|
filmik z panią Basią zamiast notatki :)
2012-05-17
Dziś mam wolne - to i może na blogu zrobię wolne :) Zamiast tego więc dam filmik p. Basi :)
Skomentuj [0]
zaspanie, rower i tłuste majówki... 2012-05-16
Zaczęło się głupio... Od nieustawienia wczoraj budzika... Co jak można się było domyśleć zakończyło się nie wstaniem na poranną Mszę. Dobrze, że był rano ks. Generał (wikariusz generalny), to odprawił za mnie tę intencję... Byłem troszkę zły na siebie, ale cóż... Najśmieszniejsze, ze wczoraj sobie myślałem o tym, że już pół roku nie zdarzyło mi się zaspać... Na śniadaniu spotkałem tylko ks. Vitaliusa, więc uspokoił mnie że "nera problema" i że "viskas buvo gerai". No nic... Odprawię z proboszczem o 12:00. O 10:00 mam telefon z Kurii. Ks. Kanclerz. Czy mogę przyjść? Ok. Za chwilę będę. Ciekawe po co. Oczywiście byłem spokojny, bo nic na sumieniu ostatnio nie mam, ale zawsze to tak dziwnie... Wychodząc spotkałem jeszcze w kuchni proboszcza i mu powiedziałem o zaspaniu... Tak spokojnie z żartem... Pośmieliśmy się... Ma dobry humor. W kurii okazało się że są zaproszenia do przetłumaczenia na polski. Zobowiązałem się już wcześniej, że chętnie będę pomagał w takich sprawach, bo choć i biskup i kanclerz mówią po polsku, to jednak w pisaniu łatwo zrobić jakiś głupi błąd. Że ruch w kancelarii duży, to poprosiłem o przesłanie tekstu na maila i do Mszy św. się z tym uporałem. Mszę odprawialiśmy tak jak wczoraj - we trzech... Ja prowadziłem, kanonik głosił kazanie, a proboszcz po wszystkim śpiewał litanię do Matki Bożej. Po obiedzie miałem dziś jeszcze lekcję litewskiego - dziś siedzieliśmy dalej nad odmianą, bo to mi najgorzej idzie... W rozmowie często dalej posługuję się tylko mianownikami, coś w stylu "Może pojedziemy mój samochód?" niby znam przypadki, ale nie zawsze chcą odpowiednie wskoczyć... stąd czeka mnie z tym dużo pracy. Dodatkowo zajęliśmy się też kolejnymi rzeczownikami... Dziś np. części ciała... bo do tej pory znałem tylko te podstawowe: Galva, Ranka, Koja Krutynie, akis, noisis, lupus. (głowa, ręka, noga pierś, oko, nos, usta)... teraz na kartce mam wypisane pozostałe, od włosów, przez pępek, bark i kręgosłup.... Oby jeszcze w głowie one były... albo w małym palcu...
