_Blog slawoslaw - e-blogi.pl
_blog {Slawoslaw}
Camino Portugues X - Santiago, Fistera i Madryt. 2015-10-09

Na Monte Gozo spędzamy naszą ostatnią albergue’ową noc. Już pomału przyzwyczaiłem się do tych sal wieloosobowych, zaduchu lub zimna z powodu otwartych okien, do piętrowych łóżek, hałasu, kolejki do łazienki, ręcznego prania, gotowania, pakowania po ciemku.  Nawet nie traktuję tego już jako ofiary czy umartwienia,  ale jako łaskę dzielenia z tymi ludźmi obok wszystkich trudów, niewygód ale i radości. Tej nocy, tak jak poprzedniej dostaliśmy ostatnie wolne łóżka. Do tego drugi raz z rzędu śpię na górze. W Herbonie łóżka były solidne, metalowe. Tu jest troszkę inaczej. Zanim wejdę na nie oglądam dość dokładnie. Deski dość solidne, ale listwy, które je trzymają nie wzbudzają we mnie jakiegoś wielkiego zaufania.  Myślę czy nie zdjąć materaca i nie rzucić go gdzieś na ziemię, ale mało miejsca w sali, więc najpierw decyduję się sprawdzić wytrzymałość. Wchodzę na górę, kładę się, trochę się ruszam z boku na bok. Wydaje się być dość stabilne. Powinno wytrzymać. Upewniam się, że pode mną śpi facet, a nie jakieś dziecko, czy drobna dziewczyna. Tak na wszelki wypadek, by spokojniej zasnąć. Nie ma jeszcze 22:00. Nadal świeci światło, ktoś gada, ktoś żartuje, inni pakują się lub czekają w kolejce do łazienki. Leżąc zwracam uwagę, że dziś pierwszy raz dolatujące do uszu strzępy słów czy żartów są po polsku. Co prawda w sali jest kilka osób z Węgier, Portugalii, Hiszpanii, może skądś jeszcze, ale większość stanowią rodacy. Wchodzę w śpiwór, odwracam się na bok. Staram się nie wiercić. Zasypiam. Śpię jednak dość płytko, przez to łóżko piętrowe. Co jakiś czas się budzę, znów zasypiam, kolejny raz się budzę. W pewnym momencie chce mi się śmiać. Słyszę jak Ania warczy na kogoś z sąsiadów: „No chraping! No chraping!” Jak jest chrapać po angielsku? „Snoring” podpowiada głos z drugiej strony sali. Znowu zasypiam. Rano będę zastanawiał się, czy to mi się przypadkiem nie śniło.


Monte Gozo leży zaledwie 5 km od Katedry. Pielgrzymi zatrzymujący się tu dzielą się na dwie grupy: tych co nie ukończyli jeszcze swojego Camino, zostawiając sobie na rano tę ostatnią godzinę marszu do celu, oraz na tych, którzy jak my doszli już do Santiago i tu nocują pierwszą, lub którąś z kolei nocy. Ci pierwsi ruszają pieszo, wiadomo. Inni mają wybór. My nie możemy się za bardzo zdecydować, iść, czy jechać autobusem. Aby zdążyć na Mszę o 9:30 musimy wyjść około 8:00, albo pójść na autobus najpóźniej o 8:30. Różnica czasowa niewielka, głównie przez to, że autobus jeździ bez rozkładu, w miarę regularnie co 20 min. Wstaję rano, budzę dziewczyny, ogarniam się, jestem gotowy do drogi. Dziewczyny zbierają się znacznie dłużej. Pieszo dojść już nie zdążymy. Problem jak dotrzeć sam się rozwiązuje. Na przystanku poznajemy Krysię. Jest już w Santiago kolejny dzień, jeździła już autobusem do centrum,  jesteśmy więc spokojniejsi. Tyle że dość długo się schodzi, nim przyjedzie autobus. A potem w centrum zaczynają się korki. Denerwuję się,  bo nie lubię takich sytuacji, których nie mogą kontrolować, na które nie mam wpływu. Zwłaszcza, że mam umówione kazanie na Mszy. Linia 6 objeżdża katedrę szerokim łukiem. Widziałem już przez okno wieże, stwierdzam, że dojść pieszo będzie szybciej. Dziewczyny wraz z Krysią zostają, nie nalegam na nie. Ja wysiadam. W katedrze jestem pięć minut przed czasem. Dziewczyny dotrą chwilę później. Ale też zdążą na Mszę, bo ta się opóźnia. Ks. Roman spowiada po polsku i  ma jeszcze kilka osób w kolejce. W zakrystii czekam na niego wraz z dwoma innymi księżmi- pielgrzymami. O. Euzebiuszem, który trasą z Porto szedł cały czas dzień przed nami, oraz ks. Mateuszem, który jak się okazuje  w nocy pomagał Ani przetłumaczyć  „No chraping” na język angielski. On przewodniczy Mszy, Euzebiusz ma przeczytać Ewangelię, ja biorę kazanie. A wolontariuszka Teresa, zaraz po „Pan z Wami” bierze tradycyjne powitanie pielgrzymów, wymieniając  dokładnie kto i skąd dotarł na tę Eucharystię.


W czasie liturgii Słowa małe zamieszanie. Czytający pomylił tygodnie i czyta zupełnie co innego. Zostawia też tak otworzony lekcjonarz o. Euzebiuszowi. Ten też czyta inną Ewangelię (o 10 pannach), myśląc że może ja tak specjalnie ją sobie wybrałem. Ale to nie jest aż taki problem, bo kazanie i tak miało być bardziej o Camino i depozycie wiary pozostawionym nam przez apostołów i o zadaniach, jakie teraz, gdy wrócimy do domu przed nami stoją. W trakcie w jednym czy drugim miejscu wplatam też i te panny mądre i głupie, i brak oliwy, i brak roztropności. Nawet to wszystko jakoś pasuje.


Po Mszy św. idziemy się zarejestrować i odebrać Compostelki. Kolejka dwa razy dłuższa niż wczoraj. Ale że tak od samego rana? Nie jest już tak rano, dochodzi 10:30. Z półtorej godziny schodzi nam się na oczekiwaniu. Można było to jednak wczoraj załatwić, stwierdzam, ale tylko w myślach. Nie przyznaje się do tego przed dziewczynami. Stoimy razem z ks. Mateuszem. Spotykamy kilu znajomych. Chociażby Adriana z Niemiec, czy pluton naszych hiszpańskich żołnierzy. Poznajemy Łukasza, który z Warszawy doszedł pieszo do Santiago, po licznych przygodach, pobiciu i okradzeniu. W czasie wędrówki schudł 30 kg. Sam siebie w lustrze nie poznaje. Ale nie to najważniejsze. Ta droga naprawdę zmieniła już jego życie.


Przychodzi wreszcie nasza kolej. Biorę dwie Compostelki, zwykłą i rozszerzoną. W rubryce kraj podaję Litwę, niech i Litwa ma dzięki temu trochę lepsze statystyki. Dla Polski wyglądają one naprawdę dobrze. We wrześniu  do biura pielgrzymów zgłosiło się 37 tyś. osób. Czyli codziennie ponad 1200. 24 tyś przyszło drogą francuską, 6,5 tyś. tak jak my portugalską. Polaków było 870. Daleko nam do Hiszpanów (15 tyś.), ale doganiamy pomału inne nacje od lat obecne na Camino.


Opuszczając Biuro dajemy sobie wolne do 16:00. Mamy spotkać się na Stacji Kolejowej. Ja ruszam znów do Katedry. A dokładniej do Muzeum znajdującego się w przylegającym do niej pałacu, na wieżach i w jej podziemiach. Dla księży zwiedzanie za darmo. W trakcie, będąc w skarbcu na telebimie dostrzegam, że uruchomiono słynną kadzielnicę. Od katedry dzieli mnie tylko jeden korytarz i szklane drzwi, przez które wracam do środka świątyni. Kilku mężczyzn, kościelnych, za pomocą lin i bloków rozbujało już kadzielnicę, która lata niczym wielkie wahadło po całym transepcie. Tysiące wiernych z telefonami w rękach nagrywa to. Woń kadzidła rozchodzi się wszędzie. W głowie myśl, na ile to jest liturgia, na ile tradycja, a na ile show. Wracam do muzeum. Zostało mi jeszcze kilka sal. Potem obiad i zakupy. I znów wracam na plac przed świątynię. Dostrzegam Asię i Krzyśka. Właśnie doszli. Cieszę się z nimi. Witam ich, tak jak wczoraj inni witali nas. Nadal chodzę wszędzie w sutannie. Po tych 10 dniach wygląda ona dość mizernie. Zwłaszcza postrzępiony i obdarty jej rąbek. Spalona od słońca twarz i muszla uzupełniają obraz pielgrzyma. Rozmowę z Krzyśkiem i Asią przerywają kilka razy ludzie, którzy chcą sobie zrobić zdjęcia.


Po 15:00 dochodzę do stacji. Mam jeszcze trochę czasu. Znajduję wypożyczalnie aut, gdzie ma na nas czekać samochód wynajęty za 10 EURO na dobę. Znajduję bar z Internetem, sprawdzam trasę jak dojechać po bagaże do albergue. Odmawiam koronkę, zwiedzam najbliższą okolicę. Znowu wracam pod wypożyczalnię. Do 15:45 sjesta. Więc czekam. Pojawia się pracownik, podpisujemy wszystkie dokumenty. Przychodzą dziewczyny. Ładujemy się w Citroena Picasso i staramy się ogarnąć nawigację pokładową, co idzie opornie i wreszcie ruszamy. To przecież naprawdę blisko, damy radę na pamięć.


W albergue jemy obiad, zabieramy rzeczy, żegnamy się z Kasią, z księdzem Romanem  i z wolontariuszkami. Nadal nie ogarniamy nawigacji. Jadę na wyczucie więc w stronę La Coruny. Nawigacja stara nas się zawrócić. Zanim się poddam ujadę jeszcze z 15 km. Myślę, że ona chce nas zepchać na płatne drogi. Dopiero potem, gdy się w końcu zatrzymuję zauważam, że to naprawdę nie ten kierunek. Ok. Wygrała. Wracamy znów do Santiago i przebijamy się na południe miasta. Nasz cel to Fisterra – Koniec Świata. To położony na zachodzie najdalej wysunięty  półwysep Hiszpanii. To symboliczny koniec Camino dla wielu pielgrzymów. Gdy dochodzi się do słupka z napisem 0.00 km, gdy stanie się na skałach mając z trzech stron przed sobą ocean namacalnie doświadcza się prawdy, że trzeba się nawrócić, że nie da się tak iść dalej. Wielu pali swoją pątniczą odzież, inni zostawiają buty. Jeszcze inni, którzy nie gotowi są wrócić zostają tu. Ile? Dzień, tydzień, miesiąc. Tu, na końcu świata, 90 km od Santiago. Docieramy tu z dwójką autostopowiczów. Poznali się i zakochali na Camino. Eoghen- Islandczyk, Dana - Żydówka. Poznajemy tu także Valentino, który gra na gitarze dla przechodniów. Spotykam Liubę i Alexa, moich Rosjan z Voroneża. Cieszymy się chwilą, byciem tutaj. Czekamy zachodu słońca. A potem tańczymy do muzyki Valentina.  Ania chce jeszcze by udać się do Muxii. Ks. Mateusz opowiadał jej,  że jest tam piękniej niż w Fisterze. Dana i jej przyjaciel też by się chcieli z nami zabrać, jeśli byśmy tam jechali. Nie widzę problemu, jeśli tylko ogarniemy gdzie to jest. 


Tym czasem ruszamy do miasta po rzeczy naszych stopowiczów i na plażę.  Jest już ciemno. Przez to może plaża nie robi na nas jakoś za specjalnie wrażenia. Jedno na co zwracam uwagę to syczenie dobiegające ze skał. Oglądam skały bliżej, a to potężne kolonie małż. Wracamy do auta zostawionego na ulicy przed barem dla hipisów. Nazywa się La Familia – Rodzina. Ze środka w ciemność ulicy wylewa się muzyka i radość. Wchodzimy tam na kilka minut. Zostajemy z półtorej godziny. Dom ten prowadzi Hiszpanka. Przedstawia się imieniem Sol – czyli Słońce. Dwie dziewczyny z Izraela właśnie kończą gotować dla wszystkich kolacje. A jest jakieś 20-30 osób. Hipisów, pielgrzymów, artystów. Pojawiają się też nasi stopowicze, którzy tu nocowali, pojawia się Valentino. Niemiec w średnim wieku, siedzący przy barze opowiada historię tego miejsca. To dom dla tych, którzy po Camino nie mają do czego wracać. Albo boją się wracać. Każdy ma swoją historię. Jedni są tu krócej inni dłużej. Ale nikt nikogo stąd nie wygania. Bo wszyscy jesteśmy jedną rodziną. Przy drzwiach stoi puszka z napisem For food. Donativo. Co łaska.  A to co dziewczyny przygotowały naprawdę warte dobrej ofiary. Zwłaszcza Szakszuka, czyli jajka w sosie pomidorowym.  Tak dobrej nie jadłem nawet w Jerozolimie.


Do Muxii trafiamy już po 23:00. Najpierw szukamy Albergue dla Dany Eoghena. Niestety okazuje się już nieczynne. Rozmawiamy nawet z hospiterą, ale nie chce ich przyjąć, jako że inni pielgrzymi już śpią. Głupio ich tak zostawić, ale proszą byśmy się o nich nie martwili. Poradzą sobie. Żegnamy się. Od Dany dostaję na pamiątkę mały drobiazg – plakietkę z dziewczyną tańczącą na łące i napisem: „To niezwykłe uczucie być ostatnim, który idzie właściwą drogą”. Może i prawda. Sam nieraz cieszę się z tego, że jestem trochę z innego świata. Świata w którym jest więcej dobra, bezinteresowności, szaleństwa, spontaniczności i nieodpowiedzialności. A nie tylko prawo, porządek i zysk.


Idziemy na chwilę na spacer wzdłuż portu. Jest ciemno i zimno. Jakoś nie czuję wyjątkowości Muxii. Wracamy do auta. Jechałbym już do Madrytu, ale skoro już tu jesteśmy, to trzeba jeszcze znaleźć ten kościół, o którym opowiadał ks. Mateusz. Pojawia się jakiś drogowskaz. Wyjeżdżamy z miasta. Nie wiele widać. Droga zakręca i pnie się pod górę. Skończył się asfalt. Zatrzymuję na górze samochód koło jakiś dwóch kamiennych bloków. Zaskoczenie. To tu. Te bloki, to monument, pomnik. Z trzech stron znów mamy ocean. Nad brzegiem widać kościół. Ocean wzburzony. Fale rozbijają się o skały tworząc pianę, hałasując i  bryzgając na  wszystkie strony. Pod pomnikiem śpi jakiś człowiek zawinięty w śpiwór. Bezdomny czy pielgrzym? Nie wiem. Dziewczyny idą na dół nad ocean. Ja zostaję na szczycie wpatrując się w fale. W oddali widać latarnię morską. Czy to Fisterra? Możliwe.


Po 10 godzinach, w tym dwóch godzinach snu na stacji benzynowej, dwóch kawach i jednym redbullu docieramy do Madrytu. Trochę później, niż planowałem, ale i tak dobrze. Do odlotu mam jeszcze pięć godzin. Dziewczyny zostaną dzień dłużej. Proszą by podwieźć je jeszcze do Sióstr Miłości Miłosiernej. Są tam ponoć siostry z Polski. Udało się znaleźć przez znajomą ich adres. Trafiamy tam bez większych problemów. Przedstawiamy się, mówię też, że chciałbym odprawić Mszę.


Dom to willa, bez żadnych szyldów. Siostra Kasia, która nas wpuszcza i siostra przełożona dziwią się że trafiliśmy. Wnikają też skąd mamy adres, bo nie jest on powszechnie dostępny. Sami też do końca tego nie ogarniamy. Trochę zamieszania na starcie, ale i radość, że pomogą znaleźć jakieś miejsce na nocleg, bo same przyjąć nie dadzą rady, gdyż w domu jest 40 sióstr i nie ma kompletnie miejsc. Czekamy aż jedna z sióstr skończy sprzątać kaplicę. W tym czasie siostry pytają, czy nie jesteśmy głodni. Nie zwykliśmy kłamać. Pielgrzymom nie wypada. Na stole lądują bagietki, bułki, sery, wędliny i inne specjały. Co chwila pojawiają się kolejne z 40 sióstr. Wszystkie witają się z nami całując w oba policzki. To tu normalne. Ja śmieję się, że to najbardziej całuśne zgromadzenie jakie znam. Taki widać charyzmat sióstr od Miłości Miłosiernej.


