miasta, koło szkoły, boiska. Ale sklepu nie widać. Gdzieś jest tu na pewno, tyle że nie chcemy schodzić ze szlaku. Zmęczenie daje osobie znać, więc zatrzymujemy się na końcu miasteczka przy placu zabaw, na świeżym powietrzu.  Dziewczyny rozsiadają się na murku przy drodze, ja idę za płot, na zjeżdżalnie. Akurat pasuje jako dobry fotel z oparciem, okazja ulżyć nieco plecom.  Inni pielgrzymi przechodzą, robią sobie zdjęcia. A niech mają, co mi tam. Uśmiecham się, pozuję. Będzie ciekawostka w ich albumach z Camino. Dołączają do nas znów Marta i Łukasz. Podjeżdżają też ślązacy z Niemiec, którzy Camino robią z Lizbony na swoich rowerach. Transport lotniczy rowerów kosztował ich dwa razy drożej niż bilety, ale mówią, że warto, bo rower musi być pewny. A swój, to swój.  Zostało im jeszcze kilka dni, a kilometrów już naprawdę mało, więc nie śpieszą się.


Wreszcie trafiamy do kolejnej miejscowości. Na skrzyżowaniu dróg naprzeciw siebie znajdują się dwa bary. Siadamy w drugim – nazywa się Bar Laguna. Tu szlak się rozdziela: można wybrać starą trasę: tzw. Camino Industrial wiodące przez dzielnicę przemysłową, lub świeżo wytyczone Camino Natural wiodące lasami.  Te drugie dwa kilometry dłuższe. Ciężko się zdecydować, ale że Paulina ma problemy z nogą, decyduję, że idziemy trasą krótszą, do tego równą. Kasia mimo wszystko chce przejść nowym szlakiem. Rozłączamy się więc na te kilka kilometrów. Do Porrino docieramy dość szybko. Na przedmieściach widzimy małą kapliczkę św. Sebastiana. Wchodzimy tam na chwilkę modlitwy. Razem z nami zachodzą tam dwaj pielgrzymi z flagą Brazylii przypiętą do plecaka. Szlaki Camino są naprawdę mocno międzynarodowe.


Miasto, gdy już docieramy do centrum robi bardzo przyjemne wrażenie. Duży ratusz, piękny kościół. Czysto, zadbanie. Szukamy tutejszego albegue z myślą o wypiciu kawy i wzięciu pieczątek. Trafiamy tam, ale jest jeszcze zamknięte. Otworzą dopiero za godzinkę. Przed domem jest już grupa pielgrzymów. Wśród nich znajomi – Romano z Hayoung, oraz Asia i Krzysiek. Chwila rozmowy. Nie będziemy czekać, ruszamy dalej. Na kawę zachodzimy do baru na wylocie z miasta. Obok Lidla. Dziewczyny idą na zakupy, ja siedzę troszkę złapać tchu. Dogania nas Kasia. Znów idziemy razem.


Nasz nocleg na dziś przewidziany w Mos. Odcinek do przejścia liczy więc jakieś 28km. Mos to mała miejscowość położona w niewielkich górach niedaleko lotniska Vigo. Według przewodnika zgłosić się trzeba do sklepo-baru, po drugiej stronie albergue. Hospitera nazywa się Flora. Dość sympatyczna, choć nie mówi ni w ząb po angielsku. Mówię więc posiłkując się palcami, że jeden Padre i trzy seniority. Po chwili okazuje się, że chcą nam dać trzy łóżka. Nie, potrzeba czterech. Jak cztery, jak mówiliście trzy. Troszkę męczy ta rozmowa. Mówią, że już są tylko trzy łóżka. Liczą jednak jeszcze raz i znajduje się jeszcze te czwarte, brakujące. Po godzinie okaże się, że łóżek jest jeszcze więcej. Po drugiej stronie nad barem mają jeszcze sale z łóżkami i w albergue w niskim parterze otworzą kolejną z materacami. Nic nie rozumiem, ale co tam. Najważniejsze, że mamy gdzie spać. Szukamy sklepu. Powinien gdzieś tu być. Przewodnik nigdy się nie mylił. Ale nie ma. Są trzy bary, jest sklep z pamiątkami, ale spożywczego  nie widać. Jedna z pań zapytana mówi, że był naprzeciw albergue, ale że przed rokiem zamknęli. Zrobili w nim dodatkową salę dla pielgrzymów. Najbliższy sklep dwa kilometry stąd. Odpuszczamy więc sobie. Idziemy zjeść coś do baru naszej hospitery. Kolejne przeprawy z językiem hiszpańskim. I nam i właścicielom coraz bardziej brakuje cierpliwości… Ostatecznie zamawiamy rybę – Ania, tortillę – Paulina  i to samo co tamte panie (ziemniaki opiekane z jakimś sosem) – ja. Kasia mówi, że nie głodna, ale ostatecznie częstuje się rybą od Ani. Po obiedzie czas pomyśleć o Mszy. Kościół zamknięty. Nie udaje się ustalić, u kogo są klucze. Odprawimy więc na placu przed domem. Florę prosimy o trochę wina na Mszę. Daje bez problemu. Prosi by też za nią się pomodlić.


Na Mszę przychodzi dziś nasz Indianin z Argentyny, Marta, Paulina, Ania i Kasia. W trakcie pojawiają się także owce, które pasły się w sąsiednim ogródku. Zaciekawione przyglądają się nam przez płot. Msza jak co dzień po polsku. Teksty z dnia. Coraz lepiej wychodzi nam używanie tabletu jako księgi liturgicznej.  


Ta noc w Albegue jakaś dziwna. Może dlatego, że nie ma naszych przyjaciół z Camino. Są inni, w większości  grupa z Niemiec, ale z nimi jakoś ciężko złapać kontakt. W barze spotykam dwójkę Rosjan z Voronieża. Liuba i Alex. Małżeństwo po czterdziestce. Rozmawiamy w trzech językach, trochę po polsku, po angielsku i rosyjsku. Spotkamy się jeszcze na szlaku. Podobnie z kolumną żołnierzy, których przemarsz pod naszym domem oglądaliśmy przed samą Mszą. Czy to też pielgrzymi, czy tylko jakieś manewry? Droga pod górkę sprawia niektórym duży problem. Ale starają się trzymać tempo. Grupę 20-30 wojskowych zamyka dwóch funkcjonariuszy w kamizelkach żandarmerii. Machamy, pozdrawiamy. Idą z Tui. Oni także wyruszyli na swoje Camino.


Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]