Muszę troszkę zrzucić kilogramów i poprawić kondycję przed wakacjami. A wakacje zaczynam już za niecałe 3 tyg. Wystraszyłem się jak ostatnio w ciągu pierwszego tygodnia maja przybyło mi 3 kg. Od niedzieli do dziś już je zgubiłem... Ale jeszcze tak z 5-8 bym chciał... Zobaczymy jak wyjdzie. Liudvinavas 2012-05-15
Sezon rowerowy otwarty. Wczoraj znalazłem pompkę (dobrze schowana po przeprowadzce na Litwę) :) i uruchomiłem po roku nieużywania mój rower. Na pierwszy raz wybrałem trasę na Liudvinavas. Było to jakieś 12 km. Nie chciałem za dużo, pomny różnych doświadczeń. A nuż coś się stanie i trzeba będzie wracać z rowerem pod pachą :) albo szukać kogoś, kto po mnie przyjedzie "wozem technicznym", jak kiedyś Ilonka i Daniel, gdy po zimie wybrałem się pierwszy raz na rower i poszło koło... Przypomniała mi się wczoraj ta akcja... Było ciekawie, tam pod Wozławkami... Trasa do Liudvinavas okazała się naprawdę przyjemna. Ruszyłem szosą na Krosnę, a dokładniej ładną, równą, wyasfaltowaną alejką rowerową biegnącą jakieś 5 m od jezdni. Ładnie i bezpiecznie. Do Liudvinavas wjechałem przez teren ogródków działkowych położonych w zakolu Szeszupy. Droga wiodła przez stary drewniany most, po którym szczerze powiedziawszy bałbym się jechać autem... Tabliczki jednak pozwalały, zaznaczając jednak, że na moście nie może być więcej niż jedno auto na raz. Ogródki działkowe stanowią dziś na Litwie pewien problem. Wiele altanek zamieniło się w wille i całoroczne rezydencje. Doprowadzona jest woda, światło, ludzie mieszkają tam, choć przez brak dróg dojazdowych (jedynie wąskie alejki) są poważne problemy z odbiorem śmieci, czy przyjazdem karetki lub straży pożarnej. Liudvinavas leży pomiędzy drogą z Marijampola na Krosnę i drugą - na Kalwarię. Przebiłem się więc na drugą stronę i tzw. Starą Drogą wróciłem do miasta. rower spisał się nieźle, choć trzeba go jeszcze troszkę naoliwić i zmienić baterię w liczniku. Jutro planuje wybrać się znów, tym razem z drugim wikariuszem.
Zwariowana niedziela... 2012-05-14
Ta niedziela zaczęła się ciekawie... O północy żegnałem się ze znajomymi i wyjeżdżałem z Bisztynka... (po bierzmowaniu). Do domu zajechałem trzy i pół godziny później - o litewskiej 4:30... A jeszcze trzeba napisać kazanie... Napisać to może wielkie słowo... siedząc w aucie chodziło mi po głowie wiele myśli do homilii teraz trzeba to zebrać... Ponad godzinę się męczyłem... Na dworze było już w miarę jasno, gdy zasypiałem. Trzy godziny później byłem już w zakrystii. Kazanie miałem na drugiej naszej Mszy. Poszło nad wyraz dobrze. Z 2o minut ćwiczyliśmy je z ks. Virginiusem i wystarczyło :) Ale przed mami jeszcze jedno wyzwanie - I komunia. Do "genialnego" pomysłu proboszcza, abym to ja ją poprowadził byłem nastawiony sceptycznie. Przejrzałem teksty Mszy św. - Dość proste oracje. Przygotowałem też nową prefację - V wielkanocną. Tej jeszcze nie czytałem :) Na ołtarzu poukładałem fiszki ze ściągami. Przywitanie, zachęta do zapalenia świec, informacje o komunii św. Oprócz mnie nad całością czuwała jeszcze p. Jurate - katechetka, oraz ks. Marius, który uroczyście wprowadził dzieci do kościoła, przeprowadził obrzęd błogosławieństwa przez rodziców, przeczytał Ewangelię i wygłosił kazanie. To troszkę mnie odciążyło. Ta grupa dzieci I-komunijnych była mocno kameralna - 12 albo 14 osób. Nie pamiętam teraz dokładnie. Ale wśród niej byli dwaj nasi ministranci i sporo takich znanych mi z kościoła twarzyczek. Starałem się nie spieszyć z modlitwami i generalnie przyniosło to dobry efekt. Po Mszy św. przyszedł czas na sesję fotograficzną. Dużo uśmiechów, radości ciepła. Fajna atmosfera ze strony rodziców i dzieciaczków. Jak dostanę od Jurate jakieś zdjęcie, to wstawię :) A tym czasem kończę, bo minęła już 2:00. Miłość to obecność 2012-05-13