Po Mszy św. patrzę na zegarek. Do odlotu zostały tylko dwie godziny. Żegnam się z dziewczynami i siostrami. Na drogę dostaję prowiant. Jestem w szoku. Jadę poszukać wypożyczalni, w której mam pozostawić samochód. Po drodze muszę jeszcze zatankować, by oddać pełen. Trochę problemów z trafieniem, ale wreszcie docieram na wielopoziomowy parking pod biuro Avisu. Tyle że ono już nieczynne. W soboty do 13:00. Po godzinach pracy należy postawić samochód gdzieś obok i klucze wrzucić do skrzynki. Z miejscem jest problem. Obok nie ma wolnych. Zostawiam kilkanaście miejsc dalej. Za szybę wkładam ich ulotkę. Znajduję skrzynkę na klucze. Czy to na pewno tak? Czy znajdą samochód tak daleko. Powinni. Będą chodzić i pikać pilotem, aż zauważą który miga. Tak mi się wydaje.


Lecę do metra. Trzy linie, dwie przesiadki i jest lotnisko. Potem z pół kilometra jednego korytarza, potem kolejne pół drugiego. Trafiam na halę odlotów. Znajduję kontrolę bezpieczeństwa i pierwszy raz przechodzę ją bez żadnych zastrzeżeń. Docieram do swojej bramy 40 min przed lotem. Dopiero teraz łapię oddech. Jest dobrze. Jak na prawie tysiąc kilometrów autem, nieprzespaną noc i tyle wrażeń. Przebieram się i ogarniam w toalecie, kupuję coś do picia na drogę i wchodzę na pokład. A potem przez prawie cały lot śpię. Bo po lądowaniu czekają kolejne kilometry na Litwę. By zdążyć na niedzielę do moich trzech parafii


Camino Portugues IX - U celu. 2015-10-08

Była 8:00 rano, gdy opuszczaliśmy klasztor franciszkanów w Herbon. Pod krzyżem przy bramie Paulina i Ania wyjmują z bagażu swoje kamienie. Choć może lepiej by napisać kamyczki. To stara tradycja, że pątnicy niosą przez tę drogę, spod swojego domu kamień, symbol grzechu. Na drodze francuskiej jest jeden krzyż, pod którym przed samym Santiago, gdzie należy go zostawić, oddać Chrystusowi. Nie będziemy przy nim przechodzić, więc chcą je zostawić tu. U św. Franciszka.


Droga do Padron asfaltowa. Już nie po skarpach i krzakach. I krótka. Pół godziny i jesteśmy na miejscu. Przed nami idzie Portugalczyk, ten co ruszał z Lizbony. Doganiamy też dwie młode Niemki, znajome z ostatniego noclegu. Miasto położone jest u ujścia rzeki Ulli. Jeśli wierzyć przewodnikowi, to kiedyś tu wszędzie miała być zatoka. Zasypały ją piaski i muł spływające z rzeką. W centrum widzimy dwa kościoły. Główny związany ze św. Jakubem. Tu miała dobić jego łódź, stąd rozpoczął nawracanie Hiszpanów.


Idziemy dalej, poza miasto. Mijamy kolejny kościół, chcemy zajść do niego, lecz zamknięty. Nic nowego. I jak tu mieć więcej pieczątek z kościołów niż z barów? Nie sposób. Obchodzimy świątynię dookoła. Przy kościele cmentarz. Najstarsze, kilkusetletnie groby w dużej części uszkodzone, jeden zupełnie otwarty. Dziwne. Że to nikomu nie przeszkadza?


Ruszamy dalej przed siebie. Wchodzimy między winnice. Trzy kobiety zbierają winogrona. Uśmiechają się. Stoi przy nich nasz Portugalczyk-Lizbończyk. Dołączamy się do nich i my. Już w sobotę myślałem, że fajnie byłoby tak pójść pomóc ludziom przy winobraniu, przyjrzeć się temu wszystkiemu od środka. Dziś nie ma na to czasu, choć byłaby okazja. Wchodzę jednak choć na chwilę na drabinę, ścinam kilka kiści, wrzucam je do kosza stojącego na przyczepce traktorka. Dziewczyny też coś zrywają, robimy kilka zdjęć. Panie śmieją się, dają nam winogron. „Bierzcie, dla nas spokojnie wystarczy”. Błogosławię im, robię kolejne zdjęcia i ruszam dalej. Szkoda, że ich nie spotkaliśmy kilka dni wcześniej.


Dochodzimy do torów. Droga wiedzie kilkaset metrów wzdłuż nasypu. W latach młodzieńczych lubiłem spacery po torach nad rzekę Baudę. Po podkładach, po szynach. Rozglądam się czy nie nadjeżdża żadne Pendolino. Wchodzę na nasyp na kilkanaście, kilkadziesiąt metrów. Próbuję złapać równowagę idąc po szynie. Ot tak, z tej prostej radości, że jest okazja. Że dziś ostatni dzień.


Zbliżamy się do Escravitude. W miasteczku jest kościół, obok bar. Najpierw zachodzimy do baru, na kawę i po pieczątki. W środku spotykamy małżeństwo z Polski. Dosiadamy się na chwilę rozmowy. Po krótkiej przerwie ruszamy pod kościół. I ten zamknięty. Ale jest inna niespodzianka. Na ławeczce pod krzyżem, przy głównym wejściu siedzą Noga i Lilac –  nasze izraelskie koleżanki, pozostawione dzień wcześniej w Pontevedra. Jak to możliwe? Podjechały kawałek autobusem. Ale o tym cicho sza. :)


Po kolejnych dwóch czy trzech kilometrach dziewczyny nachodzi chęć na tańce. Stwierdzają, że za mało tańczyły na tej pielgrzymce. Oczywiście chodzi o tańce uwielbienia, o układy do pieśni. Podkład z telefonu i skaczą na środku drogi. Fajnie. Mają dziewczyny pasje, energię i chęci. Tanecznym krokiem idą w ten ostatni dzień. Do Santiago już tylko 16 km.


Kilkaset metrów dalej, pod kościołem odpoczywają żołnierze. Znów mijamy się z nimi z radością. Kolejne wspólne zdjęcia. Już chyba wszyscy z tego oddziału mają fotki z księdzem w sutannie. Ile z nich będzie na fb? Nie wiem, pewnie nie znajdą mnie by otagować. Ani ja nie znajdę ich. Ale to przecież nie jest ważne.


Idziemy dalej. W Rua de Francos w małej kapliczce obraz Jezusa Miłosiernego. Obraz wypłowiały od słońca. Zakratowany, by nikt nie ukradł, nie zniszczył. Dziwny to dla mnie widok.  Kilka metrów dalej, przy skrzyżowaniu spotykamy żandarmów. Czekają na przejście kolumny.  Słupek pątniczy podpowiada, że do Santiago zostało 10 km.


Wychodzimy z miasta polną drogą. Pogoda piękna. Szlak wiedzie pod górę. Czas poszukać ostatniego pewnie postoju. Reklama podpowiada, że za 2,5 km będzie bar. Czyli jakieś 7 km przed końcem. Ania i Paulina zostały nieco z tyłu. Kasia zostaje teraz chwilę odsapnąć i poczekać na nie. Ja idę dalej.


Mijam karetkę i grupę pielgrzymów, kilkanaście metrów od drogi. Robi się małe zbiegowisko. Nie zatrzymuje się. Droga dalej wiedzie pod górę. Na jej szczycie znajduję bar. A raczej przyczepę campingową, daszek i kilka ławek. Są pielgrzymi, w śród nich Adrian. Kiedy nas wyprzedził, nie wiem. Z Herbonu ruszał po nas i zapewnia, że też dziś nie śpieszy się. Większość przybyłych niemieckojęzyczna. Rozmawiamy o tej karetce. Pielgrzym zasłabł na szlaku. Sercowiec. Ale nie dał się zawieść do szpitala. Dali więc jakąś tabletkę, podpięli na chwilę kroplówkę. Nie chce poddać się 10 km przed końcem. Chwilę później dociera do nas. Młody facet. Może 40-50 lat. Podziwiać, czy zganić? Docierają też dziewczyny. Czas postoju mija na dalszych rozmowach polsko-niemieckich. W końcu ruszamy dalej, by kolejnym dochodzącym do baru zwolnić miejsca.


Milladorio - Przedmieścia Santiago. Przechodzimy pod autostradą. Za nami zbiera się duża grupa. Może 20-30 osób. Przed nami też kilka osób. Pielgrzymów nie problem rozpoznać po plecakach, po muszlach, po chodzie. Mijamy sklepy, szklane domy, banki. W oddali widać zbocze góry i miasto.  To już niedaleko. 4-5 km. Adrian odłącza się od nas. Uważa, że lepiej jak wejdziemy do miasta w swoim gronie. Tak jak szliście przez cały ten szlak. Dowiaduję się o tym od Ani. Pewnie powiedziałbym mu, by się nie przejmował i wszedł z nami. Te spotkanie w Herbon nie było bez powodu. Ale nie ma go już. Zniknął. Schodzimy w dolinkę. Las, rzeka. Kończy się pomału zapas wody, jaki niesiemy w małych  butelkach. A pogoda piękna, słoneczna. Sklepów nie widać. Barów też. Dziewczyny chcą odpocząć. Rozsiadają się na murku nad rzeką. Ja ruszam dalej, poczekam na nie przy sklepie, bo przecież gdzieś dalej musi coś być. Droga błotnista, jakimiś opłotkami wiedzie pod kolejny autostradowy most. Wejście po skarpie pod górę, przejście przez ulicę, kilka domów, wille. Sklepów nie widać. Potem skwer, trochę drzew, skrzyżowanie. Na skrzyżowaniu grupa pielgrzymów. Stoją przy dwóch słupkach. Nowo postawione. Podobne do siebie, tyle że strzałki wskazują dwa różne kierunki. Trwa dyskusja, którędy iść. Droga w dół podobno tradycyjna, ładniejsza. Droga wprost przez nowe osiedle, krótsza. Większość rusza tą krótszą. Tylko jedna para rusza tą pierwszą w dół. Ja i dwie Australijki zostajemy na miejscu. One chcą odpocząć, ja czekam na dziewczyny. Nie ważne jak idziemy, ważne jednak by razem. Nie ma co gnać bez sensu bez nich. Po 20 min przychodzą szczęśliwe. W rękach niosą cztery butelki wody. „Wie ksiądz co, prosiłyśmy jedną panią, spotkaną przed domem, czy mogła by nam nalać wody do butelki, ona przyniosła nam z domu swoje. Do tego zimne, z lodówki. Czy ludzie nie są wspaniali?”. Są. Camino uczy, że świat jest pełen wspaniałych ludzi.


Wchodzimy znów w miasto. Strzałek na tym nowym szlaku mało. Ale idziemy na wyczucie. Widzimy innych pielgrzymów, wszyscy zmierzają w tę samą stronę. Ruch na ulicy duży, musi ona prowadzić do centrum, to musi być gdzieś tam. Wysokie kamienice przysłaniają widok i utrudniają rozpoznanie topografii miasta. Dostrzegamy jakiś kościół. To pewnie jeszcze nie ten. Potem inny. Potem park. Na latarni pojawia się znów żółta strzałka. Więc dobrze idziemy. Jeszcze dwieście, trzysta metrów prosto i dostrzegamy wreszcie dwie wysokie wieże. Jedna obudowana rusztowaniami i niebieską siatką. To katedra. To już tu.  Patrzymy na zegarek. Dochodzi 16:20.  Za chwilę miała być Msza, na którą chcieliśmy zdążyć. Chyba się spóźnimy. Ale nic.


Plac przed Katedrą. Dziewczyny padają na kolana. Potem siadają. Nie wiem, czy płaczą, czy nie. Ale wszyscy czujemy coś niezwykłego. Ludzie podchodzą, gratulują. Pytają skąd szliście. Cieszą się razem z nami. Ja jeszcze nie mogę się odnaleźć w tym miejscu. Ogrom fasady świątyni przytłacza. Gdzie jest wejście do środka? Na dole napis „Muzeum”. Czyli to na pewno nie tu. Wchodzę po schodach na górę do głównych drzwi – zamknięte. Ktoś z pielgrzymów podpowiada, że wejście od drugiej strony. Udajemy się tam.


Przy drzwiach znów tłumy ludzi, kolejka. I dwa wejścia, jedne dla wszystkich, drugie tylko dla pielgrzymów. Znak przy drzwiach przypomina, że do kościoła wchodzimy bez plecaków. Tych wielkich, pątniczych. Ania i Paulina przypilnują ich najpierw. Ja i Kasia wchodzimy do środka. Potem mamy się zamienić.


Katedra robi wrażenie.  Wchodzimy do niej przez transept - nawę poprzeczną. Mijam zakrystię z boku, Wchodzę do nawy głównej. Zajmuję miejsce w ławkach tylko dla pielgrzymów. Padam na kolana i modlę się. W świątyni kilka tysięcy ludzi chodzi z kąta w kąt. Dwa największe strumienie ludzi płyną przez prezbiterium. Jeden na górę wyściskać figurę św. Jakuba, drugi w podziemia nawiedzić jego grób. Setki fleszy, gwar. Ale mnie to nie przeszkadza. Jestem tylko ja i Bóg.


Chwilę później dociera do mnie, że nie ma tej Mszy, na którą chcieliśmy zdążyć. A może jest gdzieś w kaplicy. Nie wiem. Nie widzę. Idę więc do zakrystii przywitać się, przedstawić i zapytać o możliwość odprawienia Mszy po polsku, tylko dla nas. Szykuję się na jakieś większe przekonywania, proszenia. Znam już trochę takie sanktuaria. A tu słyszę: Nie ma problemu. Teraz? Ile osób? Cztery? Ksiądz jeden? Ok. Umawiamy się, że nie teraz. Za 15 min. O 17:00. Trzeba przecież pozbyć się gdzieś plecaków i  przygotować się. Pierwotnie myślę o podrzuceniu plecaków do któregoś ze sklepów. Ładnie uśmiechnąć się, może nie będzie problemu. Ale wychodząc z katedry dostrzegam na najbliższym budynku napis informacja dla pielgrzymów i znak przechowalni bagażu. Nie ma więc co kombinować. Chwilę później zostawiamy tam swoje pakunki w cenie po 2 Euro za sztukę. Wchodzimy do kościoła już wszyscy. O 17:00 w kaplicy Ostatniej Wieczerzy zaczynamy naszą Mszę.  Formularz Mszalny o św. Jakubie. Kazanie o tym, że Camino trwa dalej. Już bez strzałek, lecz wciąż w tym samym kierunku. Modlimy się, trochę śpiewamy. Cieszymy się tą ofiarą. Bo trud prowadzi do łaski.


Po Mszy św. zostają nam jeszcze trzy rzeczy. Rejestracja w biurze dla pielgrzymów, kolacja (obiad) bo nic w sumie nie jedliśmy od rana i dotarcie na nocleg. Do biura dość długa kolejka. Stajemy w połowie ulicy. Czekamy. A dokładniej dziewczyny czekają, bo ja znikam rozejrzeć się za kolacją. Jest taka możliwość, by wbić się do Hotelu Królów Katolickich. O 19:00 codziennie 10 pielgrzymów może tam zjeść za darmo ciepły posiłek. Taka wiekowa tradycja. Znajduję ten hotel, znajduję kuchnię, pod którą należy się ustawić. Do kolacji jeszcze niecała godzina. Jest już kilku pielgrzymów. Liczę – sześciu. Ja siódmy. Zostają trzy miejsca akurat dla dziewczyn. Musiałyby tu jednak być osobiście, bo nie  można zająć miejsca dla kogoś. W tym momencie przychodzi para. Też liczą i zostają. Więc spóźniliśmy się. Nie zdążę zawołać dziewczyn. Zwalniam więc i swoje miejsce. Wracam do nich. Jak się chce za dużo na raz, to tak wychodzi. Lekcja to dla mnie.


