Camino Portugues IV - weekendowo | _Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Camino Portugues IV - weekendowo 2015-10-02

Sobota i niedziela to czas odpoczynku. Już na etapie planowania trasy założyliśmy, że w te dni zrobimy znacznie mniej kilometrów. Pół dnia marszu, potem czas się pobyczyć. Jak to powszechnie wśród pielgrzymów wiadomo, trzeci dzień na pielgrzymce zawsze jest ciężki. Organizm nieprzyzwyczajony do tego typu wysiłku daje o sobie znać i nieraz odmawia posłuszeństwa. Myślałem nawet, czy już dzień wcześniej nie zrobić w ogóle dnia odpoczynku i nie skoczyć na dzień do Bragi, lecz po konsultacji z dziewczynami stwierdziliśmy, że trzymamy się planu i po prostu odcinek z Ponte de Lima do Valency dzielimy na dwa.


Moje samopoczucie na razie jest całkiem dobre. Po późnym wczorajszym dojściu i po nocy spędzonej na podłodze czuję się całkiem nieźle. Jedyne co , to niewielka złość, na tych, co dojechali samochodami ostatni etap by zająć łóżka. Wiem o przynajmniej kilku. Zostawiam to jednak ich sumieniom. Niech im będzie.


W sobotę wyruszamy na nocleg do odległego o 19 km Rubiaes. Damy radę. Dziewczyny też całkiem nieźle się trzymają. Tempo przemarszu w stosunku do wczoraj znacznie wzrosło. Najpierw do przodu przed nas wydarła Ania, a w tyle została Paulina. Potem, gdy z Anią zeszliśmy na chwilę do znajdującego się przy drodze wodospadu do przodu pognała Paulina. Ciężko ją teraz nam dogonić.  Coraz częściej zaczynamy iść w odstępach, w pewnej odległości od siebie. Szlak świetnie oznaczony, więc nie ma obaw, że ktoś się zgubi, a przy okazji każdy ma czas na swoje osobiste modlitwy i przemyślenia. Wspólnie modlimy się tylko rano pacierzem i popołudniu koronką. Miał być jeszcze wspólny różaniec, ostatnia część, ale jakoś nie wychodzi, przez to, że każdy z nas ma swoje tempo. I marszu, i modlitwy.


Droga wiedzie znów wśród winnic, pod potężnymi filarami wiaduktów autostradowych, przez dość obszerną dolinę w której leży wioska Arcozelo ze swoim kościołem. Droga pomału zaczyna się wspinać w górę. Rozglądamy się za jakimś sklepem lub barem, gdzie moglibyśmy zrobić sobie mały postój. Trafiamy na Cafe Nunes. Tu okazja wypić poranną kawę, zjeść śniadanie, spotkać się z tłumem pielgrzymów. Bo na drodze robi się coraz tłoczniej. W Ponte de Lima do Camino Central dołączył szlak z Bragi i skrót ze szlaku Camino nadbrzeżnego. Do tego dochodzi grupa osób, które zaczynają swoją wędrówkę właśnie znad Limy. Świadomość, że ten tłok pielgrzymów może znów się przełożyć na spanie na podłodze mobilizuje nas, by nie przesiadywać zbyt długo po barach. Po chwili przerwy ruszamy więc znów ostro pod górkę. Podejście prawie 350 metrów w pionie. Ania zostaje nieco z tyłu, za nią cisną Koreańczycy z Londynu: Romano i Hayoung. Ania idzie dzielnie rzucając pod nosem „Nie dam się wyprzedzić”. Prawie pod samym szczytem docieramy do kamiennego krzyża. To krzyż św. Marty, krzyż pielgrzymi. Obłożony kamieniami, symbolizującymi nasze grzechy. Między nimi świeczki, zapalniczka, być może symbol rzuconego palenia, kartki z modlitwami, jest też polska flaga. Oprócz nas pod krzyżem chwilę postoju robi też Romano z żoną oraz Krzysiek z Joasią. Ci ostatni są nam jeszcze obcy. Przemknęli co prawda gdzieś przed oczami w Ponte de Lima, ale nawet nie załapałem, że to Polacy. Może dlatego, że rozmawiali wtedy z kimś po angielsku? Poznamy się lepiej dopiero popołudniu, gdy Asia niechcący zaiwani moje żabki do wieszania firanek, myśląc że to albergowe… Siedzą z boku, cicho, trochę z dystansem. My zaś witamy docierającą właśnie grupę portugalskich kolarzy. Męczą się mocno pod górę, bo nie dość, że w żaden sposób po zboczu nie da się jechać, to jeszcze trzeba nieść rowery. Kolarzy jest siedmiu. Jeden starszy, śmiejemy się, że to pewnie trener. Mówią, że chcą dotrzeć dziś wieczorem do Santiago. Pytamy żartem, że może w takim razie rano ruszali z Porto. Jedni zaprzeczają, inni ze śmiechem potakują. Możemy tak założyć, dlaczego by nie. Pytam się, czy mogę zrobić sobie zdjęcie na rowerze. Miałem takie wieki temu na mostach w Stańczykach, w czasie wileńskiej pielgrzymki. Mam i teraz. Oczywiście w sutannie i fioletowej stule. Oni też chcą ze mną zdjęcie. Jeden pyta się, czy w zamian mogę mu pożyczyć do zdjęcia sutannę. Nie mogę, sutanny nie pożyczam. Zamiast zdjęcia w sutannie robię im fotkę z Anią i Pauliną pod krzyżem. Zamiast sutanny dwie ładne Polki, to dobry biznes. :) I ruszają dalej. Błogosławię im na drogę.  Zaraz po nich ruszamy i my. Odpoczynki dziś naprawdę krótkie, ten trwał mniej niż 10 min.  Na szczycie znów spotykamy kolarzy. Ostatni etap górskich ścieżyn odpuścili i jednak wybrali asfaltową serpentynę wzdłuż góry.  Dalej, ale łatwiej. Teraz zaś będzie już bajka. Zjazd znacznie łagodniejszy, mogą jechać śmiało, lecz czy dziś osiągną Santiago? Trochę wątpię.