To wszystko stanęło mi przed oczami, gdy wczoraj wraz z biskupem Jackiem wyciągaliśmy nad nimi ręce prosząc Ducha Świętego o dary chrześcijańskiej dojrzałości dla nich... Na początku miałem troszkę wątpliwości czy jechać, ale jak poradziła mi jedna osoba, zamiast się zastanawiać trzeba to przemodlić... Dobrze, że bez większego problemu udało się oddać ks. Virgniusowi wieczorną Mszę św., którą miałem w grafiku wpisaną w koncelebrze z ks. Mariuszem. Po porannych Mszach żałobnych, po spowiedziach, obiedzie i pogrzebie wsiadłem w auto i pojechałem... Choć za granicą, to jednak tylko 230 km. Zastanawiałem się by coś przygotować dla tych moich Skarbów. Zdecydowałem się, że zrobię dla nich obrazki św. Patronów. Od tygodnia próbowałem więc wywiedzieć się, kto jakie imię obiera na bierzmowanie. Następnie szukałem ciekawych wizerunków tych świętych i przygotowałem ich obrazki do wywołania u fotografa. Część udało mi się wydrukować w Wilnie w piątek, pozostałe w sobotę tuż przed wyjazdem, ponieważ dopiero po powrocie z Wilna, dostałem na maila listę bierzmowanych z imionami (prawie wszystkich) pozostałych. Zwariowane to wszystko było, ale ja lubię takie wariactwa. Pozostało jeszcze tylko oprawić obrazki w ramki. Na to jednak brakuje już czasu... Trzeba jechać, by się nie spóźnić. Myślałem sobie przez chwilę, że przydałby się jakiś autostopowicz :) Tym razem jak na złość nikogo nie ma... Z pomocą przyszli znajomi z Bisztynka. Byłem jakąś godzinę przed Mszą, więc zajechałem do jednej rodzinki i jak usiedliśmy do roboty w trzy osoby to po pół godzinie sytuacja była opanowana. W zakrystii byłem piętnaście minut przed czasem :) Mszę przeżywałem bardzo radośnie. Dołączyłem się do Księdza Biskupa do koncelebry. Liczyłem, że będzie odprawiał razem z kapelanem, ale ks. Rosłan gdzieś znikł. Skoro jednak przejechałem taki kawał drogi to przecież nie po to by gdzieś w komży siedzieć w zakrystii. :) Liturgię przeżywałem bardzo radośnie, i to nie tylko za sprawą okolicznościowych "grzeczności" w stylu - Ekscelencjo Książę Biskupie (powitanie przez rodziców), czy "Ksiądz Proboszcz Kanonik to już ostatni co tak Poloneza wodzi" (to odpowiedź biskupa na niezwykłe w swym doniosłym stylu podziękowania księdza Proboszcza). Radość była cały czas, bo przecież oni w większości są dla mnie kimś znacznie więcej niż tylko byłymi uczniami... Po bierzmowaniu była okazja posiedzieć z księżmi i biskupem, a następnie odwiedzić jeszcze dwie rodziny... A potem powrót do domu i pisanie nad ranem kazania. Na sen też się chwila znalazła... nie za wielka... Jak się przed chwilą okazało, gdy się kładłem, to ks. Virgilius właśnie wstawał...
Okrągła VI rocznica... 2012-05-13
Rocznica już za tydzień... 20 maja... By to nie przeszło ot tak postanowiłem swoje dwa dni wolne - czw. i pt poświęcić na dzień skupienia. Po porannej Mszy pojechałem do Wilna do klasztoru sióstr Jezusa Miłosiernego. Tam dostałem chyba najlepszy do tego celu pokój... za zakrystią klasztornej kaplicy... Mogłem do późnych godzin wieczorem bez przeszkód trwać na modlitwie w tym miejscu, gdzie przed laty malowany był pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego (była pracownia p. Kazimerowskiego to teraz właśnie ta kaplica). Przez dom sióstr przewijało się dość dużo ludzi, ale to nie był aż taki problem... Szczególnie, że jedną z tych osób był ks. Józef, proboszcz z Mejszagoły, spowiednik sióstr. Ja także postanowiłem skorzystać z jego posługi...