Kolejka bardzo wolno się posuwa. Są już w bramie, ale jeszcze dobrych kilkadziesiąt osób. Nie wiem czy jest sens czekać. Może jednak i tu odpuścić kolejkę. Jutro z rana pewnie nikogo nie będzie, to się zarejestrujemy, a teraz jedźmy na Monte Gozo do polskiego albergue. Żeby i tam się nie spóźnić na ostatnie wolne miejsca. Dziewczyny przystają na to. Tylko jak tam dojechać? Wiemy, że można autobusem, że to 5 km od katedry w stronę lotniska, że to na trasie Camino Francuskiego. Tyle że czasowo zejdzie się długo. I jeszcze stres, gdzie wsiadać, wysiadać itd.  Skoro nas jest czwórka to może najlepiej wybrać najprostsze rozwiązanie. Taxi.  Pani z przechowalni bagażów mówi, że to będzie jakieś 10 Eur. Zapytana o jakiś numer na taksówkę sama dzwoni i nam zamawia. Pod sam kościół. Trochę dziwnie się czujemy, gdy już się pojawia. Pielgrzym i taksówka to dwie sprzeczności. Ale za to jaka wygoda. I jaka oszczędność czasu. I gdy już trafiamy pod bramę albergue  (aby nie było zbyt głupio to proszę by kierowca zatrzymał się kilka metrów dalej schowany za murkiem), stwierdzamy że to był naprawdę dobry pomysł. Za 11,40 Euro. Koszt znośny.


Polskie albergue, tak jak te dzień wcześniej – franciszkańskie, to jedna z legend Camino. Ks. Roman – saletyn prowadzi je już jakieś 25 lat. Pomagają mu wolontariusze z Polski, m.in. Teresa i Wanda. Znajdujemy tam nocleg, odpoczynek, pomoc w odprawieniu się i drukowaniu biletów do Polski. Zapraszają nas także na jutro na 9:30 na polską Mszę w katedrze. Ks. Roman prosi nawet, by powiedzieć kazanie. Problem jest tylko z zjedzeniem czegoś w restauracji, bo już kuchnia nieczynna. Idziemy więc kawałek dalej do baru i sklepu. Ale jest dobrze. Jesteśmy u celu. Cali, zdrowi, szczęśliwi.


c.d.n.


Camino Portugues VIII - W drodze do Herbon 2015-10-06

Tydzień marszu za nami. Wymykamy się z Pontevedra znowu dość wcześnie. Choć już nie po ciemku. Nie jako pierwsi, są tacy co już wyszli przed nami, ale dużo osób jeszcze śpi,  chociażby Ronen, który ze wspólnej sali uciekł na stojącą w korytarzu kozetkę. Nie przeszkadzają mu przemykające co chwile osoby do łazienek, kuchni, jadalni. Nie budzimy go, nie budzimy innych. Choć mamy świadomość, że to może ostatni raz widzimy się na szlaku. Ale to jest urok Camino. To nasza wspólna droga, a jednocześnie to droga każdego z nas osobno. Ruszamy w czwórkę: Kasia, Ania, Paulina i ja. Z wieczornego spaceru wiem, że szlak przez miasto wiedzie wpierw w lewo, w boczne uliczki, by potem przeciąć główną ulicę, przejść na prawo i znów zawrócić na Stare Miasto. Idziemy więc prosto ścinając lewą część „esów floresów”. Tym sposobem doganiamy grupę pielgrzymów wiernych strzałkom z o. Moyem i o. Benem na czele. Razem przechodzimy przez rzymski most, od którego miasto Pontevedra wzięło swoją nazwę. Za mostem przyśpieszamy nieco kroku by ich zgubić. Czas na nasz poranny, polski, wspólny pacierz, chcemy więc zostać w swoim gronie. Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Chwała Ojcu, 10 przykazań, przywołanie opieki świętych. Aniele Boży też. Niech czuwają nad nami na tych ostatnich kilometrach. A zostaje ich coraz mniej. Jeszcze przed południem mijamy słup pielgrzymi z muszlą i tabliczką: 50 (km) 555 (m). Tyle nam oficjalnie zostało do przejścia.


Droga wiedzie wzdłuż torów, przez pola i winnice. Po modlitwie rozchodzimy się nieco. Ania idzie pierwsza, potem ja.  W tyle zostaje Kasia odmawiająca jutrznię z telefonu i Paulina, która ma trochę problemów ze stopą.  Dochodzimy do asfaltu i kilku domów znajdujących się przy drodze. W jednym z nich jest bar. Ania poszła dalej, ja skręcam po pieczątkę i do toalety. Kasia i Paulina idą za Anią. Gdy wracam na szlak już ich nie widać. Spotykam za to Martę i Łukasza. Dołączam więc do nich. Łukasz szykując się do Camino zaopatrzył się w gps i mapy Google z zaznaczonym śladem. Dziś trasa wiedzie polnymi drogami, cały czas lawirując między autostradą, a starą drogą do Santiago. Przy kolejnych „wywijasach” decydujemy się nie słuchać strzałek spychających na lewo. Gps pokazuje, że 4 km znów szlak wróci na asfalt. Za nami ten sam manewr powtarza nasz Indianin i znana z widzenia Rosjanka ze swoim kolegą. Na trasę Camino wracamy przed samym Caldas de Rais. Nie ma jeszcze południa. Nie ma też dziewczyn. Mam nadzieję tylko, że na mnie nie czekają. Marta i Łukasz chcą tu zostać na noc. Idziemy przez miasto poszukać albergue. Myślę by tam poczekać na dziewczyny. Po trasie znajdujemy jedne, zaraz przy ratuszu czy jakimś innym miejskim urzędzie. Ale to prywatny dom pielgrzyma. 10 Euro za łóżko. By znaleźć te właściwe, miejskie musimy zejść z trasy. Przewodnik i przechodnie podpowiadają. Prosto za mostem. Trafiamy tam. Albergue jeszcze nie czynne. Przychodzi także Indianin. Po chwili odpoczynku stwierdzam, że nie ma co czekać na dziewczyny, skoro albergue jest poza szlakiem. Żegnam się z Martą, Łukaszem i Wodzem,  pstrykam im ostatnie zdjęcia i ruszam dalej.


Początkowo nie mogę znaleźć szlaku. Jest za to znak drogowy – Santiago. Idę więc dalej, wiem, że przynajmniej w dobrą stronę. Na granicy miasta dostrzegam wreszcie żółte strzałki. Szlak jakubowy przecina w tym miejscu drogę. Dostrzegam też pielgrzymów. To Liuba i Alex, których spotkałem poprzednio w Mos. Przez najbliższe 2-3 km idziemy razem, rozmawiając po polsko-rosyjsku. Tam gdzie słowa są niezrozumiałe wspomagamy się angielskim. Ale najczęściej nie ma potrzeby. Tempo marszu dość duże. Zastanawiam się wciąż, czy dziewczyny są za mną czy przede mną. Alex i Liuba kojarzą je, ale nie widzieli ich dziś po drodze. Puszczam ich przodem, sam trochę zwalniam. Czuję pomału zmęczenie. Kończy mi się też zapas wody. Zatrzymuję się przy jednym ze strumieni. Zastanawiam się, czy woda nadaje się do picia. Nabieram w butelkę. Wygląda na krystalicznie czystą.  Nie powinna zaszkodzić. Chwila postoju i nowym zapasem wody znów ruszam dalej. Docieram do wioski Santa Maria. Znów trafiam na znajomy asfalt. Wioska leży na niewielkim wzniesieniu. Patrząc wzdłuż drogi dostrzegam wciąż Caldas de Rais. Przeszedłem jakieś 5 km. Nie więcej.


Po drugiej stronie jest bar. Wchodzę na obiad. Zamawiam hiszpańską tortillę, czyli placek ziemniaczano-jajeczny, coś do picia. Jest kilku innych pielgrzymów: Kanadyjczycy i Portugalczyk. Ten ostatni chce wspólne zdjęcie z księdzem w sutannie. Idzie z Lizbony. Rozmawiamy o noclegu na dziś. Polecam mu Herbon – klasztor franciszkański. Od Kanadyjczyków pożyczam na chwilę ich przewodnik. Mają w nim świetnie rozrysowane mapki. Robię zdjęcie, by unikać dziś zbędnych kilometrów. Podręczny wykaz skrótów. A dziewczyn jak nie było, tak nie ma. W telefonie mam numer jedynie do Pauliny. Dzwonię więc do niej. „Gdzie jesteście?” Są już za Caldas de Rais, zatrzymały się gdzieś w lesie, zapewne niedaleko strumienia, gdzie i ja odpoczywałem. Umawiamy się, że będę czekał przy szosie. Po 40 min. ruszamy znów razem. Tylko którędy? Szosą czy szlakiem? Dziewczyny głosują za szlakiem. To nasz przedostatni dzień. Nie chcą się śpieszyć, nie chcą drogi skracać. To nie wyścig, byle szybciej, byle łatwiej. Może i racja, choć racją jest też to, że dziś podwójna dawka kilometrów. Już zbliża się 14:00 a my nadal daleko od Herbon. Do przejścia zostaje nam szlakiem jakieś 15 km.  Ale niech będzie. Idziemy wzdłuż strzałek, między winnicami, w stronę kościoła i centrum wioski. Przy kościele odpoczywają żołnierze. Ci sami, których widzieliśmy w Mos. Oni fotografują nas, my ich. Potem wspólne zdjęcie. Upewniamy się, że to nie ćwiczenia. To wojskowa pielgrzymka. Wyruszyli z Tui, od granicy z Portugalią. W czwartek będą w Santiago. Tak samo jak my. Od tej pory nasze szlaki będą się co chwilę przecinać. Gdy oni odpoczywają, my mijamy ich. Gdy my odpoczywamy, oni nas. Poprzedzają ich żandarmi w terenówce oraz miejscowi strażacy. Zabezpieczają skrzyżowania na ich przemarsz. Z nimi też robimy sobie niejedną fotografię. Nasi nowi znajomi z Camino.


Tempo dziewczyn naprawdę wolne. Nie wiem czy to przez problemy z nogą Pauliny, czy ogólne zmęczenie, czy też wspomnianą chęć nacieszenia się drogą. Znów ruszam więc do przodu swoim krokiem.  Czekam na nie na mostku przed San Miguel. Dochodzą po jakiś 20 min. Widzę, że dziś tego tempa się nie podkręci. Trzeba zaakceptować to i dotrzeć do celu, o ile się da. Bo może ten Herbon wyznaczyłem za bardzo na wyrost? O klasztorze tym opowiadało mi wielu ludzi. By dotrzeć do niego trzeba zejść z trasy. Zatrzymuje się tam więc nie wielu pielgrzymów. Jest stary monaster, piękny ogród, osiołki w ogrodzie. Wolontariusze przygotowują dla wszystkich kolację z ofiar złożonych przez pielgrzymów dzień wcześniej. W klasztorze zaś mieszka kilku staruszków franciszkanów, którzy wieczorem dla pielgrzymów sprawują Liturgię Godzin i Mszę. O klasztorze słyszała też Kasia. Ona także nie chciałaby zrezygnować z noclegu tam. Ale czy damy radę dotrzeć? Pytam Pauli o jej nogę i formę? Czy damy radę? „Jest ciężko, ale idziemy”.


Do Santiago zostało 29 km. Informuje nas o tym kolejny słupek pątniczy z muszlą. Obłożony jest stosem kamieni, na jego szczycie wbetonowane buty. Buty pojawiają się też na kolejnym, 200 metrów dalej, tym razem przyczepione na dole, pod muszlą i tabliczką z kilometrażem. Ile nam na dziś kilometrów zostaje? Nie wiem dokładnie, mówię jednak, że już blisko. Jeszcze trochę i będziemy odbijać od szlaku w bok. Mimo wszystko, znów trzeba zrobić postój. Zatrzymujemy się przy przystanku autobusowym.  Chwila postoju. Jest „źródełko” z kranem dla pielgrzymów. Na tabliczce napisano, że woda zdatna do picia. Smakuje chlorem. Prawie jak w Warszawie. Wychodzącego z domu pana pytamy jak daleko do Herbon? „Trzy kilometry, jakoś tak będzie.”


Idziemy dalej. Na pytanie jak noga Paulina odpowiada z zaciśniętymi wargami „Bez komentarza”.  Po dwóch lub trzech kilometrach trafiamy na prywatne albergue. Przed nim stoi o. Moy. Wygląda swojego kolegi, o. Benjamina. Ale to jeszcze nie nasz Herbon. Jest pokusa by zostać tu, zwłaszcza, że dużo wolnych miejsc. Cena 10 albo 15 Euro, jakoś tak. Jak robimy? Męska decyzja… Idziemy dalej, stwierdzają dziewczyny. Chwilę później pojawiają się czerwone strzałki. To znak, że tu schodzi się ze szlaku. Zgodnie z przewodnikiem  do celu zostają nam dalej te trzy kilometry. Idę znów lekko z przodu. Aż do miejsca, gdzie strzałki wskazują na krzaki. Ścieżka prawie zarośnięta. Czy to na pewno szlak? Schodzimy gęsiego ze skarpy nad rzekę. Przedzieramy się przez gałęzie wzdłuż niej kolejny kilometr, może trochę więcej. Po drodze kilka strzałek upewnia nas, że to szlak, choć najdziwniejszy do tej pory na naszej drodze. Dochodzimy znów do asfaltu, potem do mostku na drugą stronę rzeki Ulli. Zgodnie z mapą Kanadyjczyków to już tuż tuż.  Kilkaset metrów asfaltem i dochodzimy do murów klasztornego ogrodu. By jednak dostać się do środka trzeba obejść go prawie dookoła.


W albergue franciszkańskim jesteśmy ok. 18:30. Witają nas Anna i Pepe – wolontariusze. Słysząc wolontariusz najczęściej myślimy o studentach czy licealistach. Oni są znacznie starsi, mają pewnie około 60 lat. Są małżeństwem. Mają dla nas jednak smutną wiadomość. Mogą przyjąć tylko dwie osoby. Nas jest czwórka. Dla nas to mały szok. Może na podłogę? Nie da rady, na podłogę nie przyjmują. Zasadę tu mają jedną, tylko dwadzieścia osób. Mówimy, że nam ciężko iść dalej, że mamy za sobą już 40 km, z Pontevedra. Robi to na nich wrażenie. Idą jeszcze raz policzyć łóżka. Macie szczęście, znajdą się ostatnie cztery. Nie rozumiemy, ale cieszymy się niemiłosiernie. Dziewczyny modliły się w drodze o te łóżka, jakby się miały nie znaleźć. Są.


W tym albergue jest nieco inny porządek niż wszędzie. Tu wszystko jest wspólne. Na początek zaraz po rejestracji jest wspólne zwiedzanie klasztoru. Nie mamy czasu nawet się wykąpać i przebrać. Ale co tam. Idziemy na spacer tak jak staliśmy. Na szybki prysznic jest czas chwilę przed Mszą. Do kościoła wchodzę gdy ojcowie siedzą już w prezbiterium ubrani do Mszy. Odmawiają nieszpory. Dołączam do nich. Schodzą się inni pielgrzymi, prawie wszyscy. Docierają też  Ania, Paula i Kasia. Kasia z ręcznikiem na głowie. W liturgii dziś o. Pio, kapucyna. Czy to przypadek, że możemy go wspominać w rodzinie franciszkańskiej?


Do kolacji siadamy wszyscy razem przy jednym stole. Odmawiam modlitwę, błogosławię. Obok mnie siedzi Holender wypytujący wszystkich o motywy pielgrzymowania. Po co idziesz? Po co ten trud? Z drugiej strony Adrian, Polak i Niemiec w jednym. A dokładniej Ślązak, który wyjechał na zachód, ożenił się Niemką, ma dwójkę dzieci. Czwarty raz pielgrzymuje do Santiago de Compostela. To jego sposób na walkę z depresją, z tym co go przerasta, przytłacza. Cieszy się niezwykle, że nas spotkał. Pierwsi Polacy na szlaku w tym roku, jakich spotkał. Do tego na ostatnim noclegu. Czy to przypadek? Kolacja wyborna. Zupa bardzo treściwa, do oporu, ile kto da radę, trochę wina, deser. I rozmowy przy stole, które przenoszą się potem dalej. Trochę z Portugalczykiem z baru. Trochę z Niemcami.  Najwięcej z Adrianem. Klasztor ma swój klimat i sprzyja takim rozmowom. Jestem pewien, że warto było tu przyjść.



