Camino Portugues I. | _Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Camino Portugues I. 2015-09-29

Słowo „Camino” oznacza drogę. Tę do Santiago, ale i każdą inną. Bo parafrazując łacińską sentencję: Każda droga prowadzi do Santiago. Nie tylko te, oznaczone żółtymi strzałkami. Nie tylko te, którymi idą tłumy pielgrzymów. Tradycyjnie pielgrzymi wyruszali w drogę od siebie z domu i to ich nogi, ich modlitwy, ich wiara wytyczała szlaki. I w pewnym sensie tak jest do dziś.


I ja chciałem wyjść w tę drogę od siebie z domu. Tak jak kiedyś z domu ruszałem do Częstochowy… Taki był pomysł kilka lat temu, gdy pierwsi znajomi wracali z Santiago z głowami pełnymi opowieści.  Problem tylko jak zwykle z czasem. Może jeszcze przyjdzie taki dzień…  


W połowie sierpnia myśl o Camino powróciła jakoś tak sama z siebie… Dwanaście dni urlopu jakie mi zostały w tym roku oraz termin wrześniowy jakby same przez się wskazywały na słoneczną Hiszpanię i trasę z Porto liczącą  w różnych wariantach od 230 do 260 km. Dwa tygodnie przygotowań, konsultacji i co ważne, modlitwy, by to wszystko odpowiednio rozplanować.  Rozmawiam o tym z Jackiem, Anią, bliźniaczkami. Zgłaszają się też dwie dziewczyny, Ania i Paulina, chętne by dołączyć się do tej wędrówki. One też zaciągają języka od innych znajomych. Na odpuście w Miroslavas kolejne wskazówki daje mi także ks. Biskup.  On także pieszo pielgrzymował do Santiago. Ksiądz chce iść sam? Zabierze ksiądz kogoś. Szkoda świeckim nie pokazać takich niezwykłych doświadczeń. Iść samemu to byłby grzech…  Kupujemy bilety, pakujemy kilkakrotnie plecaki, za każdym razem wyjmując z nich kolejne rzeczy, które mogą okazać się zbędne i ruszamy.


Do Porto dotarliśmy w środę o 8:30. Dolecieliśmy samolotem. „Na raty” przez Brukselę, z koczowaniem od północy do rana w hali odlotów. Zresztą nie jedyni. Przy każdej ścianie, w każdym kącie, nawet przy taśmach do nadawania bagaży turyści z tanich lotów rozkładają swoje śpiwory. Torba z pieniędzmi, dokumentami  i telefonem schowana głęboko w plecaku, plecak pod głowę. A może by budzik na  4:00 ustawić? Nie chce mi się szukać, wyciągać… 3:55 podchodzi do nas ochrona lotniska, „wake up, wake up!” Czyżby ktoś za nas zamówił budzenie?


Ale Bruksela już za nami. Z lotniska w Porto wraz z grupą Polaków z Erazmusa, zwłaszcza z załamaną rozstaniem ze swoim Podlasiem Gabrysią idziemy do metra by dostać się do centrum.  Zakup biletów po portugalsku to niemałe wyzwanie. Dobrze, że przy automatach na stacji airport dyżurują panowie z obsługi. To co nam sprawia problem, oni załatwią jednym palcem, nie przerywając sobie rozmowy przez telefon. Są też mapki z trasami metra. Wszystko staje się jasne i przejrzyste.  Wiemy już, że do Katedry można by dojechać dość sprawnie, z jedną przesiadką, lecz my te trzy ostatnie stacje żółtej linii decydujemy się pokonać pieszo. Będzie okazja choć trochę zobaczyć miasto.