Spowiedź, przed klasztorem, w cieniu zrujnowanego kościoła s. Wizytek była kolejną wielką łaską... Łaską by po raz kolejny odrzucić wszelkie zło i wybrać wierność powołaniu. Dziękuję Ci Panie za wszystko...
* I zdjęcie - diakonat (z rąk bpa J. Jezierskiego) ** obraz Powrót syna marnotrawnego (Bartolomé Esteban Murillo, ok. 1667-1670)
I komunia 2012-05-09
Warto też wspomnieć o I spowiedzi. Otóż dzieci jak już wcześniej zauważyłem do I spowiedzi przystępowały już znacznie wcześniej - chyba na początku września i od tamtej pory co miesiąc miały kolejne spowiedzi, choć jeszcze do komunii nie przystępowały. Dopytywałem się o to, to wyjaśniono mi że wiąże się to z nie uczęszczaniem większości w niedzielę na Msze (mamy około 8 proc. "dominicantes" w porównaniu z 30-40 proc. w Polsce). Dla wielu z nich I spowiedź mogłaby być ostatnią na dłuższy czas, a wiadomo że zwłaszcza te pierwsze spowiedzi są dla dzieci trudne, więc aby im pomóc przezwyciężyć stres, strach "przyzwyczaić się i nauczyć się korzystać z tego sakramentu wprowadzono takie rozwiązanie... W następną niedzielę mamy mieć dwie I komunie. Jedną z nich mam ja sprawować... Też wymyślili... W siną dal... 2012-05-06
Dziwnie tak jechać w siną dal... Ale z drugiej strony życie samo pisze najlepsze scenariusze. Jak wspominałem we wcześniejszej nocie ok. 18:00 byłem w Suwałkach i byłem już wolny. Jako że do rodziców daleko - 500 km, to odpadało... myślałem przez chwilę o znajomych z Gołdapi i Dubeninek, ale po telefonach okazało się że nie da rady. Ruszyłem więc na Warmię. o 21:00 byłem w Troszkowie. Tam też mieli odpust Matki Bożej Królowej Polski. Trochę serca wkładałem przez trzy lata w to, by miał on radosną i taką festynową formę. W zeszłym roku mocno zaangażowali się w to także sołtys z rodziną. Zawsze można było liczyć na strażaków i nasze "babcie". Ciekaw byłem jak wyszło w tym roku? Posiedzieliśmy z półtorej godzinki przed remizą przy grochówce i ciastach i była okazja posłuchać o występie chóru, Mszy, festynie... To spotkanie choć nieplanowane, było dla nas wszystkich bardzo ważne. Bo przecież ksiądz to ten, który powinien być z ludźmi i w ich radościach i w ich problemach... Po wszystkim wpadłem jeszcze w Bisztynku na jedną późną kawę i przed północą dojechałem do ks. Pawła do Lidzbarka. Jak dzwoniłem do niego by spytać czy mnie przenocuje to myślał że go wkręcam. Zwłaszcza, że widzieliśmy się dzień wcześniej u mnie na Litwie. :) Rano po śniadaniu przygotowanym przez p. Wandzie księża polecieli do chorych - pierwszy piątek miesiąca - a ja pomału wracałem do siebie... Pomału, bo jeszcze z postojem w Bisztynku. Poprzednio dostało mi się opr przez telefon, że byłem u sąsiadów, a nie odwiedziłem... Ciężko wszystkich odwiedzić. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że szczerze bym chciał, bo większość rodzin z poprzedniej parafii jest mi bardzo bliska, ale nie jest to przecież realne... Nie da się zrobić drugiej, majowej kolędy. Da się jednak zaprosić innych, i już po 9:00 było nas u wspomnianej sąsiadki troszkę... :) Po półtorej godzinie czas ruszać dalej... Chwila w szkole - gimnazjum... Pomysł władz miasta by w pon. śr. i pt. uczniowie szli do szkoły był chory i widać że kompletnie się nie sprawdził. Wielu ludzi w tym czasie specjalnie bierze urlopy by gdzieś pojechać, a reszta nawet jak może to nie przyjdzie, bo przecież Maj to Maj... W klasach było po dwóch, trzech uczniów... 