Camino Portugues VII - Coraz bliżej Santiago 2015-10-05

Gdy opuszczamy Mos, na dworze jest jeszcze ciemno. Ulica ładnie oświetlona, idziemy stromo pod górę. Chwilę później kończy się jednak miasteczko i wchodzimy w las: ciemny, mroczny las. Potrzebne są nam latarki. Pierwszy raz. Droga co prawda równa, choć szutrowa, lecz bez naszych czołówek łatwo byłoby przegapić strzałki. Jest 7:00 rano czasu hiszpańskiego. W Portugalii byłaby to 6:00. Przed nami dziś znów „półtora dnia” marszu według przewodnika. Najpierw do Redondeli. To jakieś 8-10 km. Potem do Pontevedra. Kolejne 20 km. Przekładając to na warunki z polskich pieszych pielgrzymek, nie są to jakieś duże odległości, jest to więc jak najbardziej w naszym zasięgu. Utrudnieniem jest tylko to, że dziś do pokonania są trzy wzniesienia, że niesiemy cały swój bagaż, oraz że nie możemy sobie pozwolić zbyt późno dotrzeć na nocleg.


Anię od rana rozpiera energia. Po pierwszym kilometrze znika gdzieś przed nami w ciemnościach. Wydłużamy kroki, ale nie sposób jej dogonić. Po kolejnych rozstajach dróg z mało wyraźnymi strzałkami zastanawiamy się, gdzie ona jest. Paulina dzwoni do niej upewnić się, czy jest nadal na szlaku. Tak. Idzie razem z o. Benem i o. Moyem. Dziwi się, że zostaliśmy tak w tyle, bo zdaje im się, że się wleką. Spowalnia ich zwłaszcza o. Moy. My też na tym odcinku Camino mamy towarzystwo. Od rana towarzyszy nam nasz Indianin z Argentyny. Idziemy jednak obok siebie, w milczeniu, każdy zatopiony w swoich modlitwach.


Schodząc ze szczytu rozpościera się przed nami wspaniały widok. Rozświetlona tysiącami świateł latarni i  okien domów dolina. Otoczona  łańcuchami gór i wzgórz, lasami. W tle jedna z zatok oceanu wbijająca się między szczyty, by choć liznąć swym językiem granice miasta. To już Redondela. Zaczyna świtać. Przy serpentynach schodzących w dolinę pojawiają się pierwsze wille, uliczki, winnice. Dzieci czekają na szkolny autobus. Pozdrawiają nas, my ich. W dole drogi, z 500 metrów od nas dostrzegamy Anię i ojców. Do miasta wchodzimy już razem.


Miasto pełne odwołań do Camino. Muszle pielgrzymie, reklamy z świętym Jakubem lub z pielgrzymami, Myszka Wędrowniczka – life-motive hiszpańskiego Camino. Przy tej ostatniej robimy sobie serię zdjęć. Szukamy albergue, by zdobyć pieczątki, być może też zdobyć trochę wrzątku do porannej kawy. Znajdujemy wpierw jedno, prywatne. To nie te. A gdzie te miejskie? Zapytani przechodnie zawracają nas kilkaset metrów do domu z czarnymi oknami. Tego samego, przed którym stoi nasza znajoma Myszka. Albergue już i jeszcze nieczynne. Ruszamy więc dalej.


Znaki pokazują, że do Santiago zostało 80 km. Mijają nas rowerzyści. Ciekawe czy oni już dziś dotrą do celu? Szlak widzie małymi uliczkami. Ruch niewielki. Wszelkie zmiany kierunku dobrze oznaczone. Na jednym skrzyżowaniu naliczyłem sześć żółtych strzałek na murku, latarni i asfalcie, wskazujących dokładnie, w którą uliczkę iść. Nie sposób przeoczyć. Dochodzimy do głównej drogi wiodącej po estakadzie. Idziemy jej skrajem. Jeden z samochodów zaczyna na nas trąbić. Macha, że nie ta droga, wskazuję na uliczkę obok, równoległą. Tamtędy, nie tędy wiedzie szlak. Nawet gdy coś pomylisz, miejscowi wskażą ci drogę. Dla nich pielgrzymi to codzienność. Codziennie od rana do południa widzą tu sznur wędrowców zmierzających jak mrówki po wytyczonej przed wiekami trasie.


Ta droga boczna schodzi w dół, estakada pnie się do góry. W miejscu gdzie przechodziłem jezdnię jest już jakiś metr różnicy poziomu. Zeskakuję z murku. Jedna noga ucieka do przodu. Prawie jak telemark. Tyle że w sutannie i tuż przed przejeżdżającym samochodem. Pani kierująca autem nieco w szoku. Dziewczyny śmieją się, że nie codziennie widzi rzucających się księży (czy też batmanów) pod koła. Kilkanaście metrów dalej schodki, po których można by spokojnie zejść.


Idąc dalej, po lewej stronie rozpościera się piękny widok na zatokę. Przecina ją potężny most podwieszony do dwóch pylonów. Prawie jak nasz Świętokrzyski stwierdzają „warszawianki”.  Droga znów wspina się na grzbiet pasm górskich, otaczających Redondelę. Na szycie drewniana rama, do której przytwierdzono lub podwieszono przeszło 400 muszli. Na wielu z nich podpisy pielgrzymów, modlitwy, pozdrowienia, serduszka i krzyże, daty i miejsca startu.  W tle po lewej stronie mamy wciąż wody zatoki. Wybrzeże skaliste sprzyjało kształtowaniu się takich zatok, zwłaszcza w miejscach, gdzie rzeki szukały sposobu, by przebić sobie drogę do oceanu. Schodząc w dół docieramy właśnie do krańca takiej zatoki (z mapy wiem, że to Ria de Vigo), do miejsca, gdzie w jej wody wpływa rzeka Verdugo. Czy to jeszcze rzeka, czy już zatoka, nie wiemy. Dostrzegamy dwa mosty, jeden kolejowy, współczesny, drugi rzymski – Ponte Sampaio. Wraz z ojcami Benem i Moyem schodzimy lekko z trasy na nadbrzeżny bulwar. Miejsce niezwykłe. Góry, woda, rzymski most, łódki, plaża, malownicze domki z czerwonymi dachami. Pielgrzymi na moście wskazują, że szlak biegnie sąsiednią ulicą. Wracamy na niego po schodkach. Miasteczko za mostem nazywa się Vao. Położone jest na zboczu. Szlak znowu wiedzie nas ostro pod górę.


Troszkę dalej spotykamy starszą panią z kijkami do nordic walking. Chce sobie zrobić z księdzem w sutannie zdjęcie. Okazuje się, że jest to Polka z Kanady, z Montrealu. Imię bodajże Jadwiga. A może Janina? Przyjechała wraz z grupą z Klubu Seniora. Jest ich około 15 osób. Droga dostosowana do ich wieku i możliwości. Bus wozi bagaże, w razie potrzeby, jeśli komuś zbyt ciężko zabierze z trasy na nocleg. Chwilę później spotykamy resztę ich kompanii na postoju w barze. Młoda Kanadyjka hiszpańskiego pochodzenia (gdzieś z tych stron) kręci film o ich drodze. Kolejny raz dociera do nas, że Camino jest dla wszystkich. Ile kto może, tyle daje z siebie. I wraz z trudem podjętym według swych możliwości niesie swoje intencje, swoje problemy, swój świat. Oddając to wszystko Bogu.


Kawałek przed Pontevedra, na jego przedmieściach, mijamy kolejny plac zabaw. Nie chce nam się wierzyć. W środku siedzi Ronen. Razem z nim drugi chłopak, Matias. I jeszcze dwa duże psy. Obaj z gitarami. Choć chwilę wcześniej robiliśmy sobie postój nie możemy tak po prostu ominąć ich. Okazja wyściskać się jak najlepsi przyjaciele, dosiąść, pogadać, podzielić się drogą. Jak wspominałem już wcześniej, gdy my nocowaliśmy w Valency, on nocował w Tui. Następnego zaś dnia, gdy myśmy szli do Mos, on poszedł aż do Rendondeli. Wyszło mu prawie 40 km. Dziś mówi, że jest ledwo ciepły. Więc nie śpieszy się. I właśnie spotkał tu kumpla do grania, podobnego mu obieżyświata, który z dwoma psami i gitarą idzie w przeciwną stronę, by spotkać się ze swoją dziewczyną. Świat pełen jest ludzi dziwnych i szalonych, a my jesteśmy jego częścią. I to jest w tym piękne.  Umawiamy się, że dziś wspólnie nocujemy w Pontevedra. To już niedaleko. Kilka zdjęć, jednych z lepszych w albumie, pełnych emocji i radości z tego spotkania. Ruszamy dalej.


Dom pielgrzyma znajdujemy bez trudu. Prowadzi do niego dość oryginalne graffiti i strzałki. Zaraz na początku miasta, obok dworca kolejowego. Robi wrażenie: ładnie wykończony, duży, czysty. Hospitera, przydziela łóżka, kasuje po 6 Euro, daje wszystkim jednorazowe  prześcieradła i poszewki na poduszki. To już standard w Hiszpanii. Pogoda niepewna, zanosi się, że może padać. Strach pranie wywieszać na zewnątrz. Ale gdzieś trzeba, to może już ostatnie pranie przed Santiago. Pielgrzym nosi ze sobą najczęściej trzy zmiany odzieży. Jedna na sobie, jedna na kolejny dzień, jedna w zapasie, gdyby rzeczy nie doschły, albo gdy dochodzi się tak późno, że nie ma się już ani sił, ani chęci by prać.


W Pontevedra zbiera się nas coraz więcej. Trochę nowych twarzy, trochę znanych z widzenia. Kogo tu dziś spotkamy? Przychodzi też Ron. Pojawia się Marta i Łukasz i nasz Indianin. Chwilę później pod łazienką spotykam ekipę izraelską: Lilac, Nogę i Atarę. Musi więc gdzieś tu być i Daniel. Jest. Olbrzymia to radość, że znów prawie wszyscy się spotykamy. I wtedy właśnie wchodzi do albergue Donato. Wierzyć nam się nie chce. Nie może być. Pod wieczór docierają też Krzysiek z Asią. Sami swoi. By tu dotrzeć zrobili dziś dwa dni „przewodnikowe”. Także dziwią się, że Donato już dotarł. Gdy wychodziliśmy wcześnie rano z Porrino jeszcze spał. Jak on tak szybko dotarł? Pozostanie to tajemnicą. Na nasze insynuacje o autostopie protestuje. „Nie, pieszo”.  Całą drogę, pieszo. Naprawdę. Zaklina się z sobie właściwym italskim wdziękiem.


Dziewczyny zostają przygotować obiad. Pół drogi mimochodem wspominałem o schabowych. Jak bym chętnie zjadł dziś taki prawdziwie polski obiad. Dziewczyny w tajemnicy podejmują wyzwanie. Ja ruszam na miasto w poszukiwaniu kościołów. Czy znajdzie się jakiś niedaleko, gdzie moglibyśmy odprawić Mszę?  W pobliżu dworce, sklepy, banki. Kościołów nie widać. Pojawiają się dopiero na starym mieście. To jakieś 2-3 km od domu pielgrzyma. W jednym z nich Msza będzie nawet wieczorem o 20:00. Można by się dołączyć, ale to zbyt daleko. Trzeba na jutro oszczędzać nogi. Dziś odprawimy znów w albergue. Na jednym z placów starówki dostrzegam Jadwigę z Montrealu. Cieszy się, że znów jest okazja się spotkać. Nocują w hotelu, na kolację idą do cioci jednej z pątniczek, tej która kręci film. Pyta się o polską Mszę, gdzie i o której będziemy odprawiać. Nie da rady jednak dotrzeć do nas. Może innym razem? Może jutro? Raczej to nie możliwe. Jutro przed nami daleka droga - 40 km. Klub Seniora nas nie dogoni. Błogosławię jej na drogę. „Jakby ksiądz był w Montrealu, zapraszam. Mamy kilka polskich parafii. Zapyta się ksiądz o Jadwigę. Znają mnie tam”. „W której parafii?” „W Polskiej Misji Katolickiej. Ale w innych też”.


Na nasz obiad rzeczywiście pojawiają się schabowe. Przecieram oczy ze zdumienia. Naprawdę? Staram się to tak powiedzieć, by dziewczyny miały z tego frajdę.  Nigdzie tak nie smakują schabowe jak na pielgrzymce, na obczyźnie, jak po 35-40 km marszu (wliczając mój  spacer w poszukiwaniu kościoła). Do stołu dziewczyny zapraszają też Donato. Także chwali polską kuchnię. Dosiada się do nas także Ron z sałatką z serem i pomidorami. Znów okazja do rozmów, żartów, bycia ze sobą. ”Dziś wieczorem rozpoczyna się Jon Kipur,  wiecie o tym?”. To święto zniszczenia Świątyni.  Żydowska Wigilia, Środa Popielcowa i Wielki Piątek w jednym, dzień pokuty i postu, zastanawiania się nad sobą, przeproszenia wszystkich za zło, jakie wyrządziło się w ostatnim roku, nawet jeśli się nic nie przypomina sobie, tak na wszelki wypadek. Trwa do jutra wieczór. Będę o tym pamiętał cały jutrzejszy dzień.


Czeka nas jeszcze wieczorem Msza. Odprawiamy po polsku, przed alberge. Głównie Polacy, ale pojawia się też ktoś z anglojęzycznych. Po Mszy sprzątam ołtarzyk polowy, zdejmuję albę. Ale zostajemy jeszcze z Krzysiem i Asią i tą anglojęzyczną osobą trochę porozmawiać. Nie śpieszy nam się. Mamy czas. Oni po dzisiejszym "rajdzie" 40-kilometrowym jutro nie będą szaleć. Nas zaś jutro czeka 40-stka. Może spotkamy się w piątek w Santiago? Kto wie... Jak Bóg da...


Camino Portugues VI - Pod niebem Hiszpanii 2015-10-04

W poniedziałek rano wychodzimy z Walency we czwórkę. Nasza mała pielgrzymkowa kompania powiększyła się o Kasię z Podlasia. Na naszej trasie pierwszy raz pojawiła się już w Ponte de Lima.  Potem nocowała z nami także przez kolejne dwa dni. Tak jak dziewczyny - Ania i Paulina mieszka obecnie w Warszawie, tak jak ja pielgrzymowała wcześniej do Wilna, tyle że z grupą salezjańską z Suwałk. Kasia lubi dużo mówić. I lubi milczeć, iść samemu w ciszy. Dwie skrajności w niej uzupełniają się doskonale. Cieszy się, że na Camino ma nareszcie okazję uczestniczyć w polskich Mszach. My też cieszymy się z jej towarzystwa. W drogę wybrała się sama. Nie śpieszy się, ma znacznie więcej czasu niż my. Najpierw z Lizbony poszła do Fatimy. Stamtąd podjechała do Porto. Wyruszyła na trasę dzień, lub dwa przed nami idąc najpierw drogą nadbrzeżną. Teraz ruszamy już razem. 


Strzałki wiodą nas znów do ukrytego we wzgórzu miasta. Po niedzielnym gwarze i paradzie strażaków nie pozostało śladu. Jest cicho i szaro. I pusto. Opuszczając Valencę dochodzimy do stalowego mostu. To już hiszpańska granica. Końca mostu nie widać. Spowija go tajemnicza mgła. Można by rzec, że idziemy w nieznane. Z drugiej strony rzeki Mino znajduje się miasto Tui. Przechodząc przez nie trafiamy pod potężną i starą katedrę. Spotykamy też kolejno trzech księży, z jednym zamieniamy nawet kilka zdań. Wszyscy „pod koloratką”. To pierwsza rzecz, jaka rzuca mi się w oczy w porównaniu do Portugalii. Tam księdza w koloratce widziałem tylko w lustrze. Na pytanie skąd jestem do tej pory raz mówiłem z Polski, innym razem z Litwy. Podśmiewały się z tego dziewczyny: „Padre, to jak to jest, zdecyduj się”. Uściślam więc wersję i teraz przedstawiam się: „I came from Poland, I live in Lithuania”. Lithuania? Powtarza napotkany ksiądz.  „Wczoraj Hiszpania wygrała z Litwą w koszykówkę”.  I tu najbardziej Litwa znana z koszykówki. Na wzmianki o Polsce najczęściej zaś ludzie reagowali wspomnieniem Jana Pawła II.


 Idąc dalej dostrzegamy kolejny kościół – Franciszkański. Wchodzimy tam na chwilę modlitwy. W zakratowanym prezbiterium siedzi starsza siostra zakonna. Macha na nas. Wyciąga pieczątkę. Podajemy jej nasze Credenciale. Stwierdzamy, że zbyt dużo u  nas pieczątek z barów, a za mało z kościołów. Trzeba by to poprawić. Tyle że większość kościołów zamknięta.


