Camino Portugues III. | _Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Camino Portugues III. 2015-10-01

 W trzeci dzień Camino wyruszamy ok. 7:25. Znów troszkę później niż planowaliśmy, ale ciężko jest rano się ogarnąć. Pociechą niewielką jest to, że ponad połowa osób jeszcze śpi, a kolejna część też dopiero się szykuje do wyruszenia. Przed wyjściem sprawdzam jeszcze, czy na pewno wszystko zabrałem. Sprawdzam łóżko, pod łóżkiem, parapet. Muszla. Zapomniałbym o niej.  Paulinie dają się we znaki zbyt wąskie ramiączka od plecaka. Rwie żółty płaszcz przeciwdeszczowy i z jego dwóch części robi sobie improwizowane podkładki. Skąd wie, że do końca Camino nie będzie już padać? 


Idziemy znaną już nam trasą przez most i przez centrum Barcelos. W mieście cicho i spokojnie.  Jakby jeszcze uśpione. Wychodząc z miasta wyczuwam piekarnię. Zapach ciepłego chleba dobiega z drugiej strony ulicy. Wchodzimy na chwilę do sklepu. Dziewczyny testują kolejny rodzaj ciastek, ja wychodzę uzbrojony w półmetrową bagietką. Świeża, tyle że zimna. Nie umiem jednak dopytać po portugalsku, czy nie mają takich prosto z pieca, jeszcze ciepłych.


Idziemy asfaltem do kolejnej miejscowości. Po drodze na polach krowy (a może jakaś odmiana bawołów) z olbrzymimi rogami, czasem owieczki, często winnice. Te ostatnie kuszą wręcz, by się częstować, bo grona już dojrzałe i słodkie. Przy domach spichlerze, małe domki zwieńczone  krzyżami. Krzyże i kapliczki co chwila przypominają, że to katolicki kraj.


 Po ponad dwóch godzinach porannego  marszu i wspięciu się na niewielkie wzgórze docieramy do miejscowości Tamel. Obok kościoła znajduje się tu Albergue. Dom nieduży, współczesny, ściany z kamienia, stali i szkła. Pielgrzymi, którzy tu nocowali już wyszli w trasę. Wchodzimy tam, gdy trwa po nich generalne sprzątanie.  Hospiteros – matka i syn przyjmują nas serdecznie. Niby weszliśmy tylko po pieczątki, ale wykorzystujemy tę okazję by sobie troszkę odpocząć, zrobić kawę, dziewczyny jedzą śniadanie. Zawsze to wygodniej poleżeć na kanapie w holu, niż na trawie czy murku gdzieś przy drodze. Czujemy tam niezwykłe ciepło tego miejsca i  znów do głowy przychodzi ta myśl, że to dom pielgrzyma, więc my jako pielgrzymi jesteśmy tu u siebie.  Wychodząc przed domem spotykamy ojców Bena i Moya, oraz kilka już znajomych twarzy. Uśmiechy, Buen Camino, zachęcamy, by zaszli do albergue po pieczątki i ruszamy dalej.


 Żółte strzałki wiodą nas w kierunku kolejnej rzeki.  Droga polna przed samą rzeką zamienia się stary trakt ułożony z wielkich kamiennych płyt. Stopy i koła pojazdów rozsunęły je nieco, zaokrągliły kanty, niektóre się nieco zapadły. Między kamieniami miejsce znalazły sobie niewielkie kępy trawy. Droga unosi się nieco nad grunt i dopiero teraz dostrzegam, że to jednak nie trakt, to niewielki most bez barierek, dwuprzęsłowy,  po którego lewej stronie wypływająca rzeka tworzy urokliwe rozlewisko, z plażą, pomostem i niewielkim skokiem wodnym. Ponte das Tabuas. Na plaży widać już dwoje pielgrzymów szukających w plecakach strojów. Myśl by też się dołączyć i popływać, choć trochę szkoda czasu. Dziś czeka nas przecież przejście 35 km. Dziewczyny chcą na moście zatańczyć jedną z pieśni uwielbienia. Dają swoją komórkę, by to nakręcić. Robię kilka zdjęć, kręcimy klip. Nadchodzą kolejni pielgrzymi, patrząc i śmiejąc się. Może nie śmiejąc, a uśmiechając, bo radość dziewczyn udziela się nam wszystkim. Łapiemy chwilę oddechu i ruszamy dalej.