50 osób. Dużo rzeczy rozumiem, ale tego nie bardzo... Nie ma sensu wymagać rzeczy, których wiadomo że się nie da zrealizować... Do Marijampola przyjechałem na 1,5 h przed Mszą wieczorną. W tym dniu mieliśmy jak już wspominałem wcześniej drogę światła. Miała być po Mszy św. Tyle że okazało się że jest także występ w ramach festiwalu chórów, jaki od świąt się odbywa w naszej parafii. No i jeszcze litania. Młodzieży dość dużo... około dwudziestki. Fajnie że są. Coraz bardziej się z nimi zżywam i ciekaw jestem jak to będzie z trzy tygodnie (po ich bierzmowaniu). Może ich troszkę zostanie? Mam taką nadzieję. Ale wracając do Mszy, Drogi Światła i Festiwalu. Pani Virginia już wiedziała o tym że mam mieć nabożeństwo, i przeprosiła że się tak wbili dodatkowo z koncertem, i zapewniła że występ krótki... 15 minut. Mają śpiewać tylko najmłodsi soliści. No to dobra. My się w takim razie przygotujemy. No niestety okazało się że to "ruskie" piętnaście minut. Po koncercie, który był piękny, nie można tego nie przyznać, ale trwał z 50 min. nikt poza młodzieżą na drogę światła już nie został... Byliśmy więc sami. Onute, Edyta i p. Irenka - organistka zadbały o śpiew, Vilusa ubraliśmy w komżę i szedł z paschałem po stacjach drogi krzyżowej, kolejny chłopak - uciekło mi teraz jego imię - wyświetlał na ścianie prezbiterium ikony przedstawiające 14 stacji drogi światła, ja od ambonki prowadziłem nabożeństwo, a dziewczyny czytały teksty z Ewangelii opowiadające o każdym ze spotkań Zmartwychwstałego Jezusa. Podziwiam ich że zostali do końca. Widziałem też że poczuli, przynajmniej część z nich radość ze Zmartwychwstania. Szkoda tylko, że tak wyszło z p. Virginią. Gdyby realnie oceniła czas, to po prostu zabrałbym ich do salki i tam byśmy tę drogę odprawili. Zawsze cenię swój czas i jednocześnie staram się doceniać i szanować czas innych. Ale było, minęło. Będzie to okazja by jeszcze bardziej docenić tę naszą litewską młodzież, a myślę że to im jest także mocno potrzebne :) Zwłaszcza w relacjach z Kościołem. Jako dodatek zamieszczam ikony wykorzystane w czasie Drogi Światła Trzeci Maj :) 2012-05-05
3 maja na Litwie nie obchodzą w ogóle, choć konstytucja była przecież naszą wspólną. Ale dlaczego tak jest, wyjaśnię kiedy indziej. Nie obchodzą tego dnia także jako Święta Maryjne. Ale trudno tak 3 maja nie pamiętać o tych dwóch świętach. dobrze że miałem zaproszenie do Rutki na Odpust. Tyle, że to czwartek - moje wolne... Odpust o 13:00. Jurek prosił, by być, bo ma dodatkowe intencje przyjęte... Dzień wcześniej gościłem u siebie ks. Pawła z Lidzbarka. Pod wieczór wraz z nim, oraz z księdzem diakonem podjechaliśmy do Rutki... Tak obchodzić wigilię odpustu (a Paweł też zaległe Jurkowe imieniny). Okazało się, ze na odpust przyjadą też czterej lubelscy dominikanie. Może więc ja nie jestem potrzebny... To pojechałbym po rannej Mszy gdzieś dalej... Myślałem o rodzicach, zresztą tam też jest parafia pod tytułem Matki Bożej Królowej Polski, więc tam też odpust... tyle że to w dwie strony 1000 km. Sam nie wiem... Noc słabo przespana... jak kilka ostatnich. Po Mszy i śniadaniu nie bardzo nadaję się na dalekie jazdy - raczej trzeba by dospać. Ja i Vitalius mamy wolne, ale Virginius zostaje dziś na dyżurze z dwoma pogrzebami. Po śniadaniu pytam się więc go, czy nie potrzeba pomocy. Nie, spoko... Dzięki z pamięć... Ale po jakiś 40 minutach pukanie. Jak możesz, to może weźmiesz ten pogrzeb o 12:00? Do 12:00 jeszcze trochę, akurat by dokończyć przygotowanie materiałów na piątek wieczór na Drogę Światła. Stworzyłem więc Event na FB, rozesłałem zaproszenia, posiedziałem też nad tekstami i multimediami. Pogrzeb zaskoczył mnie liczą osób... ponad 100 wiernych to tutaj rzadkość. Nadal czuję opory, stres - jak ludzie odbierają jakieś przekręcenia i gafy językowe w tak dla nich obfitym w emocje czasie, jak pogrzeb najbliższych. Pan z rodziny, który wiózł mnie z kaplicy na cmentarz uspokaja. Ksiądz naprawdę jest tu tylko 9 miesięcy? Naprawdę nieźle ksiądz mówił... Samemu nie chce się wierzyć, zwłaszcza, że widzę i słyszę nie jedno swoje przekręcenie... cieszę się z tej wyrozumiałości... Po pogrzebie - ok 13:00 wsiadam w auto i jadę na odpust. Po 40 minutach - o 12:40 jestem na miejscu... Ta godzina różnicy czasu to dobra sprawa. Mszę odprawialiśmy w siedmiu. Przewodniczył ks. Andrzej z diec. elbląskiej. Kazanie mówił bardzo szybko. Dosłownie zjadał wszystkie kropki i przecinki. Ale mówił niezwykłe. Widać klasę księdza. Jest po studiach rzymskich, były rzecznik kurii, wykładowca teologii fundamentalnej. Jak już wspomniałem było też czterech dominikanów. Odpoczywają na Wigrach i pięknie opaleni prosto po porannym kajakowaniu wpadli z nami się modlić. Jeden z nich - Sławek - przez sześć lat był w Wilnie. Pięknie mówi po litewsku.Cieszył się z tego zwłaszcza ks. Linas - proboszcz z Wisztyńca (Litwa), bo po mszy Sławek chętnie przeszedł w rozmowach z nim na j. litewski. Troszkę ja też się dołączyłem, a oprócz tego j. litewski znało też trochę dwóch innych księży z tego przygranicznego dekanatu. Choć Linas mówi po polsku, to jednak cieszył się bardzo, że to nie on musi się zawsze dostosowywać do innych... Po obiedzie podjechałem jeszcze do Suwałk, gdzie kończyła się Oaza Modlitwy Animatorów Ewangelizacji prowadzona przez ks. Krulaka z Krościenka. W tym dniu mieli właśnie akcje ewangelizacyjną w dwóch parafiach - taka indywidualna ewangelizacja. Wpadłem akurat na godzinę świadectwa. Była to okazja troszkę pooddychać troszkę "oazowym" powietrzem w najczystszej formie. Ok. 18:00 byłem wolny... co dalej? Wracać do domu? mam jeszcze dobę wolnego :) Pomyślałem, że jadę przed siebie... Litewski scenriusz przebiegu nabożeństwa drogi światła 2012-05-04
Šviesos kelias tekstas
|
Wieczorem umawiałem się na rower z ks. Vitaliusem, ale że ok 18:00 pogoda była nie za ciekawa to się wystraszył. Zapowiadali "Szkwalas". Ja ponieważ wczoraj nie byłem to jednak się zdecydowałem. Pojechałem tak zachowawczo. Po mieście po parkach nad Szeszupą. Pogoda może nie rewelacyjna, deszcz wisi w powietrzu ale jeszcze nie teraz... To jeszcze kawałek... W sumie wyjechałem aż za Via Balticę... Potem wracałem już przez miasto... Ostatnie dwa kilometry zaczęło już kropić, ale nie zdążyłem jakoś specjalnie zmoknąć. Chwila i byłem na miejscu... Po przeliczeniu km w google map (muszę po dwóch latach zmienić baterię w liczniku na rowerze) wychodzi znów ok 10-12 km. Oby tak dalej.