Zaliczamy informacje turystyczną, głownie ze względu na darmowe wi-fi , idziemy przez jakiś plac, widzimy jakieś pałace. Wchodzimy m.in.  na wierzę kościoła „Clerigos” bo to ponoć obowiązkowy punkt zwiedzania. I w sumie byłoby na tyle. W tym czasie zaczyna padać deszcz. Do tego czas goni nas. Koniec zwiedzania. Zakładam sutannę do tej pory przewieszoną przez rękę i pędzę w niej, w  kurtce i w strugach deszczu w stronę, gdzie wydaje mi się, że widziałem Katedrę. Nawet udaje się trafić kwadrans przed 11:00. W środku widzę niewielki kramik. Więc to to. Tu nabywam Credidencial – Paszport Pielgrzyma. Przestaje być turystą, podróżnym. Wchodzę na Drogę. Jej pierwszy punkt Msza św. według danych z przewodnika już za kwadrans. Zakrystianin (Ja mówię do niego po angielsku, on do mnie po portugalsku) słysząc, że Polacco, tłumaczy, że o 11:45 będzie polska grupa, mógłbym się do nich dołączyć. Dziękuję, ale nie po to śpieszyliśmy się przecież by zdążyć na 11:00. A język to przecież nie problem. Znacznie ważniejszy jest teraz czas. Na Mszy o 11:00, jest nas nie więcej niż 10 osób. Starszy kapłan wita mnie i pielgrzymów, pani śpiewa do mikrofonu, kościelny służy do Mszy. Tłumy turystów z przewodnikami przechodzą co chwila i znikają gdzieś w głębi kościoła.


Po Mszy (i szybkim, darmowym dla księży, zwiedzaniu muzeum przykatedralnego) ruszamy szukać pierwszych strzałek. Trochę po strzałkach, trochę na wyczucie idziemy pierwsze kilometry łącząc pielgrzymkę ze zwiedzaniem miasta. Bo jak nie dotrzeć nad rzekę, jak nie zobaczyć mostu Dom Luis I. Trzeba by też spróbować wina Porto… Na to ostatnie czasu brak i przyjdzie nam poczekać jeszcze trzy dni. Pierwsze dwa punkty odhaczamy.


 Znów zaczyna padać. W jednej z bocznych uliczek chowamy się przed deszczem w bardzo wąskiej sieni starej kamienicy. Deszcz ciepły, mimo września sklasyfikowałbym go jako letni. Po 20 min ustaje, ruszamy dalej. Jako że pierwsze możliwe Albergue leżą 25 km od Katedry Porto, decydujemy się na powrót metrem w okolice lotniska. Stacja Vilar do Pinheiro polecana jest zresztą nawet w przewodnikach jako dobry start na pierwszy dzień. Paulina straszy, że czasu coraz mniej. Już 14:00… W metrze okazuje się, że owszem, ale polskiego czasu. W Portugalii jest godzinę wcześniej. Czyli trzymamy się planu. Na stacji metra miła niespodzianka. Latarnia na peronie oznakowana żółtą strzałką. Przypominają mi się własne słowa. To stopy pielgrzymów wyznaczają szlaki Camino. Także tę drogę metrem przez stację Vilar do Pinheiro. 


Ruszamy dalej, by po kilkuset metrach zatrzymać się w pierwszym napotkanym barze. Przecież nic dziś jeszcze nie jedliśmy. Wchodzimy na obiad zapytać o osławione Menu Pellegrino. Rozmowa z obsługą w znanym już wariancie angielsko-portugalskim okazuje się znacznie trudniejsza niż z kościelnym katedry w Porto. Przechodzimy więc na język behawioralny. Gesty, wyrazy dźwiękonaśladowcze, machnie rękami i prezentacja gotowych posiłków na talerzach. Dziewczyny zamawiają rybę, ziemniaki, kapustę, ja kurczaka z frytkami.  Moje danie da się jeszcze jakoś zjeść. Dziewczyny ledwo coś skubły. Nie wiemy co bardziej nieświeże. Ryba, czy kapusta. Chce nam się śmiać. W innym wypadku robilibyśmy pewnie awanturę, ale że jesteśmy już pielgrzymami, mówię by potraktować to jako ofiarę. Idę zapłacić za wszystkich, zanim dziewczyny się rozmyślą. Pan Bóg odda nam to w inny sposób.  Po kilometrze czy dwóch wchodzimy już na prawdziwy szlak. Strzałki stają się wyraźniejsze i regularniejsze.  Na razie tłumów pielgrzymów nie ma. Nasze dzisiejsze 8-10 km do Vairao mija spokojnie. Deszcz już nie pada. Nocleg przypada nam w pięknym białym klasztorze. W bocznym skrzydle, na trzecim piętrze urządzone jest miejskie albergue. Hospitera nie mówi po angielsku. Zna za to francuski. Ja niby też kiedyś coś się tego języka uczyłem. Staram się coś zrozumieć, choć bardziej się domyślam, niż tłumaczę. Ile to już lat minęło od lekcji z p. Margol w liceum? Będzie to prawie 20…