 Ruszamy dalej. U wyjścia z miasta stoi potężny, granitowy głaz. W środku wycięty wielki kontur św. Jakuba, w kapeluszu i z kosturem. Stajemy w nim po kolei robiąc pamiątkowe zdjęcia. Moje w sutannie wygląda całkiem nieźle, ale nadal do św. Jakuba mi daleko… nadal jestem zbyt mały.


Po dwóch godzinach marszu zaczynamy szukać jakiegoś miejsca na kawę i drugie śniadanie. Zaraz będzie miejscowość, może tam? Szlak prowadzi koło urzędu miasta, koło szkoły, boiska. Ale sklepu nie widać. Gdzieś jest tu na pewno, tyle że nie chcemy schodzić ze szlaku. Zmęczenie daje osobie znać, więc zatrzymujemy się na końcu miasteczka przy placu zabaw, na świeżym powietrzu.  Dziewczyny rozsiadają się na murku przy drodze, ja idę za płot, na zjeżdżalnie. Akurat pasuje jako dobry fotel z oparciem, okazja ulżyć nieco plecom.  Inni pielgrzymi przechodzą, robią sobie zdjęcia. A niech mają, co mi tam. Uśmiecham się, pozuję. Będzie ciekawostka w ich albumach z Camino. Dołączają do nas znów Marta i Łukasz. Podjeżdżają też ślązacy z Niemiec, którzy Camino robią z Lizbony na swoich rowerach. Transport lotniczy rowerów kosztował ich dwa razy drożej niż bilety, ale mówią, że warto, bo rower musi być pewny. A swój, to swój.  Zostało im jeszcze kilka dni, a kilometrów już naprawdę mało, więc nie śpieszą się.


Wreszcie trafiamy do kolejnej miejscowości. Na skrzyżowaniu dróg naprzeciw siebie znajdują się dwa bary. Siadamy w drugim – nazywa się Bar Laguna. Tu szlak się rozdziela: można wybrać starą trasę: tzw. Camino Industrial wiodące przez dzielnicę przemysłową, lub świeżo wytyczone Camino Natural wiodące lasami.  Te drugie dwa kilometry dłuższe. Ciężko się zdecydować, ale że Paulina ma problemy z nogą, decyduję, że idziemy trasą krótszą, do tego równą. Kasia mimo wszystko chce przejść nowym szlakiem. Rozłączamy się więc na te kilka kilometrów. Do Porrino docieramy dość szybko. Na przedmieściach widzimy małą kapliczkę św. Sebastiana. Wchodzimy tam na chwilkę modlitwy. Razem z nami zachodzą tam dwaj pielgrzymi z flagą Brazylii przypiętą do plecaka. Szlaki Camino są naprawdę mocno międzynarodowe.


Miasto, gdy już docieramy do centrum robi bardzo przyjemne wrażenie. Duży ratusz, piękny kościół. Czysto, zadbanie. Szukamy tutejszego albegue z myślą o wypiciu kawy i wzięciu pieczątek. Trafiamy tam, ale jest jeszcze zamknięte. Otworzą dopiero za godzinkę. Przed domem jest już grupa pielgrzymów. Wśród nich znajomi – Romano z Hayoung, oraz Asia i Krzysiek. Chwila rozmowy. Nie będziemy czekać, ruszamy dalej. Na kawę zachodzimy do baru na wylocie z miasta. Obok Lidla. Dziewczyny idą na zakupy, ja siedzę troszkę złapać tchu. Dogania nas Kasia. Znów idziemy razem.


Nasz nocleg na dziś przewidziany w Mos. Odcinek do przejścia liczy więc jakieś 28km. Mos to mała miejscowość położona w niewielkich górach niedaleko lotniska Vigo. Według przewodnika zgłosić się trzeba do sklepo-baru, po drugiej stronie albergue. Hospitera nazywa się Flora. Dość sympatyczna, choć nie mówi ni w ząb po angielsku. Mówię więc posiłkując się palcami, że jeden Padre i trzy seniority. Po chwili okazuje się, że chcą nam dać trzy łóżka. Nie, potrzeba czterech. Jak cztery, jak mówiliście trzy. Troszkę męczy ta rozmowa. Mówią, że już są tylko trzy łóżka. Liczą jednak jeszcze raz i znajduje się jeszcze te czwarte, brakujące. Po godzinie okaże się, że łóżek jest jeszcze więcej. Po drugiej stronie nad barem mają jeszcze sale z łóżkami i w albergue w niskim parterze otworzą kolejną z materacami. Nic nie rozumiem, ale co tam. Najważniejsze, że mamy gdzie spać. Szukamy sklepu. Powinien gdzieś tu być. Przewodnik nigdy się nie mylił. Ale nie ma. Są trzy bary, jest sklep z pamiątkami, ale spożywczego  nie widać. Jedna z pań zapytana mówi, że był naprzeciw albergue, ale że przed rokiem zamknęli. Zrobili w nim dodatkową salę dla pielgrzymów. Najbliższy sklep dwa kilometry stąd. Odpuszczamy więc sobie. Idziemy zjeść coś do baru naszej hospitery. Kolejne przeprawy z językiem hiszpańskim. I nam i właścicielom coraz bardziej brakuje cierpliwości… Ostatecznie zamawiamy rybę – Ania, tortillę – Paulina  i to samo co tamte panie (ziemniaki opiekane z jakimś sosem) – ja. Kasia mówi, że nie głodna, ale ostatecznie częstuje się rybą od Ani. Po obiedzie czas pomyśleć o Mszy. Kościół zamknięty. Nie udaje się ustalić, u kogo są klucze. Odprawimy więc na placu przed domem. Florę prosimy o trochę wina na Mszę. Daje bez problemu. Prosi by też za nią się pomodlić.


Na Mszę przychodzi dziś nasz Indianin z Argentyny, Marta, Paulina, Ania i Kasia. W trakcie pojawiają się także owce, które pasły się w sąsiednim ogródku. Zaciekawione przyglądają się nam przez płot. Msza jak co dzień po polsku. Teksty z dnia. Coraz lepiej wychodzi nam używanie tabletu jako księgi liturgicznej.  


Ta noc w Albegue jakaś dziwna. Może dlatego, że nie ma naszych przyjaciół z Camino. Są inni, w większości  grupa z Niemiec, ale z nimi jakoś ciężko złapać kontakt. W barze spotykam dwójkę Rosjan z Voronieża. Liuba i Alex. Małżeństwo po czterdziestce. Rozmawiamy w trzech językach, trochę po polsku, po angielsku i rosyjsku. Spotkamy się jeszcze na szlaku. Podobnie z kolumną żołnierzy, których przemarsz pod naszym domem oglądaliśmy przed samą Mszą. Czy to też pielgrzymi, czy tylko jakieś manewry? Droga pod górkę sprawia niektórym duży problem. Ale starają się trzymać tempo. Grupę 20-30 wojskowych zamyka dwóch funkcjonariuszy w kamizelkach żandarmerii. Machamy, pozdrawiamy. Idą z Tui. Oni także wyruszyli na swoje Camino.


Camino Portugues V - w pół drogi 2015-10-03

Spać poszliśmy naprawdę późno. Sobotni wieczór był chyba najbardziej niezwykły ze wszystkich na naszym Camino. Śmiech, rozmowy, gitara i dobre jedzenie. Stare i nowe spotkania, znajomości, może coś nawet więcej, coś na kształt pielgrzymkowej przyjaźni. Może słowo przyjaźń zbyt wielkie, może lepiej  użyć słowa braterstwo. Bo na pielgrzymce wszyscy są braćmi i siostrami. Modlitwa nóg i wspólny cel jednoczą nas i zbliżają do siebie. Na Camino, choć idziemy osobno,  nigdy nie jesteśmy sami.


Niedzielny poranek wzywa by ruszać dalej. Plan na dziś zakłada znów przejście poniżej 20 km – do granicy z Hiszpanią. Miasteczko Valenca. Część pielgrzymów mówi, że idą dalej, do leżącej już po drugiej stronie Tui.  Chcą już dziś przekroczyć granicę. Chociażby Ron, czy nasi Padre. Mimo to obstajemy przy swoim. Wszyscy, dosłownie wszyscy znajomi, którzy wcześniej przechodzili Camino Valencę na nocleg polecali obowiązkowo. „Stare miasto-twierdza. Będziecie zachwyceni”.  Wierzę im. Lubię twierdze, lubię Portugalię. Lubię wolne weekendy. Choć tak mało ich w życiu księdza. Zwłaszcza na Litwie sobota i niedziela to najbardziej pracowity dzień. Od rana do wieczora. Dziś, tak jak wczoraj do południa marsz, który sam w sobie jest przyjemnością, potem zaś czas wolny. Camino trwaj!.


Pierwszy kilometr pokonujemy polnymi drogami. Strzałki spychają nas ze znanego już asfaltu do sklepu, prowadzą krętą drogą miedzy pola i winnice do starego mostku, by potem znów zawrócić i doprowadzić do szosy. Tuż przy sklepie. Widzę pielgrzymów, którzy wyszli po nas i nie dali się nabrać na ten „skrót”. W przewodniku dopiero później widzę zachętę, by odpuścić sobie tę część trasy, zwłaszcza gdy padało i błoto. Ale co tam, kilometrów dziś tylko 17. Idziemy więc wierni strzałkom, co i raz zbliżając się lub oddalając od głównej drogi. Krótki postój robimy w S. Bento. Zatrzymujemy się pod tamtejszym kościołem, robimy kilka zdjęć. Znów spotykamy naszego Indianina. Jak zawsze pogodny i spokojny. Choć mało rozmawiamy, ma w sobie coś, co każe go lubić. W myślach nazywam go Wielkim Wodzem. Lub naszym Indianinem. I tak już zostanie. Z drugiej strony, ogródek ze stołami. Przy jednym z nich siedzą Krzysiek i Asia. Jedzą  śniadanie. My na nasze idziemy dalej. Może będzie gdzieś po drodze jakiś bar? W tej miejscowości nie widać. Znajdziemy go w Fontuora, obok kościoła. Nazywa się Pingo Sereno. Na pieczątce w adresie Valenca. Jesteśmy już blisko, albo ta gmina taka duża. Kto wie. W barze i jego okolicy zebrała się tu już pokaźna grupa pielgrzymów. Są też Łukasz i Marta. Kolejne kilometry idziemy znów razem.


Po drodze trafiamy na nowe albergue. Nie ma go w żadnym z naszych przewodników. Otwarte przed rokiem. Wchodzimy po pieczątki. „Quinta Estrada Romana” brzmi napis na górze. Pod nim drzewo, jabłoń. Ostateczny wygląd pieczątki hospitera dopełnia flamastrami. Drzewo wypuszcza liście, pojawiają się na nim jabłka. Zaskakuje nas to, jak przykładają się do każdej z nich. Dla nas, przypadkowych pielgrzymów. Jedne z najładniejszych w naszych Credencialach (paszportach pielgrzyma). Przed Albergue drogowskaz, a na nim różne miejscowości. Najbardziej rzucają się nam w oczy Fatima – 300 km, Santiago – 125, Proto – 135 km, Valenca – już tylko 8. Jest też Londyn (1782), Sydney (18 055) , Berlin (2436) , Seul (10 296) , Montreal (5126) i inne.   Z wszystkich tych miejsc spotkaliśmy już pielgrzymów. Warszawy czy Wilna brak. Co myślą pielgrzymi przechodząc tutaj? Czy tylko „jakie to fajne”,  zrobią zdjęcie i pójdą dalej? Może ktoś pomyśli o domu, o swoim powrocie. Że łatwiej dojść do Santiago niż wrócić. Że może już nie da się wrócić, do miejsca z którego się wyruszyło. Że drogę, jaką przebyłem nie mierzy się w kilometrach. Mierzy się ją modlitwą i czasem z Bogiem sam na sam.


Godzinę później wchodzimy już w miasto. Od strony przedmieść Portela i Arao. Małe domki, kaplice, kościoły, krzyże pielgrzyma. Niedzielne przedpołudnie. Kolejną godzinę idziemy przez miasto. Koło dworca, przez centrum, wzdłuż strzałek. Miasto nowoczesne, przyjemne, skąpane w słońcu. Albergue znajduje się na jego obrzeżu, obok remizy strażackiej. Przy drodze znak – Hiszpania 200 metrów. Albergue jeszcze nieczynne, przynajmniej oficjalnie.  Nieoficjalnie pani co sprząta otwiera nam i wpuszcza nas, byśmy mogli zostawić sobie rzeczy. Hospitera przyjdzie ok. 14:00 to nas zarejestruje. Ruszamy na miasto. Pytam o kościół – igreja. Ludzie wskazują na wzgórze po drugiej stronie ulicy, z jakąś kamienną bramą wiodącą w jego wnętrze. To pewnie ta twierdza. Idziemy tam. Za bramą kolejna brama. Wzgórze odkrywa przed nami swoją tajemnice. Za wałami z ziemi i skał ukryta prawdziwa Walenca. Wszystko, co było do tej pory to były przedmieścia i nowe dzielnice. Miasto robi wrażenie. Przypomina mi trochę Mdinę, dawną stolicę Malty. Wąskie uliczki, liczne kościoły i kaplice, na ulicy bardzo mało aut. Większość osób zostawia samochody na parkingach przed murami. Domy i tu i tam budowane z kamienia. Tyle że tam ciepłe, jasne, z piaskowców. Tu szare, smutniejsze, granitowe. Miasto jednak zdumiewa swoim rozmiarem. Po przejściu kolejnej bramy wchodzimy w drugą jego część. Aż wierzyć się nie chce, że to wszystko kryje się w niepozornym wzgórzu naprzeciw albergue.


Po odwiedzeniu dwóch kaplic, gdzie nie było Mszy, pytam o kościół parafialny. Jak to będzie po portugalsku? Igreja paraquel, albo jakoś tak - kombinuję. Kelner (o dziwo tu kelnerami są głównie mężczyźni w średnim wieku, a nie młode dziewczyny) wskazuje na uliczkę od strony murów. Trafiam wreszcie na plac z którego widać świątynię. Przed kościołem spotykam naszą Kasię z Podlasia. Pyta o Albergue. „Minęłyście”. Idę do środka kościoła na chwilę. Zaraz 10 min będę pewnie wracał.


W Kościele trwa Msza św. Kościół pełen ludzi w mundurach Bombeiros – strażacy. Trafiamy na poświęcenie nowego sztandaru. Zastanawiam się czy to początek czy koniec Mszy św. Trudno wyczuć.  Chór śpiewa Ave Maria. Ksiądz dziękuje wszystkim, błogosławi. Koniec Mszy. Idę do zakrystii. Okazja znów przedstawić się improwizowaną łaciną,  przywitać. Pytam o możliwość odprawienia Mszy św. Od razu? Może nie, lepiej popołudniu – myślę. Przyjdą do albergue kolejni pielgrzymi, dziś niedziela, będzie im łatwiej uczestniczyć w Eucharystii. Umawiamy się znów na 16:00.  Kościelny wszystko przygotuje.


Przed kościołem trafiamy jeszcze na grupę skautów. Dwie dziewczynki znam już. Stały w albach przy księdzu jako ministrantki. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie. Wtem dostrzegamy formującą się kolumnę strażaków. Ruszają ze sztandarem i orkiestrą na przedzie.  Potem czwórkami druhowie i druhny, cała kolumna. Przez ramię przełożone toporki. Do pobliskiego placu idziemy za nimi kawałek robiąc zdjęcia i kręcąc film. Potem wraz z Anią, Pauliną i Kasią ruszamy szukać czegoś do jedzenia. Ceny są dużo droższe niż do tej pory. 15 Euro Menu Pellegrino. Trochę drogo. W kolejnej restauracji podobnie. Nawet w „Jezus Restaurante” na placu przed kościołem ceny niemiłosiernie bezbożne. Zastanawiamy się czy nie brać czegoś na pół. A może będzie jakaś pizzeria? Bar? Tak tylko by coś przegryźć. Robię się już naprawdę głodny. Chyba pierwszy raz aż tak w czasie tej pielgrzymki. A dziewczyny jeszcze zaczynają szukać pamiątek. Ale ok. Nic nie mówię, damy radę. Chwilę później znajdujemy coś w sam raz dla nas. Snack-bar z połówkami pizzy, hot dogami, hamburgerami i tego typu jedzeniem. Ceny w okolicach 2-3 Euro do zaakceptowania. Są też mega duże lody.  Może to jeszcze nie niedzielny obiad, ale głód zaspokojony. Do ciepłej kolacji wystarczy.