Już troszkę wcześniej przygotowywałem się do spowiedzi generalnej - z tych sześciu lat kapłaństwa... starałem się dojrzeć te wszystkie sprawy, dobre i złe które przez sześć lat mnie kształtowały i prowadziły do dnia dzisiejszego... Dużo było rzeczy trudnych, upadków, zaniedbań... Ale jednocześnie dobitnie widzę jak Bóg za każdym razem wyciąga ręce, podnosi, daje konkretne osoby, zadania i łaski, które są lekarstwem na grzech i szansą na duchowy rozwój. "Gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze bardziej rozlała się łaska..." Tak postrzegam moje przeprowadzki do Bisztynka czy obecny pobyt na Litwie... Tak postrzegam ludzi, wśród których posługiwałem, mieszkałem, żyłem i do dziś żyję... Był taki czas, gdy niczym syn marnotrawny jakoś w pierwszym, czy drugim roku kapłaństwa rzekłem Bogu - Już nie jestem godzien nazywać się Twoim Synem - uczyń mnie choć jednym z najemników... Bóg tej modlitwy wysłuchał, ale jednocześnie dał poznać, że nie najemników mu potrzeba... że nie po to mnie zrodził w powołaniu, bym był najemnikiem... Dziś, po tych kilku latach dostrzegam, że właśnie wtedy też zaczęła się ta wielka przygoda, jaką jest życie w Duchu...
W niedzielę rozpoczęliśmy I komunie święte. Będziemy mieli je przez cały maj, bo jest dużo grup z naszej parafii (św. Vincentego) jak i z parafii ks. Mariusza (bł. Jana Pawła II). W niedzielę była to 37 osobowa grupa dzieci od ks. Mariusza. Jak wygląda I komunia? Podobnie jak u nas. Wszystkie dzieci ubrane w ładne białe alby ze złotymi ornamentami, kościół ozdobiony kwiatami (nie ma znanych z Polski styropianowych dekoracji), dzieci i rodzice zaangażowani w przebieg liturgii. Co ciekawe, dzieci siedziały nie wszystkie razem, lecz z rodzicami. Początek liturgii to błogosławieństwo od rodziców, potem zaś wszystko normalnie. Ciekawie było także z komunią świętą. Dzieci wraz z rodzicami podchodziły przed ołtarz i tam wspólnie przyjmowali komunię, a jeśli rodzice nie mogli (np. po rozwodzie itp) to kapłan ich wtedy błogosławił znakiem krzyża, jak zazwyczaj czyni to z dziećmi, które jeszcze nie były u komunii.
Czas płynie dość dziwacznie... raz przyśpiesza, kiedy indziej znów ciągnie się w nieskończoność... Nie ja pierwszy pewnie to doświadczam. W ogóle jakoś mocno wybity jestem poza czas w tych majowych dniach. Brakuje porządku, harmonii, równowagi... Dzień z nocą się zlewa - sacrum z profanum... Litwa z Polską... Trudno to wszystko ogarnąć.
Subskrybuj blogi