Z przeciwnej strony dostrzegamy idącego ku nam pielgrzyma. Niebieskie strzałki prowadzą go ku Fatimie. Ciemnoskóry Francuz. On też ubrany na niebiesko. Z przewieszonej przez szyję bluzy, z jej kieszeni, wystaje głowa małego pieska. Idzie z Francji, już czwarty miesiąc. Do dziś szedł sam, lecz znalazł szczenię i od teraz idą już razem. Człowiek młody, uśmiechnięty. Z jego twarzy bije dobrość i pokój. Robimy wspólne zdjęcie, błogosławię mu i ruszamy dalej.


Kilometry pomału dają o sobie znać. W Lugar do Corgo, koło domu Fernanda Rodrigo Hiacynta Gomesa siadamy by chwile odpocząć. Dom  zwraca naszą uwagę, bo jest oznakowany muszlami pielgrzyma. Żółta, drewniana strzałka z napisem Casa Fernanda zaprasza do środka. To prywatne albergue. Fernando z rodziną od lat przyjmuje pielgrzymów u siebie w domu. My jednak zostać tu nie możemy. Droga znów wiedzie pod górę. W gospodarstwie na szczycie drogowskaz do Porto 73 km, do Santiago 171 km. Daleko jeszcze, to dopiero początki. Na postoju pod domem Fernanda spotkaliśmy dwójkę rowerzystów. Młoda parka z Portugalii. Zrobili nam zdjęcia, chwilę pogadaliśmy, pojechali dalej. Znów ich spotykamy. Dziewczynie stało się coś z łańcuchem, czy z kołem. Chłopak kończy to właśnie naprawiać. Pozdrawiamy się i teraz my ich wyprzedzamy. Chwile później, podchodząc pod kolejną górkę oni doganiają nas. Znów pozdrawiamy się Buen Camino. Pomału czas myśleć o obiedzie. Na horyzoncie widać kościół na tle gór, przed nim cmentarz, z pięknymi kapliczkami i  duży plac obsadzony szpalerem drzew oliwnych.  Na ścianie kościoła jakieś dwie kolumny kolorowych liter. Wyglądają jak naklejka na pralkę  z informacją o energoefektywności. Takie głupie skojarzenie. Napis nad literkami: „ALEGRIA. Abre a tua porta a alegria do Evangelho”.


Za kościołem drogowskaz, że w pobliżu jest bar i restauracja. Trzeba co prawda zejść kawałek ze szlaku, ale reklama wygląda naprawdę zachęcająco. Przed barem widać już grupę pielgrzymów. W środku duża sala, dużo miejsc. Za 5 Euro można dostać Menu Pellegrino. Są też nasi Portugalczycy. Siadamy z nimi do stołu. Jest Indianin z Argentyny. Pojawia się Duńczyk, grupa Amerykanów i Kanadyjczyków. Portugalczycy pomagają wszystkim zamówić obiad, tłumaczą na angielski i hiszpański, sprawiają, że wszyscy czujemy się tu naprawdę dobrze. Obiad dla pielgrzymów to zupa jarzynowa, gulasz z ziemniakami, warzywami i ryżem, do tego woda i chleb bez ograniczeń.  Porcje takie, że nie jesteśmy w stanie zjeść. Jedyną, która uporała się z całą porcją jest ta Portugalka. A że chudzina straszna, to aż wierzyć się nie chce. „Gdzie ty to mieścisz? W kieszenie?” Śmiech…  


Wchodzą do restauracji kolejni pielgrzymi. Pojawiają się nasi Padre amerykańscy. Duńczyk i Kanadyjczycy zostają tu na noc. W barze są pokoje po 20 Euro na dwóch. Nam jeszcze zostaje trochę kilometrów. To dopiero 20 kilometr dzisiaj. Żegnamy się z Portugalczykami. Nie spotkamy już ich. Zapomnimy imiona. Pozostanie w pamięci ich radość, życzliwość. Zostaną też wspólne zdjęcia.  Na mojej i ich lustrzankach.