Gdy trafiamy do albergue nadal nie ma hospitery. Pielgrzymi jednak już na dobre rozłożyli się w salonie, kuchni, łazienkach i ogrodzie. Plecaki ustawione pod ścianą przy recepcji przypominają o kolejności dojścia. Ale miejsc dużo, nie powinno być dziś problemu, zwłaszcza, że wiele osób pójdzie dalej nocować w Tui. Czuję pomału kręgosłup. Dziękuję Bogu za  Ryan Air i ich ograniczenia w rozmiarze bagażu. Dzięki temu  moje manatki ważą tylko 7 kg. Ale że plecak ma pas biodrowy bardzo mizerny, to i tak ten ciężar daje się we znaki. Kiedy mogę to korzystam z okazji by siąść, lub przynajmniej się oprzeć. Ale dam radę, to już połowa drogi za nami.


Mszę św. odprawiamy w bocznym ołtarzu. Sami Polacy. Nikt z innych nie przyszedł. Może znajdą jakąś Mszę portugalską. Nie chce mi się wierzyć by ktoś kto pielgrzymuje, kto nie jest tylko przypadkowym turystą na Camino mógł opuszczać świadomie i dobrowolnie Eucharystię. Bo po co ten cały trud? Przed Mszą okazja do spowiedzi. Ogłaszam, może ktoś chce i skorzysta. Msza niedzielna czytana z tabletu.  Trochę dziwnie, ale Oremus kupowany tuż przed  wyjazdem okazał się być już numerem październikowym. Wcześniej brałem z niego Msze wotywne do aniołów i Matki Bożej. Dziś korzystam jedynie z części stałych.  Przed ołtarzem dwa klęczniki. Do komunii ustawiam się tak, by była okazja przyjąć na klęcząco. Wracam myślami do Bisztynka, gdzie zawsze tak było. I gdzie też zawsze udzielaliśmy komunii pod dwiema postaciami.


Po Mszy świętej dajemy sobie czas wolny. Dziewczyny lecą szukać pamiątek, ja z Asią i Krzyśkiem idziemy do Albergue. Myślę o kolacji i postanawiam, że to ja dziś przygotuję coś na ciepło. Kupuję niezbędne produkty i przygotowuję leczo. Wychodzi dość tłuste i mocno ostre. Ale dziewczyny jedzą i chwalą.


Zaskoczeniem dla nas jest przyjście na nocleg Donato. Myśleliśmy, że razem z Ronem zdecyduje się iść do Tui. A jednak wybrał Paulinę, Anię i mnie. A może wybrał tylko ten kilka kilometrów mniej. Dziewczyny zbierają się dziś wcześniej spać. Ja z Donato, dwoma Niemkami (jedną czarnoskórą) , Romanem i Hayoung, oraz Violetą – Litwinką z Wilna siedzimy jeszcze dość długo nie dając im zasnąć. Kolejny wieczór i kolejna okazja by poznawać się. By dowiedzieć się jak to przed 15 laty się stało, że Romano opuścił Koreę i zamieszkał w Londynie, o ich ślubie przed rokiem,  o galerii gdzie Hayoung pracuje, o salonie telefonicznym Donato, o jego kulinarnych osiągnięciach, znajomych księżach i  parafii gdzie czasem gotuje na różnych spotkaniach, o tym jak ta ciemnoskóra Niemka trafiła z Erytrei do Niemiec i jak tyle lat już tam mieszka i przyjaźni się ze swoją koleżanką.  Z Violetą okazja porozmawiać po litewsku. I zrobić sobie wspólne zdjęcie. Pierwszy i ostatni raz. Bo potem już ani jej ani innych Litwinów na szlaku nie spotkam.


 


 


Camino Portugues IV - weekendowo 2015-10-02

Sobota i niedziela to czas odpoczynku. Już na etapie planowania trasy założyliśmy, że w te dni zrobimy znacznie mniej kilometrów. Pół dnia marszu, potem czas się pobyczyć. Jak to powszechnie wśród pielgrzymów wiadomo, trzeci dzień na pielgrzymce zawsze jest ciężki. Organizm nieprzyzwyczajony do tego typu wysiłku daje o sobie znać i nieraz odmawia posłuszeństwa. Myślałem nawet, czy już dzień wcześniej nie zrobić w ogóle dnia odpoczynku i nie skoczyć na dzień do Bragi, lecz po konsultacji z dziewczynami stwierdziliśmy, że trzymamy się planu i po prostu odcinek z Ponte de Lima do Valency dzielimy na dwa.


Moje samopoczucie na razie jest całkiem dobre. Po późnym wczorajszym dojściu i po nocy spędzonej na podłodze czuję się całkiem nieźle. Jedyne co , to niewielka złość, na tych, co dojechali samochodami ostatni etap by zająć łóżka. Wiem o przynajmniej kilku. Zostawiam to jednak ich sumieniom. Niech im będzie.


W sobotę wyruszamy na nocleg do odległego o 19 km Rubiaes. Damy radę. Dziewczyny też całkiem nieźle się trzymają. Tempo przemarszu w stosunku do wczoraj znacznie wzrosło. Najpierw do przodu przed nas wydarła Ania, a w tyle została Paulina. Potem, gdy z Anią zeszliśmy na chwilę do znajdującego się przy drodze wodospadu do przodu pognała Paulina. Ciężko ją teraz nam dogonić.  Coraz częściej zaczynamy iść w odstępach, w pewnej odległości od siebie. Szlak świetnie oznaczony, więc nie ma obaw, że ktoś się zgubi, a przy okazji każdy ma czas na swoje osobiste modlitwy i przemyślenia. Wspólnie modlimy się tylko rano pacierzem i popołudniu koronką. Miał być jeszcze wspólny różaniec, ostatnia część, ale jakoś nie wychodzi, przez to, że każdy z nas ma swoje tempo. I marszu, i modlitwy.


Droga wiedzie znów wśród winnic, pod potężnymi filarami wiaduktów autostradowych, przez dość obszerną dolinę w której leży wioska Arcozelo ze swoim kościołem. Droga pomału zaczyna się wspinać w górę. Rozglądamy się za jakimś sklepem lub barem, gdzie moglibyśmy zrobić sobie mały postój. Trafiamy na Cafe Nunes. Tu okazja wypić poranną kawę, zjeść śniadanie, spotkać się z tłumem pielgrzymów. Bo na drodze robi się coraz tłoczniej. W Ponte de Lima do Camino Central dołączył szlak z Bragi i skrót ze szlaku Camino nadbrzeżnego. Do tego dochodzi grupa osób, które zaczynają swoją wędrówkę właśnie znad Limy. Świadomość, że ten tłok pielgrzymów może znów się przełożyć na spanie na podłodze mobilizuje nas, by nie przesiadywać zbyt długo po barach. Po chwili przerwy ruszamy więc znów ostro pod górkę. Podejście prawie 350 metrów w pionie. Ania zostaje nieco z tyłu, za nią cisną Koreańczycy z Londynu: Romano i Hayoung. Ania idzie dzielnie rzucając pod nosem „Nie dam się wyprzedzić”. Prawie pod samym szczytem docieramy do kamiennego krzyża. To krzyż św. Marty, krzyż pielgrzymi. Obłożony kamieniami, symbolizującymi nasze grzechy. Między nimi świeczki, zapalniczka, być może symbol rzuconego palenia, kartki z modlitwami, jest też polska flaga. Oprócz nas pod krzyżem chwilę postoju robi też Romano z żoną oraz Krzysiek z Joasią. Ci ostatni są nam jeszcze obcy. Przemknęli co prawda gdzieś przed oczami w Ponte de Lima, ale nawet nie załapałem, że to Polacy. Może dlatego, że rozmawiali wtedy z kimś po angielsku? Poznamy się lepiej dopiero popołudniu, gdy Asia niechcący zaiwani moje żabki do wieszania firanek, myśląc że to albergowe… Siedzą z boku, cicho, trochę z dystansem. My zaś witamy docierającą właśnie grupę portugalskich kolarzy. Męczą się mocno pod górę, bo nie dość, że w żaden sposób po zboczu nie da się jechać, to jeszcze trzeba nieść rowery. Kolarzy jest siedmiu. Jeden starszy, śmiejemy się, że to pewnie trener. Mówią, że chcą dotrzeć dziś wieczorem do Santiago. Pytamy żartem, że może w takim razie rano ruszali z Porto. Jedni zaprzeczają, inni ze śmiechem potakują. Możemy tak założyć, dlaczego by nie. Pytam się, czy mogę zrobić sobie zdjęcie na rowerze. Miałem takie wieki temu na mostach w Stańczykach, w czasie wileńskiej pielgrzymki. Mam i teraz. Oczywiście w sutannie i fioletowej stule. Oni też chcą ze mną zdjęcie. Jeden pyta się, czy w zamian mogę mu pożyczyć do zdjęcia sutannę. Nie mogę, sutanny nie pożyczam. Zamiast zdjęcia w sutannie robię im fotkę z Anią i Pauliną pod krzyżem. Zamiast sutanny dwie ładne Polki, to dobry biznes. :) I ruszają dalej. Błogosławię im na drogę.  Zaraz po nich ruszamy i my. Odpoczynki dziś naprawdę krótkie, ten trwał mniej niż 10 min.  Na szczycie znów spotykamy kolarzy. Ostatni etap górskich ścieżyn odpuścili i jednak wybrali asfaltową serpentynę wzdłuż góry.  Dalej, ale łatwiej. Teraz zaś będzie już bajka. Zjazd znacznie łagodniejszy, mogą jechać śmiało, lecz czy dziś osiągną Santiago? Trochę wątpię.


Szczyt dość duży i płaski. Siedzi tam dwóch pielgrzymów spoglądając w dolinę, przez którą przed godziną, czy dwoma przechodziliśmy. My siadamy chwilę  trochę dalej, w głębi, przy cysternie z wodą, zastanawiając się czy można z niej napełnić butelki, nie bojąc się żołądkowych rewolucji, po czym ruszamy dalej. Tamci dwaj zostają za nami wpatrzeni w dal.  Nasze tempo dziś jest naprawdę dobre.


Do Rubiaes docieramy w okolicach południa. Może nawet wcześniej. Jesteśmy pierwsi w albergue, które według przewodnika powinno być do 13:30 zamknięte. Ale nie jest. Może dlatego że to sobota. Hospiteros przyjmują nas, wypisują kartki z numerem łóżek, pokazują co i jak. Przed domem dość duże podwórko zastawione krzesłami, stołami i leżakami z plastiku. Większość leżaków połamana, na niewiele się zdadzą, ale na krzesłach spokojnie można sobie usiąść. Jest do naszej dyspozycji kuchnia, łazienki i pralnia. Są nawet pralki po dwa euro od prania. My decydujemy się jednak na prania ręczne. Niewiele tych rzeczy. Będzie szybciej.


Schodzą się kolejni pielgrzymi. Okazja przy praniu poznać się, pogadać. Chociażby z Krzysiem i Asią. Z twarzy już znajomi. Teraz zdziwienie, że to Polacy. Ilu to już spotkanych na Camino? Siedmiu? Ośmiu? Po godzinie już wszystkie miejsca na łóżkach zajęte. Kolejnym oferują miejsca w sali na materacach, potem jadalnia zamienia się w kolejną salę do spania. Następnych pielgrzymów odsyłają już do domów prywatnych. Albergue jest pełne.


 Idę na miasto poszukać kościoła. Widziałem go z drogi gdzieś na początku wioski. Drzwi główne wyglądają na zamknięte, ale na placu przed kościołem dużo samochodów. Wydaje mi się, że ze środka kościoła słyszę jakiś głos. Obchodzę kościół i znajduję otwarte boczne drzwi. W środku trwa spotkanie z dziećmi, pewnie przed pierwszą komunią. Wchodzę do środka zwracając chwilową uwagę wszystkich, przechodzę na tył i zajmuję miejsce w ławce. Ksiądz dalej prowadzi katechezę, rodzice i dzieci przestają zwracać na mnie uwagę. Jedna tylko dziewczynka, 8-9 letnia „sąsiadka” z ławki obok wciąż przygląda się co to za olbrzym z brodą i muszlą klęczy i modli się.


Po spotkaniu podchodzę do księdza przywitać się i przedstawić: „Ego sum Slavomirus, Polonus, Sacerdotes. Misionarius Lithuanorum, Pellegrinus” takie łacino podobne zdanie powitania. Potem już przechodzimy na język angielski. Pytam się o możliwość  odprawienia Mszy św. w kościele. Ksiadz Proboszcz nie mieszka w tej parafii. Przywołuje więc jednego pana, który ma klucze od kościoła i z nim umawiam się na Mszę na godzinę 16:00.  Wracam do albergue powiadomić innych. Kilka godzin później jesteśmy już w kościele. W raz z nami na Mszę przyszli „Padre” Ben i Moy. Beniamin odprawia wraz ze mną, Moy siedzi w ławce. Są też dziewczyny, jest bodajże Krzyś z Asią, być może Marta (nie pamiętam), jest także Włoch od wina Porto – Donato. Msza jest po polsku, z angielskimi dodatkami. Jest także taca, nasze kilka pielgrzymich groszy zostawione parafii, którą pierwszy raz w życiu zbiera nieco zakręcony i niezorientowany w temacie Donato.


Sobotni wieczór w albergue niezwykły. Ron, Żyd pielgrzymujący z gitarą, także trafił dziś do nas na nocleg. W korytarzu siadamy, gramy, śpiewamy żartujemy. Jednym z motywów przewodnich staje się piosenka ”Don’t worry, be happy!” i jej wariacje na temat pielgrzymowania na Camino. Zmieniają się słowa, zmieniają się języki, pozostaje melodia i myśl: Być szczęśliwym, cieszyć się chwilą, ta droga to radość bycia z ludźmi, takimi jacy są. Nasza wolna sobota trwa.


Donato na  późny wieczór szykuje „paste” z tuńczykiem, my kupujemy coś do picia, Ron znów pojawia się ze swoją gitarą. Tym razem nie w holu, lecz w ogrodzie przed domem. Bo może ktoś będzie chciał już iść spać? Przy naszym wesołym stole pojawiają się kolejne osoby: ojciec Ben, o. Moy, Łukasz i Marta, dziewczyna bez imienia, ale za to z niesamowitym wokalem, Donato, Ania, Paulina, Kasia z Podlasia i Juan - Hiszpan. Żartów i piosenek nie ma końca. Donato dość ciężko radzi sobie z angielskim. Włosko-angielskie zdania uzupełnia żywiołową gestykulacją. To pomaga, ale i śmieszy. Ojciec Ben prosi: „Spróbuj coś powiedzieć bez pomocy rąk…” odpowiada trzymając ręce przy sobie, lecz na sam koniec cmoka dwa razy. Śmiejemy się wszyscy, mowy ciała u niego nie sposób ujarzmić. Jak dobrze, że dotarł do nas. W Ponte de Lima spotkałem go na mieście szukającego apteki. Mówił że to jego pierwsze i ostatnie Camino. Że nogi pokaleczył, że nie da rady iść dalej, podnosząc i pokazując stopę. Ostatnie kilometry podwiózł go jakiś człowiek spotkany w barze, który słyszał, że pytał jak dostać się do miasta autobusem. „Sam chciał podwieźć, za darmo, jak miałem nie skorzystać? – tłumaczył się gdy śmieliśmy się, że on to potrafi się ustawić. Chciał przerwać pielgrzymkę, wracać już teraz. „Jutro będzie łatwy dzień, idziemy naprawdę blisko, zobaczysz, że warto będzie, dasz radę”. Rano wstał, poszedł i doszedł. I stał się gwiazdą wieczoru. I kolejny dzień znów zdecydował się iść. Bo nam naprawdę nie wiele trzeba. I wszystko to mamy, niczego nam nie braknie. Na Camino.


Tej nocy zupełnie nie śpieszy się nam kłaść spać. Jutro niedziela, niech więc radość trwa.


c.d.n.