Szczyt dość duży i płaski. Siedzi tam dwóch pielgrzymów spoglądając w dolinę, przez którą przed godziną, czy dwoma przechodziliśmy. My siadamy chwilę  trochę dalej, w głębi, przy cysternie z wodą, zastanawiając się czy można z niej napełnić butelki, nie bojąc się żołądkowych rewolucji, po czym ruszamy dalej. Tamci dwaj zostają za nami wpatrzeni w dal.  Nasze tempo dziś jest naprawdę dobre.


Do Rubiaes docieramy w okolicach południa. Może nawet wcześniej. Jesteśmy pierwsi w albergue, które według przewodnika powinno być do 13:30 zamknięte. Ale nie jest. Może dlatego że to sobota. Hospiteros przyjmują nas, wypisują kartki z numerem łóżek, pokazują co i jak. Przed domem dość duże podwórko zastawione krzesłami, stołami i leżakami z plastiku. Większość leżaków połamana, na niewiele się zdadzą, ale na krzesłach spokojnie można sobie usiąść. Jest do naszej dyspozycji kuchnia, łazienki i pralnia. Są nawet pralki po dwa euro od prania. My decydujemy się jednak na prania ręczne. Niewiele tych rzeczy. Będzie szybciej.


Schodzą się kolejni pielgrzymi. Okazja przy praniu poznać się, pogadać. Chociażby z Krzysiem i Asią. Z twarzy już znajomi. Teraz zdziwienie, że to Polacy. Ilu to już spotkanych na Camino? Siedmiu? Ośmiu? Po godzinie już wszystkie miejsca na łóżkach zajęte. Kolejnym oferują miejsca w sali na materacach, potem jadalnia zamienia się w kolejną salę do spania. Następnych pielgrzymów odsyłają już do domów prywatnych. Albergue jest pełne.


 Idę na miasto poszukać kościoła. Widziałem go z drogi gdzieś na początku wioski. Drzwi główne wyglądają na zamknięte, ale na placu przed kościołem dużo samochodów. Wydaje mi się, że ze środka kościoła słyszę jakiś głos. Obchodzę kościół i znajduję otwarte boczne drzwi. W środku trwa spotkanie z dziećmi, pewnie przed pierwszą komunią. Wchodzę do środka zwracając chwilową uwagę wszystkich, przechodzę na tył i zajmuję miejsce w ławce. Ksiądz dalej prowadzi katechezę, rodzice i dzieci przestają zwracać na mnie uwagę. Jedna tylko dziewczynka, 8-9 letnia „sąsiadka” z ławki obok wciąż przygląda się co to za olbrzym z brodą i muszlą klęczy i modli się.