Były klasztor w Vairao to tylko jeden z kilku wariantów noclegu. Część pielgrzymów ten dzień kończy kilka kilometrów dalej w Vilarinho, część nad oceanem w Vilar de Conde, gdzie zatrzymują się w remizie u strażaków , albo też gdzieś w Matosinhos. Dlatego na pierwszym  noclegu jest nas zaledwie kilkanaście osób. Dwa pokoje dla mężczyzn, jeden dla kobiet. Ania i Paulina śpią same. Ja dzielę pokój z dwoma Bułgarami. Jeden starszy, może 60-70 lat. Drugi młodszy, w moim wieku. Chyba jego syn. Camino to dobry pomysł na męskie wyprawy ojca i syna. Myśląc o tym miałem jednak przed oczami obraz ojców i synów nieco młodszych. Pierwsza lekcja, że na Camino wiek nie gra roli. Camino to droga pokuty, droga nawrócenia, przemiany, droga świętości. A to potrzebne nam wszystkim, niezależnie od lat…


Późnym wieczorem przychodzi do nas jeszcze jeden pielgrzym – Scott. Hospitery już nie ma, poszła do domu. W puszczam więc go sam, tłumaczę co i jak, gdzie kuchnia, prysznice, gdzie może wrzucić ofiarę i się wpisać do księgi nocujących. Prowadzę do naszego pokoju, gdzie zostało jedno wolne łóżko. Śmieje się, że czy ja na pewno nie jestem hospiteros. Nie, ale jestem jednym z pielgrzymów. A Albergue to dom pielgrzyma, nasz wspólny dom. Na tę jedną noc.


 Tym sposobem nasz pokój się zapełnił. W drugiej męskiej sali usytuowali się inni pielgrzymi. W śród nich Beniamin i Moy. Na widok mojej sutanny ucieszyli się. Oni też są księżmi. Obaj Amerykanie meksykańskiego pochodzenia. Jeden rok, drugi dwa lata kapłaństwa. Sutanny, jak mówił o. Ben, w Ameryce noszą jedynie w Wielki Piątek, w Meksyku nieco częściej. Ale by pielgrzymować w sutannie… Tego się nie spodziewali. Dla mnie zresztą to też był pewien dylemat. Z kimkolwiek z księży rozmawiałem, nikt Camino nie szedł w sutannie. Nie ma takiej potrzeby, nie ma tam takiej tradycji… słyszałem. Ja jednak wychowany  jestem przecież przez biskupa Juliana na pielgrzymkach częstochowskich i wileńskich. I jakoś nie wyobrażam sobie, by pielgrzymkę przejść na świecko… Sutanna to przecież nie tylko strój liturgiczny. To znak przynależności do Chrystusa. Wyłącznej i pełnej. Nie tylko przy ołtarzu, ale na co dzień.  Dwa, trzy dni przed Camino wiedziałem, że  ja w swoją drogę bez sutanny wyruszyć nie mogę.


 c.d.n.


Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]