Camino Portugues III. 2015-10-01

 W trzeci dzień Camino wyruszamy ok. 7:25. Znów troszkę później niż planowaliśmy, ale ciężko jest rano się ogarnąć. Pociechą niewielką jest to, że ponad połowa osób jeszcze śpi, a kolejna część też dopiero się szykuje do wyruszenia. Przed wyjściem sprawdzam jeszcze, czy na pewno wszystko zabrałem. Sprawdzam łóżko, pod łóżkiem, parapet. Muszla. Zapomniałbym o niej.  Paulinie dają się we znaki zbyt wąskie ramiączka od plecaka. Rwie żółty płaszcz przeciwdeszczowy i z jego dwóch części robi sobie improwizowane podkładki. Skąd wie, że do końca Camino nie będzie już padać? 


Idziemy znaną już nam trasą przez most i przez centrum Barcelos. W mieście cicho i spokojnie.  Jakby jeszcze uśpione. Wychodząc z miasta wyczuwam piekarnię. Zapach ciepłego chleba dobiega z drugiej strony ulicy. Wchodzimy na chwilę do sklepu. Dziewczyny testują kolejny rodzaj ciastek, ja wychodzę uzbrojony w półmetrową bagietką. Świeża, tyle że zimna. Nie umiem jednak dopytać po portugalsku, czy nie mają takich prosto z pieca, jeszcze ciepłych.


Idziemy asfaltem do kolejnej miejscowości. Po drodze na polach krowy (a może jakaś odmiana bawołów) z olbrzymimi rogami, czasem owieczki, często winnice. Te ostatnie kuszą wręcz, by się częstować, bo grona już dojrzałe i słodkie. Przy domach spichlerze, małe domki zwieńczone  krzyżami. Krzyże i kapliczki co chwila przypominają, że to katolicki kraj.


 Po ponad dwóch godzinach porannego  marszu i wspięciu się na niewielkie wzgórze docieramy do miejscowości Tamel. Obok kościoła znajduje się tu Albergue. Dom nieduży, współczesny, ściany z kamienia, stali i szkła. Pielgrzymi, którzy tu nocowali już wyszli w trasę. Wchodzimy tam, gdy trwa po nich generalne sprzątanie.  Hospiteros – matka i syn przyjmują nas serdecznie. Niby weszliśmy tylko po pieczątki, ale wykorzystujemy tę okazję by sobie troszkę odpocząć, zrobić kawę, dziewczyny jedzą śniadanie. Zawsze to wygodniej poleżeć na kanapie w holu, niż na trawie czy murku gdzieś przy drodze. Czujemy tam niezwykłe ciepło tego miejsca i  znów do głowy przychodzi ta myśl, że to dom pielgrzyma, więc my jako pielgrzymi jesteśmy tu u siebie.  Wychodząc przed domem spotykamy ojców Bena i Moya, oraz kilka już znajomych twarzy. Uśmiechy, Buen Camino, zachęcamy, by zaszli do albergue po pieczątki i ruszamy dalej.


 Żółte strzałki wiodą nas w kierunku kolejnej rzeki.  Droga polna przed samą rzeką zamienia się stary trakt ułożony z wielkich kamiennych płyt. Stopy i koła pojazdów rozsunęły je nieco, zaokrągliły kanty, niektóre się nieco zapadły. Między kamieniami miejsce znalazły sobie niewielkie kępy trawy. Droga unosi się nieco nad grunt i dopiero teraz dostrzegam, że to jednak nie trakt, to niewielki most bez barierek, dwuprzęsłowy,  po którego lewej stronie wypływająca rzeka tworzy urokliwe rozlewisko, z plażą, pomostem i niewielkim skokiem wodnym. Ponte das Tabuas. Na plaży widać już dwoje pielgrzymów szukających w plecakach strojów. Myśl by też się dołączyć i popływać, choć trochę szkoda czasu. Dziś czeka nas przecież przejście 35 km. Dziewczyny chcą na moście zatańczyć jedną z pieśni uwielbienia. Dają swoją komórkę, by to nakręcić. Robię kilka zdjęć, kręcimy klip. Nadchodzą kolejni pielgrzymi, patrząc i śmiejąc się. Może nie śmiejąc, a uśmiechając, bo radość dziewczyn udziela się nam wszystkim. Łapiemy chwilę oddechu i ruszamy dalej.


Z przeciwnej strony dostrzegamy idącego ku nam pielgrzyma. Niebieskie strzałki prowadzą go ku Fatimie. Ciemnoskóry Francuz. On też ubrany na niebiesko. Z przewieszonej przez szyję bluzy, z jej kieszeni, wystaje głowa małego pieska. Idzie z Francji, już czwarty miesiąc. Do dziś szedł sam, lecz znalazł szczenię i od teraz idą już razem. Człowiek młody, uśmiechnięty. Z jego twarzy bije dobrość i pokój. Robimy wspólne zdjęcie, błogosławię mu i ruszamy dalej.


Kilometry pomału dają o sobie znać. W Lugar do Corgo, koło domu Fernanda Rodrigo Hiacynta Gomesa siadamy by chwile odpocząć. Dom  zwraca naszą uwagę, bo jest oznakowany muszlami pielgrzyma. Żółta, drewniana strzałka z napisem Casa Fernanda zaprasza do środka. To prywatne albergue. Fernando z rodziną od lat przyjmuje pielgrzymów u siebie w domu. My jednak zostać tu nie możemy. Droga znów wiedzie pod górę. W gospodarstwie na szczycie drogowskaz do Porto 73 km, do Santiago 171 km. Daleko jeszcze, to dopiero początki. Na postoju pod domem Fernanda spotkaliśmy dwójkę rowerzystów. Młoda parka z Portugalii. Zrobili nam zdjęcia, chwilę pogadaliśmy, pojechali dalej. Znów ich spotykamy. Dziewczynie stało się coś z łańcuchem, czy z kołem. Chłopak kończy to właśnie naprawiać. Pozdrawiamy się i teraz my ich wyprzedzamy. Chwile później, podchodząc pod kolejną górkę oni doganiają nas. Znów pozdrawiamy się Buen Camino. Pomału czas myśleć o obiedzie. Na horyzoncie widać kościół na tle gór, przed nim cmentarz, z pięknymi kapliczkami i  duży plac obsadzony szpalerem drzew oliwnych.  Na ścianie kościoła jakieś dwie kolumny kolorowych liter. Wyglądają jak naklejka na pralkę  z informacją o energoefektywności. Takie głupie skojarzenie. Napis nad literkami: „ALEGRIA. Abre a tua porta a alegria do Evangelho”.


Za kościołem drogowskaz, że w pobliżu jest bar i restauracja. Trzeba co prawda zejść kawałek ze szlaku, ale reklama wygląda naprawdę zachęcająco. Przed barem widać już grupę pielgrzymów. W środku duża sala, dużo miejsc. Za 5 Euro można dostać Menu Pellegrino. Są też nasi Portugalczycy. Siadamy z nimi do stołu. Jest Indianin z Argentyny. Pojawia się Duńczyk, grupa Amerykanów i Kanadyjczyków. Portugalczycy pomagają wszystkim zamówić obiad, tłumaczą na angielski i hiszpański, sprawiają, że wszyscy czujemy się tu naprawdę dobrze. Obiad dla pielgrzymów to zupa jarzynowa, gulasz z ziemniakami, warzywami i ryżem, do tego woda i chleb bez ograniczeń.  Porcje takie, że nie jesteśmy w stanie zjeść. Jedyną, która uporała się z całą porcją jest ta Portugalka. A że chudzina straszna, to aż wierzyć się nie chce. „Gdzie ty to mieścisz? W kieszenie?” Śmiech…  


Wchodzą do restauracji kolejni pielgrzymi. Pojawiają się nasi Padre amerykańscy. Duńczyk i Kanadyjczycy zostają tu na noc. W barze są pokoje po 20 Euro na dwóch. Nam jeszcze zostaje trochę kilometrów. To dopiero 20 kilometr dzisiaj. Żegnamy się z Portugalczykami. Nie spotkamy już ich. Zapomnimy imiona. Pozostanie w pamięci ich radość, życzliwość. Zostaną też wspólne zdjęcia.  Na mojej i ich lustrzankach.


Droga wiedzie znów pod górę. Z rozpiski wynikało, że największe podejście już mamy za sobą, ale okazuje się, że schemat nie był dokładny. Przechodzimy na drugą stronę niewielkiego pasma górskiego by potem stopniowo schodzić w dolinę.  Ludzie w winnicach rozpoczynają zbiory winogron. Jedna rodzina częstuje nas. Znów radość. Nasza i ich. Aż się uwierzyć nie chce, że tak proste rzeczy potrafią dawać tak dużo radości. Światu nie trzeba wielkich czynów. Wystarczy drobne, codzienne dobro i uśmiech.


Dochodzimy do rzeki Lima. Rzymianie nazywali ją Lete - rzeką zapomnienia. Droga wiedzie wzdłuż rzeki. Poziom wody bardzo niski, w wodzie dziesiątki wysepek białego piasku. Wygląda, że można by ją spokojnie przejść „wpław”. My kierujemy się jednak na rzymski most, od którego miasto wzięło swą nazwę. Jest już po 18:00. Na moście spotykamy Martę i Łukasza. Przed godziną zameldowali się w Albergue. Teraz wracają ze sklepu.  Mówią, że ludzie pytali się ich o Padre w sutannie.


W Albergue w Ponte de Lima, zaraz za mostem miejsc jest 80. Niestety wszystkie zajęte. Jestem 87 na liście. Ale przyjmą nas na nocleg, tyle że  na podłogę. Znajduje się dla mnie nawet jakaś bezpańska karimata. Dla dziewczyn też nie ma łóżek, ale Ania i Łukasz oddają im jedno swoje. Miła niespodzianka. Późno już szukać otwartego kościoła. Mszę św. dziś więc przyjdzie odprawić polowo. Pytam hospiteros gdzie można?  Wskazują  kamienny stół w ogrodzie. Dziewczyny zapraszają wszystkich na Mszę, ja idę do sklepu skompletować brakujące elementy przenośnej kaplicy.  Brakuje świec, wina i obrusa. Dostaję wszystko w dwóch lokalnych sklepach. 


Lekki wiatr sprawia, że ciężko się odprawia pod gołym niebem. Dziewczyny muszą trzymać obrus, ja pilnuję kielicha i hostii. Na Mszę przyszedł także Ronen – Żyd z Tel Avivu. Pierwszy raz na katolickiej Mszy. Pytał się dziewczyn czy może. Oczywiście. Tyle że do komunii przystąpić mu nie wolno, dodajemy, by wszystko było jasne. Zza winkla widzę, że przygląda nam się inna trójka pielgrzymów. Chłopak nagrywa Mszę na telefonie. Zapraszam ich, chodźcie, nie bójcie się. To także Żydzi, Daniel i jego koleżanki. Msza jest po polsku.


Jest piątek wieczór. Zaczyna się szabat. Po Mszy coś jemy, a potem gramy w jadalni w double. Przychodzą nasi znajomi Żydzi. Zapraszają nas na celebrację szabatu. Sprzątamy ze stołu, oni szykują wino, kubek i suchary. Nie mają macy, ale suchary spokojnie nadają się by ją zastąpić. Śpiewają po hebrajsku pieśń aniołów, odmawiają dziękczynienie nad winem i dzielą się nim. Tak samo sucharami. Ronen przykrywa głowę ręką, Daniel zakłada kaptur. Dlatego, że nie mają jarmułek. W plecaku mam czarną piuskę, idę po nią. Także zakrywam głowę. Przez szacunek dla nich i ich religii. I Boga, który tak czynić polecił ich ojcom.


Po modlitwie czas dalej posiedzieć i pogadać. Poznajemy się lepiej z Atarą, Nogą, Liliac, Danielem i Ronem.  Rozmowy o Izraelu,  Camino i o nas. Zaskakuje mnie to, że tak wielu Żydów idzie do grobu św. Jakuba, przecież to nasz, katolicki święty.  Ale i Żyd i pierwszy biskup Jerozolimy. Oni do końca nie zdają sobie z tego sprawy, dla mnie to jednak ważny Boży Znak.


c.d.n.


Camino Portugues II. 2015-09-30

Z Vairao ruszamy dość wcześnie – ok. 7:15. Jest już jasno, ale nadal dość chłodno. Początkowa mżawka przechodzi w lekki deszcz, który towarzyszy nam 3-4 km. Wyciągamy kurtki, oblekamy plecaki workami przeciwdeszczowymi i idziemy bo przecież deszcz pielgrzymom nie straszny. Początkowo trasa wiedzie przez las eukaliptusowy. W powietrzu czuć intensywną, egzotyczną jego woń. Drzewa te choć Europie kulturowo obce, przyjęły się tu, a jednocześnie wypierają rodzime gatunki. Chciałoby się powiedzieć stworzone do dominacji. Potężne, dostojne, proste, strzeliste, nagie. Kora pęka, spada lub zwisa płatami tworząc dziwne i obce mi wrażenie: Czy tak wygląda amazońska dżungla? Nie wiem, ale na pewno nie jestem u siebie. Jestem tu gościem, przechodniem, pielgrzymem. To nie mój las.


Po godzinie marszu przechodzimy przez Vilarinho. Droga stąd wiedzie starym traktem przy którym akurat robotnicy wycinają drzewa. Wśród obciętych gałęzi znajduję dość potężny dwumetrowy drąg. W sam raz na kostur pielgrzyma, oceniam natenczas. Kilkanaście kilometrów dalej stwierdzę że jest zbyt duży i ciężki. Do tego kaleczy mi dłonie.  Droga wiedzie wzdłuż rzeki i po chwili z porannych mgieł wynurza się przed nami 800 letni most – Ponte D. Zameiro. Wieki historii pod naszymi stopami. W głowie myśl o wszystkich pielgrzymach, którzy tędy przechodzą. Mosty, kamienie, rzeka niezmienne od wieków. Niezmienne tak samo, jak niezmienna rzeka pielgrzymów, która przez nie zmierza  codziennie do Santiago. Dziś nasza kolej.


Kilkanaście zdjęć i ruszamy dalej. Lekko pod górkę. Wzdłuż drogi winnice, domy, pola kukurydzy. W oddali dostrzegamy kościół w Arcos, a przed nim kolejny rzymski most. Mniejszy, ale równie piękny. Po deszczu i mgłach ani śladu. Słoneczne przedpołudnie. Robię dwa zdjęcia i ustawiam aparat na samowyzwalacz. „Chodźmy na most do wspólnego zdjęcia” Paulina stoi jako pierwsza, potem Ania ze sfatygowaną już lekką polską flagą, ja w sutannie i przywdzianej dziś dopiero pokutnej stule dobiegam dołączyć do nich do zdjęcia. W tym czasie z drugiej strony nadjeżdża ciągnik. Potężny, nowoczesny. Zajmuje całą szerokość mostu. Błysk aparatu, trzy wyjątkowe zdjęcia, potem możemy go przepuścić.


Kościół w Arcos zamknięty. Jak większość na naszej drodze. Podobny też do większości: biały, z wieżą i dzwonami, na elewacji płytki ceramiczne w charakterystycznych niebieskich odcieniach. Dla mnie styl łazienkowy rzekłbym, ale może się ludziom podobać, zupełnie inny niż nasze czerwone, warmińskie, średniowieczne, warowne kościoły.


Koło południa wchodzimy do Sao Pedro de Rates. Na początku miasta rozdwojenie strzałek. Znakujący nie byli jednomyślni, każdy po swojemu próbował wytyczyć trasę przez miasto, czyniąc tym samym nie jednemu z pielgrzymów zagwozdkę: Jak iść?  Wybieramy jedną z opcji, tę prosto,  potem sami dalej wbrew strzałkom ją modyfikujemy, zwłaszcza że chcemy jeszcze znaleźć aptekę, a znakowany szlak skręca dość dziwnie w polną drogę pomiędzy winnicę. Apteki jednak nie widać. Pytamy pani: „Apoteka?” Nie rozumie…  To chyba nie tak będzie po portugalsku… Strzelam więc z łaciny – „Farmacia?” „Si, Si”. I wskazuje drogę prosto, potem gdzieś w prawo. Ruszając dostrzegamy znów żółte strzałki, tym razem jednak idziemy pod prąd. Dwójka pielgrzymów przygląda się nam. Może myślą, że zbłądziliśmy, może ze zmierzamy do Fatimy? Pozdrawiamy ich „Buen Camino”. Odzdrawiają. Okazuje się, że to pierwsi spotkani na naszej drodze Polacy: Marta i Łukasz. Chcieli tu dziś nocować, ale albergue jeszcze nieczynne. Mówimy, że my planujemy iść dalej, tylko najpierw trzeba jeszcze znaleźć aptekę.