Po spotkaniu podchodzę do księdza przywitać się i przedstawić: „Ego sum Slavomirus, Polonus, Sacerdotes. Misionarius Lithuanorum, Pellegrinus” takie łacino podobne zdanie powitania. Potem już przechodzimy na język angielski. Pytam się o możliwość  odprawienia Mszy św. w kościele. Ksiadz Proboszcz nie mieszka w tej parafii. Przywołuje więc jednego pana, który ma klucze od kościoła i z nim umawiam się na Mszę na godzinę 16:00.  Wracam do albergue powiadomić innych. Kilka godzin później jesteśmy już w kościele. W raz z nami na Mszę przyszli „Padre” Ben i Moy. Beniamin odprawia wraz ze mną, Moy siedzi w ławce. Są też dziewczyny, jest bodajże Krzyś z Asią, być może Marta (nie pamiętam), jest także Włoch od wina Porto – Donato. Msza jest po polsku, z angielskimi dodatkami. Jest także taca, nasze kilka pielgrzymich groszy zostawione parafii, którą pierwszy raz w życiu zbiera nieco zakręcony i niezorientowany w temacie Donato.


Sobotni wieczór w albergue niezwykły. Ron, Żyd pielgrzymujący z gitarą, także trafił dziś do nas na nocleg. W korytarzu siadamy, gramy, śpiewamy żartujemy. Jednym z motywów przewodnich staje się piosenka ”Don’t worry, be happy!” i jej wariacje na temat pielgrzymowania na Camino. Zmieniają się słowa, zmieniają się języki, pozostaje melodia i myśl: Być szczęśliwym, cieszyć się chwilą, ta droga to radość bycia z ludźmi, takimi jacy są. Nasza wolna sobota trwa.


Donato na  późny wieczór szykuje „paste” z tuńczykiem, my kupujemy coś do picia, Ron znów pojawia się ze swoją gitarą. Tym razem nie w holu, lecz w ogrodzie przed domem. Bo może ktoś będzie chciał już iść spać? Przy naszym wesołym stole pojawiają się kolejne osoby: ojciec Ben, o. Moy, Łukasz i Marta, dziewczyna bez imienia, ale za to z niesamowitym wokalem, Donato, Ania, Paulina, Kasia z Podlasia i Juan - Hiszpan. Żartów i piosenek nie ma końca. Donato dość ciężko radzi sobie z angielskim. Włosko-angielskie zdania uzupełnia żywiołową gestykulacją. To pomaga, ale i śmieszy. Ojciec Ben prosi: „Spróbuj coś powiedzieć bez pomocy rąk…” odpowiada trzymając ręce przy sobie, lecz na sam koniec cmoka dwa razy. Śmiejemy się wszyscy, mowy ciała u niego nie sposób ujarzmić. Jak dobrze, że dotarł do nas. W Ponte de Lima spotkałem go na mieście szukającego apteki. Mówił że to jego pierwsze i ostatnie Camino. Że nogi pokaleczył, że nie da rady iść dalej, podnosząc i pokazując stopę. Ostatnie kilometry podwiózł go jakiś człowiek spotkany w barze, który słyszał, że pytał jak dostać się do miasta autobusem. „Sam chciał podwieźć, za darmo, jak miałem nie skorzystać? – tłumaczył się gdy śmieliśmy się, że on to potrafi się ustawić. Chciał przerwać pielgrzymkę, wracać już teraz. „Jutro będzie łatwy dzień, idziemy naprawdę blisko, zobaczysz, że warto będzie, dasz radę”. Rano wstał, poszedł i doszedł. I stał się gwiazdą wieczoru. I kolejny dzień znów zdecydował się iść. Bo nam naprawdę nie wiele trzeba. I wszystko to mamy, niczego nam nie braknie. Na Camino.


Tej nocy zupełnie nie śpieszy się nam kłaść spać. Jutro niedziela, niech więc radość trwa.


c.d.n.


Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]