Camino Portugues II. | _Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Camino Portugues II. 2015-09-30

Z Vairao ruszamy dość wcześnie – ok. 7:15. Jest już jasno, ale nadal dość chłodno. Początkowa mżawka przechodzi w lekki deszcz, który towarzyszy nam 3-4 km. Wyciągamy kurtki, oblekamy plecaki workami przeciwdeszczowymi i idziemy bo przecież deszcz pielgrzymom nie straszny. Początkowo trasa wiedzie przez las eukaliptusowy. W powietrzu czuć intensywną, egzotyczną jego woń. Drzewa te choć Europie kulturowo obce, przyjęły się tu, a jednocześnie wypierają rodzime gatunki. Chciałoby się powiedzieć stworzone do dominacji. Potężne, dostojne, proste, strzeliste, nagie. Kora pęka, spada lub zwisa płatami tworząc dziwne i obce mi wrażenie: Czy tak wygląda amazońska dżungla? Nie wiem, ale na pewno nie jestem u siebie. Jestem tu gościem, przechodniem, pielgrzymem. To nie mój las.


Po godzinie marszu przechodzimy przez Vilarinho. Droga stąd wiedzie starym traktem przy którym akurat robotnicy wycinają drzewa. Wśród obciętych gałęzi znajduję dość potężny dwumetrowy drąg. W sam raz na kostur pielgrzyma, oceniam natenczas. Kilkanaście kilometrów dalej stwierdzę że jest zbyt duży i ciężki. Do tego kaleczy mi dłonie.  Droga wiedzie wzdłuż rzeki i po chwili z porannych mgieł wynurza się przed nami 800 letni most – Ponte D. Zameiro. Wieki historii pod naszymi stopami. W głowie myśl o wszystkich pielgrzymach, którzy tędy przechodzą. Mosty, kamienie, rzeka niezmienne od wieków. Niezmienne tak samo, jak niezmienna rzeka pielgrzymów, która przez nie zmierza  codziennie do Santiago. Dziś nasza kolej.


Kilkanaście zdjęć i ruszamy dalej. Lekko pod górkę. Wzdłuż drogi winnice, domy, pola kukurydzy. W oddali dostrzegamy kościół w Arcos, a przed nim kolejny rzymski most. Mniejszy, ale równie piękny. Po deszczu i mgłach ani śladu. Słoneczne przedpołudnie. Robię dwa zdjęcia i ustawiam aparat na samowyzwalacz. „Chodźmy na most do wspólnego zdjęcia” Paulina stoi jako pierwsza, potem Ania ze sfatygowaną już lekką polską flagą, ja w sutannie i przywdzianej dziś dopiero pokutnej stule dobiegam dołączyć do nich do zdjęcia. W tym czasie z drugiej strony nadjeżdża ciągnik. Potężny, nowoczesny. Zajmuje całą szerokość mostu. Błysk aparatu, trzy wyjątkowe zdjęcia, potem możemy go przepuścić.


Kościół w Arcos zamknięty. Jak większość na naszej drodze. Podobny też do większości: biały, z wieżą i dzwonami, na elewacji płytki ceramiczne w charakterystycznych niebieskich odcieniach. Dla mnie styl łazienkowy rzekłbym, ale może się ludziom podobać, zupełnie inny niż nasze czerwone, warmińskie, średniowieczne, warowne kościoły.


Koło południa wchodzimy do Sao Pedro de Rates. Na początku miasta rozdwojenie strzałek. Znakujący nie byli jednomyślni, każdy po swojemu próbował wytyczyć trasę przez miasto, czyniąc tym samym nie jednemu z pielgrzymów zagwozdkę: Jak iść?  Wybieramy jedną z opcji, tę prosto,  potem sami dalej wbrew strzałkom ją modyfikujemy, zwłaszcza że chcemy jeszcze znaleźć aptekę, a znakowany szlak skręca dość dziwnie w polną drogę pomiędzy winnicę. Apteki jednak nie widać. Pytamy pani: „Apoteka?” Nie rozumie…  To chyba nie tak będzie po portugalsku… Strzelam więc z łaciny – „Farmacia?” „Si, Si”. I wskazuje drogę prosto, potem gdzieś w prawo. Ruszając dostrzegamy znów żółte strzałki, tym razem jednak idziemy pod prąd. Dwójka pielgrzymów przygląda się nam. Może myślą, że zbłądziliśmy, może ze zmierzamy do Fatimy? Pozdrawiamy ich „Buen Camino”. Odzdrawiają. Okazuje się, że to pierwsi spotkani na naszej drodze Polacy: Marta i Łukasz. Chcieli tu dziś nocować, ale albergue jeszcze nieczynne. Mówimy, że my planujemy iść dalej, tylko najpierw trzeba jeszcze znaleźć aptekę.


