Camino Portugues V - w pół drogi | _Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Camino Portugues V - w pół drogi 2015-10-03

Spać poszliśmy naprawdę późno. Sobotni wieczór był chyba najbardziej niezwykły ze wszystkich na naszym Camino. Śmiech, rozmowy, gitara i dobre jedzenie. Stare i nowe spotkania, znajomości, może coś nawet więcej, coś na kształt pielgrzymkowej przyjaźni. Może słowo przyjaźń zbyt wielkie, może lepiej  użyć słowa braterstwo. Bo na pielgrzymce wszyscy są braćmi i siostrami. Modlitwa nóg i wspólny cel jednoczą nas i zbliżają do siebie. Na Camino, choć idziemy osobno,  nigdy nie jesteśmy sami.


Niedzielny poranek wzywa by ruszać dalej. Plan na dziś zakłada znów przejście poniżej 20 km – do granicy z Hiszpanią. Miasteczko Valenca. Część pielgrzymów mówi, że idą dalej, do leżącej już po drugiej stronie Tui.  Chcą już dziś przekroczyć granicę. Chociażby Ron, czy nasi Padre. Mimo to obstajemy przy swoim. Wszyscy, dosłownie wszyscy znajomi, którzy wcześniej przechodzili Camino Valencę na nocleg polecali obowiązkowo. „Stare miasto-twierdza. Będziecie zachwyceni”.  Wierzę im. Lubię twierdze, lubię Portugalię. Lubię wolne weekendy. Choć tak mało ich w życiu księdza. Zwłaszcza na Litwie sobota i niedziela to najbardziej pracowity dzień. Od rana do wieczora. Dziś, tak jak wczoraj do południa marsz, który sam w sobie jest przyjemnością, potem zaś czas wolny. Camino trwaj!.


Pierwszy kilometr pokonujemy polnymi drogami. Strzałki spychają nas ze znanego już asfaltu do sklepu, prowadzą krętą drogą miedzy pola i winnice do starego mostku, by potem znów zawrócić i doprowadzić do szosy. Tuż przy sklepie. Widzę pielgrzymów, którzy wyszli po nas i nie dali się nabrać na ten „skrót”. W przewodniku dopiero później widzę zachętę, by odpuścić sobie tę część trasy, zwłaszcza gdy padało i błoto. Ale co tam, kilometrów dziś tylko 17. Idziemy więc wierni strzałkom, co i raz zbliżając się lub oddalając od głównej drogi. Krótki postój robimy w S. Bento. Zatrzymujemy się pod tamtejszym kościołem, robimy kilka zdjęć. Znów spotykamy naszego Indianina. Jak zawsze pogodny i spokojny. Choć mało rozmawiamy, ma w sobie coś, co każe go lubić. W myślach nazywam go Wielkim Wodzem. Lub naszym Indianinem. I tak już zostanie. Z drugiej strony, ogródek ze stołami. Przy jednym z nich siedzą Krzysiek i Asia. Jedzą  śniadanie. My na nasze idziemy dalej. Może będzie gdzieś po drodze jakiś bar? W tej miejscowości nie widać. Znajdziemy go w Fontuora, obok kościoła. Nazywa się Pingo Sereno. Na pieczątce w adresie Valenca. Jesteśmy już blisko, albo ta gmina taka duża. Kto wie. W barze i jego okolicy zebrała się tu już pokaźna grupa pielgrzymów. Są też Łukasz i Marta. Kolejne kilometry idziemy znów razem.


Po drodze trafiamy na nowe albergue. Nie ma go w żadnym z naszych przewodników. Otwarte przed rokiem. Wchodzimy po pieczątki. „Quinta Estrada Romana” brzmi napis na górze. Pod nim drzewo, jabłoń. Ostateczny wygląd pieczątki hospitera dopełnia flamastrami. Drzewo wypuszcza liście, pojawiają się na nim jabłka. Zaskakuje nas to, jak przykładają się do każdej z nich. Dla nas, przypadkowych pielgrzymów. Jedne z najładniejszych w naszych Credencialach (paszportach pielgrzyma). Przed Albergue drogowskaz, a na nim różne miejscowości. Najbardziej rzucają się nam w oczy Fatima – 300 km, Santiago – 125, Proto – 135 km, Valenca – już tylko 8. Jest też Londyn (1782), Sydney (18 055) , Berlin (2436) , Seul (10 296) , Montreal (5126) i inne.   Z wszystkich tych miejsc spotkaliśmy już pielgrzymów. Warszawy czy Wilna brak. Co myślą pielgrzymi przechodząc tutaj? Czy tylko „jakie to fajne”,  zrobią zdjęcie i pójdą dalej? Może ktoś pomyśli o domu, o swoim powrocie. Że łatwiej dojść do Santiago niż wrócić. Że może już nie da się wrócić, do miejsca z którego się wyruszyło. Że drogę, jaką przebyłem nie mierzy się w kilometrach. Mierzy się ją modlitwą i czasem z Bogiem sam na sam.