Miasto Sao Pedro de Rates piękne, stare. Kościół kamienny, surowy, chłodny, romański. Otwarty. Można wejść na chwilę modlitwy w średniowiecznych murach. Apteka 50 metrów dalej. Z Sao Pedro ruszamy w piątkę. Słońce świeci coraz mocniej. Do plecaków przypinamy niedoschnięte przez noc ubrania. Coraz bardziej zaczynamy przypominać pielgrzymów. Dziewczyny w sklepie kupują muszle z jakubowym krzyżem. Obraz pielgrzyma dopełniony. Po drodze spotykamy znów moich Bułgarów i dziadka z Danii. Idziemy razem, ale i osobno. Camino tym się różni od innych pielgrzymek, że to szlak, gdzie najważniejszą drogą jest ta w głąb siebie. Inni są obok nas, poznajemy się, pozdrawiamy, zamienimy kilka słów i znikamy by sobą nawzajem nie zapełniać pustki, jaka powstaje po oderwaniu od muzyki, Internetu, komórki, codziennych relacji… By w tę pustkę wszedł Bóg. Po kilku kilometrach Marta i Łukasz znikają nam z oczu. Znów idziemy sami.


Popołudniu, po prawie 30 km, docieramy do Barcelinhos. W miasto wchodzimy dość niepewnie, nieświadomi czy to już tu, czy jeszcze nie. Pytamy o drogę niedowierzając strzałkom. Ale one prowadzą bezbłędnie. Cel coraz bliżej. Albergue położone tuż przy Remizie Strażaków – Ochotników, nad rzeką i kolejnym rzymskim mostem. Prowadzi je lokalny dom kultury ludowej. Jedna sala, 20 łóżek. Czysto i przyjemnie. Można zamówić na wieczór kolację: menu Pellegrini – za 5,50.  Przygotują, o ile zgłosimy się wcześniej. „Nie, dziękujemy. Zjemy na mieście”.   Kąpiel, pranie i ruszamy na Mszę i szukać czegoś do zjedzenia do leżącego po drugiej stronie rzeki Barcelos. Kościół widać jak na dłoni. W środku spotykam kościelnego, od którego dowiaduję się, że Msza św. będzie o 19:00. Mogę się do niej dołączyć. Mamy więc dwie godziny. Menu Pellegrino, Menu Pellegrino… chodzimy po mieście i szukamy. Ale jakoś nie widać. Okazja zwiedzić starówkę, drugi kościół. Sesje przy kogutach, symbolu miasta. A w żołądkach coraz bardziej czuć głód. Ponieważ żaden z barów czy restauracji nie serwuje specjalnych, tanich obiadów dla pielgrzymów, wracamy znów za rzekę. Tam obok strażaków i albergue widzieliśmy w sumie jeden taki bar. Trafiamy tam wreszcie. Wnętrze niczym sklep mięsny społem. Lada, kilka stolików, atmosfera dziwna. I strach, by nie powtórzyło się doświadczenie z pierwszego naszego obiadu… Chodźmy dalej…


Trafiamy wreszcie do jednej restauracji. Taka normalna. Trochę turecka. Kartę dań otwierają kebaby. Czasu coraz mniej. Biorę kebaba w bułce, dziewczyny zaś kebabo-tortillę i kebabo-drugie danie. W karcie win uwagę przykuwa Porto. „Także poproszę”. Chwilę później przychodzi pani z czymś co smakuje jak koniak. Czyżby to to? Słyszałem że mocne, ale żeby aż tak… Za chwilę kelnerka przylatuje jeszcze raz, przeprasza. W butelce po Porto mają jakiś swój specyfik podawany na lepsze trawienie.  „Już zaraz podam prawdziwe Porto. Jeszcze raz przepraszam”. Ok.


Dania trafiają na stół pół godziny przed Mszą. Dobrze, że wziąłem kebab z opcją na wynos. Zostawiam dziewczynom pieniądze, chwytam swój w rękę i ruszam. One zdążą spokojnie. Ja muszę być chwile wcześniej.


Kolejna Msza po portugalsku. Ksiądz tym razem nieco młodszy. Może z 50-60 lat. Monsigniore. Przyjemnie porozmawiać z nim po angielsku. Chodzi co jakiś czas do Santiago. Mówi, że z Barcelos schodzi mu się 6 dni. My planujemy dzień dłużej. Dziewczyny w pierwszej ławce siadają z jedną z pań. Pani zagaduje je po portugalsku. Nie ważne, że nic nie rozumieją. Chce się wygadać, pocieszyć, przywitać… Po Mszy jeszcze raz ją spotykamy. Okazja zrobić sobie wspólne zdjęcie i pouśmiechać się. I pogadać. Każdy po swojemu.


W Albergue okazja dziś sobie posiedzieć. Do naszej kompanii dołącza 28 letni Włoch – Donato. Pytał hospiteros o wino Porto a myśmy siedzieli przy otwartej butelce. Zapraszamy.  Ciekawy wieczór na dyskusjach w łamanym angielskim. Pierwszy taki, ale nie ostatni.


c.d.n.


Camino Portugues I. 2015-09-29

Słowo „Camino” oznacza drogę. Tę do Santiago, ale i każdą inną. Bo parafrazując łacińską sentencję: Każda droga prowadzi do Santiago. Nie tylko te, oznaczone żółtymi strzałkami. Nie tylko te, którymi idą tłumy pielgrzymów. Tradycyjnie pielgrzymi wyruszali w drogę od siebie z domu i to ich nogi, ich modlitwy, ich wiara wytyczała szlaki. I w pewnym sensie tak jest do dziś.


I ja chciałem wyjść w tę drogę od siebie z domu. Tak jak kiedyś z domu ruszałem do Częstochowy… Taki był pomysł kilka lat temu, gdy pierwsi znajomi wracali z Santiago z głowami pełnymi opowieści.  Problem tylko jak zwykle z czasem. Może jeszcze przyjdzie taki dzień…  


W połowie sierpnia myśl o Camino powróciła jakoś tak sama z siebie… Dwanaście dni urlopu jakie mi zostały w tym roku oraz termin wrześniowy jakby same przez się wskazywały na słoneczną Hiszpanię i trasę z Porto liczącą  w różnych wariantach od 230 do 260 km. Dwa tygodnie przygotowań, konsultacji i co ważne, modlitwy, by to wszystko odpowiednio rozplanować.  Rozmawiam o tym z Jackiem, Anią, bliźniaczkami. Zgłaszają się też dwie dziewczyny, Ania i Paulina, chętne by dołączyć się do tej wędrówki. One też zaciągają języka od innych znajomych. Na odpuście w Miroslavas kolejne wskazówki daje mi także ks. Biskup.  On także pieszo pielgrzymował do Santiago. Ksiądz chce iść sam? Zabierze ksiądz kogoś. Szkoda świeckim nie pokazać takich niezwykłych doświadczeń. Iść samemu to byłby grzech…  Kupujemy bilety, pakujemy kilkakrotnie plecaki, za każdym razem wyjmując z nich kolejne rzeczy, które mogą okazać się zbędne i ruszamy.


Do Porto dotarliśmy w środę o 8:30. Dolecieliśmy samolotem. „Na raty” przez Brukselę, z koczowaniem od północy do rana w hali odlotów. Zresztą nie jedyni. Przy każdej ścianie, w każdym kącie, nawet przy taśmach do nadawania bagaży turyści z tanich lotów rozkładają swoje śpiwory. Torba z pieniędzmi, dokumentami  i telefonem schowana głęboko w plecaku, plecak pod głowę. A może by budzik na  4:00 ustawić? Nie chce mi się szukać, wyciągać… 3:55 podchodzi do nas ochrona lotniska, „wake up, wake up!” Czyżby ktoś za nas zamówił budzenie?


Ale Bruksela już za nami. Z lotniska w Porto wraz z grupą Polaków z Erazmusa, zwłaszcza z załamaną rozstaniem ze swoim Podlasiem Gabrysią idziemy do metra by dostać się do centrum.  Zakup biletów po portugalsku to niemałe wyzwanie. Dobrze, że przy automatach na stacji airport dyżurują panowie z obsługi. To co nam sprawia problem, oni załatwią jednym palcem, nie przerywając sobie rozmowy przez telefon. Są też mapki z trasami metra. Wszystko staje się jasne i przejrzyste.  Wiemy już, że do Katedry można by dojechać dość sprawnie, z jedną przesiadką, lecz my te trzy ostatnie stacje żółtej linii decydujemy się pokonać pieszo. Będzie okazja choć trochę zobaczyć miasto.


Zaliczamy informacje turystyczną, głownie ze względu na darmowe wi-fi , idziemy przez jakiś plac, widzimy jakieś pałace. Wchodzimy m.in.  na wierzę kościoła „Clerigos” bo to ponoć obowiązkowy punkt zwiedzania. I w sumie byłoby na tyle. W tym czasie zaczyna padać deszcz. Do tego czas goni nas. Koniec zwiedzania. Zakładam sutannę do tej pory przewieszoną przez rękę i pędzę w niej, w  kurtce i w strugach deszczu w stronę, gdzie wydaje mi się, że widziałem Katedrę. Nawet udaje się trafić kwadrans przed 11:00. W środku widzę niewielki kramik. Więc to to. Tu nabywam Credidencial – Paszport Pielgrzyma. Przestaje być turystą, podróżnym. Wchodzę na Drogę. Jej pierwszy punkt Msza św. według danych z przewodnika już za kwadrans. Zakrystianin (Ja mówię do niego po angielsku, on do mnie po portugalsku) słysząc, że Polacco, tłumaczy, że o 11:45 będzie polska grupa, mógłbym się do nich dołączyć. Dziękuję, ale nie po to śpieszyliśmy się przecież by zdążyć na 11:00. A język to przecież nie problem. Znacznie ważniejszy jest teraz czas. Na Mszy o 11:00, jest nas nie więcej niż 10 osób. Starszy kapłan wita mnie i pielgrzymów, pani śpiewa do mikrofonu, kościelny służy do Mszy. Tłumy turystów z przewodnikami przechodzą co chwila i znikają gdzieś w głębi kościoła.


Po Mszy (i szybkim, darmowym dla księży, zwiedzaniu muzeum przykatedralnego) ruszamy szukać pierwszych strzałek. Trochę po strzałkach, trochę na wyczucie idziemy pierwsze kilometry łącząc pielgrzymkę ze zwiedzaniem miasta. Bo jak nie dotrzeć nad rzekę, jak nie zobaczyć mostu Dom Luis I. Trzeba by też spróbować wina Porto… Na to ostatnie czasu brak i przyjdzie nam poczekać jeszcze trzy dni. Pierwsze dwa punkty odhaczamy.


 Znów zaczyna padać. W jednej z bocznych uliczek chowamy się przed deszczem w bardzo wąskiej sieni starej kamienicy. Deszcz ciepły, mimo września sklasyfikowałbym go jako letni. Po 20 min ustaje, ruszamy dalej. Jako że pierwsze możliwe Albergue leżą 25 km od Katedry Porto, decydujemy się na powrót metrem w okolice lotniska. Stacja Vilar do Pinheiro polecana jest zresztą nawet w przewodnikach jako dobry start na pierwszy dzień. Paulina straszy, że czasu coraz mniej. Już 14:00… W metrze okazuje się, że owszem, ale polskiego czasu. W Portugalii jest godzinę wcześniej. Czyli trzymamy się planu. Na stacji metra miła niespodzianka. Latarnia na peronie oznakowana żółtą strzałką. Przypominają mi się własne słowa. To stopy pielgrzymów wyznaczają szlaki Camino. Także tę drogę metrem przez stację Vilar do Pinheiro. 


Ruszamy dalej, by po kilkuset metrach zatrzymać się w pierwszym napotkanym barze. Przecież nic dziś jeszcze nie jedliśmy. Wchodzimy na obiad zapytać o osławione Menu Pellegrino. Rozmowa z obsługą w znanym już wariancie angielsko-portugalskim okazuje się znacznie trudniejsza niż z kościelnym katedry w Porto. Przechodzimy więc na język behawioralny. Gesty, wyrazy dźwiękonaśladowcze, machnie rękami i prezentacja gotowych posiłków na talerzach. Dziewczyny zamawiają rybę, ziemniaki, kapustę, ja kurczaka z frytkami.  Moje danie da się jeszcze jakoś zjeść. Dziewczyny ledwo coś skubły. Nie wiemy co bardziej nieświeże. Ryba, czy kapusta. Chce nam się śmiać. W innym wypadku robilibyśmy pewnie awanturę, ale że jesteśmy już pielgrzymami, mówię by potraktować to jako ofiarę. Idę zapłacić za wszystkich, zanim dziewczyny się rozmyślą. Pan Bóg odda nam to w inny sposób.  Po kilometrze czy dwóch wchodzimy już na prawdziwy szlak. Strzałki stają się wyraźniejsze i regularniejsze.  Na razie tłumów pielgrzymów nie ma. Nasze dzisiejsze 8-10 km do Vairao mija spokojnie. Deszcz już nie pada. Nocleg przypada nam w pięknym białym klasztorze. W bocznym skrzydle, na trzecim piętrze urządzone jest miejskie albergue. Hospitera nie mówi po angielsku. Zna za to francuski. Ja niby też kiedyś coś się tego języka uczyłem. Staram się coś zrozumieć, choć bardziej się domyślam, niż tłumaczę. Ile to już lat minęło od lekcji z p. Margol w liceum? Będzie to prawie 20…


Były klasztor w Vairao to tylko jeden z kilku wariantów noclegu. Część pielgrzymów ten dzień kończy kilka kilometrów dalej w Vilarinho, część nad oceanem w Vilar de Conde, gdzie zatrzymują się w remizie u strażaków , albo też gdzieś w Matosinhos. Dlatego na pierwszym  noclegu jest nas zaledwie kilkanaście osób. Dwa pokoje dla mężczyzn, jeden dla kobiet. Ania i Paulina śpią same. Ja dzielę pokój z dwoma Bułgarami. Jeden starszy, może 60-70 lat. Drugi młodszy, w moim wieku. Chyba jego syn. Camino to dobry pomysł na męskie wyprawy ojca i syna. Myśląc o tym miałem jednak przed oczami obraz ojców i synów nieco młodszych. Pierwsza lekcja, że na Camino wiek nie gra roli. Camino to droga pokuty, droga nawrócenia, przemiany, droga świętości. A to potrzebne nam wszystkim, niezależnie od lat…


Późnym wieczorem przychodzi do nas jeszcze jeden pielgrzym – Scott. Hospitery już nie ma, poszła do domu. W puszczam więc go sam, tłumaczę co i jak, gdzie kuchnia, prysznice, gdzie może wrzucić ofiarę i się wpisać do księgi nocujących. Prowadzę do naszego pokoju, gdzie zostało jedno wolne łóżko. Śmieje się, że czy ja na pewno nie jestem hospiteros. Nie, ale jestem jednym z pielgrzymów. A Albergue to dom pielgrzyma, nasz wspólny dom. Na tę jedną noc.


 Tym sposobem nasz pokój się zapełnił. W drugiej męskiej sali usytuowali się inni pielgrzymi. W śród nich Beniamin i Moy. Na widok mojej sutanny ucieszyli się. Oni też są księżmi. Obaj Amerykanie meksykańskiego pochodzenia. Jeden rok, drugi dwa lata kapłaństwa. Sutanny, jak mówił o. Ben, w Ameryce noszą jedynie w Wielki Piątek, w Meksyku nieco częściej. Ale by pielgrzymować w sutannie… Tego się nie spodziewali. Dla mnie zresztą to też był pewien dylemat. Z kimkolwiek z księży rozmawiałem, nikt Camino nie szedł w sutannie. Nie ma takiej potrzeby, nie ma tam takiej tradycji… słyszałem. Ja jednak wychowany  jestem przecież przez biskupa Juliana na pielgrzymkach częstochowskich i wileńskich. I jakoś nie wyobrażam sobie, by pielgrzymkę przejść na świecko… Sutanna to przecież nie tylko strój liturgiczny. To znak przynależności do Chrystusa. Wyłącznej i pełnej. Nie tylko przy ołtarzu, ale na co dzień.  Dwa, trzy dni przed Camino wiedziałem, że  ja w swoją drogę bez sutanny wyruszyć nie mogę.


 c.d.n.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]