Miasto Sao Pedro de Rates piękne, stare. Kościół kamienny, surowy, chłodny, romański. Otwarty. Można wejść na chwilę modlitwy w średniowiecznych murach. Apteka 50 metrów dalej. Z Sao Pedro ruszamy w piątkę. Słońce świeci coraz mocniej. Do plecaków przypinamy niedoschnięte przez noc ubrania. Coraz bardziej zaczynamy przypominać pielgrzymów. Dziewczyny w sklepie kupują muszle z jakubowym krzyżem. Obraz pielgrzyma dopełniony. Po drodze spotykamy znów moich Bułgarów i dziadka z Danii. Idziemy razem, ale i osobno. Camino tym się różni od innych pielgrzymek, że to szlak, gdzie najważniejszą drogą jest ta w głąb siebie. Inni są obok nas, poznajemy się, pozdrawiamy, zamienimy kilka słów i znikamy by sobą nawzajem nie zapełniać pustki, jaka powstaje po oderwaniu od muzyki, Internetu, komórki, codziennych relacji… By w tę pustkę wszedł Bóg. Po kilku kilometrach Marta i Łukasz znikają nam z oczu. Znów idziemy sami.


Popołudniu, po prawie 30 km, docieramy do Barcelinhos. W miasto wchodzimy dość niepewnie, nieświadomi czy to już tu, czy jeszcze nie. Pytamy o drogę niedowierzając strzałkom. Ale one prowadzą bezbłędnie. Cel coraz bliżej. Albergue położone tuż przy Remizie Strażaków – Ochotników, nad rzeką i kolejnym rzymskim mostem. Prowadzi je lokalny dom kultury ludowej. Jedna sala, 20 łóżek. Czysto i przyjemnie. Można zamówić na wieczór kolację: menu Pellegrini – za 5,50.  Przygotują, o ile zgłosimy się wcześniej. „Nie, dziękujemy. Zjemy na mieście”.   Kąpiel, pranie i ruszamy na Mszę i szukać czegoś do zjedzenia do leżącego po drugiej stronie rzeki Barcelos. Kościół widać jak na dłoni. W środku spotykam kościelnego, od którego dowiaduję się, że Msza św. będzie o 19:00. Mogę się do niej dołączyć. Mamy więc dwie godziny. Menu Pellegrino, Menu Pellegrino… chodzimy po mieście i szukamy. Ale jakoś nie widać. Okazja zwiedzić starówkę, drugi kościół. Sesje przy kogutach, symbolu miasta. A w żołądkach coraz bardziej czuć głód. Ponieważ żaden z barów czy restauracji nie serwuje specjalnych, tanich obiadów dla pielgrzymów, wracamy znów za rzekę. Tam obok strażaków i albergue widzieliśmy w sumie jeden taki bar. Trafiamy tam wreszcie. Wnętrze niczym sklep mięsny społem. Lada, kilka stolików, atmosfera dziwna. I strach, by nie powtórzyło się doświadczenie z pierwszego naszego obiadu… Chodźmy dalej…


Trafiamy wreszcie do jednej restauracji. Taka normalna. Trochę turecka. Kartę dań otwierają kebaby. Czasu coraz mniej. Biorę kebaba w bułce, dziewczyny zaś kebabo-tortillę i kebabo-drugie danie. W karcie win uwagę przykuwa Porto. „Także poproszę”. Chwilę później przychodzi pani z czymś co smakuje jak koniak. Czyżby to to? Słyszałem że mocne, ale żeby aż tak… Za chwilę kelnerka przylatuje jeszcze raz, przeprasza. W butelce po Porto mają jakiś swój specyfik podawany na lepsze trawienie.  „Już zaraz podam prawdziwe Porto. Jeszcze raz przepraszam”. Ok.


Dania trafiają na stół pół godziny przed Mszą. Dobrze, że wziąłem kebab z opcją na wynos. Zostawiam dziewczynom pieniądze, chwytam swój w rękę i ruszam. One zdążą spokojnie. Ja muszę być chwile wcześniej.


Kolejna Msza po portugalsku. Ksiądz tym razem nieco młodszy. Może z 50-60 lat. Monsigniore. Przyjemnie porozmawiać z nim po angielsku. Chodzi co jakiś czas do Santiago. Mówi, że z Barcelos schodzi mu się 6 dni. My planujemy dzień dłużej. Dziewczyny w pierwszej ławce siadają z jedną z pań. Pani zagaduje je po portugalsku. Nie ważne, że nic nie rozumieją. Chce się wygadać, pocieszyć, przywitać… Po Mszy jeszcze raz ją spotykamy. Okazja zrobić sobie wspólne zdjęcie i pouśmiechać się. I pogadać. Każdy po swojemu.


W Albergue okazja dziś sobie posiedzieć. Do naszej kompanii dołącza 28 letni Włoch – Donato. Pytał hospiteros o wino Porto a myśmy siedzieli przy otwartej butelce. Zapraszamy.  Ciekawy wieczór na dyskusjach w łamanym angielskim. Pierwszy taki, ale nie ostatni.


c.d.n.


Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]