Godzinę później wchodzimy już w miasto. Od strony przedmieść Portela i Arao. Małe domki, kaplice, kościoły, krzyże pielgrzyma. Niedzielne przedpołudnie. Kolejną godzinę idziemy przez miasto. Koło dworca, przez centrum, wzdłuż strzałek. Miasto nowoczesne, przyjemne, skąpane w słońcu. Albergue znajduje się na jego obrzeżu, obok remizy strażackiej. Przy drodze znak – Hiszpania 200 metrów. Albergue jeszcze nieczynne, przynajmniej oficjalnie.  Nieoficjalnie pani co sprząta otwiera nam i wpuszcza nas, byśmy mogli zostawić sobie rzeczy. Hospitera przyjdzie ok. 14:00 to nas zarejestruje. Ruszamy na miasto. Pytam o kościół – igreja. Ludzie wskazują na wzgórze po drugiej stronie ulicy, z jakąś kamienną bramą wiodącą w jego wnętrze. To pewnie ta twierdza. Idziemy tam. Za bramą kolejna brama. Wzgórze odkrywa przed nami swoją tajemnice. Za wałami z ziemi i skał ukryta prawdziwa Walenca. Wszystko, co było do tej pory to były przedmieścia i nowe dzielnice. Miasto robi wrażenie. Przypomina mi trochę Mdinę, dawną stolicę Malty. Wąskie uliczki, liczne kościoły i kaplice, na ulicy bardzo mało aut. Większość osób zostawia samochody na parkingach przed murami. Domy i tu i tam budowane z kamienia. Tyle że tam ciepłe, jasne, z piaskowców. Tu szare, smutniejsze, granitowe. Miasto jednak zdumiewa swoim rozmiarem. Po przejściu kolejnej bramy wchodzimy w drugą jego część. Aż wierzyć się nie chce, że to wszystko kryje się w niepozornym wzgórzu naprzeciw albergue.


Po odwiedzeniu dwóch kaplic, gdzie nie było Mszy, pytam o kościół parafialny. Jak to będzie po portugalsku? Igreja paraquel, albo jakoś tak - kombinuję. Kelner (o dziwo tu kelnerami są głównie mężczyźni w średnim wieku, a nie młode dziewczyny) wskazuje na uliczkę od strony murów. Trafiam wreszcie na plac z którego widać świątynię. Przed kościołem spotykam naszą Kasię z Podlasia. Pyta o Albergue. „Minęłyście”. Idę do środka kościoła na chwilę. Zaraz 10 min będę pewnie wracał.


W Kościele trwa Msza św. Kościół pełen ludzi w mundurach Bombeiros – strażacy. Trafiamy na poświęcenie nowego sztandaru. Zastanawiam się czy to początek czy koniec Mszy św. Trudno wyczuć.  Chór śpiewa Ave Maria. Ksiądz dziękuje wszystkim, błogosławi. Koniec Mszy. Idę do zakrystii. Okazja znów przedstawić się improwizowaną łaciną,  przywitać. Pytam o możliwość odprawienia Mszy św. Od razu? Może nie, lepiej popołudniu – myślę. Przyjdą do albergue kolejni pielgrzymi, dziś niedziela, będzie im łatwiej uczestniczyć w Eucharystii. Umawiamy się znów na 16:00.  Kościelny wszystko przygotuje.