Droga wiedzie znów pod górę. Z rozpiski wynikało, że największe podejście już mamy za sobą, ale okazuje się, że schemat nie był dokładny. Przechodzimy na drugą stronę niewielkiego pasma górskiego by potem stopniowo schodzić w dolinę.  Ludzie w winnicach rozpoczynają zbiory winogron. Jedna rodzina częstuje nas. Znów radość. Nasza i ich. Aż się uwierzyć nie chce, że tak proste rzeczy potrafią dawać tak dużo radości. Światu nie trzeba wielkich czynów. Wystarczy drobne, codzienne dobro i uśmiech.


Dochodzimy do rzeki Lima. Rzymianie nazywali ją Lete - rzeką zapomnienia. Droga wiedzie wzdłuż rzeki. Poziom wody bardzo niski, w wodzie dziesiątki wysepek białego piasku. Wygląda, że można by ją spokojnie przejść „wpław”. My kierujemy się jednak na rzymski most, od którego miasto wzięło swą nazwę. Jest już po 18:00. Na moście spotykamy Martę i Łukasza. Przed godziną zameldowali się w Albergue. Teraz wracają ze sklepu.  Mówią, że ludzie pytali się ich o Padre w sutannie.


W Albergue w Ponte de Lima, zaraz za mostem miejsc jest 80. Niestety wszystkie zajęte. Jestem 87 na liście. Ale przyjmą nas na nocleg, tyle że  na podłogę. Znajduje się dla mnie nawet jakaś bezpańska karimata. Dla dziewczyn też nie ma łóżek, ale Ania i Łukasz oddają im jedno swoje. Miła niespodzianka. Późno już szukać otwartego kościoła. Mszę św. dziś więc przyjdzie odprawić polowo. Pytam hospiteros gdzie można?  Wskazują  kamienny stół w ogrodzie. Dziewczyny zapraszają wszystkich na Mszę, ja idę do sklepu skompletować brakujące elementy przenośnej kaplicy.  Brakuje świec, wina i obrusa. Dostaję wszystko w dwóch lokalnych sklepach. 


Lekki wiatr sprawia, że ciężko się odprawia pod gołym niebem. Dziewczyny muszą trzymać obrus, ja pilnuję kielicha i hostii. Na Mszę przyszedł także Ronen – Żyd z Tel Avivu. Pierwszy raz na katolickiej Mszy. Pytał się dziewczyn czy może. Oczywiście. Tyle że do komunii przystąpić mu nie wolno, dodajemy, by wszystko było jasne. Zza winkla widzę, że przygląda nam się inna trójka pielgrzymów. Chłopak nagrywa Mszę na telefonie. Zapraszam ich, chodźcie, nie bójcie się. To także Żydzi, Daniel i jego koleżanki. Msza jest po polsku.


Jest piątek wieczór. Zaczyna się szabat. Po Mszy coś jemy, a potem gramy w jadalni w double. Przychodzą nasi znajomi Żydzi. Zapraszają nas na celebrację szabatu. Sprzątamy ze stołu, oni szykują wino, kubek i suchary. Nie mają macy, ale suchary spokojnie nadają się by ją zastąpić. Śpiewają po hebrajsku pieśń aniołów, odmawiają dziękczynienie nad winem i dzielą się nim. Tak samo sucharami. Ronen przykrywa głowę ręką, Daniel zakłada kaptur. Dlatego, że nie mają jarmułek. W plecaku mam czarną piuskę, idę po nią. Także zakrywam głowę. Przez szacunek dla nich i ich religii. I Boga, który tak czynić polecił ich ojcom.


Po modlitwie czas dalej posiedzieć i pogadać. Poznajemy się lepiej z Atarą, Nogą, Liliac, Danielem i Ronem.  Rozmowy o Izraelu,  Camino i o nas. Zaskakuje mnie to, że tak wielu Żydów idzie do grobu św. Jakuba, przecież to nasz, katolicki święty.  Ale i Żyd i pierwszy biskup Jerozolimy. Oni do końca nie zdają sobie z tego sprawy, dla mnie to jednak ważny Boży Znak.


c.d.n.


Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]