Przed kościołem trafiamy jeszcze na grupę skautów. Dwie dziewczynki znam już. Stały w albach przy księdzu jako ministrantki. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie. Wtem dostrzegamy formującą się kolumnę strażaków. Ruszają ze sztandarem i orkiestrą na przedzie.  Potem czwórkami druhowie i druhny, cała kolumna. Przez ramię przełożone toporki. Do pobliskiego placu idziemy za nimi kawałek robiąc zdjęcia i kręcąc film. Potem wraz z Anią, Pauliną i Kasią ruszamy szukać czegoś do jedzenia. Ceny są dużo droższe niż do tej pory. 15 Euro Menu Pellegrino. Trochę drogo. W kolejnej restauracji podobnie. Nawet w „Jezus Restaurante” na placu przed kościołem ceny niemiłosiernie bezbożne. Zastanawiamy się czy nie brać czegoś na pół. A może będzie jakaś pizzeria? Bar? Tak tylko by coś przegryźć. Robię się już naprawdę głodny. Chyba pierwszy raz aż tak w czasie tej pielgrzymki. A dziewczyny jeszcze zaczynają szukać pamiątek. Ale ok. Nic nie mówię, damy radę. Chwilę później znajdujemy coś w sam raz dla nas. Snack-bar z połówkami pizzy, hot dogami, hamburgerami i tego typu jedzeniem. Ceny w okolicach 2-3 Euro do zaakceptowania. Są też mega duże lody.  Może to jeszcze nie niedzielny obiad, ale głód zaspokojony. Do ciepłej kolacji wystarczy.


Gdy trafiamy do albergue nadal nie ma hospitery. Pielgrzymi jednak już na dobre rozłożyli się w salonie, kuchni, łazienkach i ogrodzie. Plecaki ustawione pod ścianą przy recepcji przypominają o kolejności dojścia. Ale miejsc dużo, nie powinno być dziś problemu, zwłaszcza, że wiele osób pójdzie dalej nocować w Tui. Czuję pomału kręgosłup. Dziękuję Bogu za  Ryan Air i ich ograniczenia w rozmiarze bagażu. Dzięki temu  moje manatki ważą tylko 7 kg. Ale że plecak ma pas biodrowy bardzo mizerny, to i tak ten ciężar daje się we znaki. Kiedy mogę to korzystam z okazji by siąść, lub przynajmniej się oprzeć. Ale dam radę, to już połowa drogi za nami.


Mszę św. odprawiamy w bocznym ołtarzu. Sami Polacy. Nikt z innych nie przyszedł. Może znajdą jakąś Mszę portugalską. Nie chce mi się wierzyć by ktoś kto pielgrzymuje, kto nie jest tylko przypadkowym turystą na Camino mógł opuszczać świadomie i dobrowolnie Eucharystię. Bo po co ten cały trud? Przed Mszą okazja do spowiedzi. Ogłaszam, może ktoś chce i skorzysta. Msza niedzielna czytana z tabletu.  Trochę dziwnie, ale Oremus kupowany tuż przed  wyjazdem okazał się być już numerem październikowym. Wcześniej brałem z niego Msze wotywne do aniołów i Matki Bożej. Dziś korzystam jedynie z części stałych.  Przed ołtarzem dwa klęczniki. Do komunii ustawiam się tak, by była okazja przyjąć na klęcząco. Wracam myślami do Bisztynka, gdzie zawsze tak było. I gdzie też zawsze udzielaliśmy komunii pod dwiema postaciami.


Po Mszy świętej dajemy sobie czas wolny. Dziewczyny lecą szukać pamiątek, ja z Asią i Krzyśkiem idziemy do Albergue. Myślę o kolacji i postanawiam, że to ja dziś przygotuję coś na ciepło. Kupuję niezbędne produkty i przygotowuję leczo. Wychodzi dość tłuste i mocno ostre. Ale dziewczyny jedzą i chwalą.


Zaskoczeniem dla nas jest przyjście na nocleg Donato. Myśleliśmy, że razem z Ronem zdecyduje się iść do Tui. A jednak wybrał Paulinę, Anię i mnie. A może wybrał tylko ten kilka kilometrów mniej. Dziewczyny zbierają się dziś wcześniej spać. Ja z Donato, dwoma Niemkami (jedną czarnoskórą) , Romanem i Hayoung, oraz Violetą – Litwinką z Wilna siedzimy jeszcze dość długo nie dając im zasnąć. Kolejny wieczór i kolejna okazja by poznawać się. By dowiedzieć się jak to przed 15 laty się stało, że Romano opuścił Koreę i zamieszkał w Londynie, o ich ślubie przed rokiem,  o galerii gdzie Hayoung pracuje, o salonie telefonicznym Donato, o jego kulinarnych osiągnięciach, znajomych księżach i  parafii gdzie czasem gotuje na różnych spotkaniach, o tym jak ta ciemnoskóra Niemka trafiła z Erytrei do Niemiec i jak tyle lat już tam mieszka i przyjaźni się ze swoją koleżanką.  Z Violetą okazja porozmawiać po litewsku. I zrobić sobie wspólne zdjęcie. Pierwszy i ostatni raz. Bo potem już ani jej ani innych Litwinów na szlaku nie spotkam.


 


 


Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]